Cyrk przyjechał!

Pamiętacie te szczęśliwe dni w młodości, kiedy całe miasteczka elektryzowała wieść: „Cyrk przyjechał”? Jakże inaczej to wtedy wyglądało z perspektywy dziecka. Bajeczne, kolorowe stroje, egzotyczne zwierzęta, magicy i obowiązkowy klaun. Już od momentu przekroczenia bramy i wejścia do gigantycznego namiotu czuło się atmosferę czegoś niezwykłego. Trzymając w ręku watę cukrową siadało się na drewnianych ławeczkach, a przed oczyma migał kalejdoskop niezwykłości…

Ech…

Niedawno mój synek, lat cztery i pół, przyniósł bilet – ulotkę. I taki znajomy dreszczyk przebiegł po plecach. Bo oczywiście dziecko moje stwierdziło autorytatywnie, że do cyrku pójdziemy, bo przecież idzie „Ola, Mikołaj, Jasiu i Paweł”. Jak chyba każdy rodzic wie, jest to argument w zasadzie nie do podważenia. Poza tym – sam chciałem skonfrontować wspomnienia z dzieciństwa z rzeczywistością.

Pierwsze, co rzuca się w oczy – dzisiejszy cyrk to wyrachowany biznes. Nie ma tu miejsca na spontaniczność czy przypadek. Ulotki promocyjne zalały szkoły i przedszkola. Cóż z tego, że każdy dorosły może wprowadzić dwoje dzieci za darmo? Cyrk na tym nie traci, wręcz przeciwnie, bo dorosły odmówi sobie waty cukrowej czy popcornu za niebotyczną cenę (nie pytajcie ile, i tak nie uwierzycie…) a dla dziecka czy dwóch to wręcz obowiązkowy rytuał. No i chińskie, świecące miecze, wachlarze i inne badziewia, które również trzeba kupić i które są wyjątkowo wkurzające zarówno dla widzów, jak i dla artystów. Ci drudzy jednak nie protestują, zgodnie z zasadą pecunia non olet.

Kolejna maszynką do nabijania pieniędzy jest przerwa. Przejażdżka na wielbłądzie? Oczywiście. Zdjęcie z foką? Naturalnie. A może zdjęcie z klaunem – nie ma problemu. A resztę publiczności zapraszamy do naszego sklepiku. Wszystko oczywiście za określoną kwotę. Zresztą syn mój, któremu wiele da się wytłumaczyć, kiedy usłyszał, że nie pojedzie na wielbłądzie w momencie się rozpłakał i to takim płaczem, że  oczywiście rundkę na dwugarbnym zaliczył. Niby tylko rundka dookoła placu, ale jego mina – bezcenna.

A samo przedstawienie? Trzeba przyznać, że poziom wysoki. Dobrze dobrany program przyciąga widza, mimo olbrzymiej konkurencji, jaka jest telewizja. Tu jest zresztą pułapka dla cyrku. Wiele z pokazów robiłoby znacznie większe wrażenie, gdybyśmy widzieli je po raz pierwszy. Dzięki choćby programowi „Mam Talent” wiele z zaprezentowanych programów smakuje trochę jak odgrzewany kotlet. fakt, występ na żywo zawsze będzie ciekawszy niż ten na szklanym ekranie, jednak znika gdzieś wrażenie obcowania z czymś niezwykłym. I nawet egzotyczne zwierzęta nie potrafią wytłumić uczucia swoistego deja vu.

Dzisiejszy cyrk trochę wyblakł. Dawniejsi, tajemniczy bohaterowie okazują się tylko ludźmi, orkiestrę zastąpiła elektronika, program, choć efektowny, wielokrotnie już widziany w TV, magik prezentuje sztuczki ograne do niemożliwości, które są zagadką tylko dla dzieci… Światła areny trochę przygasły, makijaż gdzieś spłynął. Ale przecież cyrk i tak będzie jeździł, choćby po to, by Ci, którzy dziś mają lat parę, za jakiś czas wrócili na drewniane ławeczki skonfrontować wspomnienia z rzeczywistością i pokazać swoim dzieciom kolorowych artystów, tajemnicze zwierzęta, magika i oczywiście klauna.

Show must go on.

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *