Logogłowi

Obserwując, jak jakiś czas temu tysiące Amerykanów koczowało pod sklepami z nadgryzionym jabłuszkiem w szyldzie, kręciłem głową z niedowierzaniem. Wyglądało to, dla mojego spaczonego dogorywającym Peerelem umysłu, jak zdjęcia do remake’u jednego z filmów Barei. Ale nie. To tylko nowy aj-produkt rzucili na rynek. A lud karnie ustawił się w kolejkę.

Swoją drogą, ciekawe, czy pojawiła się lista kolejkowa…

Ale do rzeczy. Kręciłem więc głową z niedowierzaniem. Jak, cisnęło mi się na usta pytanie, jak udało im się tego dokonać? Jak udało im się sformatować tyle mózgów? Jak udało im się wyprodukować kolesi, którzy z kamienną twarzą deklamują do kamery, że kupiliby cokolwiek wyszłoby ze stajni nadgryzionego jabłuszka, najlepiej w dniu premiery, choćby musieli wziąć wolne w pracy i spać tydzień pod gołym niebem? Jak…?

Tutaj obudził się drzemiący we mnie pi-arowiec (w takie wszak wykształcenie wyposażyła mnie pewna państwowa uczelnia, zanim zrobiłem wielką woltę i zostałem filologiem) i jął sytuację metodycznie analizować. Konsekwentne budowanie marki w oparciu o jasno zdefiniowane, szeroko cenione wartości. Sprzedawanie nie towaru, a stylu życia (w zwichrowanej reklamami rzeczywistości pięćdziesięcioletni bankier z ajpodem na uszach to już praktycznie izirajder). Zagonienie konkurencji w kozi róg tak, by nie potrafili się zdefiniować inaczej, jak tylko w opozycji do wielkiego jabłuszka. I gotowe. Dobra robota, chłopaki (i dziewczyny)!

Tylko czy ma to coś wspólnego z nami? Przecież za ajfonami w kolejkach nie stoimy, empetrójkowych odtwarzaczy ajpodami nie nazywamy. Ale… oczy świecą się nam na widok tenisówek oznaczonych zgrabnym ptaszkiem. Doskonale wiemy, że co knorr, to knorr. A kupując generyczną aspirynę, robimy to z lekkim ściskiem w żołądku, bo to przecież nie to samo, bo oryginalna…

Daleki jednak jestem od rzucania kamieniami. W końcu piszę te słowa na laptopie firmy z kopniętym E w logo, dreptam do pracy w adidasach-adidasach, a tło muzyczne zapewnia mi poczciwy soniak. Święty w tej dziedzinie (i zresztą w żadnej innej) nie jestem.

Oczywiście nie sugeruję, że decyzje podejmujemy wyłącznie na podstawie banialuk posuwanych nam przez speców od reklamy. Jesteśmy przecież istotami inteligentnymi, mamy to doniosłe sapiens w nazwie swojego gatunku. Ale ile w tych naszych decyzjach rzeczywistej logiki, a ile racjonalizacji, często trudno dociec. Zwłaszcza, że efekt końcowy nie zawsze przystaje do naszych wyobrażeń.

Moja Nokia padła po miesiącu ostrożnego użytkowania (Nokia ci się zepsuła, z oczami okrągłymi jak spodki zapytała koleżanka z pracy), podczas gdy Samsung mojego kumpla, mimo dość obcesowego traktowania, trzyma się mocno. Tym niemniej jakiś cienki, wewnętrzny głosik każe mi uznać to za anomalię, wyjątek potwierdzający regułę. Inaczej zmuszony byłbym ze wstydem przyznać, że być może dałem się uwieść tym pięciu literkom na obudowie, jak starzejąca się panna na wydaniu chłopcu, co we włosy miał wtarty żel.

Ajajajaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *