Srebro ze szkarłatem

Powiew wiatru zaszeleścił ogromnymi, sercowatymi liśćmi melong, a ich bulwiaste, ciemnofioletowe owoce prawie położyły się na ziemi.
Melonga była niewielkim krzewem, który rósł tylko w deszczowej, ponurej Urthonie. Uchodziła za jej symbol i jednoznacznie kojarzyła się z władcą tej krainy – markizem Azazelem.
Przyglądał się małym, bladoróżowym kwiatuszkom w kształcie gwiazdy, zdobiącym najbliższą roślinę. Jej mięsiste owoce słynęły z właściwości pobudzających. Wytwarzano z nich ciemny, słodko-gorzki napój, podawany na ciepło z jednym gwiazdkowym kwiatkiem do dekoracji filiżanki. Podobno to sam Azazel wynalazł ów energetyczny wywar, gdyż nawiedzały go ekspresyjne, prorocze sny. Budził się po nich wycieńczony i prawie umierający. Postanowił więc, że w ogóle nie będzie sypiał. Ta opowieść krążyła już jako legenda i tak naprawdę nikt nie wiedział, czy bolesne sny Azazela były prawdą, czy też ludową bajką.

Belzebub pomyślał, że to jednak niezwykle wymowne, że ich wojska spotkały się właśnie na polu melongi.
Uśmiechnął się do siebie. Czarująco.
Markiz Urthony Azazel szedł w jego stronę, ostrożnie odgarniając wiotkie gałązki krzewów. Za jego plecami w kompletnym milczeniu czekało wojsko Urthony, z daleka przykuwając wzrok monotonią identycznych wrzosowych mundurów.

Belzebub nie zwracał uwagi na rośliny. Pewnym, wyważonym krokiem wychodząc naprzeciw markizowi, pozostawiał po sobie znaczne spustoszenia.

Patrzyli sobie w oczy, nieświadomi, że ich spotkanie przejdzie do historii. Jeszcze pół metra.
Niebo przybrało groźną granatową barwę. Zbierało się na deszcz.
Azazel miał na sobie długi, czarny płaszcz z wysoko postawionym kołnierzem. Dłonie trzymał wetknięte w kieszenie, ale szlak fioletowych kamieni u brzegu rękawic był wciąż widoczny. Podobno te rękawice stanowiły jego broń. Markiz nigdy nie posługiwał się mieczem.

Ametystowe, skośne oczy Azazela błyszczały od podniecenia i gniewu. Belzebub dostrzegł w nich również tak dla niego typową cyniczną złośliwość.
Zatrzymali się.

aza_kolor

Szukał w głowie odpowiednich słów, żeby rozpocząć rozmowę, lecz Azazel odezwał się pierwszy.
-Twoja zuchwałość napawa mnie szczerym podziwem, panie – jego głos był nieprzyjemnie chropowaty. – Pozwól, że złożę pokorny ukłon przed twoim pokrętnym i najwyraźniej chorym geniuszem! – ironicznie się pokłonił, zamiatając płaszczem.
Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.
-Bądź rozsądny, Azazelu.
-Rozsądny?! To ty najeżdżasz mój kraj, w dodatku tytułując się wybawcą całego Zoa! Lepiej wracaj do swojego Tharmas, choć wątpię, czy nadajesz się do władania nawet tym zadupiem!
Belzebubowi udało się zachować spokój i niewzruszony wyraz twarzy.

Ta posągowa niewzruszoność i piękne, blade oblicze, którego nie mąciły żadne emocje, najbardziej przerażały jego wrogów. Czasem było mu trudno zachować ową osławioną powagę i mrożący krew w żyłach chłód. Z biegiem czasu okazało się, że mimo wszystko nie potrafi się wyzbyć swojego specyficznego poczucia humoru. Teraz też zachciało mu się śmiać. Azazel był na przegranej pozycji. Powinien błagać go o litość. Tu i teraz. Na swoim polu melongi. A on próbował go obrażać! Cóż za głupota!

-Pozostała tylko Urthona – powiedział powoli Belzebub – Jak sobie wyobrażasz jej dalsze istnienie bez związków z Zoa? Zjednoczyłem wszystkie prowincje Piekła. Jedno moje słowo jest w nich rozkazem, który zostaje natychmiast spełniony.
-Imponująca pewność siebie!
-Takie są fakty. Co się stanie z Urthoną, jeżeli nałożę na nią embargo i zabronię z nią wszelkich kontaktów? Pomyśl…
-Zaczniemy zjadać surowe owoce melong, a gdy się skończą – kwiaty, łodygi i liście. Kiedy nie pozostanie już nic innego, zabijemy wszystkie zwierzęta z naszych lasów. A kiedy i ich zabraknie, zaczniemy umierać z głodu, a twoja popularność i błyskotliwy plan bezkrwawego zjednoczenia Zoa, którym się tak szczycisz, umrą razem z nami!
-Wciąż ci się wydaje, że możesz mi narzucić swoje warunki? Jestem zwycięzcą. Do tej pory nikt nie zakwestionował mojej pozycji i zasług… – zawiesił głos, z irytującą uwagą mierząc markiza od stóp do głów. – Czego się tak naprawdę boisz, Azazelu?

-Czyżbym wyglądał na przerażonego? – odparł zgryźliwie, z pogardą wzruszając ramionami. – Nie wydaje mi się! Sprawa jest nadzwyczaj prosta. W tej krainie to moje słowo jest rozkazem!
-Pozostaniesz namiestnikiem Urthony.
-Namiestnikiem?! – Azazel głośno się roześmiał. –Margrabio Belzebubie, nie sądziłem, że trzymają się ciebie tak niewysublimowane żarty!
-Markizie Azazelu, nie przeciągaj struny! – odparł, kapitalnie naśladując chropowaty głos krnąbrnego demona, a nawet jego zniesmaczony wyraz twarzy i zdawkowe gesty.

Azazel poczerwieniał. Jego ostre, drapieżne rysy wykrzywił grymas gniewu. Belzebub beznamiętnie przyglądał się jak próbuje nad sobą zapanować.
„Proszę bardzo –  niech wybuchnie” – pomyślał.
Chciał to załatwić bezkrwawo, ale może i lepiej będzie, jeśli markiz zginie. Co prawda nie tak sobie wyobrażał zajęcie ostatniej niezależnej prowincji Zoa…
Ostatniej, ale najważniejszej.

Jej stolica znajdowała się bowiem w samym centrum Piekła. Tylko mając w rękach pozostałe prowincje i magiczny pałac Rintrah, który właśnie w Beulah, Księżycowym Mieście, w sercu Urthony, od wieków dumnie czekał na swojego właściciela, można było koronować się na króla całego Zoa.
Tak głosiła stara legenda.
Belzebub był sentymentalny. I w pewien sposób przesądny. Przeszedł naprawdę długą drogę, nim tego pochmurnego dnia znalazł się na polu melongi przy granicy z Urthoną.

Krok po kroku, milimetr po milimetrze zdobywał coraz większe znaczenie w skłóconym, szarpanym konfliktami Zoa – przeklętej krainie demonów, które wyparły się Boga i bez Jego wsparcia mozolnie budowały swoją cywilizację.
Nikt z miejscowych, pomniejszych szlachciców ani swoim umysłem, ani ambicjami nie ogarniał terenu całego Piekła. Wszyscy koncentrowali się jedynie na swoim podwórku.
Aż w końcu pojawił się Belzebub.

Środkowy syn margrabiego Tharmas, najodleglejszej krainy Zoa, słynącej z mroźnego klimatu oraz nietypowego wyglądu mieszkańców – jasny odcień skóry i czasami występująca zielona lub niebieska barwa oczu upodobniały Tharmasjan do aniołów.

Belzebub miał jednak ciemnobrązowe oczy i mniej wspólnego z aniołami niż ktokolwiek inny w całym Zoa.
W młodości nigdy nie planował zająć się polityką. Nie przypuszczał też, że stanie się jej niekwestionowanym mistrzem. Wówczas był po prostu Bellem, zniewalającym uwodzicielem i hulaką z Aragossy – stolicy Tharmas. Kiedy jego starszy brat zginął w pojedynku, sukcesja do fotela margrabiego stanęła przed nim otworem. Niestety wskutek konfliktu z despotycznym ojcem okupił ten tytuł krwią wielu przyjaciół i tragiczną śmiercią ukochanej żony Forneus.
Potem nic już nie było jak dawniej.

Lekkoduch Bell stał się margrabią Tharmas Belzebubem, który pewnego dnia obiecał sobie, że zjednoczy Piekło. Dokona tego, co jeszcze nikomu się nie udało.

W swoich ostrożnych, choć niezwykle pewnych działaniach starał się unikać przemocy i zbrojnego konfliktu z którąkolwiek z prowincji. Siłą intelektu i przebiegłością podbijał umysły lub serca zoańskich arystokratów. Jednak żadnemu z nich nie odebrał władzy całkowicie. W myśl znanej zasady, że gdy już ktoś raz zasmakuje władzy, niechętnie się z nią rozstaje i przystanie chociażby na złudę jej dalszego istnienia, pozostawiał im fikcyjną niezależność i neutralny tytuł namiestnika.

Ponieważ przez jakiś czas obracał się wśród prostego ludu, doskonale przyswoił sobie podstawową prawdę o meandrach zoańskiej polityki: bez poparcia pospólstwa w końcu nawet najzdolniejszy i najuczciwszy władca upadnie.
A lud ślepo kochał Belzebuba.

Dokonał prawie niemożliwej sztuki, zdobywając – i co więcej utrzymując – miłość zwykłych demonów. Po prostu wiedział, czego się od niego oczekuje. Odwiedzał biedne, rolnicze chaty, podczas podniosłych uroczystości wchodził prosto w tłum i mógł godzinami rozmawiać z podekscytowaną ciżbą, kompletnie ignorując czekający na niego wianuszek dostojników. Być może właśnie to kupiło mu poparcie ludu. Dowartościował go. Do tej pory nikt tak nie traktował prostaczków. Do tej pory nikt nie okazał im takiego zainteresowania…

Skłamałby, gdyby powiedział, że tego nie lubi. Akceptacja szarych obywateli dodawała mu zapału do pracy. Utwierdzała go w przekonaniu, że postępuje słusznie.
Markiz również to wiedział. Belzebub obserwował go spod przymkniętych powiek pozornie leniwym, sennym spojrzeniem. Jednakże jego serce szarpał niepokój równie wielki, jak serce Azazela.
Przemoc, wojna… Z tego jeszcze nigdy nic dobrego nie wynikło!
Markiz głęboko odetchnął. Wyglądał groteskowo, jak upiór z koszmaru. Jego ametystowe oczy współgrały z ciemnośliwkowym kolorem włosów gładko zaczesanych do tyłu. Spod czarnego płaszcza wystawał mu fragment brązowej kolczugi.

Zerwał się mocniejszy wiatr. Sercowate liście melong załopotały jak skrzydła monstrualnych motyli.
-Nie oddam ci Urthony – głos Azazela był zachrypnięty i niewyraźny; najwidoczniej z wielkim trudem wypowiedział te słowa.
-Tracimy więc cenny czas. Pamiętaj. Sam wybrałeś śmierć!
Belzebub zamierzał się odwrócić, ale w tym momencie poczuł ukłucie ostrza na lewym boku. Nie dostrzegł, kiedy Azazel znalazł się tuż obok niego.
***
Nic.
Żadnego zdumienia ani strachu.
Ciemne, prawie czarne oczy Belzebuba pozostały niewzruszone, uważne.
Markiz spoglądał w nie, walcząc z przemożną ochotą wbicia wysuwanych z rękawic ostrzy w jego ciało i wyszarpania mu wnętrzności. Na razie tylko przystawił je do jego boku.
-Teraz to ty się zastanów, przystojniaku – syknął, cedząc słowa. – Mogę cię zabić i nawet nie poczujesz, kiedy się to stanie. W końcu i tak nie mam nic do stracenia, prawda? Wiesz jak to się może dalej potoczyć? Zabiję cię i najprawdopodobniej po chwili ja również zginę trafiony wiązką energii lub też najzwyklejszą strzałą przez jednego z twoich zrozpaczonych dowódców. Smutna perspektywa, nie sądzisz? Albo jeszcze inaczej – mówisz, że dasz mi czas do namysłu i że nie zaatakujesz Urthony, a teraz cofniesz swoje wojsko bylebym tylko pozwolił ci odejść w jednym kawałku. Ja ci na to pozwalam, a ty rozwścieczony łamiesz przyrzeczone mi słowo i rozpoczynasz bitwę. A to by była jeszcze smutniejsza perspektywa, bo nie mógłbym zobaczyć początku twojego końca, gdyż zapewne z rozkoszą nadziejesz moją głowę na pal. A co wtedy pomyśli opinia publiczna Zoa? Ci wszyscy wystraszeni namiestnicy i twój ukochany lud? Zwłaszcza on? „To, co spotkało Azazela i jego Urthończyków, równie dobrze może spotkać nas!” Jak sobie poradzisz z falami buntów? Oczywiście jak twój przesławny ojciec. Piekło spłynie krwią, aż w końcu jakiś odważny zamachowiec skróci cierpienia tyranizowanych demonów i raz a porządnie uwolni od ciebie Zoa!

Ku jego zaskoczeniu, na pełne usta margrabiego niepostrzeżenie wpełznął zdawkowy uśmiech i równie niepostrzeżenie z nich zniknął.
-Masz bujną wyobraźnię, Azazelu. Próbowałeś kiedyś pisać bajki?
-Nie, ale już mi kiedyś mówiono, że jestem dobry w tworzeniu legend… Wobec tego proponuję – autonomia dla Urthony, a ja oddaję ci Beulah i starożytny pałac Rintrah i wszystkie legendarne zabytki, jakie sobie jeszcze zażyczysz!
-Twoim zdaniem moc pałacu Rintrah jest wyssaną z palca opowieścią?
-Owszem. I dziwię się, że taki przemądrzały arogant jak ty w to wierzy!

Azazelowi wydało się, że w końcu zdołał wywołać jakąś jego żywszą reakcję. Spojrzenie margrabiego na moment stało się wrogie i urażone. Potem znowu zasnuła je zasłona obojętności. Mimowolnie markiz pomyślał, że opinie krążące o intrygującej urodzie Belzebuba nie są bynajmniej wyssane z palca. Rysy jego twarzy były delikatne, a jasna skóra kontrastowała z ciemnym kolorem dużych, skupionych oczu i rubinowymi, prostymi włosami do ramion. Przydługa grzywka zasłaniała mu całe czoło, sięgając oczu.

-Masz Rintrah w rękach i nigdy nie spróbowałeś tego wykorzystać – powiedział Belzebub, wędrując wzrokiem w stronę żołnierzy Urthony ustawionych w równym rzędzie na wzgórzu po drugiej stronie pola melongi – Jesteś naprawdę sprytny, Azazelu. Nawiasem mówiąc, to komplement, więc doceń. Zoa nie może być zjednoczone połowicznie. Nie mogę się zgodzić na żadną autonomię. Ty też o tym wiesz, więc skoro mi to proponujesz, w pałacu Rintrah musi znajdować się coś, co pozwoli kontrolować Zoa nawet bez skompletowania wszystkich prowincji. Istnieją dwa wyjścia: albo znasz jakieś szczegóły legendy Rintrah, o których ja nie wiem, albo próbujesz mnie wyprowadzić w pole i kiedy pozwolę ci na autonomię i przybędę do Beulah, by osiąść w pałacu, rozkażesz mnie dyskretnie zlikwidować.

-Nigdy się nie przekonasz, jeżeli nie zaryzykujesz – odparł markiz flegmatycznie.
-Nie ufam ci – Bell ponownie skupił całą swoją uwagę na Azazelu – Tak samo jak ty mnie.
-Z czego wnioskujesz? – pozornie obojętne wzruszenie ramionami.
-Z tego, że powiedziałeś, że moje wojsko zaatakuje Urthonę, gdy tylko mnie uwolnisz.
Azazel ze świstem wypuścił powietrze. Teraz musi zagrać va banque. Tylko czy jego decyzja okaże się słuszna?

Do tej pory prowadził w Urthonie usystematyzowaną, kompletnie zadowalającą egzystencję. Mąciły ją jedynie jego uciążliwe problemy z sennymi wizjami. Ta przypadłość była w jego rodzinie dziedziczna. Lwia część markizów Urthony umarła z powodu poważnych obrażeń odniesionych podczas zbyt sugestywnej proroczej wizji. Właśnie na przewidywaniu przyszłości koncentrowała się magia Azazela. Na tle swojej rodziny był jednak postacią mocno się wyróżniającą. Postanowił bowiem zrezygnować z jasnowidzących snów, by zachować lepsze samopoczucie i dłuższe życie.

Rzeczywiście wynalazł napar z melongi i dzięki niemu nie sypiał już od dobrych paru lat. Czasami dopadało go mordercze zmęczenie i wtedy długimi godzinami leżał bez ruchu na swoim wielkim łożu, wpatrując się w sufit. Mimo to sen nie przychodził, nawet gdy nie wypijał melongi. Jego organizm przyzwyczaił się radzić sobie bez zbawiennej mocy naparu. Kiedy Azazel zdał sobie z tego sprawę, kazał usunąć swoje łóżko i od tej pory spędzał noce, pogrążając się w lekturach lub filozoficznych rozmyślaniach.

Był urodzonym cynikiem i samotnym wilkiem.
A także dobrym władcą. Upartym, ale i konsekwentnym, wyważoną kpiną i sarkazmem reagującym na wszelkie trudne sytuacje na swoim dworze i w całej swojej prowincji. Był dobrym i sprawiedliwym sędzią.
Dawno temu, gdy jeszcze pozwalał sobie na sen, wyśnił dokładnie tę samą scenę. Rubinowowłosego, przystojnego mężczyznę odzianego w srebro ze szkarłatem oraz siebie na panoramicznym polu melongi.
Pamiętał każdy szczegół tego snu. Srebrną nitkę przy wykończeniu szkarłatnego surdut swojego adwersarza, jego srebrne skórzane rękawice od konnej jazdy, w których znikały rękawy surduta, fragment srebrnej zbroi chroniącej jego pierś i czerń subtelnej koronki przy szyi.

Widział wtedy to samo burzowe niebo, zmieniające kolor z granatowego na czarny.
I w tle niekończące się pole melongi, szarpane wiatrem połączenie zieleni z fioletem i bladym różem.
Nadeszła chwila decyzji.

Azazel cofnął ostrza z powrotem do rękawicy i odsunął się o krok.
-Pozwalam ci odejść – oznajmił, sam zadziwiając się spokojnym brzmieniem swojego głosu. – Obiecaj, że nie zaatakujesz Urthony.
Odpowiedziało mu milczenie.
Markiz poczuł, że zaczyna się pocić. Na jego rozognione czoło spadła pierwsza kropla deszczu.
-Dobrze – rzekł w końcu Belzebub. – Twoja propozycja wymaga przemyślenia. Chociaż jest zupełnie bez pokrycia.
***
Hrabia Urizen siedział na bujanej ławce w ogrodzie na dziedzińcu pałacu, który znajdował sie w Ratio, zatłoczonej stolicy Urizen, będącej nieformalnym, ale za to najsłynniejszym centrum artystycznym Zoa. Hrabia gorąco popierał rozwój wszelkich sztuk pięknych. Jego dwór aż roił się od muzyków, malarzy, pisarzy, poetów, rzeźbiarzy i wielu innych twórców, przybyłych z różnych części Zoa.

Sam też uważał się za artystę. W zależności od nastroju zajmował się malarstwem albo rysunkiem. Czerpał z tego niewymowną przyjemność. Zresztą pod każdym względem czuł się mężczyzną spełnionym. Często sobie o tym przypominał. Myślał o tym także teraz,  rozmarzonym wzrokiem wiodąc za urodziwą ciemnoskórą kobietą, która, odziana w strojną, złocistą suknię, przechadzała się po ogrodzie pełnym kwiatów wallissi. Rosły na gałęziach drzew, podobne do mlecznobiałych, wydętych wiatrem żagli.
Mówiono, że była najpiękniejszą i najwyżej urodzoną arystokratką Zoa.
Lamia, księżna Luvah. Jego żona.

Podniosła na niego oczy. Ich wzrok się skrzyżował. Przeszedł go dreszcz. Wciąż rozbudzała w nim nienasycone pożądanie. Uśmiechnęła się do niego. Wstał z huśtawki i w kilku krokach pokonał dzielącą ich odległość. Wziął ją w ramiona i odszukał jej sercowate usta. Ugięły się pod naporem jego warg. Były chłodne i przyjemnie znajome.
Lubił się napawać chełpliwą myślą, że do niego należała. Nie miał urody swojego przyjaciela Belzebuba, ani jego nieokiełznanej zuchwałości, która tak podobała się kobietom. A jednak Lamia należała do niego.
Do żartobliwego, pogodnego hrabiego Eblisa, władcy jednej z czterech najważniejszych prowincji Zoa.
Przesunął dłonią po jej prawie nagich plecach – suknia miała okrągłe, głębokie wycięcie. Przez chwilę zatracał się w pocałunku, odurzony zapachem jej kędzierzawych czarnych włosów i energiczną odpowiedzią jej ruchliwego języka.

Starał się ignorować nasilającą się wrzawę z wnętrza pałacu i piskliwe, radosne okrzyki ich dziesięcioletniej córeczki Cherry. Cieszyła się tak jedynie, gdy w domu pojawiał się Bell.
Lamia odsunęła od niego twarz i wtuliła ją w jego szyję. Mocno przygarnął ją do siebie.
-Przyjechał – szepnęła.
Mimowolnie spojrzał w stronę wejścia do ogrodu. Belzebub stał nieopodal bujanej huśtawki, trzymając Cherry z rękę. Coś mu opowiadała, potrząsając przy tym czarnymi loczkami, które zdobiły ciemnoniebieskie wstążki.
Margrabia patrzył prosto na niego. Eblis posłał mu powitalny uśmiech. Bell tylko skinął głową, a potem odwrócił wzrok na dziewczynkę. Usiadł na huśtawce i posadził ją sobie na kolanach. Lamia do nich podeszła. Wyciągnęła rękę do swojej córki, ale Cherry nie chciała opuszczać margrabiego.
-Chodź, kochanie. Bell jest zmęczony i zakurzony po podróży. Pewnie marzy o ciepłej kąpieli – odezwała się czarującym głosem, starając się przy tym unikać spojrzenia Belzebuba.

On również na nią nie patrzył. Eblis wiedział, że się nie znoszą, choć nigdy żadne z nich nie powiedziało o drugim ani jednego złego słowa. Hrabia zaprzestał pytań o powód ich chłodnych relacji, kiedy Lamia odpowiedziała mu, że to po prostu wina niezgodności charakterów. Przyjął to wyjaśnienie bez większego zastanowienia.
Ufał swojej żonie.
-Słuchaj mamy, skarbie – porcelanowe oblicze Belzebuba rozjaśnił rzadko u niego widziany szczery uśmiech. – Za chwilę opowiem ci, jak było w Urthonie.
Eblis z przykrością zauważył, że już nawet do niego Bell przestał się w ten sposób uśmiechać. Postanowił wypomnieć mu to przy najbliższej okazji.
***
-Pomóż mi to zdjąć.
Znajdowali się w gościnnym pokoju, który zajmował Belzebub. Był przestronny, utrzymany w różnych odcieniach błękitu, i jak każde pomieszczenie w tym pałacu jego ściany zdobiły obrazy pędzla gospodarza.
Eblis z przebiegłym uśmieszkiem przyglądał się szkarłatnosrebrnemu strojowi przyjaciela. Bell zrzucił z siebie surdut, ale pozbycie się grawerowanego pancerza było ponad jego siły. Okazało się zresztą, że to tylko napierśnik – ramiona  oraz szyję zakrywała mu czarna, koronkowa koszula. „Nawet na wojnę idzie w koronkach!” – pomyślał ironicznie.
-Z przyjemnością!

Stanął za Bellem i zaczął odpinać sprzączki przytrzymujące pancerz od tyłu.
-Jesteś strasznie markotny – odezwał się, gdy niezręczna cisza niebezpiecznie się przedłużyła.
-Raczej potwornie zmęczony.
-Szkoda. Właśnie chciałem zaproponować ci igraszki w łóżku!

Czekał na jego śmiech, ale margrabia w ogóle nie zareagował. Eblis tęsknił za jego beztroskim śmiechem i wrodzoną bezczelnością. Gdzie się podział tamten Bell? Westchnął. W jego przypadku to była miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż moment ich spotkania nie należał do romantycznych – pijany Bell zwymiotował na niego swoją kolację podczas sztywnego i oficjalnego bankietu na dworze swojego ojca.

Potem było jeszcze gorzej.
Hałaśliwy, do bólu szczery synalek margrabiego uważał go za zboczeńca, a w dodatku za konkurenta do ręki pięknej Forneus. Zresztą w końcu zdobył jej twarde serce, tak jak zdobywał wszystko, czego tylko pragnął. Dla Bella nie było rzeczy niemożliwych. Był też niesamowicie uparty. Gdy raz się do kogoś uprzedził, potem już z wielkim trudem zmieniał niepochlebne zdanie.  Hrabia jednak się nie poddał. Z biegiem czasu udało mu się przełamać jego nieufność i uprzedzenia. Zostali przyjaciółmi. Pomógł mu pokonać ojca, a potem otoczył magiczną ochroną, która wciąż, nawet teraz, ukrywała prawdziwy poziom jego mocy. Podczas starć z ojcem Belzebub stracił bowiem większość swoich magicznych umiejętności, a ich pozostałości każdego dnia drastycznie się uszczuplały. Eblis czuł to nawet teraz, gdy przelotnie dotykał jego ramion przy zdejmowaniu pancerza.

Czasem zastanawiał się, czy Bell ma mu za złe miłość do Lamii i ich szczęśliwe małżeństwo. Z jednej strony wydawało mu się, że tak. Mógł się czuć zdradzony, gdy hrabia zostawił go w połowie jego walki o zjednoczenie Zoa, by osiąść w Urizen z ciężarną żoną. Z drugiej zaś strony odnosił wrażenie, że niechęć margrabiego do Lamii miała zupełnie inne podłoże… No i bezsprzecznie lubił Cherry. Tylko przy niej zachowywał się tak naturalnie jak kiedyś. Eblis nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć.

-Ignorujesz moje nieudolne zaloty! – powiedział z figlarnym uśmiechem, odkładając pancerz Bella na fotel.
-Wybacz, mój drogi! – zadrwił Belzebub, ale wciąż na jego ustach nie pojawił się nawet cień uśmiechu. – Zapraszam cię do mojego łoża!
Hrabia zerknął na jasnobłękitną pościel, zakrywającą wykończone ciemnym drewnem łóżko. Za dawnych czasów dałby się posiekać za taką propozycję. Teraz jedynie odetchnął z ulgą.
-Nareszcie! – powiedział jednak.
-To prawda. Ale nie wiem, co na to twoja żona.
-Właśnie! – Eblis udał, że się zmartwił. – Będziemy musieli zachowywać się cicho!

Margrabia zmierzył go długim, zagadkowym spojrzeniem i zupełnie zmienił temat.
-Nie zapytasz, jak mi poszło w Urthonie?
-Po co? Zapewne rozłożyłeś Azazela na łopatki!
-Nie wiem, czy przypadkiem to on mnie nie rozłożył…
-Jak to? Co się stało?
***
Na przemian sącząc półsłodkie wino z kwiatów wallissi i paląc długie, karbowane papierosy ze swego Tharmas, Belzebub opowiedział mu wszystko ze szczegółami.
Czuł się już cudownie wstawiony.
W końcu przenieśli się z pokoju do ogrodu, na bujaną ławkę. Wieczory w Urizen były przyjemnie ciepłe. Cienka koronkowa koszula okazała się wystarczającym odzieniem. Eblis pożyczył mu zresztą jakieś swoje ubrania, bo nie zabrał ze sobą nic na zmianę. Po prostu od razu z Urthony udał się do Urizen.
Sennie przyglądał się księżycowi na niebie. Czy w Beulah świeci mocniej? Czy jest potężniejszy? Dlaczego to miasto nazywają księżycowym? Być może nigdy się tego nie dowie. Jego serce ponownie ścisnęła bezsilna złość.
Co dalej?

Ramię Eblisa było przyjaźnie miękkie. Oparł na nim policzek.
-Nie przymilaj się – zadrwił hrabia – Teraz już na to za późno!
Za późno. Oczywiście. Kiedyś mieli swoją szansę. Bell jej nie wykorzystał. Ale to i tak bez znaczenia.
Nie poruszył się.
Jego życiem było Zoa. Jego życiem rządził śmiały plan zjednoczenia wszystkich prowincji. Trzy z czterech najważniejszych były już w jego rękach. Tharmas, którego był margrabią, Urizen Eblisa oraz upalne, namiętne Luvah – dom Lamii. Pozostała ponura Urthona i jej enigmatyczne Księżycowe Miasto.
-Chyba nie pozwolisz Azazelowi na dyktowanie warunków? – odezwał się Eblis po chwili długiego milczenia.
-Nie. Temu drapieżnemu, bezczelnemu szlachetce wydaje się, że ma nade mną przewagę. Nie sądzę jednak, by istniały jakieś sekretne szczegóły legendy Rintrah. Azazel po prostu gra na zwłokę.
-Więc dlaczego cofnąłeś wojsko?

-Nie wiesz?
-Z tego samego powodu, który tak chełpliwie przedstawił ci Azazel. Zaimponowałeś mi.
-Nie zasłużyłem na sarkazm. Nie dzisiaj.
-To nie sarkazm. Każdy na twoim miejscu nie zawracałby sobie głowy Urthoną. Jesteś u szczytu potęgi. Mogłeś zdmuchnąć Azazela, jak pyłek z kwiatu wallissi…– Eblis urwał.
Zaciekawiony Belzebub uniósł głowę i spojrzał prosto w inteligentne, ciepłe oczy przyjaciela. Miały intensywną barwę indygo, łagodnie współgrającą z czernią jego gęstych, niesfornych brwi. Nadawały mu przekorny urok, a przy tym wzbudzały ufność. Teraz w jego oczach gościł wyraz prawdziwego przejęcia. A najmniejsza aprobata z jego ust wprawiała Bella w bałwochwalcze samozadowolenie.

-Ale? –  przynaglił więc, łakomy kolejnych pochwał.
-Ale dobrze wiesz, do czego dążysz. Nie interesuje cię przejściowa sława ani złudna przewaga. Naprawdę chcesz zjednoczyć Zoa. A przelew krwi butnych Urthończyków ci w tym nie pomoże. Wręcz przeciwnie. Zabrałeś ze sobą wojsko, by uświadomić Azazelowi, jaką dysponujesz potęgą. Jak wiele już od ciebie zależy. I chyba ci się to udało. Markiz sam zaproponował kompromis.
-On nie jest tchórzem, Eblisie. – odparł w zamyśleniu, skubiąc koronkowy rękaw jedwabnej koszuli.
Pachniała wodą kolońską hrabiego i była na niego nieco za obszerna.
-Nie jest. A z tego, co mówisz, wynika za to, że jest wytrawnym politykiem. W Zoa to rzadkość.

Jego szeroki uśmiech zaczął go drażnić. Eblis uwielbiał sobie z niego dworować. Pewnie bawiła go świadomość, że margrabia pozwolił sobie odebrać inicjatywę i czuje się z tego powodu upokorzony.
-Może wobec tego powinieneś się zaciągnąć do służby u Azazela, zamiast trwonić swój czas na malowaniu bohomazów i niańczeniu żony!
Hrabia spodziewał się takiej odpowiedzi. Parsknął śmiechem.
-Ty się nigdy nie zmienisz, wiesz? – wykrztusił, nie mogąc uspokoić nawrotów rozbawienia.
-A ja odnoszę wrażenie, że się zmieniłem. I to bardzo. I że ci się to nie podoba.

Eblis od razu przestał się śmiać. Nie wytrzymał jego wyzywającego spojrzenia. Wyciągnął rękę, żeby dotknąć jego policzka. W połowie drogi zawahał się i po prostu bezwładnie opuścił dłoń. Chwila napięcia minęła.
Bell był rozczarowany. Przygryzł wargę. Gdzieś w głębi ducha skrzętnie ukrywał swoje prawdziwe uczucia względem tego cierpliwego, dowcipnego mężczyzny, który swoim uporem i serdecznością zdobył jego serce. I chociaż Belzebub spychał tę świadomość na skraj umysłu, nic nie zmieniało faktu, że na swój pokrętny sposób odwzajemniał jego miłość.

Nienawidził się za to.
Nienawidził się za Lamię.
Ale to nie był odpowiedni moment na gorzkie rozmyślania, choćby nie wiadomo jak były istotne. Belzebub miał już bowiem nowy plan. Ułożył go w drodze do Ratio i do jego realizacji potrzebował pomocy Eblisa. Ale nie tylko jego. Potrzebował też Lamii, a to zdawało się go przerastać najbardziej.
Zaczerpnął powietrza w płuca. Pierwsza rozmowa z Lamią od czasu ich ostatniego spotkania w cztery oczy w Luvah… Wtedy nie była jeszcze żoną Eblisa. Nie spodziewał się, że za niego wyjdzie. Że tak okrutnie i bezwzględnie się na nim zemści.

-Eblisie, posłuchaj. Nie mogę bezczynnie czekać, aż Azazel łaskawie raczy otworzyć przede mną bramy Beulah – powiedział powoli, uważnie spoglądając w wypełnione smutkiem oczy przyjaciela. – Muszę coś zrobić, żeby przyspieszyć jego decyzję. To, co teraz ci oznajmię, mnie również się nie podoba…
-Mów.
-Powinienem mu pokazać, jak mocna jest moja pozycja, i że nawet anioły się ze mną liczą.
-Anioły?! – Eblis nie wierzył własnym uszom, ale gdy poważny wyraz twarzy Bella się nie zmienił, cicho zagwizdał. – Tylko ty mogłeś wymyślić coś takiego!
-Już ci mówiłem, że również mnie się to nie podoba! Ale pomyśl, jak zareaguje Azazel, jak zareaguje całe Zoa, gdy zostanę przyjęty na dworze Emanacji przez samą palatyn Cassielle… Demon w Raju.

-Nie boisz się Boga?
-Eblisie! Bóg nie istnieje! Każdy demon to wie! Anioły są tylko ciemną bandą naiwniaków, wierzących w godne politowania przesądy!
-A jednak na tych przesądach zbudowały o wiele lepszą cywilizację niż nasza.
-Nie denerwuj mnie!
-Stwierdzam fakt. Na przykład ich medycyna jest o wiele lepsza…
-Właśnie! – Belzebub wpadł mu w słowa – Regularnie posyłasz Lamię do nadwornej lekarki anielskiej palatyn… Jak jej tam?
-Pistis Sophia. Jej mąż jest marszałkiem Emanacji.
-Tym lepiej!
Bell klasnął w dłonie. Hrabia przyglądał mu się z coraz większym sceptycyzmem.
-Chcesz wykorzystać kontakty Lamii w Emanacji, żeby uzyskać audiencję u palatyn? – domyślił się, ze znużeniem kiwając głową.
-Poniekąd. Na razie zależałoby mi jedynie na poufnej rozmowie z tym całym marszałkiem.
Eblis westchnął i w końcu uśmiechnął się z typowym dla siebie buńczucznym rozbawieniem.
-Jeśli o mnie chodzi, wiesz, że masz moje pełne poparcie. Ale nie będę umiał wpłynąć na Lamię, jeśli odmówi ci pomocy. Jest bardzo samodzielną kobietą.
-Na nasze przekleństwo! – mruknął do siebie Bell.
***
Z ogrodu dochodziły ich stłumione głosy. Przez chwilę zdawało jej się nawet, że wymieniają jej imię.
Była niespokojna. Nie mogła zasnąć. Myślała o Belzebubie, nękana nawrotem starych uczuć. Widok jego twarzy jak zwykle go wywołał. A tak się starała na niego nie patrzeć!
Położyła Cherry spać i przez chwilę wsłuchiwała się w jej równy, spokojny oddech. Ciemne loki córeczki rozsypały się na poduszce. Jak dorośnie, będzie tak samo piękna jak ona. Na pewno. Piękna jak matka i wielkoduszna jak ojciec. Lamia chciała w to wierzyć, tak jak w wiele innych kłamstw, którymi codziennie uciszała wołanie swojego serca.
Nie. Nie była szczęśliwa.

Nie. Nie kochała Eblisa. Kochała Belzebuba. I właśnie to ją tak unieszczęśliwiało. Jej miłość była już jednak daleka od początkowego ideału. Teraz przynosiła tylko ból i wszechogarniającą złość.
Wydawało jej się, że osiągnęła swój cel. Odebrała mu jego oparcie w Eblisie i dzięki małej Cherry na zawsze przywiązała do siebie hrabiego. Weszła pomiędzy tych dwóch mężczyzn, zyskując miłość jednego i nienawiść drugiego. Cóż za ironia, że to ten, którego kochała, ją nienawidził…
Dokładnie pamiętała przeklęty dzień, kiedy Belzebub i Eblis przybyli do Luvah. Tak się złożyło, że była jedyną kobietą, która panowała w piekielnej prowincji. W Zoa nie akceptowano kobiet na wyższych stanowiskach państwowych. Ojciec Lamii nie miał jednak syna i aby jego najstarsza córka mogła objąć po nim władzę, przyrzekł ważne przywileje luvahańskiej szlachcie, w większości utrzymującej się z kopalni szlachetnych kamieni oraz hodowli doskonałych koni.

Lamia zamieszkała w stolicy Luvah, Oothoon, położonej na malowniczej wyspie na gorących wodach luvahańskiej zatoki. Zasłynęła jako wcielenie zmysłowości, urody i powabu. Mężczyźni  od pierwszego wejrzenia tracili dla niej głowy. Na kolanach błagali o jej rękę. Wśród jej kochanków znajdowali się luvahańscy magnaci oraz przyjezdni szlachcice z sąsiednich prowincji, ale również zwyczajne demony – szczególnie upodobała sobie muzyków.
Kochała śpiew i taniec. Stała się mistrzynią obu tych sztuk i wkrótce całe Zoa opowiadało niesamowite historie o nadzwyczajnie pięknej, czarnej księżnej i jej wspaniałym muzykalnym dworze na wyspie Oothoon. Wielu konkurentów o jej rękę i zarazem lukratywny urząd diuka Luvah, przewinęło się przez wyspę, a Lamia odprawiała ich z kwitkiem, uprzednio nękając złudną nadzieją miłości.

Była bowiem także mistrzynią wszelkich sztuk erotycznych.
Korzystała ze swojej przewagi nad mężczyznami, zwabionymi jej urodą i perspektywą władzy, którą nigdy nie zamierzała się z nikim podzielić. Myślała, że podobnie będzie z Belzebubem. Poprzedzała go jego sława. Lamia była przygotowana na jego przyjazd na długo zanim się pojawił w Oothoon. Tak jej się przynajmniej wydawało, bo kiedy go poznała, nie zdołała się uchronić przed nienasyconym uczuciem namiętności, jakie wywoływał w większości kobiet, częściowo dzięki swojej bezczelności, chłodnemu obyciu i okazywanej im obojętności, a częściowo dzięki swojej powierzchowności. Lamii do szaleństwa spodobała się jego przesadnie blada karnacja, tak różna od kawowego odcienia jej własnej skóry.

Lodowata rezerwa Belzebuba kontrastowała z wylewną serdecznością Eblisa. Hrabia traktował ją z szacunkiem i żywym zainteresowaniem. Wciągał ją w długie światopoglądowe rozmowy i jak jeszcze żaden inny mężczyzna potrafił jej słuchać.
Do tej pory pamięta, jak z zakłopotanym rumieńcem zapytał, czy zechciałaby pozować mu do obrazu. Wzruszyła wtedy ramionami i zapytała:
-Nago?

Belzebub się roześmiał, a stropiony hrabia jedynie pokręcił głową.
-Korzystaj z okazji, przyjacielu! – skomentował Bell, rozbawionym spojrzeniem mierząc księżnę, prowokująco rozłożoną na swoim atłasowym, złotym łożu wśród szmaragdowych poduszek; używała go zamiast tronu.
-A dlaczego ty nie korzystasz ze swojej? – zakpiła, w pełni świadoma, jak doskonale wygląda w rozciętej na udach i ramionach granatowej sukni z głębokim dekoltem, z wysoko upiętymi czarnymi lokami i złotym diademem zdobionym wygrawerowanym słońcem, symbolem Luvah.
Posłał jej nieprzeniknione, długie spojrzenie.

Tej nocy była jego.
Tak długo na to czekała, że niecierpliwie zdarła z niego ubranie. Podarła na nim dosłownie wszystko. Skomentował to ironiczną uwagą, że chyba nie zdaje sobie sprawy, ile kosztował go ten wytworny strój. Odpowiedziała mu śmiechem. Śmiała się przez całą noc, w przypływie podniecenia orząc jego skórę paznokciami lub wbijając w nią zęby, jakby również i jej chciała go pozbawić.
A potem przyszedł ranek i wszystko się skończyło.

Nigdy nie powtórzył z nią tej nocy i jak się później przekonała, zwyczajnie nie przypuszczał, jak wiele po nim oczekiwała, wpuszczając go do swojego łoża. Na początku myślała, że jedynie się z nią droczy, więc zaczęła uwodzić Eblisa, by przyspieszyć jego decyzję o wyznaniu jej uczuć i – jak wciąż się łudziła – o oświadczynach.
Była gotowa oddać mu Luvah. Była gotowa oddać mu wszystko.
Swój cel osiągnęła. Owszem, Belzebub wyznał jej swoje uczucia, choć zupełnie nie takie, jakich pragnęła. Nie spodziewała się usłyszeć, że ma zostawić Eblisa w spokoju i przestać niszczyć ich wzajemne relacje. Wtedy stało się dla niej oczywiste, że Bell jej nie kocha, a nawet uważa za przeszkodę w jego dalekosiężnych planach. Tak, bo plany Belzebuba zawsze były tylko dalekosiężne. Jednak nie wziął w nich pod uwagę zemsty wzgardzonej kobiety…

Zaraz po tej rozmowie rozwścieczona Lamia bez namysłu wyszła za Eblisa i została hrabiną Urizen. Świeżo upieczony mąż zabrał ją z Oothoon do Ratio. W ojczystym Luvah nie była już od dobrych paru lat. Jej splendor i władza przeminęły. Pozostał tylko gorzki smak połowicznej zemsty, mężczyzna, którego nie kocha i dziesięcioletnia dziewczynka, dla której zrobiłaby wszystko. Tak więc żyła w Urizen i udawała, że była szczęśliwa. Cóż więcej jej pozostało?

Zatrzymała się w wejściu do ogrodu. Nie widzieli jej, pogrążeni w rozmowie na bujanej ławce.
-Jeśli o mnie chodzi wiesz, że masz moje pełne poparcie. Ale nie będę umiał wpłynąć na Lamię, jeśli odmówi ci pomocy. Jest bardzo samodzielną kobietą – usłyszała słowa Eblisa, a potem cyniczną odpowiedź Belzebuba:
-Na nasze przekleństwo!
-Doprawdy, Bellu? – wtrąciła, nie mogąc powstrzymać, paraliżującego uczucia złości, pomieszanej z podnieceniem. Wciąż tak na nią działał jego widok.
Odwrócili się równocześnie. Zdumione spojrzenie margrabiego sprawiło jej satysfakcję. Eblis wstał i podszedł do niej.
-Myślałem, że już śpisz, kochanie – przepraszająco pogładził ją po ramieniu.
Był jej przyjacielem i czasem nawet wydawało jej się, że w przeciągu jedenastu lat małżeństwa nauczyła się go kochać.

Kolejne kłamstwo.
-Jak mogłabym spokojnie spać, wiedząc, że spiskujecie za moimi plecami? – odpowiedziała, układając usta w kokieteryjny uśmiech.
-Nie spiskujemy. A właściwie spiskujemy…– poprawił się hrabia z cichym śmiechem. – Ale niech Bell sam ci wyjaśni, na jaki szalony pomysł wpadł!
Pocałował ją w policzek i zostawił ich samych, nieświadomy już powstałego między nimi napięcia. Lamia nie wiedziała, co ze sobą począć. Bell nie ruszył się ze swojego miejsca ani drugi raz na nią  nie spojrzał.
-Może usiądziesz? – zaproponował.
Obeszła huśtawkę i stanęła przed nim. Siedział swobodnie oparty o ławkę i nieznacznie się na niej bujał, co chwila odrywając pięty od podłoża. W starej koszuli jej męża i jego znoszonych, brązowych spodniach ani trochę nie stracił na atrakcyjności. To była jej pierwsza myśl. Wskazał dłonią miejsce obok siebie, najwidoczniej dostrzegając jej wahanie.
Usiadła.

lamia_bell

Spuściła wzrok na swoje dłonie. Czuła się, jak zawstydzona nastolatka. Jego głos przebił się przez głośne bicie jej serca.
-Mam do ciebie prośbę, Lamio.
Podniosła na niego oczy. Patrzył na nią ze zwykłym spokojem, ale i z pewną dozą skrępowania.
-Ty, do mnie? – sarknęła, od razu odzyskując pewność siebie – Nigdy nie myślałam, że doczekam tego dnia!
-A jednak. Marzenia się spełniają – uśmiechnął się, żeby podkreślić żartobliwą wymowę swoich słów.
-Moje się nie spełniły – odparła ostro.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
-Nigdy nie potrafiłbym dać ci tego, co dał ci Eblis – powiedział w końcu, wydawało jej się, że nieco zmienionym głosem – A poza tym miłość nie polega na zrywaniu ubrania i dzikiej namiętności przez całą noc, bo tylko tyle nas łączyło. Nie znasz mnie, Lamio, ani ja nie znam ciebie. Eblis jest z tobą szczęśliwy i jak długo tak będzie, ja będę akceptował wasz związek. Tyle o przeszłości. Skupmy się na przyszłości.
-Kochasz go? – wyrwało jej się z głębi serca; zacisnęła dłonie w pięści.
Wyprostowana jak struna, niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w majaczące w ciemności upstrzone białymi kwiatami drzewa wallissi . Szczególnie mocno pachniały nocą.
Nie odezwał się.
***
Był zbyt zmęczony na tę rozmowę. Od zawsze powtarzał, że kobiety nie powinny mieszać się do polityki. A szczególnie takie jak Lamia!
Oczywiście wiele słyszał o zwodniczej czarnej księżnej, pławiącej się w rozpuście i muzyce na jej wyspie Oothoon, jeszcze nim jego ofensywa dotarła do Luvah.
Eblis był nią od początku wyraźnie zaintrygowany, co niewymownie go irytowało. Gdy hrabia zapytał, czy aby nie był o niego zazdrosny, odburknął, że po prostu inaczej sobie wyobrażał ideał kobiety takiego wyrafinowanego artysty jak on. Może gdyby wówczas zdobył się na szczerość, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej…

Nie. Nie zaprzeczy. W nim także Lamia wzbudzała nieposkromioną żądzę, choć nie przestawała go drażnić. Od śmierci swojej żony z nikim nie sypiał. Kiedyś był wręcz opętany seksem, ale gdy Forneus zginęła, coś się w nim zmieniło. Żadna kobieta nie wydawała mu się warta jego zainteresowania. Aż tu nagle okazało się, że czarna księżna jednym spojrzeniem na nowo rozbudziła jego zmysły. Długo z tym walczył, by w końcu poddać się zwodniczym podszeptom. Skąd mógł wiedzieć, że Lamia się w nim zakocha, odbierze mu Eblisa i pokrzyżuje szyki?
„I jak zwykle wszystko przez moje niekończące się miłostki!” – pomyślał owego ciepłego wieczoru w Ratio, siedząc na bujanej ławce. Wiele razy przedtem i wiele razy potem myślał dokładnie to samo.

-Kochasz go – powtórzyła dobitnie. – Kochasz go i nigdy mu tego nie powiedziałeś! – dodała z wręcz masochistyczną satysfakcją.
-I nie powiem – uciął kategorycznie – Czego ty ode mnie chcesz?! Mam przyznać, że cię zraniłem, choć nie wiem kiedy, bo nic ci nie obiecywałem?!
Spojrzała na niego z wyrzutem i bezgranicznym smutkiem. Nie potrafił znieść tego wzroku, więc odwrócił oczy na jej zaciśnięte dłonie. Lewy nadgarstek zdobiła szeroka, grawerowana bransoleta z białego złota, wysadzana pomarańczowymi kamieniami. Pasowały do jej zwiewnej, morelowej sukni.
-A gdyby Cherry była twoją córką? – wypaliła.

Miał ochotę uderzyć ją w twarz.
-Nie mieszaj do tego Cherry! – powiedział drżącym głosem, pierwszy raz od długiego czasu tracąc nad sobą panowanie.
Zauważyła to i ku jego zdumieniu uspokajająco położyła rękę na jego dłoni. Miała szczupłe, zimne palce. O dziwo, jej dotyk przyniósł mu ulgę.
-Gdyby Cherry była twoją córką, ożeniłbyś się ze mną.
-Tak. Ale wtedy miałabyś męża, który by cię nie kochał.
-Ale ja kochałabym jego.
Zaschło mu w gardle. Piwne oczy Lamii płonęły pożądaniem, które niespodziewanie zaczęło pulsować również pod jego skórą, na chwilę odbierając mu zdolność jasnego myślenia. Wypity alkohol krążył mu we krwi, jeszcze wzmacniając jego moc.
Księżna pochyliła się w jego stronę. Pachniała perfumami o subtelnym zapachu królewskich kwiatów z Luvah zwanych callisto, które wyrastały na czubkach kulistych kaktusów. Ich plantacje znajdowały się na wyspie Oothoon. Kiedyś Lamia często nosiła jeden pąk callisto jako ozdobę włosów.
-Jak już wspomniałem, rozmawiajmy o przyszłości. Interesują mnie twoje kontakty w Emanacji. Chciałabym, żebyś pomogła mi umówić się na spotkanie z mężem twojej lekarki, Pistis Sophii – wydawało mu się, że to nie on wypowiedział te słowa.

W zaległej między nimi ciszy zabrzmiały, jak uderzenie w gong. Zadrżała i odsunęła się od niego.
-Po co ci to spotkanie? – zapytała chłodno.
-Wiesz, jaka jest sytuacja z Urthoną. Zamierzam przycisnąć Azazela. Na pewno się wystraszy, gdy usłyszy o uznaniu mnie przez anioły jako jedynego liczącego się władcy Zoa – wyjaśnił beznamiętnie, nie patrząc na nią.
-Ty i ta twoja polityka! – była prawie rozbawiona.

Prawie.
Jemu to jednak wystarczyło, by się nieśmiało uśmiechnął.
-Zrobisz to dla mnie? O nic więcej cię nie proszę.
-A szkoda. Wciąż mam na ciebie ochotę.
Natrafił na jej wyzywające spojrzenie. Jeszcze raz głęboko odetchnął i zmusił się, żeby wstać z huśtawki.
-Dobranoc, Lamio.
-Dobranoc, Bellu…

KONIEC rozdziału I

Tekst: Magdalena Pioruńska

Ilustracje: Julita Mastalerz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *