Dwaj panowie S, czyli rozmowy o literaturze i nie tylko

Rozmowa III

Tadeusz Dąbrowski i manowce filozofii

Jan Siwmir – Swoje poprzednie rozważania dotyczące Tadeusza Różewicza zakończyliśmy wzmianką o odróżnieniu poety od filozofa. Powtórzę zatem: według mnie, nie każdy filozof jest poetą, tak jak nie każdy poeta jest filozofem. Choć oczywiście bywa i tak, że myśl filozoficzna zawarta jest w wierszach, albo filozofowie szukają podobnych do poezji środków wyrazu. Wiesz już zapewne do czego zmierzam: Martin Heidegger, filozof, któremu zabrakło istniejących dotychczas słów, i który musiał wykreować własny język, aby opisać nurtujące go zagadnienia.

Tomasz Sobieraj – Ja tylko powiedziałem, że dla mnie poezja powinna być blisko filozofii. Ogólnie rzecz ujmując, filozofia to droga do Prawdy, a poezja to droga do Prawdy i Piękna, a zatem – zgodnie z logiką – cele są różne…
Jan Siwmir – … dlatego można powiedzieć że (pomimo iż nie całkiem się z tą definicją poezji zgadzam) Różewicz jest jedynie półpoetą. Wróćmy jednak do języka Heideggera.
Tomasz Sobieraj – Zanim Martin Heidegger stworzył swój dziwaczny, ciemny i odrażający język i poddał się urokom nazizmu, naczytał się Kierkegaarda, właściwego twórcy egzystencjalizmu. Wziął od niego ogólną koncepcję, zasadnicze pojęcia, terminy, pesymistyczny pogląd na życie. Stąd główne motywy egzystencjalizmu, jak infinityzm, tragizm, pesymizm…
Jan Siwmir – … ale to już było u Platona, Augustyna, Pascala…
Tomasz Sobieraj – … było, z wyjątkiem pesymizmu, który pojawił się właściwie dopiero w egzystencjalizmie XX wieku. No ale najważniejszy motyw to przecież humanizm – bo jak twierdzą egzystencjaliści, życie ludzkie jest właściwym tematem filozofii. W każdym razie przez ten ciemny heideggerowski język, egzystencjalizm wydał się filozofią trudną, dla wtajemniczonych, dlatego z takim upodobaniem wszyscy ci, którzy pragną stworzyć wokół siebie aurę intelektualnej głębi i tajemnicy, posługują się w swojej twórczości Heideggerem, a konkretnie cytatami z niego. Mało kto go czytał, jeszcze mniej go zrozumiało, ale dobrze jest rzucić jakąś myśl tego pana, jakiś niejasny, przepraszam za słowo, ustęp, i od razu jest mądrze, studentki mdleją, krytycy padają na kolana…
Jan Siwmir – … zwolnij, zwolnij, Sartre to przecież też egzystencjalista, a jakoś nie widzę problemu z jego zrozumieniem.
Tomasz Sobieraj – Ale to również pisarz, stąd jego terminologia jest bardziej przystępna, „mniej dziwaczna”, jak to określił Tatarkiewicz. I chociaż Sartre to kanalia, bolszewik, wielbiciel Stalina, jako filozofa wolę Francuza, a tak w ogóle to Jaspersa, jeśli już mowa o egzystencjalistach. Zasadniczo, filozofia ta jest mi obca, nie jestem tak skrajnym pesymistą, nie uważam, żeby poza sobą człowiek nie znalazł nic, że jest bytem, którego nie można wywieść z żadnej ogólnej koncepcji, że istnienie jest absurdem. Zgadzam się natomiast w egzystencjalizmie z tym, że wolność człowieka jest koniecznością (ale dodaję, że nie dla wszystkich, tylko dla świadomych, dla „nadludzi”, że użyję terminu Nietzschego), że człowiek jest skazany na wolny byt, i – to już dotyczy większości naszego gatunku – że posługuje się mową, by wyrazić istnienie, jednak fałszuje przy tym i przekształca, wierzy w wyrazy, wierzy w to, że jest tak, jak wszyscy mówią, powtarza to czyniąc ze słów byty, które narastają nad rzeczywistym istnieniem.
Jan Siwmir – Przykładem chociażby entuzjastyczne recenzje Karola Maliszewskiego głupich i rynsztokowych wierszy różnej maści grafomanów.
Tomasz Sobieraj – No, Maliszewski to właśnie przykład, jak wątła myśl krytyka chce wyjść poza przypadkowe istnienie, chce transcendencji, a znajduje…
Jan Siwmir – … nicość, tak, jak chce tego Heidegger, albo „gówno”, jak chce tego twój ulubiony filozof Szwejk (czy jego kompan – jednoroczny ochotnik Marek, już nie bardzo pamiętam). O egzystencjalistach mógłbym rozprawiać długo i namiętnie, bo, chociaż nie identyfikuję się w pełni z żadnym z kierunków filozoficznych, akurat oni są mi bardzo bliscy, czy to za sprawą młodzieńczych fascynacji, czy też dlatego, że z natury jestem zwierzęciem mocno depresyjnym. Ale odłóżmy na bok omawianie koncepcji filozoficznych. Napomknąłem o Heideggerze, gdyż cytatem, a właściwie dwiema niepowiązanymi myślami z jego „Końca filozofii…” zaczyna się tomik wierszy Tadeusza Dąbrowskiego. Och, oczywiście i szklankę z czołgiem na upartego można pożenić, ale wysiłek taki nie jest wart efektu. Gdyby autor poprzestał na pierwszym cytacie, robiąc tym samym aluzję do swoich przeżyć, będących (według ambicji autora) splotem jasnych i mrocznych dni, myśli i uczynków pojawiających się w prześwicie zwanym życiem, byłoby to jeszcze do przyjęcia. Ale nie, on musiał jeszcze pobełkotać o nieskrytości, dorzucić greckie słowo, obliczone na olśnienie jakiejś niewyżytej w swym staropanieństwie pani profesor, a jakby tego było mało, popisać się znajomością (?) języka angielskiego, zamieszczając w oryginale fragment piosenki Franka Blacka. Od razu przypomniały mi się słowa Izabeli Migal zacytowane przez Józefa Barana w jego dzienniku „Przystanek marzenie”:

„Czytając wiersze wymądrzalskich poetów, najczęściej wzruszam obojętnie ramionami. Filozofować można i trzeba na bazie słów najprostszych, tak czynił Sokrates. Swoją erudycją nie wypada się w poezji puszyć, wynosić się nią ponad innych, bo to niekulturalne i pretensjonalne; poza tym my, oświeceni wykształceniem, wcale nie rozświetlamy mroków tajemnicy istnienia i wiemy na jej temat tyle, co głupi Jaś. Uważam, że erudycję w wierszach należy zacierać, czyniąc tylko aluzje do niej”…

Tomasz Sobieraj – … o, częściowo tylko słuszne są słowa pani Migal, bo ludzie przecież są różni i mają różne względem poezji, czy też szerzej – sztuki, oczekiwania. Czyżby według niej T.S. Eliot był niekulturalny, bo nadużywał wielojęzycznych cytatów? Odwołanie do Augustyna w tytule „Ziemia jałowa” czy we frazie „Do Kartaginy przybyłem wówczas” jest pretensjonalne? Nie uważam. Dla mnie czytanie Eliota, odnajdywanie u niego tropów, to absolutnie intelektualne doznanie, a każdy ma takie doznania, na jakie go stać. Poezja nie jest jedna, jak jedna nie jest muzyka. Penderecki i Doda tworzą muzykę, ale chyba jest oczywiste, że dla różnych odbiorców. Rzeczywiście jednak – co za dużo, to niezdrowo. Sam staram się robić w swoich utworach jedynie erudycyjne aluzje, chociaż czasem to mi nie wystarcza i cytuję, bo, na przykład, jakiś fragment czyjegoś utworu stanowił dla mnie inspirację, źródło metafizycznego czy intelektualnego niepokoju, zachłysnąłem się nim, uległem urokowi i podjąłem dialog. Jednak pomiędzy powołaniem się na kogoś, wskazaniem tropu, dialogiem, a zalaniem czytelnika fragmentami czyichś wypowiedzi istnieje cienka czerwona linia… sztuczności czy może snobizmu dla ubogich.
Jan Siwmir – Otóż to. Tadeusz Dąbrowski też wie o tej linii, wobec czego usilnie próbuje dostosować się do słów pani Izabeli, unikając w wierszach jak ognia nadmiaru nazwisk znanych i świadczących o zapoznaniu się z przynajmniej minimum szkolnego programu. Niestety, wpadka z cytatami już na samym początku pokazuje, jak bardzo chce on górować nad resztą śmiertelników. Ponieważ miałem możliwość poznania go osobiście na warsztatach pisarskich w Piszu, wiem, że ten wstęp do „Czarnego kwadratu” ujawnia prawdziwe, snobistyczne i aroganckie podejście autora do innych ludzi.
Tomasz Sobieraj – Po co ty jeździsz na warsztaty? Czas tylko tracisz; lepiej poczytać naprawdę dobrą literaturę, uczyć się od najlepszych. Snob, powiadasz, ten pan Dąbrowski Tadeusz? I arogant? Czyli co, kompleksy uczyniły nam poetę? Zamiast poddać się psychoanalizie, nadął się, napuszył i zaczął pisać co mu ślina na ołówek przyniesie, dzieląc swoje głębokie jak u gimnazjalisty myśli na strofy i unikając justowania, żeby wyglądało jak poezja? No, to tańsze niż psychoanaliza, a niekiedy nawet przyjemniejsze, bo dziewczyny na poetów lecą. Oczywiście, jeśli kto lubi dziewczyny, bo to teraz jest démodé. Przeczytałem „Czarny kwadrat”. Ten tytuł to, jak rozumiem, sięgnięcie do prawdziwie awangardowego malarza Malewicza i jego słynnego obrazu „Czarny kwadrat na białym tle” oraz pozostałych wariacji tego dzieła. Wziąłem książkę Dąbrowskiego do ręki. Pretensjonalność i banał, to pierwsze określenia, jakie przychodzą mi do głowy po przeczytaniu jego wierszy. Rzeczywiście, tapla się w egzystencjalizmie, bo to takie intelektualne, ale robi to naiwnie, więc popada w śmieszność, jak w wierszu (bez tytułu) o jabłku czy w rozważaniach o naturze dobra i zła z wiersza „Różnica”. Cały tomik mniej więcej na to samo kopyto, opisy mniej lub bardziej depresyjnej rzeczywistości, refleksje na poziomie sztambucha pensjonarki, pod wierszami nazwy miast za granicą, by wskazać, jaki bywały w świecie ten nasz poeta. Nadęty jak Dehnel albo, nie przymierzając, Lycoperdon perlatum. Do tego ten Wielki Zderzacz Hadronów, który widać zafascynował pana Tadeusza jak dwuletnie dziecko zapalniczka…
Jan Siwmir – … tylko błagam, nie rób wykładu o Wielkim Zderzaczu Hadronów, bo nie ścierpię tego ani ja, ani czytelnicy. Muszę jednak stanąć w obronie Dąbrowskiego. Nie żeby mi się jego poezja podobała, ale na tle Dyckiego czy Podgórnik albo dajmy na to Maliszewskiego, jest to poezja, której da się wysłuchać. Specjalnie użyłem słowa „wysłuchać”, a nie „przeczytać”, są to bowiem jedne z nielicznych wierszy brzmiące lepiej w czytaniu. Dąbrowski na wspomnianych przeze mnie warsztatach tłumaczył swój sposób wersyfikacji. Należy mianowicie zapisywać wiersz tak, aby wyraz na końcu wyższego wersu miał brzmieć inaczej w zależności od tego czy przyporządkujemy go myśli z górnego czy dolnego wersu.
Przykład:

po tobie? A tak naprawdę – siedzisz pod rozłożystym
drzewem, umorusany lepkim miąższem lipca

W zamierzeniu autora, słowo „rozłożystym” miałoby chyba insynuować jakieś podteksty erotyczne (w języku polskim o to nietrudno), bo cóż by innego, a dopiero drugi wers wyjaśnia, że chodzi o drzewo.

Sposób ten zastosowany z umiarem (powiedzmy raz na kilka wierszy) i z sensem, daje ciekawe efekty. Nadużywany i stosowany przez Dąbrowskiego wszędzie tam, gdzie się da i gdzie się nie da, wygląda na wymuszony i razi sztucznością. Czego się jak widać nie robi, żeby pokazać pozory oryginalności. Ale jeśli zaniechasz czytania wersami, zignorujesz pułapki pozornej wieloznaczności i skupisz się na obrazie, jaki opisuje autor, to da się tej poezji wysłuchać a nawet zdawkowo zaklaskać po wieczorku. Mówisz, że refleksje na poziomie sztambucha pensjonarki, cóż, nie zapominaj, że wiersze piszą i profesorowie, i piekarze, i ci, co kręcą lody. Sam też powiedziałeś, że odbiorcy są różni. Mnie nie razi ani prostota spostrzeżeń, ani nawet pewne nieszczęśliwe, nietrafione sformułowania („przerażająco ufne”, „zgwałcony las”), irytuje mnie bardziej, że pod względem formy, Dąbrowski jest odbiciem i kalką, tyle że o kilkadziesiąt lat młodszą od swego mentora Tadeusza Różewicza. Takie same wiersze, tylko inaczej rozpisane na wersy. Zrób eksperyment i zastosuj zapis Dąbrowskiego do wierszy Różewicza. Co, niespodzianka? A skoro jest klonem, to wszystkie zarzuty, jakie postawiłem Różewiczowi, dotyczą także jego.
Tomasz Sobieraj – Przerażasz mnie tym „zgwałconym lasem”, to jakaś rozpasana, wyuzdana dendrofilia, kładąca się ponurym cieniem na tej poezji i weryfikująca moje dotychczasowe poglądy na seksualność drzew, która zawsze wydawała mi się mało prowokująca do takich niecnych poczynań. Poczynań, dodam, o ewidentnych znamionach przestępstwa. Tego nie wybaczy żaden, nawet najbardziej liberalny ekolog. No cóż, jak powiedział klasyk, czyli kucharz Juranda z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, wyjaśniając swoje znakomite odkrycie podczas przyrządzania podgardlanek dla 11 kompanii marszowej, kiedy to majeranek zastąpił fragmentem uschniętej ślubnej wiązanki: „Niezbadane są drogi ducha ludzkiego, chwytającego się w potrzebie najróżnorodniejszych sposobów, odsłaniających nowe horyzonty, i wynajdującego rzeczy, o jakich ludzkości nie śniło się dotychczas…”. Dąbrowski to właśnie taki Juranda, tylko, niestety, na poważnie…
Jan Siwmir – … no tak, Juranda kpił z siebie, Dąbrowski jest serio, a Szwejk niedługo wyjdzie mi uszami…
Tomasz Sobieraj – … Dąbrowski jest serio i przez to staje się śmieszny, biorąc pod uwagę skalę jego naiwnych zadziwień i refleksji. A co do Jurandy, i Szwejka w ogóle – kpina też może być poważna, poważniejsza i mądrzejsza od nadętych dysertacji. Ale wróćmy do naszego poety i jego wersji podgardlanej. W powodzi filozoficzno-egzystencjalnych refleksji Tadeusza Dąbrowskiego, które mogłyby posłużyć licealistom za przykłady tej filozofii w czasie pisania wypracowań, znalazłem parę smakowitych kąsków: „wyciśnij mnie – woła pryszcz” – patrz, jaki roszczeniowy ten wyprysk; no ale takie są koszty demokracji, gdzie nawet pryszcz ma głos. „Poezja, jeśli jest, przypomina dziś kamyk, czasem cegłę” – a czasem guano, chciałoby się dodać; ileż prawdy w tych prostych, żołnierskich słowach człowieka usiłującego być poetą. Jest też w jego wierszu ptak „który zjada do bólu szczęśliwą gąsienicę” – jakaż tutaj znajomość pokrętnej psychiki gąsienic, ileż perwersji w tej kryptoerotycznej scenie ukazującej miłość tak różnych bytów, przy której homoseksualne wynurzenia Dyckiego to szczyt banału! Wyznanie podmiotu lirycznego, że pisał wiersz i chciał kichnąć, ale przestraszył się dzwonka u drzwi, więc zakaszlał, zalało mnie falą współczucia, bo przy takiej strachliwości następnym razem może przydarzyć się coś gorszego niż kaszlnięcie. Trochę zadziwia mnie uwaga skierowana do „wielkiego Niezgraby”, czyli Boga, którego przecież według filozofii egzystencjalnej nie ma – to pewna niekonsekwencja u wyznawcy egzystencjalizmu, albo dowód na to, że Dąbrowskiego coś naprawdę uwiera, że nie trwa jedynie w szczenięcym zarozumiałym i narcystycznym nadęciu jak Dehnel, ale dręczą go metafizyczne niepokoje.
Jan Siwmir – Złośliwy dziś jesteś ponad zwykłą normę, co pewnie oznacza, że niedługo wiosna nadejdzie albo będziesz miał atak podagry. Ale pociągnę ten tok rozumowania. „Jeżeli nadal jesteś sobą, nie możesz nie tęsknić za potrawką z kurczaka” – założę się, że chodzi o lisa, bo ludzie z tego, co wiem się zmieniają, bogowie pewnie też, skoro powstali na wzór i podobieństwo tych, którzy ich wymyślili. Ale żeby lisy tęskniły za radiową Dwójką, Allenem czy Tarantino? Tego nawet starożytni Rosjanie by nie wykoncypowali. „igła żyta nie dawała się wypluć, dławiła” – no i kto kazał autorowi paść się na polu, czy leźć w szkodę niczym, nie przymierzając, kangur czy inna krasula? „dotknij mnie dziurą w skroni czarnym językiem przewiej ołowianą słodyczą” – uuuu, mocna rzecz, też zaczynałem swoje zmagania z poezją od trupów, zombi i smaku rozkładającego się ciała. Ale takie obrazy trzeba konsekwentnie ciągnąć, dodać zapach gangreny toczącej kikut ręki, wylewającą się ropę z ust czy rozpad tkanek przy dotyku. A co my dalej mamy? Prośbę o chleb dla sytego i rozmnożenie głodu w głodnym. Wredna ta modlitwa Dąbrowskiego, no ale modlitwy zależą od charakteru tego, który je wznosi. „Nie ma miłości większej niż milczenie” – jasne, dlatego widać, że Dąbrowski nas, ludzi nie kocha. „Trawa – mogłaby krakać, a szumi – milczy. Gawron – mógłby ćwierkać, ale kracze – milczy. Tramwaj – mógłby jechać, a stoi w zajezdni – milczy.” Autor – mógłby być rzeźnikiem, ale pisze – nie może zamilknąć. Tylko mocnych słów nie ma, co nie znaczy, że mi ich brakuje…
Tomasz Sobieraj – Dąbrowski unika wulgaryzmów, więc jest pewnie z tego powodu zaliczany przez naszą nieocenioną i światłą krytykę oraz uczelniane państwo profesorstwo do wybitnych intelektualistów. Stara się być modny – pisze o śmierci, raku, beznadziei, czyli tak, jak trzeba, zgodnie z dzisiejszą konwencją. Robi to w stylu, który jest w istocie zapisaną w postaci nierównych wersów i strof prozą. Nadyma się, wydala słowa, i milczy znacząco, patrząc jakie zrobił wrażenie. A ziemia nie drży. Drzewa się nie kłaniają (może boją się gwałtu?), góry są na swoim miejscu, nie zdjęły z szacunku śnieżnych czap. Gwiazdy ziewają. Dąbrowski jest tym rozczarowany, więc każe czytać do skutku (wiersz „do skutku”), żeby poczuć poezję. To by trwało wieczność. Za długo. Szkoda czasu. Więcej poezji jest w książce kucharskiej. Zresztą on uważa, że poezja zanika, wegetuje, nigdy się nie obudzi; Dąbrowski przygląda się przecież w wierszu Różewiczowi siedzącemu przy łóżku konającej poezji (jakież to podobne do mojej „Podwójnej śmierci metresy”), którą sam ojciec awangardy potrącił (ciekawe, czy czuje się winny; pewnie nie, skoro namaszcza Dąbrowskiego). Więc po co pisze pan Dąbrowski? Albo, jak rozmyślał Horacy, „czemu kleci wiersze”. Trudno powiedzieć, pewnie tak jakoś samo wyszło. Cóż zresztą łatwiejszego od pisania wierszy i fotografowania? Jak już człowiek nic nie umie, to zawsze są trzy fachy, do których może się załapać: wierszokleta, fotopstrykacz i żurnalista. Tylko dlaczego ten Dąbrowski taki smutny jak „kondukt w deszczu pod wiatr”? Ja, w każdym razie, nie jestem egzystencjalistą i takim pesymistą, wierzę, ba, wiem, że poezja jest, a szczęśliwcy mogą ją spotkać w miejscach rzadko dzisiaj uczęszczanych. W telewizji o tych spotkaniach nie mówią, w pismach literackich o nich nie piszą, ale ona zjawia się i jest w dobrej kondycji. A gdy przeminą czasy literackich barbarzyńców i degeneratów, ukaże się wszystkim, bo ludzie chcą poezji, chcą dobrej literatury, a nie tylko dyslektycznego bełkotu niedouków pod sztandarem awangardy.
Jan Siwmir – „Umyj mnie – prosi ciało, bo w nocy narozrabiało” – jaki piękny wewnętrzny rym, a Ty, Tomku, bezczelnie sugerujesz, że to proza ustawiona w słupki. Natomiast jeśli chodzi o utwór, w którym Różewicz siedzi przy łóżku zmaltretowanej przez siebie poezji, to akurat mi się podoba. Jest przynajmniej prawdziwy. Inna sprawa, czy powinien się podobać Różewiczowi, w końcu Dąbrowski oskarża go w tym wierszu o to samo, co my, ale widocznie takie delikatne przytyki są dla nich, podobnie jak dla nas, intelektualną grą wstępną. Podoba mi się także, i to już mówię zupełnie serio, utwór o tym jak to dobro i zło dorosły i spoważniały. Sympatyczna przypowieść, z wierszem jednakże niewiele mająca wspólnego. Promień, wyproszony przez mamę, wiszący jak parciany sznurek, to też ciekawa metafora. A tak poza wszystkim, brak tytułów przy utworach zawsze kojarzy mi się albo z wyjątkowym lenistwem autora, albo z brakiem pomysłu na takowe. Jak jednak mówiłem, na tle dzisiejszych „wielkich” można o nim powiedzieć, że „ma zadatki”.
Tomasz Sobieraj – Tak, piękny rym przytoczyłeś, wielka to poezja i biedny podmiot liryczny, który pewnie się w nocy zesrał, i dlatego jego ciało prosi „umyj mnie”. Ciekawe, umył? Posłuchał ciała? Ale w książce kucharskiej też znalazłem ładne wiersze, jak chociażby „Nerkówka cielęca duszona”:

Nerkówkę opłukać, odrąbać wystający
brzeg kręgosłupa. Wyjąć długie, półokrągłe
żebro. Oprószyć solą, mąką, usmażyć ze wszystkich stron na
rumiano. Dusić na wolnym ogniu. Gdy mięso jest miękkie
wyjąć. Odciąć nerkę. Podawać z ziemniakami i
jarzyną z wody.

Wiele tam tego, seks i okrucieństwo w owych miękkościach, krągłościach w duszeniu, odrąbywaniu i odcinaniu. Książka kucharska to jeden z najgrubszych tomów poezji, jakie czytałem. Co więcej, zawarte w nim utwory posiadają interpunkcję, wielkie litery, są ciekawe, apetyczne, niekiedy perwersyjne i egzystencjalne, nie brak im też intelektualizmu. Kilka tych wierszy nawet udało mi się przyrządzić i zjeść, co już właściwie jest wyrafinowanym teatrem. W sumie jednak uważam, że Dąbrowski to dobry zawodnik „Czarnych Parzęczew” w porównaniu z na przykład Podgórnik czy Dyckim, którzy siedzą w lidze podwórkowej na ławce rezerwowych i dłubią w nosie z podziwem oglądając wygrzebane byty i pokazując je zachwyconym krytykom. Niemniej, mnie interesuje tylko ekstraklasa.
Jan Siwmir – I słusznie. Od Dąbrowskiego niczego się przecież nie nauczymy. Poza tym, właśnie doczytałem, że analizowane przez nas wiersze powstały przy pomocy finansowej Samorządu Województwa Pomorskiego oraz stypendium Ministerstwa Kultury. To jest moim zdaniem jakieś kuriozalne nieporozumienie. Raz, że w czarny kwadrat niebytu bezpowrotnie wsiąkły nasze, podatników, pieniądze, dwa, że przecież wspólnie w jeden dzień możemy machnąć takich wierszy z pięć tuzinów, nie odrywając się przy tym od telewizora czy innej nieabsorbującej umysłu rozrywki, a tu autor potrzebował stymulatora w postaci dotacji, niczym jakiś poważny uczony na swoje wieloletnie badania. Jeśli to, co nam przychodzi z łatwością, dla Dąbrowskiego jest szczytem talentu i ukoronowaniem ciężkiej pracy, to obawiam się, że na określeniu „ma zadatki” sprawa się zakończy. Cóż, przyszłość pokaże…
Tomasz Sobieraj – Więc co, do kosza z Dąbrowskim, na półkę, czy gdzieś obok kosza, bo jednak daje nadzieję, że może coś z niego będzie?
Jan Siwmir – Sugerujesz stworzenie takiej przejściowej kategorii, typu czyściec, gdzie będziemy składować wszystkich ze stemplem „Przepustka do literatury”? Niech i tak będzie.

TOMASZ SOBIERAJ www.sobieraj.art.pl – prozaik, poeta, fotografik, eseista, publicysta, krytyk literacki; zajmuje się także sztuką wideo i grafiką użytkową. Ukończył geografię (hydrologię i klimatologię) na Uniwersytecie Łódzkim i program GIS w Instytucie Informatyki Statystycznej Uniwersytetu w Lizbonie. Opublikował książki poetyckie: Gra (2008), Wojna Kwiatów (2009), zbiór opowiadań Dom Nadzoru (2009) i minipowieść Ogólna teoria jesieni (2010). Jego prace fotograficzne, wykonywane srebrową techniką klasyczną i otworkową, znajdują się w Southeast Museum of Photography, Fotomuseum Antwerp, SAFOTO Archives i licznych kolekcjach prywatnych w USA, Brazylii, Austrii, Wlk. Brytanii, Izraelu i Polsce.

JAN SIWMIR www.jansiwmir.com – nauczyciel z powołania, kryminalista z zamiłowania, poeta z wściekłości na rzeczywistość. W wolnych chwilach ucieka w fotografię. Jest dwuosobowy.

0 thoughts on “Dwaj panowie S, czyli rozmowy o literaturze i nie tylko

  1. Szanowny Panie,
    To chyba o mój cytat chodzi w Dzienniku Józefa Barana. Nie jestem pewna, czy dokładnie tak to ujęłam.
    Dla mnie filozofia jest bliska poezji. Jeśli bywam poetką, to tego typu właśnie, co do Prawdy chce dojść po przez piękne słowo, ale także po przez fakty, doświadczenie. sprawdzenie empiryczne, a jeśli nie jest to możliwe poznanie intuicyjne. Mam pewność, że pewne zdarzenia miały miejsce, ale nie znalazłam na to dowodów.
    Poezja jednak nie jest filozofią i niech nie próbuje udawać, że się nią staje. Z takiej oto prostej przyczyny, że wywody filozoficzne wymagają uzasadnienia, bez którego nie zostaną przyjęte przez naukę. Poezja niczego nie uzasadnia, a mimo to jest pełna odkrywczych myśli. Wiersz składający się z samych myśli nie uznaję za poezję.
    Słowo „niekulturalne” jest zbyt dosadne. I dziwię się, że to ja go użyłam w tym kontekście. Cenię Eliota, ale nie jako poetę, lecz jako krytyka.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *