Król sezonu

Każdy może zostać królem naszego plemienia, zgłaszasz się i jeśli nie ma więcej kandydatów, zakładasz koronę na głowę. Ale jest też haczyk: królujesz sobie udzielnie przez rok, potem umierasz. Możesz albo skończyć ze sobą sam, albo ktoś skończy z tobą. Wybór (ależ, kurwa, wybór!) należy do ciebie. Prawda, że nasi przodkowie sprytnie to sobie wykombinowali?

Problem—mój problem, zważcie—polega na tym, że jestem królem od dokładnie trzystu sześćdziesięciu czterech dni. Jeśli wasze plemię zna się choć trochę na astronomii, nie muszę nic więcej dodawać. Dla pewności jednak—pewności nigdy zbyt wiele, na tej zasadzie opierały… opierają… się moje rządy—dodam, że jutro powinienem udać się na spotkanie ze Stwórcą.

Nie jestem specjalnie szczęśliwy z tego powodu. Całkiem lubię swoje życie, a Stwórcy nigdy jakoś nie udało mi się poznać osobiście. Moje żony natomiast—mam ich pięć, jedną własną, cztery po moich poprzednikach—nie wydają się nadmiernie przejmować nadchodzącą egzekucją. Egzekucją, mówię, bo nikt mnie nie przekona do przejścia na drugą stronę tęczy bez pomocy z zewnątrz.

Ciekawe, że zasada jednego roku nie dotyczy królowych.

Wracając do tematu: zdecydowanie wolałbym zostać na drugą kadencję. Tylko jak tu przekonać przywiązanych do tradycji dzikusów, że trzeba iść z czasem, postępem i osiągnięciami, i w końcu wprowadzić istotne—z mojego punktu widzenia przynajmniej—poprawki do konstytucji? Do tej pory żaden z jednorazowych królów nie podniósł tej kwestii. Zabrania tego honor. Ten sam honor zabrania również ucieczki. I historia twierdzi, że jeszcze nikt ze znajdujących się w moim położeniu monarchów tego nie spróbował. Oczywiście, historia jest taka, jaką ją piszą i nie mam powodu kwestionować jej zgodności z rzeczywistością. Ale jeśli to, co przekazują nam plemienni skrybowie jest prawdą, to jesteśmy najbardziej honorowym plemieniem na tym zwariowanym świecie.

Wraz z urzędem (i żonami) wszedłem w posiadanie doradcy. Timbu (och, gdzie moje maniery, jeszcze się nie przedstawiłem, przepraszam, jestem Nakata, król Nakata I) to postawny jegomość, którego urodę psuje tylko kieł lwa, wbity w przegrodę jego pokaźnego nosa. On to właśnie trzyma straż nade mną aż do jutrzejszego wielkiego finału. Honor honorem, ale strzeżonego Duchy strzegą.

– Timbu! – wołam, drąc się na całe gardło. Timbu ma w zwyczaju puszczać swojego Walkmana na cały regulator. Najwyraźniej nie słyszał, że jest to zabójcze dla uszu. – Timbu, jesteś tam?!

Timbu wreszcie wchodzi do mojej komnaty (tak nazywają królewski namiot, największy w całej wiosce i starannie uszczelniony tak, żeby bez wiedzy straży nikt się do niego nie dostał ani z niego nie wydostał; oficjalnie straż strzeże mnie przed ludem, jednak w ostatnich dniach wyglądają bardziej na klawiszów niż ochroniarzy), słuchawki zawieszone na grubej jak kłoda szyi.

– Wasza miłość – kłania się nisko. – Wasza miłość czegoś potrzebuje od uniżonego sługi?

– Daj sobie spokój z tym gównem, Timbu.

Timbu rozluźnia się nieco; na jego usta wpełza ironiczny uśmieszek. Jutro zobaczy, jak królewska głowa oddziela się od królewskiego ciała raz na zawsze i już nie będzie musiał wykonywać moich rozkazów ani wysłuchiwać moich komentarzy.

Najgorsze w byciu królem jest to, że nie ma się w zasadzie przyjaciół.

– Okej.

– Przyprowadź Ojnoke.

– Tak jest – zgadza się Timbu i wychodzi, nawet się nie kłaniając. Tak, dni, dzień mojego panowania jest dokładnie policzony…

Ojnoke to ta z moich żon, którą wniosłem do pocztu królowych naszego plemienia. Czterdziestodwuletnia dzierlatka, która dała mi dwóch obłudnych synów i wrzody żołądka. Ach, zapomniałbym o jednej drobnej rzeczy—to ona wrobiła mnie w to jednosezonowe królowanie. A jak to się jej udało? Ano, przy pomocy zaprzyjaźnionego (z nią, nie ze mną) lekarza, wmówiła mi, że mam raka i że nie pożyję dłużej niż pół roku. Dzięki wejściu na tron miałem spędzić te ostatnie miesiące w luksusie i odejść z klasą.

O sancta simplicita!

Moja naiwność zresztą objawiła się już kilka razy wcześniej, całe moje małżeństwo z Ojnoke to jeden wielki popis w naiwności wzwyż.

***

(Krótki dialog z mojej nocy poślubnej:

– Myślałem, wiesz… – wybąkałem po fakcie.

– No?

– Myślałem, że… eee… będziesz krwawić… Mutante gadał, że każda dziewica krwawi…

Omal nie zakrztusiła się ze śmiechu.

– A kto ci powiedział, że jestem dziewicą? Na litość boską, Naka, przecież ja mam dwadzieścia pięć lat!)

***

Weszła w oparach drogich, francuskich perfum, z aurą błękitnokrwistej zołzy.

– Czego?

– Tak witasz swojego pana i władcę?

– Ty mój panie i władco lepiej się módl, żeby Aardwark jutro nie miał tępego topora – parsknęła.

(Rzecz jasna, wyroki śmierci egzekwuje się u nas poprzez ścięcie. W naszym plemieniu The Rolling Heads zawsze były bardziej popularne niż The Rolling Stones.)

Zerwałem się z mojego tronu. I natychmiast z powrotem usiadłem. Na siedząco różnica wzrostu (niestety, zawsze na moją niekorzyść) nie jest aż tak widoczna.

– Mogłabyś chociaż mi telewizor załatwić – poskarżyłem się.

Uwierzycie, że ja, król całego plemienia, nawet nie miałem w swoim namiocie, na dzień przed egzekucją, dostępu do telewizora?

– Pomyślę – powiedziała. – Hmmmm… nie.

– Dzięki, jesteś wspaniałą żoną – mam nadzieję, że moja odpowiedź zabrzmiała wystarczająco sarkastycznie.

– Lepszej już mieć nie będziesz – rzuciła i wyszła.

Zostałem sam ze swoimi czarnymi myślami.

Wiecie, to jest strasznie, frustrująco niesprawiedliwe. Jak w Nigerii ukamienują jakieś kobiety za cudzołóstwo, to od razu zbiera się dwa tysiące oburzonych rokmenów i organizują koncert w obronie ich praw. Nie zrozumcie mnie źle, sam bym się do takiego protestu przyłączył (oczywiście, gdyby nie trzymano mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę pod strażą). Ale dlaczego nikt nie zaprotestuje przeciwko mojej nadciągającej coraz szybciej egzekucji? Gdzie jest Bono, kiedy go potrzebuję? Dlaczego jestem traktowany jak cholerny baranek ofiarny na ołtarzu Tradycji?

Żebym chociaż miał jeszcze w plemieniu jakąś władzę, ale nie, pełna demokracja, rządzi rada starszych, król im służy tylko do podpisywania ustaw i wygłaszania przemówień na inaugurację roku szkolnego i takich tam. Naoglądali się CNN i we łbach im się poprzewracało. Och, gdybym miał kilku zaufanych przyjaciół i trochę kałaszy, byłaby rewolucja na całego…

***

Noc minęła mi na użalaniu się nad sobą. Przewracałem się z boku na bok, starając się wskrzesić moją wiarę w Boga. Niestety, moja aktualna, godna pożałowania pozycja uniemożliwiła jej reanimację. Stwórca, który wpakował mnie w taką kabałę i na dodatek odmówił pomocy, nie zasługuje na moją wiarę. Zginę jako ateista.

Cóż… pora kończyć. Zbliża się już Mistrz Ceremonii ze swoją świtą ogolonych na łyso osiłków. Pamiętajcie mnie, Nakatę I. Pamiętajcie mnie dobrze.

EPILOG

Przeczytałam z niesmakiem wynurzenia mojego byłego męża. I muszę przyznać, że nigdy, w całym moim trzydziestopięcioletnim życiu nie natknęłam się na nic równie bezczelnego.

Nakata, niesławny w całym regionie zbrodniarz, wymyślił sobie jakiś barbarzyński rytuał, próbując w ten sposób oczyścić swoją zhańbioną osobę i przerzucić winę za swoją śmierć na barki naszego plemienia. Na dodatek odmalował nas jako bandę zacofanych prostaków, którzy wierzą w gusła i zabobony, i składają ofiary z ludzi. Szkoda, że nie dorzucił kanibalizmu do smaku, byłby—jak to mówią u was, na zachodzie—pełny wypas.

Swoje ostatnie godziny Nakata spędził błagając o litość, przepraszając za swoje występki, czołgając się w piachu i zaklinając się, że od tej pory będzie uniżonym sługą każdego, kto będzie potrzebował pomocy. Itakdalej, itakdalej, bez żadnej godności. Kiedy wreszcie nadszedł czas i został podłączony do sprowadzonej prosto z USA maszyny, na przemian zalewał się łzami i mdlał. Stworzył żenujący spektakl.

– Błagam… ja już nie będę – wydusił z siebie, gdy maszyna wstrzyknęła w jego żyły śmiertelną truciznę. To były ostatnie słowa Nakaty, najkrwawszego w naszej tysiącletniej historii tyrana.

Dalej mu współczujecie?

17/4, 9-10/9/2006

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *