Znamię

– Ej, a co ty tu masz?

Pytanie padło całkiem niespodziewanie, w chwili, w której żadne pytania nie padały od lat. Bo niby jak dziwić się ciału kobiety, z którą jest się już tak długo po ślubie?

– Gdzie?

– No tutaj.

Grzegorz zrobił palcem delikatne kółko wokół niewielkiego, wypukłego, brązowawego znamienia, które znienacka wyskoczyło kilka centymetrów poniżej lewej piersi jego żony, Edyty.

– Nie wiem – Edyta wyglądała na nie mniej zaskoczoną, niż Grzegorz.

– Boli? – Grzegorz musnął znamię kciukiem.

W odpowiedzi Edyta tylko jęknęła. Poczuła się naraz rozluźniona i kompletnie zesztywniała, każdy nerw z osobna wrzeszczał co innego, pchając się do mózgu z własną wersją wydarzeń niczym dziennikarze konkurencyjnych stacji telewizyjnych przekazujący swoim widzom odrębną wizję świata. Jakgdziedlaczego nieco się różniły; co w każdej wersji wyglądało tak samo: przyjemność. Dzika, ekstatyczna, niepojęta przyjemność.

Nie można przeżyć kilku lat w małżeństwie i nie poznać podstawowych oznak podniecenia partnerki/partnera. Grzegorz jął więc bawić się tym tajemniczym znamieniem, puszczając przez ciało kolejne fale ekstazy. Wygodne, pomyślał, wspominając czasy, kiedy uczył się—metodą prób i błędów—rozkładu jej stref erogennych. Ileż to potu wtedy wylał, ile frustracji musiał posmakować, starając się choć trochę ją rozgrzać… A tu proszę, jeden mały klawisz, który wystrzeliwuje ją prosto do nieba. Jednak prawda, co mówią o kobietach po trzydziestce…

Następne trzy godziny przetestowały jego sprawność i kondycję na wszelkie możliwe sposoby. Gdyby tak miała wyglądać każda kolejna noc, niewątpliwie znowu zostałby tym smukłym, wysportowanym facetem, który w stanie miłosnego zamroczenia w nieodpowiednim momencie nieopatrznie powiedział „tak”. Zaoszczędzi na siłowni, do której i tak nie bardzo mu po drodze.

Rano zwlókł się z łóżka jakby poprzedniego dnia uczestniczył w nowojorskim maratonie. Pociesznie kulejąc, poczłapał do łazienki wziąć prysznic. W pośpiechu przeoczył dziwne, brązowawe znamię, które znienacka pojawiło się pod jego lewym sutkiem. Ubrał się w ekspresowym tempie, co—zważywszy na zakwaszenie jego mięśni—było wyczynem godnym najwyższego podziwu, i wpakował się do auta.

Dopiero na trzecich światłach, drapiąc się, natrafił na owo nowopowstałe znamię. Resztę drogi do pracy spędził głaszcząc je, szczypiąc, kłując. Paliła go ciekawość: czy to jest to samo, co wyskoczyło na ciele Edyty? Czy będzie miało na niego ten sam wpływ? A może to jakaś nowa, zaraźliwa odmiana raka skóry?

Pierwsze, co zrobił po dotarciu do biura, to zdjął marynarkę, rozpiął koszulę i uważnie przyjrzał się temu wypryskowi w lustrze. Wyglądało dokładnie tak samo, jak to, które sprawiło taką frajdę jego żonie. Tylko czy na nim też zadziała? Potarł go palcem raz i drugi, i stwierdził, że nie bardzo. Zawiedziony, już miał się zapiąć i z powrotem założyć marynarkę, kiedy do jego gabinetu wkroczyła Magda, jego długoletnia asystentka.

– O, widzę, że jesteś zajęty – powiedziała, uśmiechając się filuternie. Magda zawsze uśmiechała się do niego filuternie; inaczej nie potrafiła. – Przyjdę później.

– Nienienie, czekaj – Grzegorz kiwnął do niej, żeby się zbliżyła. – Możesz to obejrzeć? Coś mi wyskoczyło…

Ostrożnie, starając się nie okazywać nadmiernego entuzjazmu, Magda podeszła do niego.

– Znamię. Jakieś takie dziwne – zawyrokowała.

– Możesz dotknąć? Wydaje mi się, że jest wypukłe… jakby guz albo co…

Z udanie udawaną niechęcią (Magda po cichu adorowała swojego szefa, nie licząc jednak na wzajemność), spełniła jego życzenie.

– Aha, wypukłe – powiedziała, cofając rękę.

Grzegorz już tego nie słyszał. Jedno lekkie muśnięcie wysłało go do zupełnie innego świata, świata pobudzonej do granic możliwości fizjologii. Nieświadomy niczego, osunął się na podłogę, gdzie z przymkniętymi oczami przeżył w dziwacznej pozycji orgazm życia.

– Ja pierdolę – wymamrotał, kiedy powrócił do zmysłów. Te dwa proste słowa wydawały się idealnym komentarzem.

– Nic ci nie jest? – Magda zapytała z lekkim niepokojem. Grzegorz charczący z rozkoszy na wykładzinie to nie był widok, do jakiego była przyzwyczajona.

– Nie, nie… wszystko okej – odparł, podnosząc się. Jego nogi miały konsystencję ciepłej galarety. Ja pierdolę, pomyślał, ale odjazd.

Dzień spędził udając, że pracuje. Niby nic wielkiego, większość ludzi dobija w ten sposób emerytury, ale nie w przypadku Grzegorza; ten najzwyczajniej w świecie lubił swoją robotę i był w niej dobry, co skutkowało regularnymi awansami. Teraz jednak mógł myśleć tylko o jednym: wrócić do domu, do Edyty, i urządzić sobie kolejną noc uciech.

Przekląwszy przez korki, zaparkował pod blokiem i popędził na górę. Edyta czekała na niego z obiadem.

– Cześć!

– Cześć… a tobie co się tak spieszy?

– Do ciebie.

– Do mnie? Podejrzane…

– Czemu? To już mąż nie może się spieszyć do żony?

– Tyle lat po ślubie?

Grzegorz wzruszył ramionami i wsunął rękę pod bluzkę Edyty.

– Hejhejhej! Najpierw obiad, potem deser! – zawołała, śmiejąc się. – Bo wystygnie.

Chcąc, nie chcąc, Grzegorz zasiadł do stołu.

– Ty serio musisz być napalony – rzuciła Edyta, patrząc, jak pożera kolejne porcje, prawie ich nie gryząc. – Co się stało? Zatrudniliście jakąś nową cycatą Pamelę?

– Nie gadaj, tylko się rozbieraj!

– Dojedz surówkę, to pomyślę.

Surówka błyskawicznie zniknęła w ustach Grzegorza; Edyta nieznacznie podniosła brwi, ale nie powiedziała nic. Zabrała się za guziki swojej bluzki, co jej mężowi tylko dodało animuszu.

– Ty, a gdzie jest…? – pytanie urwało się w połowie ostatniego kęsa pieczeni. Grzegorz dokończył je palcem.

– Co?

Wzrok Edyty podążył za nim, w miejsce, gdzie jeszcze nie tak dawno było to tajemnicze znamię. Było. Nie tak dawno.

– Nie ma – powiedziała Edyta, marszcząc brwi.

Grzegorz rzucił widelec na talerz i pospiesznie zdjął koszulę. Znamienia nie było i na jego ciele.

– Nie rozumiem – burknął. – Jeszcze rano…

– Też je miałeś? Od kiedy?

– Nie wiem dokładnie, zobaczyłem właśnie rano…

– Może to jakiś wirus albo co? Przenosi się i znika, tak po prostu.

Siedząc przy stole, na którym leżał talerz z resztką pieczeni wołowej, Grzegorz przyjrzał się swojej żonie. I doszedł do wniosku, że nie mówi mu wszystkiego. Zawiódł się, zawiódł potwornie; jego nadzieje na niekończące się orgie pocierania, drażnienia, szczypania, skubania, lizania, ssania i podrapywania pewnego znamienia rozwiały się jak fundusze w trakcie kampanii wyborczej. A na dodatek jego żona coś przed nim ukrywała…

Nazajutrz pojechał do pracy z zamiarem wyjaśnienia tej zagadki. Miał swoje podejrzenia, ale musiał się upewnić, musiał wiedzieć. Cała ta historia wydawała się nieprawdopodobna, idiotyczna wręcz, lecz mogła też mieć poważne konsekwencje.

– Magda – zawołał, jak tylko wszedł do biura – możemy porozmawiać?

Jego zaskoczona asystentka kiwnęła głową.

– Coś się stało?

Grzegorz rzucił okiem na drzwi. Były dobrze zamknięte. Nikt ich nie usłyszy.

– Mam do ciebie pytanie…

– Jakie? – na twarzy Magdy pojawiły się pierwsze oznaki przestrachu.

– Pamiętasz, jak wczoraj poprosiłem cię, żebyś obejrzała znamię na mojej skórze?

– Aha?

– No… nie przeszło czasami też na ciebie?

Teraz Magda wyglądała na zaskoczoną.

– Skąd wiesz?

– Zgadłem… Szczęśliwy strzał.

– Okej… ale w totolotka nie graj, bo już tego nie mam.

Grzegorz nadstawił uszu. Magda jednak zdawała się nie mieć ochoty na dalsze drążenie tematu.

– A… kiedy znikło?

– Dokładnie nie wiem. Jakoś w nocy chyba.

– A… – Grzegorz starannie dobierał słowa – nie robiłaś niczego… z tym…?

– Niby czego? – w głosie Magdy nutka zniecierpliwienia.

– No… nie dałaś tego komuś… dotknąć?

Przez twarz Magdy przemknął cień wspomnienia tak ekstatycznie przyjemnego, że odpowiedź była zbędna.

– Bo co?

– Nie, nic, tak pytam, dzięki – odparł Grzegorz; wiedział już to, czego chciał się dowiedzieć, a dobra asystentka to towar stanowczo zbyt deficytowy, by ryzykować jego utratę nierozsądnym wścibianiem się w jej życie prywatne. – Mogłabyś wydrukować mi raport z zebrania?

– Nie widzę problemu – powiedziała i wyszła.

I koniec, pomyślał, siadając w swoim fotelu. Lepiej wziąć się za jakąś robotę.

Cała sprawa jednak nie dawała mu spokoju. Coś przeoczył, jakiegoś oczywistego wniosku nie wyciągnął. Jakiegoś pytania nie zadał. Takiego, które postawiłby pan Henio spod budki z piwem… Drażniła go ta możliwość, ta potencjalna mentalna nieudolność. Co to mogło być?

Przebrnął przez spotkanie z trzema nowymi klientami, zrobił listę propozycji na następne zebranie zarządu, przejrzał prognozy na następny kwartał i naniósł na nie swoje notatki. Dotrwał do szesnastej, kiedy to mógł z czystym sumieniem wsiąść do swojej Vectry i pognać do domu.

W samochodzie zawsze lepiej mu się myślało. Jego mózg jakby się odblokowywał przy rozkosznym warkocie dwuipółlitrowego silnika. Patrzył przed siebie i pozwalał myślom skakać z miejsca na miejsce. Efekty bywały zaskakujące, na przykład pomysł na kampanię w zeszłym roku, który dał mu dwudziestoprocentową podwyżkę i dodatkowe pięć dni urlopu rocznie.

Powoli, powolutku rozum Grzegorza wchodził na wysokie obroty. I rzeczywiście, zgodnie z jego przeczuciami, wniosek, który momentalnie się w nim zrodził, był żenująco banalny. Poprzedziło go pytanie tak zasadnicze, że nasz Zastępca Dyrektora Ds. Marketingowych zapłonął czystą czerwienią. Pytanie brzmiało: w jaki sposób znamię znalazło się pod prawą piersią Edyty, a odpowiedź na nie (biorąc pod uwagę to, jak znamię ma zwyczaj się przenosić) sprawiła, że jego prawa stopa mocniej nacisnęła na pedał gazu.

Sto osiemdziesiąt koni pod maską Vectry zarżało chórem.

Tymczasem pan Marek Suski wychodził ze sklepu spożywczego o wdzięcznej nazwie „Salmonelka” obładowany zakupami na następne trzy dni. Czuł się dobrze. Nie, czuł się fantastycznie. Poprzednia noc solidnie sprawdziła jego kondycję fizyczną, w zamian zapewniając mu worek wrażeń, jakich nie dane mu jeszcze było jeszcze doznać w całym swoim niespełna trzydziestoletnim życiu.

Nazwanie Magdy „namiętną” poprzedniej nocy byłoby niedopowiedzeniem stulecia. Była jak wulkan, jak cały łańcuch wulkanów… Dźwięki, jakie z siebie wydawała, ciągle wypełniały jego uszy. Nigdy przedtem nie słyszał kobiety w decydującym momencie miauczącej jak marcowa kotka. A sposób, w jaki się poruszała pod jego dotykiem, dziki, nieprzewidywalny. Tak, jego poszukiwania wreszcie się zakończyły. Ta niepozorna kura biurowa okazała się tą jedyną, zabawne to życie, nigdy nic nie wiadomo…

Uśmiechając się do siebie, pan Marek Suski wszedł na przejście dla pieszych.

Kurwa! Zwykła kurwa! A ja dzięki temu zwykły kretyn. Dobrze przynajmniej, że wydało się teraz, a nie za dziesięć lat… jeszcze mogę to wszystko odkręcić, znaleźć kogoś nowego, z moją kasą…

Grzegorz ściskał kierownicę, jakby bał się, że ktoś mu ją wyrwie z rąk. Jego kłykcie były białe, w odróżnieniu od policzków, które zdobił intensywny róż. Przez zaciśnięte zęby wydobywało się miarowe, niskie warczenie. Był półświadomy prędkości z jaką jechał przez dziwnie puste o tej godzinie ulice.

I nagle zupełnie nowa myśl. Przecież wie, gdzie mieszka Magda, jej facet na pewno też tam będzie… Wystarczy, że go dotknie, a znamię wróci do niego; drugi raz nie pozbędzie się go tak bezmyślnie…

Jego stopa automatycznie przeskoczyła na środkowy pedał; włączył się ABS i kilka innych układów wspomagających, o których działaniu Grzegorz miał ledwo blade pojęcie, grunt że czyniły jego Vectrę jednym z najbezpieczniejszych aut w swojej klasie. Nie zważając na trąbiących wściekle współuczestników ruchu, zawrócił.

Niecałe dziesięć minut później był już pod drzwiami mieszkania Magdy. Zapukał.

– Grzesiek? Co…? – zapytała zaskoczona Magda, jeszcze w swojej służbowej garsonce.

– Ja tylko na chwileczkę… jest może twój… partner?

– Co? Marek? A czemu…?

– Chcę z nim sekundę pogadać. Jest u ciebie?

– No jest, ale…

– Serio, to potrwa tylko moment.

Magda szerzej otworzyła drzwi i wpuściła nieproszonego gościa do środka. W końcu ten nieproszony gość był jej szefem.

– Marek? – rzucił Grzegorz, wchodząc do dużego pokoju.

– Tak… – wstając z kanapy, ostrożnie przyznał pan Marek Suski

– Grzesiek… pracuję z Magdą… słuchaj… nie wyskoczyło ci czasem… takie znamię… o, tutaj?

– Co?

– To ważne… możesz zobaczyć?

Marek rzucił pytające spojrzenie Magdzie. Ta najpierw wzruszyła ramionami, a potem kiwnęła, żeby się zgodził. Marek podwinął więc swoją podkoszulkę; oczom Grzegorza ukazało się to, czego oczekiwał. Zanim Marek zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, Grzegorz doskoczył do niego i opuszkiem palca wskazującego potarł jego znamię. Marek odskoczył jak uderzony piorunem; jedyne, co odróżniało go od osoby rażonej milionem woltów, to wyraz niezmierzonej rozkoszy na jego twarzy. Grzegorz jednak nie tracił czasu na przyglądanie się poprzedniemu właścicielowi znamienia. Z sercem bijącym prawie sto razy na minutę pędził do wyjścia.

Przyszłość jawiła się w zupełnie innych barwach. Najpierw pozbędzie się niewiernej żony, później znajdzie sobie taką, która naprawdę go doceni. A potem… potem to już będzie czysta przyjemność.

9-18/10/2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *