Molo w Enionie

Deski mola uginały się pod ciężarem jego kroków. Szedł pierwszy na sam koniec niewielkiego podestu ze wzrokiem utkwionym w różowiejącym horyzoncie. Właśnie wschodziło słońce, barwiąc błękitne wody morza Udan- Adan na pomarańczowo. Chłodne, poranne powietrze było przesiąknięte słonym zapachem morza. Wiała lekka bryza, głaszcząc jego twarz i rozwiewając włosy. Towarzyszący mu młodszy anioł postępował kilka kroków za nim.

Powinien być ostrożniejszy i nie odwracać się do niego plecami. Zophiel lubił jednak od czasu do czasu kusić los. Był twardo stąpającym po ziemi realistą, lecz wciąż zdolnym do podejmowania daleko posuniętego ryzyka. Zwłaszcza zawodowego. Stał na czele elitarnej jednostki Anielskich Szpiegów, znanych ze swojej bezwzględności i zapierających dech w piersiach zdolności bojowych. Osobiście posługiwał się bronią palną. Nigdy nie rozstawał się z dwoma ciężkimi rewolwerami. Były zrobione ze szczerego srebra, miały długie, smukłe lufy, a ich rękojeści zdobiły szafiry wtopione w skomplikowane ornamenty. Nosił je przyczepione do skórzanego pasa w posrebrzanych kaburach.

To za jego przyczyną broń palna pojawiła się w Raju. Szukał bowiem alternatywy dla miecza, gdyż nie miał cierpliwości, a także zdolności do szermierki w przeciwieństwie do ambitnego, impertynenckiego Metatrona, który właśnie za nim przystanął i demonstracyjnie odchrząknął.

Zophiel błyskawicznie się do niego odwrócił i napotkał niezłomne, władcze spojrzenie jego szaro- niebieskich oczu, osadzonych w pięknej, prawie kobiecej twarzy, niczym dwie wyspy rozsądku na oceanie powabu.
Przez moment mierzyli się wzrokiem, a Zophiel jeszcze raz uważnie przeanalizował wszystkie zgromadzone informacje na temat tego niezwykłego anioła. Niezwykłego, bo jako pierwszy narodził się z miłosnego związku anioła z anielicą. Jego ojciec był wysoko postawionym Serafinem, zaufanym Serafiela, samego przywódcy tego enigmatycznego zakonu. Nosił takie samo imię, jak później jeden z jego synów. Matka, lady Abdiel należała do dworu palatyn Cassielle. Ich płomienny romans wywołał ogromny skandal i przewrócił do góry nogami obyczaje panujące w Emanacji. Kiedy Abdiel urodziła bliźnięta: Sandalphona i Metatrona, konsternacja i oburzenie aniołów sięgnęły zenitu. Serafin Metatron odszedł z Raju, pozostawiając kochankę i synów na łasce opinii publicznej. Podobno uzyskał schronienie w Zoa, w prowincji Urizen i słuch o nim zaginął. Tymczasem zakon Serafinów zaopiekował się tylko jednym z jego synów – właśnie Metatronem. Sandalphon pozostał przy matce. Przesądni Serafini nie chcieli go do siebie przyjąć, bo urodził się z czerwonymi oczami. Był to ewenement na skalę całego Raju, a może nawet na skalę Piekła. Sandalphona okrzyknięto przeklętym…

Zophiel przypuszczał, że wzgardzony brat jest jedynym słabym punktem szlachetnego Metatrona. Postanowił zagrać tą kartą. Domyślał się, co jego najzdolniejszy podwładny zamierza mu dzisiaj oznajmić już w chwili, gdy podczas porannego treningu poprosił go o rozmowę.

-O czym chciałeś ze mną pomówić? – zapytał surowo, swoim zwyczajem marszcząc brwi.
-Odchodzę.
Jeśli Metatron spodziewał się okrzyków sprzeciwu, albo bezsilnych gróźb, przeliczył się. Oblicze Zophiela zachowało niewzruszony wyraz.
-Doskonale. Coś jeszcze?

Metatron otworzył usta i od razu je zamknął. Ważył w myśli słowa, nim zdecydował się je wypowiedzieć.
-Nie podoba mi się twoja polityka, Zophielu. – wypalił, a oczy jego przełożonego rozszerzyły się ze zdumienia, a potem z niekłamanego oburzenia.
-Po pierwsze marszałku Zophielu, albo ministrze Zophielu. Po drugie zdanie marionetki Serafinów niewiele mnie obchodzi! Zaryzykuję stwierdzenie, że wcale!

Patrzyli sobie w oczy. Jasnowłosy Metatron był od niego co najmniej o głowę niższy. Miał drobną, nieporadną budowę ciała, która nieraz wprowadziła jego przeciwników w śmiertelny błąd. Zabójcza skuteczność Metatrona polega na elemencie zaskoczenia i niesamowitej szybkości. Zophiel to wiedział i pozostał czujny, przygotowany na atak.
-Wszystko, co osiągnąłem, szkoląc się w twoim oddziale, zawdzięczam tylko sobie. – odpowiedział w końcu, przygryzając wargę do krwi – Owszem, wychowałem się w zakonie Serafinów, ale Serafiel pozostawił mi wolny wybór co do mojej przyszłości…
-Tak jak pozostawił go twojemu bratu? – Zophiel ironicznie prychnął ani na sekundę nie przestając się wpatrywać w jego nieprzeniknione oczy.

Przywódca Anielskich Szpiegów nie był głupcem. Ba, piastując urzędy marszałka dworu i ministra administracji uważał się za wystarczająco bystrego i przewidywalnego, by zdawać sobie sprawę, że „słodki Met” dołączył do jego oddziału, jedynie po to, by wybadać nastroje panujące w Enionie, nadmorskim rejonie Emanacji, którym zarządza. Poza tym zbytnia niezależność Zophiela w podejmowaniu państwowych decyzji poważnie niepokoiła Serafinów. „Nasłali na mnie tego pięknisia, jakby w nadziei, że skusi mnie jego uroda i ponęta buźka! W zupełności wystarcza mi moja żona!” – pomyślał złośliwie.

Przebiegły Serafiel nigdy nie krył się ze swoimi szalonymi marzeniami, że bardzo chciałby widzieć Metatrona na stanowisku palatyna Emanacji. Wtedy mógłby swobodnie kontrolować sytuację w państwie i naginać ją do swojego widzi mi się. Wspaniałomyślnie wypuścił protegowanego z zakonu i oddał mu inicjatywę, jednakże dyskretnie sugerując, by spróbował szczęścia w polityce.

-Nie mieszaj do tego Sandalphona! – gdy Metatron się odezwał, jego głos wyraźnie drżał, lecz szybko opanował emocje i dodał już spokojniejszym tonem –  Nie wybaczyłem i nie wybaczę Serafielowi tego co mu zrobił. Mylisz się nazywając mnie jego marionetką. Serafiel naprawdę nie ma wpływu na moje wybory i jestem tu, bo ja tak zadecydowałem, a nie dlatego, że on mnie do tego namówił! Jak zwykle myślisz, że jesteś nieomylny, a twoje wpływy przewyższają nawet władzę palatyn Cassielle!

-Bo przewyższają. – przerwał mu, pobłażliwie wzruszając ramionami, jakby wyjaśniał oczywisty fakt – Cassielle praktycznie w ogóle nie przebywa w Emanacji. Zatraciła się w misji sprawowania pieczy nad nowym światem, Ziemią i jej prymitywnymi mieszkańcami.
-A ty jako jej zastępca i marszałek dworu sądzisz, że masz pełnię władzy i wolno ci robić, co ci się tylko podoba!
-Wypełniam moje obowiązki.

Zophiel powoli zaczynał tracić cierpliwość. Bez wątpienia „słodki Met” ma tupet, żeby w tak zuchwały sposób pouczać ważniejszą od siebie osobę, w dodatku zajmującą wysokie, publiczne stanowiska! Z zażenowaniem zauważył również, że tłumaczy się przed nim, jakby to Metatron był jego przełożonym, a on jego podwładnym…
-Znacznie je przekraczasz! – odparł stanowczo anioł, mierząc go zniesmaczonym wzrokiem.
W tym momencie Zophielowi puściły nerwy.
-A ty znacznie przekraczasz granice dobrego wychowania! – odparł i niespodziewanie chwycił Metatrona w pół i podniósł do góry.
Met z trudem łapał powietrze, skrępowany jego niedźwiedzim uściskiem.
-Zasad i szacunku Serafini już cię nie nauczyli? Nic dziwnego, bo oni nie szanują nikogo!
Marszałek przechylił się nad podestem i wrzucił go prosto do morza. Rozległo się głośne pluśnięcie.
Metatron nie krzyknął.
-Może mała, poranna kąpiel znacznie ostudzi twój zapał w ocenianiu lepszych od siebie, dzieciaku!
Wytarł ręce w spodnie i energicznym krokiem ruszył w stronę plaży. Przystanął jednak na widok barona Uriela. Anioł stał na brzegu morza. Trzymał sandały w ręce, a bose stopy co chwila zalewała mu fala.
Zophiel demonstracyjnie się skrzywił. „Jeszcze tego plotkarza mi tutaj brakowało!” – pomyślał.
Postanowił go zignorować, ale kiedy go mijał, mruknął z satysfakcją:
-Twój przyjaciel postanowił trochę popływać!
-Co?! – zdumiał się Uriel – Przecież Met nie umie pływać!
-Więc najwyższy czas się nauczyć!
Marszałek parsknął krótkim śmiechem i odszedł w stronę swojego zamku, którego podłużny kształt wyłaniał się zza pobliskiej wydmy.
***
Woda była wszędzie. Zalewała mu głowę odbierała oddech, paraliżowała ruchy, spowalniała bicie serca… Nie wiedział, kiedy stracił przytomność, ani jak to się stało, że gdy otworzył oczy znajdował się w jednym z gościnnych pokoi w skromnej rezydencji barona Uriela.
Uniósł się na łokciach i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał po pomieszczeniu. Było schludne, przytulne i porządnie wysprzątane. Królowały w nim spokojne odcienie zieleni i stłumionego pomarańcza. Przez szpary w zasłonach wpadało światło z zewnątrz.
Ciężko westchnął na wspomnienie starcia z Zophielem. Okazało się, że przegrał z tak prozaicznego powodu, jak brak umiejętności pływania. Może powinien się nauczyć, ale szczerze wątpił, by to było możliwe. Chorobliwie bał się wody i już sam fakt, że odważył się przybyć do Enionu uważał za niezły wyczyn.
Położył się z powrotem na poduszce i przymknął oczy. Czuł ból w płucach i kurczowe drżenie mięśni ramion. Nim całkiem zanurzył się w wodzie, rozpaczliwie młócił rękami o jej powierzchnię. Jak zwykle bezskutecznie.
Z goryczą pomyślał, że pięknie się zaczął pierwszy dzień jego pełnej wolności. Znajdował się w przełomowym momencie swojego życia i zupełnie nie wiedział co z nim dalej począć. Serafiel wpoił mu przekonanie, że jest stworzony do wielkich czynów i zawsze powinien wysoko mierzyć. W głębi ducha Metatron odczuwał ogromną wdzięczność za wszystko co potężny Serafin dla niego zrobił, choć nigdy nie opuszczał go niepokój, że mógłby być przez niego sterowany. W kółko mu to powtarzano, odkąd tylko przekroczył bramę Palambronu, surowej siedziby Serafinów. Każdy napotkany anioł traktował go z oziębłością, a nawet z litością, że wychował się wśród najstarszych i najstraszniejszych przedstawicieli anielskiej rasy.

Tak naprawdę nie był przygotowany na poczucie pustki, które zaserwował mu świat po opuszczeniu zakonu. Miał przed sobą tyle dróg, ale wybranie jednej z nich, choćby na próbę, zdawało się go przerastać. Wtedy z niespodziewaną pomocą przyszedł mu jego przeklęty brat. Ich przypadkowe spotkanie zaowocowało serią filozoficznych rozmów. Sandalphon mozolnie wypracował kruchy dystans wobec życia i rządzących nim reguł. Czasem jednak nie panował nad swoim gniewem i poczuciem krzywdy. Wówczas krzyczał, że nie jest przeklęty jedynie dlatego, że ma czerwone oczy i że prawdziwy Bóg nie pozwoliłby, aby spotkała go taka niesprawiedliwość.

A jednak pozwolił.
Od tej pory Metatron zaczął się zastanawiał, czy Bóg rzeczywiście istnieje, a jeśli tak, to czy ma rację? A może niektóre decyzje, które podjęto dla dobra aniołów i Emanacji wcale nie były jego decyzjami?!
Wolna wola. Ostatnia lekcja, jaką zafundował mu Serafiel. Bóg pozostawia wszystkim wolną wolę. Nawet aniołom.
Zwłaszcza im.

Nie uśmiechało mu się opuszczać dopiero odzyskanego brata, ale czuł, że nadszedł czas dokonania kolejnego wyboru. Musiał ruszyć dalej. San zareagował na to ze stoickim spokojem. Powiedział tylko: „Ty jesteś słońcem, a ja twoim cieniem. Idź więc poszukać dobrego horyzontu, na którym w końcu zaświecisz pełnym blaskiem, a twój cień i tak zawsze cię odnajdzie.”

Na wspomnienie ich ostatniego spotkania żal ściskał mu gardło. Ale jeszcze bardziej bolała go nienawiść matki. Abdiel nie chciała nawet na niego spojrzeć. Nazwała go pomiotem Serafiela. Nosił w sercu obraz jej pięknej, wykrzywionej grymasem pogardy twarzy, jak cierń wbity pod paznokieć. Wiedział, że będzie go prześladował przez całe życie.

Postanowił przybyć do Enionu z dwóch powodów. Pierwszy był prozaiczny i w pewien sposób zabawny. Bał się wody i chciał przezwyciężyć swój strach. Drugi był nieco bardziej wyrafinowany. Zamierzał wstąpić do szpiegów Zophiela, by sprawdzić swoje umiejętności i co wówczas wydało mu się mało istotne, spróbować dyskretnie wybadać polityczną sytuację w Emanacji, a także choć odrobinę zgłębić twardy charakter marszałka. Serafiel powtarzał mu, że zdanie Zophiela zyskało ostatnio na znaczeniu i że może to odbić się wszystkim nieprzyjemną czkawką.

Leżąc teraz pod kołdrą w domu swojego przyjaciela, Metatron musiał przyznać, że Serafiel dokładnie przewidział jego ruchy, ani przez chwilę nie wątpiąc, że przeznaczeniem jego bystrego wychowanka będzie wielka polityka i władza.
Cóż, jak na razie jedynym, bohaterskim czynem Metatrona była kąpiel w morzu i rozzłoszczenie Zophiela.
„Brawo!” – pomyślał z przekąsem.

-Met, żyjesz?
Leniwie otworzył oczy i spojrzał w stronę, skąd dochodził głos. Uriel siedział na skraju jego łóżka, trzymając dłonie na kolanach. Ubrał dwuwarstwową, anielską tunikę z rozcięciami od ramion do łokci, ściągniętą na łokciach i znowu rozciętą od łokci do nadgarstków i ściągniętą w nadgarstkach. Jej wierzchnia warstwa miała barwę oliwek, a spodnia głębokiego brązu. Dodatkowo przepasała go agrestowa szarfa, podkreślając jego talię i szczupłą sylwetkę.
-Żyję tylko się nie ruszam!
-Widzę.

Uriel uśmiechnął się ciepło i Metowi wrócił dobry nastrój. Zawarcie znajomości z baronem zdecydowanie stanowiło jeden z plusów jego obecności w Enionie. Uriel był anielskim arystokratą, który żył nieco na uboczu wszystkich intryg i dworskich przetargów. Mimo to dobrze znano go w stolicy – głównie z tego, że posiada odmienne zdanie na większość poruszanych tematów i z prześladującego go pecha. Jak sam twierdził, przytrafiały mu się różne, nieprzyjemne wypadki, o których normalni aniołowie nie mieli pojęcia, że mogą się komuś przydarzyć. Często odwiedzał więc gabinet Pistis Sophii w poszukiwaniu medycznej pomocy…
Metatron zaprzyjaźnił się z nim nie tylko dlatego, że był wrogiem Zophiela. Uriel jako jedna z nielicznych osób, jakie znał potrafił zdobyć się na obiektywizm.
Szyderczy obiektywizm.

A to już niestety nie wszystkim się podobało… Zwłaszcza marszałkowi. Baron był dla niego wielce niewygodny, bo jako bezstronny obserwator jego działań w Enionie, wiedział o rzeczach, które niekoniecznie Zophiel chciałby ujawnić opinii publicznej Emanacji. Z każdym dniem ich konflikt coraz bardziej się zaostrzał, bo Uriel nie pozwalał sobą pomiatać.

Miał cięty język i tajną, morderczą broń – przyjaźnił się z palatyn. Jedno jego niepochlebne słowo na temat poczynań marszałka i jeżeli nawet nie rozpętała się burza, to na pewno rozpętała się humorystyczna tyrada i niekończące się drwiny z Zophiela. Cassielle uwielbiała wyśmiewać się ze swoich ministrów, bo dzięki temu trzymała ich w ryzach i choć była wiecznie nieobecna na dworze, w ten sposób sprawowała nad nimi kontrolę. Faworyzowała więc osoby, które jej to ułatwiały, a Uriel celował w złośliwych żartach. Potrafił wszystkich ośmieszyć i dotknąć do żywego.

Nic dziwnego, że trzyma się na uboczu. Rola, którą pełni na centralnym dworze nie przysparza mu przyjaciół. Ale Enion nie był centralnym dworem, a Metatron jednym z usłużnych dworaków palatyn Cassielle. Mogli więc zostać sprzymierzeńcami.
-Spodziewam się, że wygarnąłeś Zophielowi całą prawdą?
-I tylko prawdę!
Baron parsknął śmiechem.
-No, tak! Inaczej nie wrzuciłby cię do wody! A ty nie umiesz pływać!

Uriel przeczesał włosy palcami. Sięgały mu do ramion, były proste i subtelnie cieniowane, dzięki czemu dobrze się układały. Ich ciemnobrązowa barwa współgrała z jego delikatną opalenizną, którą uzyskał dzięki nadmorskiemu słońcu.  Met najbardziej lubił jego oliwkowo- zielone oczy i promienny, zaraźliwy uśmiech.
-Jestem twoim dłużnikiem…
-Bez wątpienia, Serafinie!
-Nie jestem Serafinem! Chociaż może jestem. Kto wie…
-Słuszne spostrzeżenie!
Roześmiali się równocześnie. Kiedy rozbawienie ich opuściło, baron zapytał:
-Co teraz zamierzasz robić?
-Zostać tu z tobą, jeżeli mi pozwolisz. – odpowiedział, nawet nie zastanawiając się nad znaczeniem swoich słów
-Przecież wiesz, że bramy mojego domu zawsze stoją przed tobą otworem. Domyślam się, że chcesz jeszcze poobserwować Zophiela…
-Masz coś przeciwko temu?
-Nie. Możesz zostać moją gosposią i gotować mi obiady, jak będę wyjeżdżał do stolicy pokazać się na dworze! – zakpił Uriel z przekąsem.
-Oj nie wiem, czy to dobry pomysł! Panicznie boję się gotować!
-Tak samo jak wody?
-Bardziej!
-Wobec tego lepiej tutaj niczego nie ruszaj! I to niby ja jestem pechowcem?!
-Urielu!!!
***
Miała szczęście. Kiedy przybyła do Empireum, stolicy Emanacji, by spotkać się ze swoją lekarką, okazało się, że Pistis wyjechała odwiedzić męża w jego nadmorskim rejonie, zwanym Enion. Informacji udzielił jej asystent lekarki, cichy Raphael. Już wcześniej zauważyła, że go onieśmiela i wyciągnięcie z niego tych kliku zdań kosztowało ją dużo zabiegów i kokieteryjnych uśmiechów.

Ale było warto. Teraz pewnie mrukliwy Raphael dołączył do szerokiego grona jej wielbicieli, a ona dowiedziała się, że upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu! Niestety okazało się, że nikt nie chce jej przewieść z centrum na zachód kraju do Enionu. Była demonicą. W dodatku czarnoskórą demonicą. Przerażone anioły uciekały, gdy tylko się do nich zbliżała, albo odwracały się ze wzgardą złowieszcząc, że za samo przebywanie na terenie Emanacji powinna natychmiast ponieść śmierć. Niektórzy, bardziej bezczelni przeklinali Pistis Sophię, która z chęci zysku leczy nawet brudne demony i co gorsza sprowadza je do samej stolicy! To ją tak rozwścieczyło, że uderzyła zuchwałego przewoźnika w twarz. Łachmyta zaczął wzywać miejską straż, zawodząc że atakuje go czarna, zoańska wiedźma.

Zrozpaczona Lamia pospiesznie wróciła do gabinetu Pistis, poprosić Raphaela o pomoc. Zapytał, czy umie jeździć konno…
Tak oto otrzymała od niego dorodnego, białego pegaza o jasnobłękitnych skrzydłach i wyruszyła w podniebną podróż do Enionu. Była zafascynowana lotem i niezwykłym zwierzęciem, a także imponującymi krajobrazami Emanacji. Podniecała ją także świadomość, że była pierwszym demonem, który swobodnie porusza się po Raju.
Robiła to dla Bella, ale również dla siebie. Znowu czuła się potrzebna. Znowu coś się w jej życiu zaczynało dziać. Tęskniła za czasami, gdy nieograniczenie panowała w swojej prowincji i zajmowała się jej interesami. Tęskniła za urzekającym smakiem niezależności.

Jechała zmienić bieg historii. Od elokwencji i siły przekonywania Lamii zależał prestiż całego Zoa i status demonów w Emanacji. A poza tym – Belzebub jej zaufał. Być może jej radość z tego powodu świadczyła o jej głupocie.
Być może.

Trasa nie należała jednak do najłatwiejszych i kilka razy musiała pytać o drogę. Spotkała się z takimi samymi reakcjami, jak w Empireum, ale tym razem trzymała nerwy na wodzy. Zirytowana powiedziała w końcu, że jest gościem marszałka Zophiela. To podziałało, jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Niespodziewanie podleciał do niej ciemnowłosy, przystojny anioł z blizną na twarzy i nad wyraz uprzejmie zaproponował eskortę do samego zamku marszałka.

-Czy uważa się pan za wystarczająco dobrze urodzonego, by towarzyszyć księżnej w podróży? – zapytała z przekąsem, maskując swoje zdumienie i niepokój.
Błysnął białymi zębami w rozbawionym uśmiechu.
-Nie, ale śmiem uważać się za prawą rękę mego pana, marszałka Zophiela. W związku z tym moja obecność przy pani będzie jak najbardziej wskazana!
Zmierzyła go powątpiewającym wzrokiem. Był ubrany w czarny, skórzany strój złożony z podróżnego płaszcza, obcisłych spodni i długich butów za kolana, który raczej przystawał żołnierzowi, a nie przeciętnemu, służebnemu aniołowi. Jego blizna ciągnęła się od połowy czoła, przecinała oko i kończyła w połowie policzka.
-Jak się nazywasz, aniele?
-Donkuel. Ale w Enionie i tak wszyscy mówią na mnie D. Dowodzę jednostką Anielskich Szpiegów marszałka Zophiela. A kim ty jesteś, pani? Mój pan nic o tobie nie wspominał…

Uważne, badawcze spojrzenie anioła przerażało ją. To było spojrzenie wykwalifikowanego mordercy i nawet jego wilczy uśmiech nie był w stanie załagodzić tego wrażenia.
Przełknęła ślinę.
-Księżna Luvah, Lamia. Jestem jedną z demońskich pacjentek Pistis Sophii, ale jadę do Enionu w sprawie o zdecydowanym zabarwieniu politycznym. Czy moja odpowiedź cię satysfakcjonuje?
Wyzywająco spoglądała mu w oczy. Ich kolor balansował na granicy błękitu z bielą. Nigdy wcześniej nie widziała tak jasnych oczu.
Skinął głową i pierwszy spuścił wzrok. Jej majestatyczny ton odniósł odpowiedni skutek. Przynajmniej żywiła taką nadzieję…
***
Wylądowali na plaży. Nie opodal majaczyły zarysy zamku. Trzy smukłe wieże górowały nad całością, zwieńczone ciemnoczerwonymi, cebulastymi kopułami. Dwa krzyżujące się ze sobą, miedziane dachy okrywały sześcienny korpus budowli. Ich ściany zewnętrzne miały oryginalny kształt liścia koniczyny. Nad zaokrąglonymi oknami namalowano matowe freski, które układały się w wielowymiarowe wzory. Nie była w stanie dojrzeć więcej szczegółów.

Ogarnęło ją przytłaczające zmęczenie. Nie spodziewała się, że lot zajmie jej tyle czasu i będzie taki nużący. Jej kompan nie odezwał się ani jednym słowem, a ona też nie chciała go zagadywać. Nie wzbudził ani krzty jej sympatii. Było w nim coś mrocznego i nad wyraz ponurego. Nie ufała mu, ale w zaistniałej sytuacji musiała zdać się na jego dobrą wolę.
Widok morza wywarł na niej ogromne wrażenie. Pewnie byłoby jeszcze większe, gdyby nie spędziła lwiej części swojego życia na wyspie. Zatoka nie mogła się jednak równać z otwartym morzem. Przez chwilę chłonęła rześkie powietrze i poczuła się, jakby wróciła do Oothoon. Do domu…

Zapragnęła zrzucić z siebie ubranie i zanurzyć się w chłodnych, kojących falach. W Luvah często kąpała się nago w zatoce, nie zważając na zaciekawionych gapiów, którzy czasem gromadzili się na brzegu, by podziwiać urodę jej ciała. Przelotnie zerknęła na anioła. Niecierpliwie się jej przyglądał. Przeszedł ją dreszcz. Nie, nie rozbierze się przed jego morderczymi oczami.
-Czy to jest Enion? – zapytała więc, wciąż na niego nie patrząc.
-Tak. Zamek marszałka znajduje się za tamtą wydmą. – odczekał moment, lecz nic nie powiedziała – Nie oszukałem pani. – dodał, uświadamiając jej, że zdaje sobie sprawę jakie robi na niej wrażenie.

Lamia obrzuciła go taksującym, urażonym wzrokiem. W odpowiedzi uśmiechnął się na swój wilczy sposób. Trochę ją tym rozpogodził. Lubiła przystojnych mężczyzn. A Donkuel był przystojny. Jeden plus. Ale za to znaczący. Poza tym on i Raphael byli jedynymi aniołami, które okazały jej odrobinę serdeczności.
Morderca, czy nie – będzie dla niego łaskawa.
-Wobec tego, niech mi pan pomoże zsiąść z konia!
-Suknia nie jest chyba najlepszym strojem do konnej jazdy. – zauważył i znowu ją rozdrażnił.
-Nie byłam przygotowana na podniebne eskapady, panie D!

Zwinnie zeskoczył ze swojego brązowego pegaza, zarzucił lejce na jego kark i wyciągnął do niej ręce. Przełożyła nogę przez grzbiet konia i oparła dłonie o ramiona Donkuela. Przez płaszcz wyczuła, że były silne i muskularne. Chwycił ją w pasie, sekundę przytrzymał w powietrzu, figlarnie patrząc jej w oczy i w końcu postawił na piasku. Odsunęła się od niego, otrzepując dolną część sukni z kurzu. Unikała jego spojrzenia, nagle speszona jego szerokim uśmiechem.
-Dziękuję, panu. – mruknęła.
-Więc do widzenia.
-Co?! Nie, chwileczkę!

Odwrócił na nią zdumiony wzrok. Już zamierzał odejść, ujmując lejce swojego pegaza. Przy okazji dostrzegła, że jego czarne włosy sięgały mu do połowy pleców i prawie na całej długości krępował je wiązany na krzyż, brązowy rzemień.
-Jeżeli jesteś prawą ręką Zophiela, proszę byś mnie u niego zaanonsował!
W mgnieniu oka ponownie stał się ponury i podejrzliwy.
-Co to ma znaczyć?! Nie jest z nim pani umówiona?
-Prawdę mówiąc nie. Miałam to zrobić przez jego żonę, ale ona akurat wyjechała do Enionu. Może pan nie wie, ale żeby uzyskać wstęp do Emanacji za każdym razem muszę czekać mnóstwo czasu, jak również wydać mnóstwo pieniędzy… Nie mogę sobie pozwolić na bezowocną wizytę zwłaszcza, że mam do załatwienia ważną sprawę. Rozumiesz mnie, Donkuelu?

Posłała mu niewinne spojrzenie i jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów.
Poważnie skinął głową.
-Zaradna kobieta. – stwierdził ironicznym tonem, ale zaraz potem zaproponował –  Czy mam poprowadzić pani konia?
-Nie trzeba. Może mi pan za to podać swoje ramię. Uczciwa propozycja?
Roześmiał się. Świadomość, że skruszyła jego męski opór sprawiła jej dawno nie odczuwaną satysfakcję rasowej uwodzicielki.
***
Podmuch wiatru poszarpał jego włosy i oliwkową tunikę. Uwielbiał, gdy fale zalewały mu stopy. Odprowadził wzrokiem D i czarnoskórą demonicę, by się upewnić, że zmierzali do rezydencji Zophiela.
Demonica w Enionie. W towarzystwie najwierniejszego sługusa Zophiela, bezwzględnego D.
Uriel szczerze wątpił, żeby pragmatyczny Zophiel nagle zapałał romantycznym uczuciem wobec jakiejś demonicy i zaprosił ją do Raju na randkę w dodatku pod okiem swojej cholerycznej, zazdrosnej żony. Sprawa wydawała się do bólu oczywista. Marszałek szukał kontaktu z demonami!
Metatron powinien się o tym dowiedzieć…
***
Drżała w jego ramionach. Całował jej szyję i dekolt, powoli zdejmując z niej kobiecą tunikę w kolorze zgaszonego fioletu, która kończyła się pozłacaną stójką zdobioną zapinanymi na ukos haftkami.
Pistis Sophia poddawała się pieszczocie jego ust, błądząc palcami w jego gęstych, długich włosach częściowo splecionych w małe warkoczyki. Należała do niego i nic więcej się nie liczyło.

W stu procentach odpowiadał jej temperamentem, ambicjami i wyglądem. Wysoki, atletyczny blondyn o przenikliwym spojrzeniu ciemnozielonych oczu, surowym, niebezpiecznym wyrazie twarzy i orlim kształcie nosa bezsprzecznie należał do najprzystojniejszych mężczyzn w Emanacji i był jej ukochanym mężem. Marszałkiem dworu i ministrem administracji w rządzie palatyn Cassielle.

Pistis zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i włożyła wiele trudu oraz kobiecych zabiegów, by go zdobyć i przy sobie utrzymać. Musiał odwzajemniać jej uczucia, bo inaczej by się z nią nie ożenił. Taką już był osobą – konkretną, do bólu szczerą i wyważoną. A jak sam mówił, najbardziej nie znosi marnować swojego cennego czasu. Czy marnowałby go z kobietą, której nie kocha? Zdecydowanie nie.

Rozpięła ostatni guzik góry od jego alabastrowej tuniki i zsunęła mu ją z ramion. Uwolnił się od niej, ale najpierw Sophia pomogła mu odpiąć jej okazałe mankiety. Zophiel przepadał za ozdobnymi mankietami. Był to pewnie powód, dla którego tak rzadko pokazywał się w przepisowych, anielskich tunikach do samej ziemi. Kiedy przebywał w Enionie, z dala od dworu, po prostu nosił dół od skórzanego stroju jego szpiegów i górę od tunik z okazałymi mankietami.
Przytuliła się do niego, niecierpliwie zaciskając dłonie na jego plecach. Jej serce biło, jak oszalałe. Pragnęła go bardziej, niż kiedykolwiek…

Ich małżeństwo wiele zmieniło w mentalności aniołów. Oboje piastują najgodniejsze urzędy w Emanacji, nikt więc nie odważył się potępić związku minister zdrowia i marszałka dworu, ale wiele par cierpiało z powodu starej, konserwatywnej tradycji twardo podtrzymywanej przez fanatycznych Serafinów. Anioł powinien służyć jedynie Bogu. Anioł powinien jedynie kochać Boga. Wszelkie miłosne więzi były potępiane jako demoński, grzeszny wymysł.

Za każdym razem, gdy wspomniała los lady Abdiel i Serafina Metatrona doznawała ogromnego żalu i zarazem bezsilnej złości. Choć od tamtej pory minęło już tyle czasu wciąż pamiętała rozpaczliwe krzyki Abdiel po wygłoszeniu na nią wyroku. Miała zawisnąć na głównym placu Empireum, ale kiedy Metatron uciekł, Serafiel niespodziewanie się za nią wstawił. Sophia słyszała, że w zamian za to Abdiel musiała oddać mu swojego syna. Tego, który nie miał przeklętych, czerwonych oczu…

Pistis Sophia głęboko gardziła Serafinami, podobnie jak jej mąż. Razem postanowili stawić czoło uprzedzeniom i krzywdzącym zasadom.
Udało im się.

Najwierniejsi szpiedzy Zophiela pochodzą właśnie z rodzin rozbitych przez serafińskie przesądy. Marszałek dosłownie ich przygarnął. Do pewnego momentu nie mogli bowiem zaistnieć, a co dopiero funkcjonować w emanacyjnym społeczeństwie. Teraz to społeczeństwo ulegało gwałtownym przemianom, lecz trzon szpiegowskiego oddziału, wiernie pozostawał przy boku Zophiela, w ogóle niezainteresowany nowymi możliwościami, jakie się przed nim otwierały.
Jedną z takich osób był D. Kiedy przybył do Enionu jako mały chłopiec niczego nie posiadał. Nawet imienia. Rodzicie nie zdążyli mu go nadać… Wołano go więc jedną literą aż Pistis nazwała go Donkuel. Od tamtej pory minęło sporo czasu, bezimienny chłopiec wydoroślał i stał się najzdolniejszym i najbardziej zaufanym szpiegiem Zophiela. W końcu marszałek wybrał go na przywódcę oddziału, bo sam stał się na tyle popularny jako polityk, że nie wypadało mu więcej uganiać się z rewolwerami na treningach. Wciąż pozostawał jednak „właścicielem” i założycielem tej organizacji, toteż często swoją obecnością uświęcał szkolenia nowych kadetów.

D bez wątpienia ucieleśniał idee przyświecające działaniom najsłynniejszego małżeństwa w Emanacji. Któż lepiej pasował na przywódcę enionowskich szpiegów, jak nie chłopak, który stracił rodzinę w wyniku działań inkwizycji – minister kultury i dobrych obyczajów milady Koronis i cierpiał wiele prześladowań z powodu swojego pochodzenia, między innymi otrzymał ciężką ranę, po której pozostała szpetna blizna na twarzy? Sophia zdawała sobie sprawę, że propagandowo D bardzo pasował na prawą rękę coraz bardziej sławnego obrońcy skrzywdzonych uprzedzeniami aniołów…

Ale D był blisko nich, nie tylko dlatego, że tak doskonale grał swoją rolę. Ona i Zophiel obdarzyli go bowiem specyficznym uczuciem, prawie jakby był ich własnym synem…
Jednak nawet to nie upoważniało go to do przeszkadzania im w tak intymnej chwili!
Zophiel spostrzegł go pierwszy. Ku jej nieprzyjemnemu zaskoczeniu, oswobodził się z jej czułych objęć i usiadł obok na łóżku, odgarniając niesforne włosy z twarzy.

-Co robisz, do cholery? – zapytała urażona i uniosła się na łokciach.
Spojrzała w ślad za wzrokiem męża. W wejściu stał D.
-Donkuelu, co to ma znaczyć?! – usłyszała rozgniewany głos Zophiela.
D wzdrygnął się na dźwięk jego groźnego tonu. Dobrze wiedział jak niebezpiecznie jest rozzłościć marszałka…
-Sam chciałbym wiedzieć. – mimo, że jego sławny, wilczy uśmiech nie był tak zuchwały, jak zwykle odpowiedział w typowy dla siebie sposób.

-Więc może się dowiedz i przyjdź do nas dopiero, jak będziesz wiedział! – syknęła, pospiesznie zapinając na haftki przekrzywioną tunikę – Tymczasem żegnamy!
-Wybacz, Sophio, nie spodziewałem się zastać was… w takiej sytuacji, ale wydaje mi się, że mamy gościa wartego waszej uwagi… – na chwilę urwał, speszony wściekłym spojrzeniem Zophiela.
-Jakiego gościa?! – zapytał, wbijając oczy w sylwetkę D, jakby chciał go nimi przebić, niczym ciemnozielonymi sztyletami – Spodziewam się, że to naprawdę ktoś interesujący, skoro zaryzykowałeś mój gniew…

D nieznacznie wzruszył ramionami. Najwidoczniej chciał powiedzieć, że mało go to obchodzi, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Pistis z westchnieniem zauważyła, że relacje Zophiela i Donkuela ostatnio nie układały się zbyt sielankowo. Czasem wydawało jej się, że D specjalnie prowokuje marszałka do ostrej kłótni, ale w kulminującym momencie się wycofuje. Zupełnie nie rozumiała jego zachowania, lecz postanowiła przyjść mu z pomocą.

-Warto sprawdzić. – powiedziała, pieszczotliwie gładząc męża po ramieniu – Im szybciej spławimy tego natręta, tym lepiej dla nas wszystkich.
Zophiel zmarszczył brwi i wymownie prychnął.
-Niech będzie. Jak to jacyś posłańcy od Cassielle, każę ich oćwiczyć batem! Przysięgam!
Pistis zachichotała.
-W każdym bądź razie i tak będziemy się dzisiaj dobrze bawić!
***
Bardzo pożałowała swojej decyzji. Kiedy wyszli na korytarz okazało się, że przed drzwiami czekała… księżna Lamia! Sophia była w takim szoku, że prawie nie dostrzegła zaintrygowanego wzroku demonicy, którym obrzuciła jej męża. Zophiel nie zadał sobie bowiem trudu, by ubrać koszulę. Poza tym chciał okazać prawdopodobnym posłańcom palatyn, jak mało szanuje ich panią i jak bardzo go rozgniewali, pakując się z butami w jego prywatność. Chwilę trwali więc w kłopotliwym milczeniu. Najwyraźniej również marszałek nie spodziewał się ujrzeć ciemnoskórej, demońskiej arystokratki rodem z gorącej prowincji Luvah.

-Panie, cóż to za niekonwencjonalny strój, w którym witasz gości! – pierwsza odezwała się Lamia, zdobywając się na wymuszony uśmiech.
Zophiel skupił na niej całą swoją uwagę. Zmierzył księżną długim, krytycznym spojrzeniem. Wiedział jak pozbawić pewności siebie. Lamia się zająknęła.
Pistis zerknęła na męża. Wydał jej się niemożliwie przystojny i roznamiętniony, nadal rozpalony pragnieniem posiadania kobiety. Demonica również to dostrzegła i wciąż nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Jego władczy sposób bycia już wywarł na niej ogromne wrażenie. Sophii to pochlebiło. Była dumna ze swojego męża. I z faktu, że był właśnie JEJ mężem.

-Taki, w jakim owy gość zastaje mnie będąc niezapowiedzianym. – skwitował Zophiel z przekąsem – Teraz się nie dziwię, dlaczego D postanowił panią zaanonsować, nie licząc się z wymogami mojego nastroju. Musiała go pani oczarować swoją urodą… Ale i tak D popamięta swoją niesubordynację! – dodał beztroskim tonem, który zabrzmiał wyjątkowo groźnie właśnie dlatego, że był beztroski.
Lamia przygryzła wargę.
-Może się okazać, że jeszcze mu pan za nią podziękuje…
-Proszę mi zatem powiedzieć, co czarnoskóra demonica z prowincji Luvah szuka w Enionie? – zapytał wprost, ani na chwilę nie spuszczając z niej oka.
-Wyjawię to tylko panu. Na osobności. – odparła wyzywająco, nonszalancko spoglądając na Pistis, jakby była służącą, którą natychmiast należy odprawić.

W Sophii od razu zagotowała się krew, a serce ścisnęły nieprzyjemne obcęgi zazdrości.
-To już szczyt twojej bezczelności, Lamio! – warknęła, nie pozwalając dojść Zophielowi do głosu – Nie dość, że nachodzisz mnie w moim gabinecie, to jeszcze napastujesz mnie prywatnie u mojego męża, do którego w dodatku mizdrzysz się, odkąd go tylko zobaczyłaś!

Zophiel cicho zachichotał. Śmieszyła go jej chroniczna zazdrość. Zwłaszcza, że zazwyczaj okazywała ją gwałtownie i nieprzemyślanie. Tak, jak w tej chwili.
-Twojej też, Sophio! To tak tutaj witacie gości?! – chłodno zripostowała księżna.
-Kobieta, która pojawia się w nieodpowiednim momencie i w dodatku bez uprzedzenia, a potem zuchwale mówi, że wyjawi powód swojej wielce niesmacznej wizyty tylko mojemu mężowi na OSOBNOŚCI zdecydowanie nie jest moim gościem! Ale może pan mąż uważa inaczej?! – zwróciła rozognione spojrzenie na marszałka.
Zophiel wciąż był rozbawiony, lecz również zaciekawiony obecnością czarnej księżnej. Widziała to po zniecierpliwionym grymasie jego ust. Chciał przystąpić do śledztwa, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Lamia wybuchnęła potokiem słów.

-Mam już dość impertynenckiego zachowania aniołów! Jestem piekielną arystokratką, żoną hrabiego Urizen, który przyjaźni się z samym Belzebubem, a w Emanacji zostałam potraktowana, jak szmata!
-Bo może nią jesteś…– mruknęła do siebie Pistis.
Księżna otworzyła usta z oburzenia i posłała jej tak nienawistne spojrzenie, jakby zamierzała się na nią rzucić. Udało jej się powściągnąć swój gniew. Dumnie się wyprostowała, przerażająco piękna w swojej ciemnofioletowej, marszczonej sukience z głębokim dekoltem na cienkich ramiączkach i pąkiem karmazynowych, karbowanych kwiatów wpiętym we włosy. Pistis nie znała tego gatunku kwiatów.
-Pani, proszę mi wybaczyć brak oryginalności, ale sama jesteś szmatą!

Lamia odwróciła się i impulsywnie ruszyła w stronę wylotu korytarza.
-Przynajmniej mam ją wreszcie z głowy! – ucieszyła się Sophia i spojrzała na męża.
Zophiel bez słowa ruszył śladem księżnej. Miał zacięty wyraz twarzy.
-A co ty wyprawiasz?! – zirytowała się.
-To co zwykle. – odparł z sarkazmem – Naprawiam twoje błędy!
-Tylko mi nie mów, że będziesz ją gonił i przepraszał!
Nie słuchał jej. Zniknął za zakrętem korytarza.
-Zophielu, nie wygłupiaj się! Wracaj! – zawołała za nim, a gdy to nie przyniosło żadnego rezultatu, także ruszyła śladem księżnej.
***
Lamia prawie biegła szerokim korytarzem enionowskiego zamku. Jego ściany i sufit w całości pokrywały podobne freski, jakie zauważyła na zewnątrz przy oknach. Układały się w różne sceny z anielskiego życia. Gdzieniegdzie przewijały się malowidła morza i drewnianego mola. Ich barwy były stłumione i matowe z przewagą piaskowego brązu i ołówkowej szarości.
Księżna była tak wściekła, że tylko jej arystokratyczne wychowanie powstrzymywało ją przed wytarganiem Sophii za włosy!

Kompletnie zapomniała po co tutaj przyjechała. Płonęła gniewem i natychmiastową chęcią zemsty.
Nagle ktoś szarpnął ją za ramię. Jej gorączkowy wzrok spotkał się z ciemnozielonymi oczami Zophiela. W jednej chwili pomyślała o trzech rzeczach na raz – że miała mu przekazać wiadomość od Belzebuba, że gonił ją, nie zważając na Sophię i że wciąż był bez koszuli.

Wzbudzał w niej nieokiełznane pożądanie.
-Pani, błagam cię o wybaczenie niewytłumaczalnego grubiaństwa mojej żony.
Był poważny i skupiony. Ujął jej dłoń i złożył na niej szarmancki pocałunek. Nie spodziewała się, że dotyk jego ust będzie taki ciepły…
Pokręciła głową. „Co jest ze mną nie tak? Ledwo go zobaczyłam i wariuję! – pomyślała karcąco – Weź się w garść, Lamio!”
Wyrwała dłoń z jego uścisku.
Pytająco uniósł brwi.
-A teraz proszę cię o wybaczenie mojego grubiaństwa. Najwyraźniej panią uraziłem, choć nie wiem czym.
Jeszcze raz pokręciła głową, czując się jak skończona idiotka.
-Miałam długi dzień. Zbyt długi. – powiedziała przepraszająco, zawstydzona jego zaintrygowanym, czujnym spojrzeniem – Mam panu przekazać poufną wiadomość od margrabiego Belzebuba…
-Od Belzebuba?! – szczerze się zdziwił – Dużo o nim słyszałem. Muszę przyznać, że jego śmiałe poczynania w Zoa znacznie niepokoją opinię publiczną Emanacji… Czego chce ode mnie samozwańczy król Piekła?
-Spotkania.
-Po co?
-Dowiesz się panie, gdy się z nim spotkasz. Do tej pory proponuję zachować ostrożność i pełną dyskrecję.
-Zaraz, zaraz! Kto powiedział, że będę chciał się z nim spotkać?
-Belzebub zaprasza cię bezpośrednio do Zoa. On też o tobie słyszał… – dodała, podnosząc na niego oczy.

Teraz to on wydał jej się zmieszany. W zamyśleniu przygryzł wargę.
-Bezczelna propozycja. – odrzekł chłodno – I zupełnie bez pokrycia.
-Wierzę, że stać pana na podjęcie mądrej i odważnej decyzji…
Zerknął na nią z rozbawieniem.
-Czyżby? Zbyt dużą pokłada pani we mnie ufność!
-Niesłusznie?
Uśmiechnął się i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie nadeszła zdyszana Sophia.
-Pięknie się popisałeś, drogi mężu! – sarknęła.
Zophiel posłał jej znudzone, twarde spojrzenie.
-Uspokój się, kobieto! Księżna zostanie na kolacji, a potem ugościmy ją na noc! I nie chcę słyszeć ani jednego słowa sprzeciwu!

Obie zaniemówiły z wrażenia, a nieświadomy niczego marszałek zawrócił do sypialni, odszukać Donkuela. Potrzebował go jako eskortę do Vala, żołnierskiego rejonu Lucyfera.
***
Zophiel wylądował na końcu mola. Jego pegaz był okazały i muskularny. Z daleka zachwycał kasztanową maścią i zielonkawą barwą, rozłożystych skrzydeł.
Puścił konia wolnym truchtem i odwrócił się w stronę Donkuela. Podwładny wylądował w ślad za nim, ale jego wzrok pozostał skupiony na czymś, co ujrzał w morzu. Marszałek spojrzał w tę samą stronę i zamarł z wrażenia. W wodzie kąpała się Lamia. Blask zachodzącego słońca oświetlał jej ciemną skórę i bujne, kręcone włosy. Były mokre i przylepiały jej się do twarzy. Zophiel nie mógł oderwać oczu od jej kształtnego ciała – długiej szyi, wydatnych piersi, smukłej talii, zaokrąglonych pośladków…

Bezwstydnie przechadzała się wśród wzburzonych fal, nie dbając o to, że ktoś mógłby ją zobaczyć. A zobaczywszy zapragnąć tak, jak marszałek Emanacji bezradnie tkwiący w siodle swojego konia na drewnianym podeście, wcinającym się w nieposkromione wody morza Udan- Adan. Nawet nie zauważył, że wstrzymał oddech i dopiero gdy zaczęło mu go brakować, głęboko zaczerpnął powietrza.

Wracał z Vala, od Lucyfera, niosąc negatywną odpowiedź dla powabnej wysłanniczki Belzebuba. Ale gdy teraz ją zobaczył w pełnej krasie zapomniał o całym świecie, a wraz z nim o swoich gorzkich rozmyślaniach dotyczących propozycji przebiegłego demona. Tracił swój zwykły, zdrowy rozsądek, a może nawet rozum zalany przypływem nienasyconej namiętności, którą właśnie obudziła w nim ta kobieta.

Nie wiedział, co by się z nim dalej działo, co by dalej zrobił, gdyby nie chłodny dotyk dłoni D na jego ręce. Przełknął ślinę i spojrzał w przeraźliwie spokojne oczy wychowanka. Ich barwa kojarzyła mu się z odcieniem lodu, skuwającego błękitne jezioro.
-Dobrze się czujesz? – zapytał Donkuel bez śladu konsternacji, czy domyślnego wahania.
„Ten chłopak najprawdopodobniej jest wyciosany z kamienia!” – stwierdził przytomniej marszałek i z ulgą zauważył, że wracało mu trzeźwe myślenie.
-Jestem zmęczony. Dla nas wszystkich był to prawdziwy dzień niespodzianek!
-A zwłaszcza jego zwieńczenie.

Wilczy uśmiech. Zophiel obruszył się na niego w duchu i chwilę się zastanawiał, czy by jednak nie ukarać D za tę zuchwałość. Wtedy jego wzrok padł na nieporadną rezydencję barona Uriela. Wybudowano ją prawie przy samym brzegu morza.
Marszałek ze złością zacisnął dłonie w pięści. Z samego rana cała Emanacja dowie się o czarnej demonicy, kąpiącej się nago w wodach Udan- Adan. Ekscentryk Uriel z czarującym uśmiechem wbije mu szpilę w plecy i jeszcze ją dwa razy przekręci!

-I co teraz?! – Donkuel analizował sytuację prawie z taką samą zawrotną szybkością, jak jego dowódca.
-Teraz?! – żachnął się Zophiel – Teraz nie mam wyboru! Będę musiał spotkać się z Belzebubem, a wcześniej odpowiednio to nagłośnić!
-Odpowiednio propagandowo…
-Owszem. Lucyferowi się to nie spodoba!
-Przekonasz go, albo mam lepszy pomysł. Pójdę teraz ukręcić łeb Urielowi i będziemy mieć całą sprawę z głowy!
-D, gdyby to tylko było takie proste… – marszałek ciężko westchnął – Na razie twoje zadanie ograniczy się do wyprowadzenia z morza tej piekielnej kobiety!
-Może ty to zrobisz. Masz chyba większą ochotę, niż ja…

Tego już nie wytrzymał. Obrócił się i otwartą dłonią uderzył Donkuela w twarz.
-Nie waż się więcej w ten sposób do mnie mówić o tej demonicy! Zrozumiałeś?! – warknął, czując wzrastającą wściekłość – na siebie za beznadziejną żądzę, na Lamię za jej lekkomyślną kąpiel i porażającą urodę, na Sophię za jej nieprzemyślane złośliwości i końcu na D za jego nieujarzmioną, bezczelną naturę i sprowadzenie Lamii do Enionu.
Oblicze Donkuela nie zmieniło wyrazu. Nadal było spokojne i drażniącą ironiczne. Palce Zophiela pozostawiły czerwony ślad na jego bladym policzku.
-Tak, panie.
-Więc zrób co ci kazałem i więcej nie pokazuj mi się dzisiaj na oczy!
***
Obserwowała ich z wody, ciekawa o czym rozmawiają. Widziała jak Zophiel uderzył Donkuela w twarz, a wcześniej spojrzenia obu aniołów jakimi ją obdarzyli, gdy dostrzegli ją nagą.

Była tym zawstydzona, co ją zdecydowanie zaskoczyło, bo nigdy nie wstydziła się być podziwiana przez mężczyzn. Spoglądała w ślad za marszałkiem, który galopem zjechał z mola i udał się prosto do swojego zamku. Pewnie dlatego przegapiła moment, kiedy D zsiadł z pegaza i wskoczył w ubraniu do morza. Obróciła się w jego stronę i zobaczyła, że zmierza w jej kierunku.

Automatycznie przykucnęła w wodzie, żeby fale zasłoniły jej nagość. Ku jej niemiłemu zdumieniu, Donkuel roześmiał się.
-Co miałem zobaczyć, to już zobaczyłem, pani! Twe starania są zbędne!
-Co ty wyprawiasz?! Zabraniam ci się do mnie zbliżać!
-Właśnie dostałem przez panią w pysk, proszę więc mnie nie drażnić!
Wyzywająco znowu uniosła się nad powierzchnią wody i zaczęła zmierzać w kierunku brzegu.
-Dobrze, że pani sama wypełnia za mnie moje zadanie! – krzyknął za nią.
Odwróciła do niego głowę.
-To znaczy?
-Marszałek nakazał wyprowadzić mi panią z morza.
-A to niby dlaczego? Kąpiele są zabronione?! – prychnęła.
-Nie, ale mój pan najwidoczniej martwi się o pani zdrowie.
-O moje zdrowie?!
-Jest pani pacjentką jego żony, pewnie nie chce, żeby dodatkowo nabawiła się pani bólu stawów z powodu zbyt długiego przebywania w wodzie! – zakpił.

Zatrzymała się w miejscu i odczekała aż do niej podejdzie. Zrobił to bez wahania, czy zmieszania. Wtedy badawczo spojrzała mu w oczy.
-Jesteś rozgoryczony.
-Straszliwie! – wymownie wzruszył ramionami, błyskając białymi zębami w uśmiechu – Zamierza mnie pani pocieszyć?
Zmierzył ją frywolnym, aroganckim spojrzeniem. Z oburzenia zabrakło jej słów. Wówczas D zdjął swój płaszcz i okrył nim mokrą Lamię.
-No już – spokojnie. – powiedział, a jego twarz przybrała wyraz rozbrajającej niepewności, jakiego jeszcze u niego nie widziała.
Czyżby był skruszony?
-Mam niewyparzony język. Dla mojego własnego dobra powinienem go sobie odciąć!
-Musisz mieć wielu wrogów. – zauważyła złośliwie, ale przyjęła jego płaszcz.
-Nie przeczę. Czy pani również zalicza się teraz w ich poczet?
-Zastanowię się, panie D!
***
Metatron stał przy oknie, opierając łokcie o parapet. Uriel przyglądał mu się z perspektywy wygodnego fotela, co chwila przenosząc wzrok na rozłożoną książkę, którą trzymał na kolanach. Była autorstwa jednego z podwładnych maga Razjela. Razjel oprócz magią zajmował się także profesjonalnym pisaniem i kaligrafią. Skupiał wokół siebie najzdolniejszych pisarzy w oddzielnej szkole, gdyż prowadził jeszcze jedną dla magów.

Uriel lubił czytać książki. Czasem nawet sam nabierał ochoty, żeby coś napisać. Nie miał jednak na tyle ambicji i wiary we własne umiejętności, żeby spróbować robić to profesjonalnie. Poza tym jakoś sobie nie wyobrażał dyżurnego kpiarza Emanacji w roli absolwenta Pisarskiej Akademii Razjela i zawodowego pisarza. Być może jeszcze nie wiedział, czego chce od życia, ale uważał, że przynajmniej wie, co jest słuszne i jak postępować uczciwie. Dlatego był wrogiem Zophiela i przyjacielem Metatrona, choć niepokoiła go jego intrygująca tajemniczość.
Baron poznał Meta podczas jednego z treningów Anielskich Szpiegów. Przypadkiem znalazł się na terenie ich ćwiczeń razem ze swoją wiecznie roześmianą przyjaciółką, śliczną Diną.

Anioły z oddziału Zophiela uważały Uriela za intruza i wariata, chociaż to on pierwszy zamieszkał w Enionie. Tutaj został stworzony i za żadne skarby nie zamierzał się stąd wynieść. Kiedy marszałek i jego gwardia zjawili się w Enionie, żeby objąć w swoje władanie jeden z czterech strategicznych zamków, Zophiel próbował go przekupić i nawet nabył dla niego lukratywną nieruchomość w Empireum– elegancką willę w samym centrum miasta. Uriel podziękował za troskliwość i dodał, że może lepiej będzie, jeśli to Zophiel zamieszka w tej willi razem ze swoją uroczą żoną, którą przez nadmiar obowiązków w Enionie wyraźnie zaniedbuje. Potem stanowczo oznajmił, że nawet na krok nie ruszy się z Enionu, chyba że marszałek kupi mu pałac palatyna, choć obiło mu się o uszy, że trzyma go dla siebie. To tak rozwścieczyło dumnego anioła, że zaczęła się między nimi zimna, nieoficjalna wojna. W dodatku Zophiel wpoił swoim szpiegom, że Uriel nimi gardzi, ponieważ są niechcianymi dziećmi aniołów…

Pewnie dlatego szczególnie nienawidził go bezimienny D. Dowódca Szpiegów Zophiela szukał z nim zwady i choćby najmniejszego powodu, żeby mógł go bezkarnie uśmiercić. Nic dziwnego, że gdy zobaczył barona i Dinę podczas owego pechowego treningu, uznał to za doskonałą okoliczność do podjęcia kolejnej próby. Perfidnie zaatakował bezbronnego Uriela i mało brakowało, by ku uciesze całego oddziału, w końcu wprowadził swoje mordercze zamierzenia w życie. Wówczas z pomocą baronowi przyszedł filigranowy Metatron. Na jego oczach rozłożył niepokonanego Donkuela na łopatki…

Od tamtej pory, byli prawie nierozłączni, drażniąc srogiego Zophiela i upokorzonego przez Meta Donkuela swoim niepisanym przymierzem i wsparciem, które okazywali sobie w podbramkowych sytuacjach. Razem byli o wiele bardziej niebezpieczni, niż wcześniej sam Uriel, jakiś tam nieistotny, uparty szlachetka, mieszkający w skromnej willi na brzegu morza.

Met nigdy nie zwierzał mu się ze swoich uczuć, ale baron podejrzewał, że choćby dlatego, że był jednym z bliźniąt, które narodziły się jako pierwsze anielskie dzieci, przepełniały go bolesne wspomnienia i uzasadniona gorycz. Jednak jego myśli zdawały się podążać w zupełnie innym kierunku. Metatron chciał zaistnieć w polityce Emanacji, a co więcej gruntownie ją zmienić. Co do tego Uriel nie żywił żadnych wątpliwości. Czasami też odczuwał w stosunku do niego niewyjaśniony respekt. Niewyjaśniony, bo Met nigdy nie dał mu odczuć swojej wyższości. Po prostu już miał w sobie coś władczego. Coś wielkiego…

-Urielu, zdaje mi się, że widzę właśnie scenę godną twojej uwagi…– powiedział Metatron swoim niezwykle męskim głosem, który tak kontrastował z jego delikatną, prawie kobiecą urodą.
Baron niespiesznie wstał z fotela i podszedł do okna. Zerknął ponad ramieniem przyjaciela i ironicznie prychnął.
-Co oni tam będą sobie urządzać? Orgię w morzu?
Met parsknął krótkim śmiechem.
-Myliłeś się sądząc, że czarna demonica przybyła tu w sprawach państwowych. – zażartował, a potem dodał całkiem poważnie – Bez dwóch zdań musisz o tym wspomnieć na dworze!
-Nie omieszkam, mój drogi! Nie omieszkam!

KONIEC Rozdziału II

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *