Listopadowy płomyk

Jest taki jeden dzień w roku, w którym nie da się uniknąć wspomnień i refleksji. Dzień, w którym radość chowa się gdzieś w kąciku, pozwalając przejąć panowanie na tę dobę duchom przodków. Można wyciszyć się, wyhamować…  Migające ogniki, symbole ulotności duszy, odbijają się w marmurach nagrobków i twarzach świętych, szepcząc do nas tajemniczo „memento mori..”.

Lubię cmentarze w takie dni. Ale wcześnie rano. Kiedy jeszcze mało ludzi, mało zniczy, kiedy jest czas, by porozmawiać z tymi, którzy odeszli. Nieliczne o tej porze znicze migają, kilku znajomych wita się ukłonem, podążając ku grobom bliskich lub klęczy w ciszy, modląc się za dusze mężów, żon, babć czy dziadków. Zimny wiaterek przyprawia o drżenie, nie ma jednak sił, by zgasić płomyki. W tym dniu to jedyna pora na spotkanie z tymi, którzy odeszli.

Bo potem kończy się Święto Zmarłych, a zaczyna Święto Komercji. Niestety, przeważnie rozwożę w godzinach przedpołudniowych rodzinę po cmentarzach i cieszę się, że jestem tam tylko jako kierowca. Tłumy sprzedawców kwiatów i zniczy rozpościerają się na setki metrów przed większymi cmentarzami. Zalew plastikowej tandety i sztucznych kwiatów – nawet wsady do zniczy są już znormalizowane. Jasne, że tak łatwiej, tylko trudne dla mnie do przełknięcia jest poproszenie o wsad do takiego i takiego znicza.To takie mechaniczne potraktowanie zmarłego – ot, przyjść, poprosić o wsad numer pięć, odklepać zdrowaśkę i iść do domu. Czy o to w tym święcie chodzi?

Inna z rzeczy, których nie cierpię, to spotkania towarzyskie przy grobach. Spotkania dawno nie widzianych (choć mieszkających w pobliżu) rodzin, które zgromadzone przy grobach, spotykają się li tylko po to, by błysnąć najnowszym futerkiem i wymienić aktualne ploteczki. Nie ma już wspólnych modlitw, jest tylko rytuał – zapalić znicz (oczywiście jak najbogatszy) i pokazać się, że tak! Byliśmy na grobie!

A przecież ten rok był wyjątkowo okrutny, zwłaszcza dla Polaków. Katastrofa w Smoleńsku, okrutny chichot bogini Perfidii, uderzyła w każdego, niezależnie od poglądów politycznych. Tak wiele osób odeszło w jednej chwili. Tak wiele świateł nagle zgasło. Mógł – i powinien – być to sygnał, by się zjednoczyć. By zrozumieć, że Kościej jest okrutnie obiektywny, nie interesuje go polityka, lecz ludzkie dusze. Przykre, że – podobnie jak śmierci Jana Pawła II – nie potrafimy tego wykorzystać. Światła na grobach ofiar katastrofy wciąż płoną, i płonąć będą długo. Ale jakby przygasły, zdają się znikać, niczym w przeklętej mgle…

A przecież odeszli od nas w tym roku także: Maciej Kozłowski, Elżbieta Czyżewska, Jarosław Kukulski, Krzysztof Teodor Toeplitz, Jerzy Turek, Andrzej Konic, Wojciech Siemion, Stanisław Lenartowicz… Nieodżałowani twórcy i aktorzy, którzy pozostawili cząstkę siebie w naszych duszach. Jak teraz słuchać puszczonego dziecku „Puszka okruszka” inaczej, niż ze wzruszeniem? Jak bez nutki refleksji posłuchać po raz kolejny „Łubu-dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu”?

Zapalając znicz, myślę i o nich. W końcu to cząstka mnie. Podobnie jak ofiary katastrofy smoleńskiej. Zapalając światełko, zapalam je za dusze wszystkich, którzy odeszli. Także za…

Są takie miejsca na nekropoliach, które trudno odwiedzać. Z reguły są zgromadzone w jednym miejscu, skrupulatnie omijanym przez wszystkich. malutkie groby, czasem kopczyki. Czasem tylko grób, czasem aniołek. Bo i aniołki tam leżą… Ci, którym nie dano posmakować życia. Strasznie gorzko na takim nagrobku brzmi napis „Wola Twoja, Panie…”. Strasznie gorzko…

Jutro znów wrócimy do normalnego życia. Przepalone znicze wylądują w śmietnikach. Krople wosku zastygną na granicie, czasami nawet na rok. A przecież to nadal nasi bliscy. Nadal na nas czekają  – nie tylko raz w roku.

Nie zapominajmy o nich na co dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *