Przyjaciel do końca życia

To literatura konkretna, oparta na rzeczywistych  „samplach”, nie mniej wysoce przetworzona niż keczup z supermarketu. Przetworzenie, przetworzenie i jeszcze raz przetworzenie ­– bez cytatów z cudzej babuni na etykietkach.

To przestrzeń, gdzie powyginane wymiary zachodzą na siebie i jeżeli ktoś jest glonem, choćby i wielokomórkowym „u nas już od złotówki” – to nie zrozumie. Potrzebny jest centralny układ nerwowy – nie jakiś „pluralys” układów scalonych w kompie. Tak więc centralizacja osadzona na szarości wielu komórek, ale nie snobistyczna papka black and white.

Autor.

Ciemno. – Nic nie widzę! Zamknął oczy – to samo. Spróbował kilka razy – za każdym razem niezmiennieo. Przerażająca ciemność i cisza. Takiej ciemności nigdy nie widział, a takiej ciszy nigdy nie słyszał – o ile ciemność się widzi, a ciszę słyszy, ale słuchał z nadzieją, że może choć cichutki dźwięk – tymczasem nic. Może choć maluśki błysk? Też nic.

– Dlaczego mam tak dziwnie złożone ręce? Ręka rękę myje – to normalka, ale na sucho? Po ciemku, bez smarowania choćby nawet mydłem? Zapalić światło – pomyślał. Próbował wstać, ale od razu natrafił na miękki, ale stanowczy opór. Coś jak pikowna podszewka.

–       Nie mogę się ruszyć! Co jest? Gdzie jestem? Spokojnie… zaraz, zaraz, ale to chyba nie jest transmisja!?

–       No, wiem! Rozumiem, nawaliłem, ale żeby już transmisja? Nie! Ja chcę wstać, umyć twarz, wypić drinka, pojechać na szybki numerek, mam jeszcze tyle do zrobienia… Wypuśćcie mnie, słyszycie? Przecież ja jeszcze tak naprawdę nigdy nie kochałem! Mała! Powiedz im, że ja się z tobą ożenię, wszystko naprawię!

Gdzieś słyszał, że rozpacz jest czarna, ale w tych ciemnościach wszystko jest czarne, w dodatku robi się duszno.

–       Chcę stąd wyjść! – krzyknął, a głos był dziwnie bliski, strasznie matowy, stłumiony i bezdźwięczny – tak, jak gdyby krzyczał z tłumikiem.

Jak bardzo można pragnąć się poruszyć kiedy nie jest to możliwe. Przypomniał sobie, że kiedy mógł, wolał leniuchować aż do bezruchu włącznie, chociaż nigdy tak na dobre go nie osiągnął. Kiedy już prawie się udawało, to albo drink, numerek albo telefon. Jakżesz się wściekał, kiedy trzeba było ruszyć ręką, żeby podnieść telefon. Ale potem gierka albo pornosik do oporu – do ostatniego życia.

Teraz gotów był darmo pracować w kamieniołomach, wiosłować na galerach, byleby móc się swobodnie ruszyć. Ileż by dał za zgięcie kolana, za leżenie na boku, za oddech pełną piersią.

– Dobra. Chcecie? Będę leżał jak kłoda, tylko mnie wypuśćcie! Chce mi się szczać!

Było duszno, oddychał, ale to nic nie pomagało. Nie dał rady – musiał popuścić…

*

– Krzyczał pan przez sen… – przed nim stał sympatyczny elegancki człowieczek w meloniku, a Urij Burowicz Urkiew patrzył z ulgą w sufit i nie raczył nawet odpowiedzieć na uprzejme „Dzień dobry”.

– Przepraszam, że budzę – powiedział człowieczek.

– Nie, proszę się nie obawiać, to nie będzie transmisja – aha,  nazywam się Stan Konieczny. Czy mogę usiąść?

Człowieczek nie otrzymawszy odpowiedzi, stał cicho przez chwilę, by w końcu jednak się odezwać.

–       Urka: od dziś do końca twego życia jestem twoim najlepszym przyjacielem, więc rozluźnij się i porozmawiajmy.

Ten sposób nazywano transmisją, bo proces przebiegał na żywo bez zabicia karpia. Wiadomo, transmisje przebiegają na żywo, a powiedzieć, że człowieka byłoby niehumanitarnie.

Najpierw zapraszano na ucztę – prawdziwą, nie typu „nieposprzątać po kolacji”, żeby potem w trakcie było się z czego wypróżnić. Podczas biesiady wykonywano – ot tak dla nastroju, zamiast świec – jakiś pomniejszy wyroczek, najcześciej „z klamki” żeby pryskała krew. (Klamka pomaga, nie tylko wejść albo wyjść, ale w wielu sytuacjach także zejść.)

Wtedy wszyscy wiedzieli, że główny punkt programu jeszcze nastąpi. Nigdy nikt nie wiedział, o kogo chodzi, a papa siedział i patrzył każdemu po kolei w oczy.

W końcu ktoś zaczynał ziewać, a w jego oczach pojawiał się paniczny strach. Błagalnie rozglądał się dokoła, jakby pytał, dlaczego ja, a wszyscy obok oddychali z ulgą i wznosili toast. Ziewający rozpaczliwie bronił się przed snem. Głęboko oddychał, klepał się po twarzy, szczypał w uda, czyli dla niezorientowanego obserwatora, zachowywał się idiotycznie. Słabo zorientowany pomyślałby, że to profesjonalny sporowiec wzbudza w sobie tak zwaną przedstartową złość pozytywną, a zorientowany w żadnym wypadku z idiotyzmem nie kojarzył.

Papa nadal patrzył wszystkim w oczy i należało się śmiać i to szczerze. Po śmiechu oceniał lojalność. To był festiwal śmiechu. Niektórzy nawet mdleli, a innym niewiele brakowało do przysłowiowego pęknięcia, do którego nie dochodziło tylko dlatego, że ciało nie balon i ma otwory, przez które ciśnienie humoru może mieć ujście. Toteż bywało czasem i do śmiechu, kiedy ktoś nie wytrzymał.

Krztuszących się, papa walił baseballem po plecach, aż ustami szła krew. Dopiero wtedy skłonny był wierzyć w szczerość poczucia humoru. Omdlałych cucono i jeżeli się ze śmiechu, za przeproszeniem, nie zesrali, to im biada.

Wszyscy wiedzieli, co to transmisja, że zasypiający już ostatni raz się śmieje i widzi światło.

W końcu karp zasypiał z grymasem najszczerszego śmiechu, na jaki było go stać, a papa kpił, że ten się śmieje, „kto się śmieje po raz ostatni” i robił taki grymas, że wszystkim nagle przestawało być do śmiechu. Przychodziła ekipa, śpiącego zabierała i wszyscy wychodzili na ceremonię, gdzie papa wygłaszał mowę, w której przypominał zasługi delikwenta czyli w tym wypadku karpia (żeby było humanitarnie), w ogóle pod niebiosa go wychwalał, w końcu wyciągał chusteczkę i głośno bardzo szczerze płakał lejąc bez wątpienia prawdziwe łzy bezpośrednio z otworów ciała, nie przez spodnie. Następnie żywego karpia zakopywano, zupełnie humanitarnie, a nawet ze szczerą intencją, by żył jeszcze tak długo jak tylko potrafi.

*

– Aaa! To pan! Myślałem, że strażnik. Co dzień jest inny. Więc to już niedługo?

– Tak. Jutro. Rada Krewnych odrzuciła prośbę. Prezydent Chrzestny też nie podpisał.

– Wiedziałem. Liczę na pana.

– Bez obaw. Beton w najlepszym gatunku. Kadź podgrzewana, więc normowa wytrzymałość już po kilku godzinach, woda krystalicznie czysta, dźwig stabilizowany. Rada zgodziła się na salwę z tłumikami i kwiaty na grobie nieznanego celebryty.

– Tak więc do jutra, nieprawdaż? – Urkiew wysilił się na kurtuazję.

– Nie tak szybko. Muszę wykonać kilka czynności przygotowawczych. Trzeba  zważyć, zmierzyć, co należy obliczyć – i tak dalej.

Stan Konieczny to najlepszy „Przyjaciel do końca życia” w całej międzynarodowej kasie martwych „Dozgonna Przyjaźń”. Nie słyszano by kogoś kiedykolwiek zostawił w biedzie – i to nie dlatego, że jako najlepszy, do czynienia miał prawie wyłącznie z majętnymi, ale głównie dlatego, że wyżej nad przyjaźń stawiał dozgonność.

Tymczasem akcja toczy się na bajkodromie Kosmonur we Wspólnocie Niepodległych Rodzin, gdzie w ramach polityki prorodzinnej wprowadzono familiokrację i wiele zacnych klanów wybrało Stana na przyjaciela rodzinnego w nagłej potrzebie lub inaczej – przyjaciela ostatniego kontaktu.

– Najpierw wzrost. No, nie chcesz chyba, by był większy niż głębokość akwenu?  Trzeba by dodatkowej salwy i temu podobne perturbacje. Następnie  waga do karty pracy dźwigowego, no i chyba najważniejsze, czyli numer obuwia. Z wiadomych względów nie może być luźne, nie mówiąc o kołnierzyku i rozmiarze garnituru z powodów czysto już etykietarnych. Jestem przecież odpowiedzialny za cały przebieg uroczystości…

Urij wydawał się pobieżnie wszystko akceptować, więc odczekał chwilkę by się nagle odezwać.

– Wiesz Stan? To było tak:

Papa woła: wchodzę, księgowy podaje kopertę, papa się nawet nie odzywa. Biorę kopertę, całuję w rękę i wychodzę. Wchodzę do baru, zamawiam, siadam, wyjmuję i otwieram. Normalny kod, czyli jak zwykle – no wiesz – tu wskazał kciukiem w dół, nie hip-hopowo, ale z taką dystynkcją, że Stan nie mógł powstrzymać się od pomruku powściąganego podziwu. W ich kręgach  w takiej sytuacji nie pozwalano sobie na przejeżdżanie palcem po szyi.

– To tak jak ty, tylko mnie nikt jakoś nigdy nie nazwał najlepszym przyjacielem – kontynuował Urij.

–       To nic. Tam wszyscy są przyjaciółmi i będą ci jeszcze dziękować.

–       Kto? Gdzie?

–       Tam dokąd odchodzisz.

–       Tak myślisz? Zobaczymy, ale teraz wybiłeś mnie z wątku – Urij spojrzał w sufit próbując się skupić.

–       Dobrze. Już nie przerywam. Mów, mów dalej.

–       Otwieram i czytam. Nazwiska brak, ale jest zdjęcie. Przeciętny facet. Papa każe mówić „obiekt”, więc niech będzie obiekt. Nie duży, raczej mały, nie ładny i nie brzydki. Tacy są najgorsi. Najczęściej wielkie cwaniaki. Ale wiesz, nie ma silnych, są tylko – jak to mówią – źle trafieni. Czytam dalej, jest oczywiście klauzula najwyższej trudności i skoro jest –– to jest. Moja sprawa wiedzieć, co robić. Termin krótki. Biorę butelkę i idę do domu, a po drodze zajeżdżam do małej. Zawsze przed robotą lubię mieć seks.

Mieć seks, to nie to co być w posiadaniu nieruchomośći. To jest poziom problemu „być albo mieć” – czyli raczej „być” , ale tak brzmi raczej odchodowo niż odlotowo, więc lubił mieć i tyle

–  Ona woli po – kontynuował Urij – to z naczy po mojej robocie – i wtedy muszę opowiadać ze szczegółami. To ją kręci. Szybkie dwa numerki i oczywiście obiecuję, że po wszystkim przyjdę, pójdziemy gdzieś i wszystko opowiem. Kiedyś, pamiętam delikwent, to znaczy obiekt, dał plamę i wróciłem schlapany.

– Schlapałeś – mówi mała i małośmy się nie poprztykali. Wtedy się to zaczęło i teraz muszę jej wszystko ze szczegółami, ale do rzeczy.

Podaję hasło, otwieram i wchodzę. Wybieram klamkę. Ulubiony stary Mauzer ze sztywnym futerałem. Ładuję dziesięć pocisków – dokładnie tyle ile trzeba. To jest rutyna. Nic na wyrost. Nic więcej niż trzeba. Ruszam. Adres się zgadza, też jest hasło, ale łamię brejkerem i włażę. On ucieka. Długie, kręte korytarze. – Też strzela. Robię uniki i odpowiadam. Za każdym razem dostaje. Przewraca się, ale się podnosi i biegnie dalej. Strzelam dziesiąty raz – pada i zgodnie z planem już nie wstaje. Wyrzucam do kosza klamkę, to znaczy mauzera i spokojnym krokiem wychodzę. Zajeżdżam do baru, kupuję hot doga. Nie jem, smaruję się keczupem i cześć. Ona chce, żeby ją też smarowac, ale czasem używam struny i wtedy czym?

Rano melduję papie, że wponsiu i do baru. Wracam do domu, a tu puk-puk. Otwieram, a to Nico Napalone, skurwiel, ten, co się chwali, że rżnie moją małą i wszystkie inne, przyszedł z jakimś nowym fagasem. Klamki w rękach, ale otworzyli brejkerem. Walą mnie rurą, wiążą i wiozą. No zgadnij dokąd? Do papy. Sadzają na krześle, wyciągają nośnik i wkładają do stacji.

Papa wpisuje hasło. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to właśnie on – we własnej osobie, jakby nigdy nic – spaceruje. A przecież wszystko pasowało! Pytam jeszcze raz księgowego o hasło, no żeby potwierdził. Adres ten, co trzeba, hasło dobre i ilość naboi pasuje. Pamiętasz? Ładowałem dziesięć. Jeden na jedno życie. Wrobili mnie! No nie zgadniesz, kto to był… Bednarsky – dziesiątka. Już od jedynki, za każdym razem zabili go i uciekł. A mówiłem? Tacy są najgorsi.

Teraz ty coś opowiedz. Może być bajka. Nikt mi nigdy bajek nie opowiadał. Miałem, jak każdy twardziel, trudne dzieciństwo. No mów.

–       Tak. Bajka przed spoczynkiem to jest to, tym bardziej przed wiecznym –

Konieczny zamontował statyw do pomiaru wzrostu, zmierzył i zanotował.

–       Zaczynałem jak ty. Trzeba trochę przejść, żeby robić to, co teraz robię, żeby wejść na same szczyty. W tych okolicach też pracowałem i to właśnie tu dostałem coś, co miało być zleceniem życia. Dostałem wszystko, co trzeba i opracowałem plan. Też niski gość, taki łysawy kurdupel. Ale ty wiesz? To była fisza! Jaka obstawa! Nauczyłem się języka, no przecież słyszysz jak mówię. Później tej ich grypsery, „towarzysze”, „klasa robotnicza”, „wyższość”, „imperializm”, „dialektyka” itd. Wyobraź sobie, wszyscy byli towarzyszami! Coś niesamowitego! Po sporych korowodach dostałem wizę i przyjechałem. Jasny gwint! Musiałem stać w długiej kolejce, żeby oddać hołd – oczywiście chodziło tylko o to by się rozeznać na miejscu. U nich wszyscy towarzysze, niby żadnych podziałów, ale niech by tylko przeciwko tej partii. U nas „show must go on”, a tam wiecznie trwać miała rewolucja – nie jakiś prostacki show.

–       Pewnego dnia, już po zamknięciu, omijam wartę, odpowiedni ładuneczek, bum i po krzyku. Rozleciał się na strzępy, a z zewnątrz nawet nic nie było słychać. Rano zamieszanie takie, że spokojnie, zgodnie z zasadami, wolnym krokiem, przeszedłem przez płaczące tłumy i szczelne też rozełkane kordony. Oni tak płakali, jak ci, co u twego papy się śmiali. Dokładnie tak samo. Też tak jakby ktoś z tym bejsbolem nad nimi stał, tylko tam, to chyba z sierpem albo młotem. No tak… Przez ból do szczęścia, przez śmiech blisko do płaczu, od miłości do nienawiści i tak dalej, ale nie o to chodzi – na króciutko zamyślił się Konieczny i już kontynuował.

–       W tym zamieszaniu, nie było trudno przekroczyć granicę, mam na myśli państwową, więc tryumfalnie wracam do swoich i idę po ciężką kasę. Siadam, częstują cygarem, wszyscy uśmiechnięci, ktoś przynosi projektor i wkładają film. Myślę: najnowszy z fabryki snów, a tu patrzę, defilada, na trybunie stoi ich przywódca, uśmiechnięty, więc i tłum się uśmiecha. Uśmiech też ten sam, bejsbolowo-sierpowo-młociany. Przywódca marszczy brwi, tłum natychmiast rzuca się na poszukiwanie  szpiegów i  znajduje z łatwoscią tysiące.

–       Mój szef mówi: Stan, to są zdjęcia sprzed trzech dni, a ty przychodzisz po pieniądze?

–       No, co! – mówię. Swoje zrobiłem! Jeszcze raz z niedowierzaniem spoglądam na ekran, a tam na samym środku nad trybuną, ogromny czerwony transparent z białym napisem, że mój obiekt, którego nazwiska, z wiadomych względów, oczywiście nie podam – jest „W I E C Z N I E  Ż Y W Y !!!”.

–       Nawet o tym wiedziałem. Przecież przygotowywałem się dokładnie. Zasięgnąłem opinii ekspertów, i ci stanowczo twierdzili, że oczywiście  wiecznie żywy, ale tylko do momentu zniszczenia szczątek doczesnych, czyli jak jakiś faraon, a ja nie takie piramidy forsowałem. Tymczasem taki błąd! Piramidalny! Skąd miałem wiedzieć, że sarkofag to komp z nieskończoną ilością żywotów?

–       Jakoś mi darowali, ale oficjalnie musiałem beknąć, więc z nowym paszportem przenieśli na ciepłą posadkę. Teraz, jestem przyjacielem do końca życia dla tych, co wieczni nie są. Ty nie masz tyle szczęścia. U was tak łatwo nie odpuszczają – Konieczny podłubał jednorazowym wyciorem w zębie i wyrzucił narzędzie do wiadra.

–       Chyba wszystko już mam – westchnął – aha poczekaj tylko zerknę w instrukcję. O, cholera! Nie przysłali, ale to nic. Do jutra przyjacielu.

–       Cześć. Dzięki ci Stan. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że jesteś chyba przwdziwym przyjacielem.

–       To mój zawód, a twoja mała?

–       Tak. Prostytutka, ale była. Skąd wiesz?

–       Intuicja zawodowa plus wieloletnie doświadczenie. I ty ją kochasz?

–       Tak, oczywiście…

–       I ona oczywiście ciebie też?

–       A niby jak?

–       No nic. Tak tylko pytam. Śpij dobrze.

–       Przyjaciel, przyjacielem, ale nigdy nie widziałem byłej prostytutki, tak jak podobno nie ma wyleczonych narkomanów. To coś jak niepraktykujący niewierzący – śmiał się do siebie cynik Konieczny po wyjściu z celi Urkiewa.

*

–   Kto, tam?

–       To ja. Najlepszy przyjaciel Urki. Proszę uwierzyć. On mnie przysyła. No dobrze. Jak pani chce. Urka przysyła. Sam nie mógł przyjść. Więc jak?

W zamku zgrzytnął klucz. Może go i kocha… – pomyślał.

Stary lubieżnik, niewiele brakowało, a już zacząłby smarować jej gładkie ciało.

– Czosnek w pomidorach wyczuła – psia mać. Ubierał się na klatce schodowej ciesząc się, że nie na chodniku, bo noce już zimne.

A więc są jednak byłe prostytutki – pomyślał. Miłość jest ślepa, ale węchu z byle powodu nie traci.

Tymczasem kolejny strażnik przyniósł kolację. Urij zjadł i położył się na pryczy. Długo nie mógł zasnąć próbując przestać mysleć. Wszystko nie ma sensu, a już najmniej myślenie – myślał. Co by nie zrobić, nie sposób tej czynnośći wyłączyć. To sufit oglądał, to ścianę, to kibel, a światła wyłączyć nie pozwalają.

W pewnym momencie po ścianie zaczęły pływać ryby, z dużymi złotymi łuskami, a Nico łowił na wędkę. Urij patroszył, potem krwią rybią smarował piersi małej, a ona piszczała, że zimna i uciekła do Nica Napalone pokazując język.

Na szczęście nie widział, co potem robili, ale gdy oblany potem przetarł oczy, stwierdził, że pot jednak też był zimny.

Wstawał słoneczny ranek. Wokół przenośnego basenu stały zainteresowane rodziny. Naprzeciwko szpaler w czarnych kominiarkach. Kompania charakterna na komendę dokręcała tłumiki do skorpionów. Z hali ogromnego hangaru wyjechał czarny ciągnik, na którego przyczepie stał w nowej lśniącej misce, w czarnym nienagannie skrojonym garniturze Ura, a Stan Konieczny usiłował go częstować papierosem.

–       Nie Stan. Nie. Dziś nie palę.

–       Palenie jest przyczyną wielu chorób? – śmiał się Stan.

–       Nie tylko. Także smrodu. Nie chciałbym, by mi końcówka śmierdziała.

–       Rozumiem, końcówka życiorysu – zaaprobował Stan.

Ciągnik się zatrzymał i Konieczny uruchomił betoniarkę. Napełnił podajnik, naprowadził nad lśniące trzewiki Ury i przechylił. Ciepły beton miło grzał w stopy, a w tym czasie ojcowie rodzin wygłaszali krótkie mowy pożegnalne. Dźwigowy już ustawił hak nad misą. Komendant ferajny charakternej szepnął, „salwą wal!” i rozległo się kaszlnięcie skorpionów przez tłumiki. Była to przecież cicha uroczystość i nikt z wiadomych względów rozgłosu nie chciał.

Wtem z dobrze strzeżonego hangaru ktoś wybiegł i pędem wmieszał się w rodzinny tłumek. Po chwili wyszedł z niego sam ojciec ojców, czyli prezydent chrzestny. Twarz miał zaczerwienioną. Uniósł rękę w górę. To mogło oznaczać tylko jedno – przerwanie ceremonii. Zza pleców oberpapy wyszedł ten sam posłaniec i wręczył Stanowi kopertę.

Ten spokojnie otworzył, wyjął kartkę czerpanego papieru z ręcznie naprędce złotem kaligrafowanym tekstem:

Panie Konieczny, proszę natychmiast przerwać. To skandal, by ktoś z pańskim doświadczeniem i referencjami popełniał tak rażące błędy. Nie omieszkamy poinformować pańskich mocodawców. Wynajęliśmy podobno najlepszy serwis na świecie, a spotkało nas  takie rozczarowanie. Nie możemy sobie pozwolić na lekkomyślną, bezpowrotną utratę wartościowego potencjału fachowego. Liczyliśmy na pana. Na razie dziękujemy. Urij to dopiero jedynka. On ma tylko jedno życie!

– Prawdziwy zawodowiec się nie spieszy. Trzeba było poczekać do następnej wersji – poinformował rzecznik rodzinny ze złośliwym uśmieszkiem na interfejsie.

– Że też dokładnie nie przejrzałem cholernego tutoriału… Błąd! Ura, i ty najlepszemu przyjacielowi nie powiedziałeś, że masz tylko jedno?

–       Sam nie wiedziałem. Nie ma do mnie żadnej instrukcji. Jestem nielegalną kopią Bonda zero-siódemki.

­– No dobra, ale wiesz? Ona nie dała się rozkrakować. Ona cię naprawdę kocha…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *