Panorama Empireum

Panorama Empireum rozciągała się przed jej oczami – imponująca, niewzruszona i pozbawiona końca. Widziała okrągły plac otoczony kolumnadą o koronkowo wyrzeźbionej fasadzie przed jej pałacem i dalej główną drogę biegnącą aż do samego portu i sławnego białego mostu na rzece Gichon, która jako jedyna z czterech głównych rzek Emanacji przecina stolicę. Most w całości wykonano z delikatnego alabastru, konstrukcję wzmacniając białym marmurem.
Jej ulubionym, białym marmurem.

Empireum wybudowano na planie prostokąta w tak zmyślny sposób, że żadna z prostych, czystych ulic nie miała zakrętów. Przecinały zadbane, zielone skwery, egzotyczne parki pełne kolorowego ptactwa, rozległe płaty ogrodów oraz dystrykty prostokątnych budowli, podtrzymywanych przez ozdobne kolumny. Zresztą te kolumny informowały przechodniów o funkcjach gmachów oraz, jeśli były to budynki mieszkalne, o zamożności ich właścicieli. Wszystko miało tu swoje miejsce i cel.

Miasto bezustannie tętniło życiem, dumne i radosne z roli, jaką pełniło w anielskiej Emanacji. Było jej wiecznie bijącym sercem. Centrum, podejmującym decyzje; centrum narzucającym trendy i mody; centrum uspokajającym wzburzone nastroje reszty kraju, lub też je podsycającym.
To tutaj znajdował się ster rządów – pałac palatyna oraz jego insygnia władzy.
To tutaj kiedyś mieszkał Bóg.

Żaden z czterech rejonów Emanacji nie podważał przywódczej roli Empireum. Każdy z nich przejął nazwę od zamków, wybudowanych tam jeszcze za czasów obecności Boga w Emanacji.

I tak na wschodzie nad surowymi stepami Benython, dżunglą otaczającą Jezioro Potop oraz gwałtowną rzeką Chiddekel wznosiły się smukłe, wysokie wieże zamku Vala, którego dach wykonano ze srebra. Vala uchodziła za oficjalny rejon wojskowy, a jej administrator, generał Lucyfer sprawował pieczę nad porządkiem i siłą Anielskiej Armii.
Na południu przy granicy z Ulro – Czyśćcem mieściła się spokojna, melancholijna Ahania – zamek ze złotym dachem, od zawsze przystań lekarzy i uzdrowicieli, a także potrzebujących lekarskiej pomocy. Rzeka Ahanii również była spokojna i jakby senna. Gichon płynęła tam prosto z gwarnego Empireum, wyssana z wszelkiej energii i destrukcyjnej mocy, która charakteryzowała porywające nurty Chiddekel. Jej łagodny szum współgrał z dzielnicą ogrodów i parków – Allamandą, usytuowaną wokół Medycznej Kliniki. Sama mistrzyni ogrodnictwa, lady Tubiel zaprojektowała Allamandę i oddała wiele swoich sadzonek z najwspanialszego ogrodu Emanacji, położonego na północy, w Enitharmon.
Palatyn Cassielle wiedziała, że milady Koronis z Enitharmon i lady Pistis Sophia, zarządczyni Ahanii szczerze się nie znoszą. Cassielle wolała chyba towarzystwo Koronis, bo i ze wszystkich rejonów najlepiej czuła się w północnym Enitharmon, nad rzeką Perat. Zamek ten miał dach wykonany z brązu. Szczelnie otaczał go łańcuch górski Chaldea.

Stanowił naturalną, zieloną barierę, oddzielającą tę strefę od reszty Emanacji. Pewnie dlatego uchodził za miejsce wręcz legendarnie snobistyczne i konserwatywne. Anioły z Enitharmon pewnością siebie i arogancją przerastały nawet mieszkańców samego Empireum, dumni z imponującej liczby artystów żyjących i tworzących właśnie w tym rejonie. Jakby nie patrzeć mieściła się tam Akademia Magiczna i oddzielna Akademia Pisarska maga Razjela, Akademia Śpiewu archanioł muzyki, wymagającej lady Izrafiel i Szkoła Ogrodnictwa lady Tubiel.

Ale i tak ze wszystkimi tymi okręgami wygrywał zachodni Enion, gdzie jego rzeka – Piszon właściwie tylko kończyła swój bieg, by podobnie jak pozostałe trzy wpaść do Morza Udan – Adan.  Wokół morza koncentrowało się życie Enionu, o co jeszcze zadbał marszałek Zophiel, jego administrator. Anioły z całej Emanacji przybywały do Enionu, by podziwiać zamek Zophiela z miedzianym dachem, wybudowany na plaży oraz samo ogromne morze. Swoim zasięgiem docierało w głąb Ulro, z czego skorzystał baron Uriel, jeden z tamtejszych szlachciców, i zajął się budową statków oraz nauką ich nawigacji.

Z jej piersi wydobyło się szczere westchnienie, gdy po raz kolejny w swoim życiu uświadomiła sobie, że wszystko to znajdowało się na jej głowie. Powróciła więc myślami do Empireum, do swojej wizytowej komnaty, do obruszonego Lucyfera, który od czasu, gdy wszedł nie zmienił swojej pozycji, podobny do martwego posągu.
Przypomniała sobie po co go wezwała.
***
-Co on wyprawia? – zapytała, opierając łokcie o parapet.
Stała we wnęce okna, odwrócona do niego tyłem. Jej długie, srebrne włosy do połowy splecione w luźny warkocz, opadały długą kaskadą na jej szczupłe, lekko przygarbione ramiona. To one dźwigały ciężar władzy w anielskim państwie, który ostatnimi czasy coraz bardziej ją przytłaczał… Co się stanie z Emanacją, kiedy zupełnie straci siły? Lucyfer zadawał sobie wiele, ponurych pytań – zwłaszcza to.

Szanował ją i podziwiał za lata poświęceń dla kraju i ich wszechogarniającej ideologii, w centrum życia i świata stawiającej Boga. Nigdy nie przypuszczał, że nadejdzie taki dzień, gdy będzie musiał podejmować za nią decyzje, wręcz przejmując część jej obowiązków. Dzielił je razem z marszałkiem dworu Zophielem. Do tej pory mógł liczyć na jego szorstkie wsparcie i zdrowy rozsądek. Teraz jednak wydawało mu się, że Zophiel kompletnie stracił rozum! Od pewnego czasu po całej Emanacji rozgłaszał wiadomość, że palatyn Cassielle zamierza ze wszystkimi honorami przyjąć samozwańczego władcę Piekła, przebiegłego, chorobliwie ambitnego Belzebuba.

W Raju zawrzało, jak w ulu.
Lucyfer rozmawiał na ten temat z marszałkiem i jasno określił swoje stanowisko. Żadnych pertraktacji i gestów przyjaźni z demonami! Choćby najbardziej wpływowymi! Zophiel przyznał mu wtedy rację, a tu nagle wyskakuje z takimi rewelacjami… Lucyfer nie był na to przygotowany, a już zwłaszcza nie na tłumaczenie zachowania przyjaciela przed samą palatyn.

-Nie wiem, pani. – powiedział więc zgodnie z prawdą i nieznacznie wzruszył ramionami.
Był żołnierzem, a nie politykiem. Żadna bardziej dyplomatyczna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy.
Cassielle odwróciła twarz od panoramy stolicy i w całej okazałości zaprezentowała palatyński diadem z białego złota na środku zwieńczony okazałym diamentem, który po bokach wysadzały drobne, liliowe ametryny. Pasował do długiego naszyjnika połyskującego na jej szczupłej piersi, również udekorowanego diamentem.
Jej jasnopomarańczowe, lekko skośne oczy spoczęły na generale Anielskiej Armii. Poczuł się nieswojo pod tym badawczym spojrzeniem i odwrócił wzrok na obcisłą, kobiecą tunikę Cassielle. Sięgała jej kolan, a wysoki, postrzępiony kołnierz spinały ozdobne haftki. Idealnie odznaczały się na tle intensywnego granatu kreacji, podobnie jak złote hafty kwitnących róż. U dołu tuniki przyszyto zwiewną, marszczoną spódnicę z pozłacanego tiulu, który szeleścił przy każdym gwałtowniejszym ruchu anielicy.
-Wydawało mi się, że ściśle współpracujesz z Zophielem…– powiedziała powoli, wyraźnym, melodyjnym głosem.
-Mnie też. Rzeczywiście wiedziałem, że otrzymał propozycję spotkania z Belzebubem, podobno przekazaną przez jedną z demońskich pacjentek jego żony, niejaką Lamię, ale obaj zgodziliśmy się, że będzie lepiej dla Emanacji, jeśli z niej nie skorzysta!
-Dlaczego Zophiel decyduje za mnie w sprawie spotkania z demonami? Zwłaszcza, że Belzebub ograniczył się tylko do zaproszenia go do Zoa na poufną rozmowę?! – ton Cassielle zmienił się na stanowczy, podszyty niebezpieczną nutą – Czy on ją w ogóle odbył?!

Lucyfer chwilę milczał. Kusiło go, by odkryć przed nią wszystkie swoje myśli i nurtujące go rozważania. Zmarszczyła brwi, zaciskając usta. Jej oblicze przybrało kapryśny grymas gniewu.
-Zapomniałeś jak się posługiwać mową?! – prychnęła, postępując krok w jego stronę.
Zaczerpnął powietrza w płuca.
-Gdybyś zechciała nieco bardziej zainteresować się sprawami Emanacji, nie musiałabyś zadawać tych pytań! Ba! Nasza rozmowa nie miałaby miejsca! – wyrzucił z siebie prawie jednym tchem.
Cassielle zmierzyła go krytycznym wzrokiem i z ciężkim westchnieniem opadła na szeroki fotel palatyna, wykończony białym, grawerowanym marmurem. Takim samym marmurem wyłożono sufit i ściany. W połączeniu ze złotymi zdobieniami i mozaikami w całości powleczonymi niebieskimi, szlachetnymi kamieniami tworzył niesamowity nastrój tej komnaty. W okrągłym suficie znajdowały się małe, prostokątne okienka. Wpuszczały nieco światła, które odbijało się w złotych ornamentach i wydobywało blask z błękitnych kamieni.

Odcień włosów palatyn współgrał z wystrojem wizytowej komnaty sprawiając, że wydawała się być jego stałym elementem, a nie żywą istotą, w dodatku władczynią anielskiego państwa.
-Są ważniejszy rzeczy, niż sprawy Emanacji! – odparła, splatając palce na brzuchu.
-Na przykład ludzie? – zapytał z odrazą – Nie możesz poświęcać Emanacji kosztem jakichś ludzi!
-Zamilcz! Nie wezwałam cię do siebie, byś prawił mi morały! Opowiedz mi o Zophielu i jego konszachtach z demonami!
-Nie było żadnych konszachtów z demonami! – nie wytrzymał Lucyfer z trudem panując nad swoim gniewem, wywołanym twardym tonem Cassielle – A jeśli były, to ja nic o tym nie wiem!
Palatyn otworzyła usta, najprawdopodobniej po to, by znowu go zbesztać, kiedy złoto-niebieskie drzwi komnaty otworzyły się z hukiem. W progu stanęła Pistis Sophia i młodszy brat generała – Michael. Lekarka trzymała go za ramię i z wściekłą miną próbowała utrzymać w jednym miejscu. Michael wiercił się, jak mały dzieciak bystrymi, rozbieganymi oczami pożerając niebieskie freski na ścianach, palatyn zagłębioną w marmurowym fotelu i w końcu Lucyfera w jego już lekko przykurzonym, białym mundurze Głównodowodzącego Anielskiej Armii i ciemnej, marszczonej pelerynie do samej ziemi.

Na widok brata, Michael uśmiechnął się jednym ze swoich najserdeczniejszych uśmiechów. W odpowiedzi Lucyfer tylko skinął głową, ale to wystarczyło, żeby Sophia zaczęła pluć jadem:
-O! Cóż za wspaniały zbieg okoliczności! Dobrze, że cię widzę, panie generale! Zrób coś w końcu ze swoim braciszkiem, bo następnym razem go zabiję! Przysięgam!
-Znowu zepchnął Uriela z balkonu? – w głosie Cassielle zadźwięczało rozbawienie, a na jej surowej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Wystarczyło tylko, żeby Michael zjawił się w pomieszczeniu, a całe napięcie opadło. Lucyfer spojrzał na niego z nieskrywaną zazdrością. Jego drogi braciszek był ucieleśnieniem dobrego humoru, niesforności i energii. Wiele osób szukało jego towarzystwa najpierw dlatego, żeby przypodobać się Lucyferowi, a potem już z prawdziwej sympatii dla krzykliwego Miki, który podbił ich serca oryginalnym sposobem bycia, lub też wrodzoną wylewnością.
Generał nie posiadał żadnej z tych cech. Nie potrafił wyzbyć się swojego egoizmu i pychy. Bez względu na to jak bardzo podbudował swoją pozycję na dworze, przy Michaelu zawsze czuł się gorszy. Brat jednym uśmiechem i zabawnym komentarzem otwierał te same drzwi, do których Lucyfer dobijał się, waląc pięściami. Wydawało mu się, że to nigdy się nie zmieni…

-Jesteś trzpiotem, Mika! – zakpiła Cassielle.
-Zaraz trzpiotem! – naburmuszył się Michael – Po prostu jak zwykle odwiedziłem Sophię… Nie przewidziałem, że przypadkiem zahaczę nogą o nową dostawę leczniczych ziół od lady Tubiel! Nie spodziewałem się również, że zostanę za to zaprowadzony na dywanik!
-Tak, ale nie wspomniałeś, że te zioła były w szklanych fiolkach! – Pistis przystąpiła do kontrataku, na siłę ciągnąc Mikę w stronę zasępionej palatyn – I że wszystkie potłukłeś w drobny mak! Tubiel nie zdąży wyhodować dla mnie następnych roślin i w błyskawicznym tempie przygotować nowych wywarów! A potrzebuję ich natychmiast dla mojej kliniki w Ahanii! To prawdziwa katastrofa! W dodatku mój pomocnik poważnie skaleczył się szkłem… Nie umiem mu wyjąć jednego odłamka z dłoni, bo utkwił tak głęboko, że boję się, że nie usunę go w całości dysponując tylko małymi szczypcami! Muszę go zabrać na operację do Ahanii!

Lucyfer stwierdził, że w porównaniu z wysokim, postawnym Michaelem, Sophia wygląda na jeszcze drobniejszą i niższą niż w rzeczywistości. Miała długie, brzoskwiniowe włosy splecione w staranny, francuski warkocz i niebieskie oczy o odcieniu popołudniowego nieba. Były duże i najbardziej wyraźne z całej jej małej twarzyczki, którą często wykrzywiał grymas gniewu i zniecierpliwienia. Ubrała śliwkową, połyskującą tunikę z karmazynowymi haftami gałęzi obsypanych kwieciem. Haftki spinające stójkę także były karmazynowe, a w jej długich, srebrnych kolczykach oraz cienkiej, okrągłej bransoletce na lewym nadgarstku  błyszczały maleńkie, bordowe piropy.

Generał nie darzył Sophii sympatią. Zwykła mówić wszystko wszystkim prosto w oczy. A jak wszystkim, to i jemu… Bardzo źle znosił krytykę. Z resztą brutalna szczerość Pistis nie tylko jego jednego wyprowadzała z równowagi. Zdecydowanie nie przysporzyła jej zbyt wielu przyjaciół na dworze Cassielle…
Odwrotnie Michael. Wcale nie zrażał się ciętym językiem i wrednym usposobieniem lekarki i z typowym dla siebie ślepym uporem próbował się z nią zaprzyjaźnić. Właściwie osiągnął swój cel, choć jakby nie patrzeć była to przyjaźń specyficzna. Obie strony czerpały z niej zarówno przyjemność, jak i torturę. Zdaniem Lucyfera o wiele więcej było tych tortur!

-O którym pomocniku mówisz? – zainteresowała się palatyn, niezbyt zbulwersowana pretensjami Pistis.
-Jak to o którym?! O Raphaelu!
-Ach! Wspominałaś mi kiedyś, że jest bardzo uzdolniony… Czy to skaleczenie nie przeszkodzi mu w dalszej karierze? Lekarz powinien mieć zręczne dłonie…
-Powiedz to Michaelowi! – Sophia puściła rękę Miki, mierząc go przy tym druzgocącym spojrzeniem – Nie wydaje się zbytnio przyjęty swoim lekkomyślnym zachowaniem!
Michael otworzył usta ze zdumienia. Lucyfer uśmiechnął się do siebie, ale bez odrobiny wesołości. Był to raczej uśmiech jałowej satysfakcji. Mika nigdy się nie zmieni. Nigdy nie nauczy się rozważać swoich błędów, ani dostrzegać problemy, które sprawia swoim egoizmem i nieopisaną żywiołowością.
-Co masz na swoje usprawiedliwienie? – odezwał się raczej z przyzwyczajenia, niż z prawdziwej potrzeby trafienia do sumienia kłopotliwego brata.
Mika milczał, z dezorientacją mrugając powiekami.
-Przepraszam. – powiedział w końcu – To był wypadek… Gdzie jest teraz ten Raphael?!
-O, nie! Ani mi się waż do niego iść! – wystraszyła się Pistis – Zostaw go w spokoju! Raphael cię nie lubi! Nie drażnij go!
-Co?! Nie lubi MNIE?!
Obrócił się na pięcie i wybiegł z komnaty, zapewne szlachetnie naprawiać zło, wyrządzone pomocnikowi Sophii.
Lekarka zrobiła ruch, jakby zamierzała udać się jego śladem na odsiecz Raphaelowi, ale Cassielle zatrzymała ją cichym, lecz stanowczym rozkazem:
-Zostań. Może ty udzielisz mi wyjaśnień, których Lucyfer bezczelnie mi odmawia!
***
Pistis z zastanowieniem uniosła brwi i zwróciła wzrok na ponuro milczącego Lucyfera. Nigdy nie rozumiała dlaczego Zophiel przyjaźni się z tym zadufanym w sobie bufonem! Naturalnie, pod nieobecność Cassielle marszałek musiał z nim współpracować, żeby utrzymać chwiejącą się równowagę w państwie, ale żeby zaraz wchodzić w nieformalne układy i co dwie sekundy konsultować się z nim o byle pierdołę?!
Nie, to już prawdziwa przesada!

W przeciwieństwie do męża nie wpadała w zachwyt nad popularnością generała, ani jego siłą przekonywania.
Znalazł się wielki rebeliant i obrońca uciśnionych! Phi!
Czuł się tak potężny pod osłoną swojego wiernego wojska, że chwilami zapominał, kto tutaj rządzi, a przynajmniej kto powinien rządzić. W każdym bądź razie ten mężczyzna budził w niej odrazę i irytację, albo nawet oba te uczucia równocześnie!

Może Michael był chodzącym kataklizmem i źródłem niekończących się problemów, ale przynajmniej rekompensował to uroczą, rozbrajającą osobowością. Natomiast Lucyfer przypominał jej groźną, wiecznie grzmiącą, burzową chmurę, która za wszelką cenę próbowała zmącić błękit emanacyjnego nieba. Choćby dla zasady i zaspokojenia własnej próżności.

Sophia miała też wyrobione zdanie na temat palatyn, lecz mimo swojej niebywałej otwartości, wolała go nie wypowiadać na głos. I tak zmagała się z wystarczającą ilością kłopotów! Jak na przykład potłuczone fiolki z ziołowymi wywarami od Tubiel i poważnie ranna dłoń Raphaela. A także Michael, który zamierzał go przepraszać za swoją indolencję! Na wstępie Sophia naliczyła aż trzy utrapienia. W dodatku znała Rapha i Mikę wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że dla nich obu skrucha Michaela może się skończyć tragicznie!
A ta senna baba zatrzymuje ją w komnacie, bo Lucyfer strzelił focha?! Litości!

-Postaram się sprostać twoim wymaganiom, pani! – ukłoniła się dwornie z trudem przywołując uśmiech na twarz.
Wyszedł jej zniesmaczony grymas.
Lucyfer patrzył na nią z drażniącą ironią w bursztynowych oczach i z chłodnym, nieco bardziej udanym uśmiechem, niż jej. Starała się nie odwzajemniać tego wzroku całkowicie skupiona na Cassielle. Być może zbyt szybko pozwala mu się wyprowadzić z równowagi.
Dlatego na niego nie spojrzy!
Zdecydowanie!

-Zobaczymy. – mruknęła palatyn – Twój mąż podobno zaaranżował moje spotkanie z Belzebubem. Czy to prawda?! A jeśli tak, to co to ma znaczyć?!
Sophia niedbale wzruszyła ramionami. A więc o to chodzi! Pięć razy powtarzała Zophielowi, że zbyt mocno przejmuje się Urielem i jego wpływem na formułowanie o nim niepochlebnych opinii w Empireum. I że nie powinien tak lekkomyślnie rozgłaszać plotki o gotowości Cassielle do przyjęcia demonów w Emanacji.
A że suka Lamia kąpała się nago na oczach jej męża, to już inna sprawa! Pistis mściwie oznajmiła księżnej, że nigdy więcej nie przyjmie jej jako swoją pacjentkę i ma również skrytą nadzieję, że jej stopa ponownie nie stanie na emanacyjnej ziemi, bo ją wystarczająco skalała, a po jej bezwstydnych igraszkach morze powinni poddać generalnemu czyszczeniu!

Lamia miała prawie łzy w oczach. Nie było wtedy z nimi Zophiela, ani wyszczekanego D, więc nikt nie przyszedł z pomocą znieważonej niewieście.
Bardzo to smutne!
-Zaaranżuje. – Sophia z przekąsem poprawiła palatyn– Jeszcze nie widział się z Belzebubem i chyba waha się, czy przyjąć jego zaproszenie.
-Skąd więc te niejasności?
-Cóż, jak zwykle chodzi o Uriela… – pogardliwie wydęła wargi – Biedny Zophielek obawia się posądzenia, że ma romans z księżną Lamią, wysłanniczką Belzebuba, bo owa dama o wątpliwych manierach, kąpała się nago w Morzu Udan – Adan! Uriel to pewnie widział ze swojego okna…
Lucyfer głośno i wymownie prychnął, a Cassielle skrzyżowała ramiona na piersi.
-Owszem, widział. Już zdążył mi o tym opowiedzieć w czasie mojej porannej toalety przy paru damach dworu. A zrobił to w tak dowcipny sposób, że od razu zaczęto to sobie powtarzać jako anegdotę. – palatyn uśmiechnęła się z przyjazną kpiną – Czy ciebie to nie wzrusza, Sophio?
-Mam gdzieś co o mnie mówią, pani. A zwłaszcza o moim mężu. Interesuje mnie tylko moja praca i obowiązki, do których pragnę teraz powrócić, jeżeli mi pozwolisz, pani! – ponownie się ukłoniła.

Cassielle skinęła głową.
-Dobrze, idź. – powiedziała oschle – Może Lucyfer niedługo uda się do Enitharmon. Podobno o jego względy ubiega się milady Koronis. Przy okazji zapyta Tubiel, czy jest w stanie przyspieszyć wzrost ziół na drugą partię wywarów dla ciebie!
Pistis zerknęła na generała. Zbladł z wrażenia i zapewne z wściekłości.
-Skąd znasz tę rewelację, pani? – wyjąkał, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w palatyn, której wyraz twarzy zmienił się teraz na znacząco złośliwy.
-Takie wieści szybko się rozchodzą…– czarująco się uśmiechnęła.

Lucyfer zacisnął dłoń w pięść i ją rozprostował, opanowując napad gniewu.
-Owszem, ta kobieta czyni niezrozumiałe dla mnie starania, zmierzające do wpakowania mi się do łóżka, co jednak wcale nie znaczy, że je podzielam! – odparł wzburzonym głosem – Te przypuszczenia są ohydne! Od kogo je słyszałaś, pani?!
-Od kogo? – ton Cassielle był swobodny, prawie rozbawiony, jakby wyjaśniała jakąś oczywistą, prostą prawdę; był to też ton czystej, wręcz nieprzyzwoitej satysfakcji – Od Uriela. Od kogóż by innego? Oprócz kąpieli księżnej Lamii był to drugi główny temat jego żartów, gdy się dzisiaj spotkaliśmy. Czasem odnoszę wrażenie, że jest jedyną osobą w Emanacji, która coś wie! Nawet moi najznakomitsi ministrowie nie dotrzymują mu kroku! – niewinnie się uśmiechnęła do rozwścieczonego Lucyfera, jaskrawie okazując, że to głównie jego uważa za najznakomitszego ministra.
-Uriel! – warknął – Wredny plotkarz!
-O, tak! Stanowi problem wart wyprowadzenia wojska z Vali i najechania jego pałacyku w Enionie! – zadrwiła Pistis, wytrzymując złowrogie spojrzenie Lucyfera – Cała Emanacja będzie ci za to wdzięczna!
-Nie zrobię tego, ale poważnie zastanawiam się nad wyrwaniem pani języka! Co najmniej kilkanaście osób będzie mi za to wdzięcznych z pani mężem na czele! Niestety nie stanowią całej Emanacji, bo poza tymi, których obraziłaś nikogo nie obchodzi, że istniejesz!
Krew uderzyła jej do głowy. Zwłaszcza za wspomnienie Zophiela.
-Za to wszystkich podnieca sam twój widok, a zwłaszcza twoje płomiennorude włosy łopoczące na wietrze! Rudy to kolor demonów – nic dziwnego, że przyciąga wzrok…

Lucyfer milczał, jedynie oczami przekazując jej bezgraniczną nienawiść. Poczuła mimowolny strach i jeszcze raz skłoniwszy się krzywo uśmiechniętej palatyn, szybko wycofała się w stronę wyjścia. Wiedziała, że oboje odczytają to jako jej ucieczkę. Choć było w tym sporo prawdy nie zamierzała się przejmować.
W końcu i tak miała rację.
Choćby tylko w swoim mniemaniu!
***
Michael ostrożnie popchnął drzwi gabinetu Pistis Sophii i zajrzał do środka przez szparę. Jego oczom ukazał się równy rząd oszklonych półek z podręcznymi lekami i lekarskimi przyborami, szerokie, jasne biurko, za którym umieszczono duży, obrotowy fotel, lekarskie łóżko i jeszcze jeden skórzany fotel usytuowany naprzeciwko biurka. W rogu znajdowała się podręczna, brązowa komoda, zakryta wyszywanym obrusem. Stał na nim kryształowy wazon z białymi liliami i dorodnymi kaliami. Pomocnika Sophii nigdzie nie było widać. Mimo to Mika zdecydował się wejść do środka. Otworzył drzwi na oścież i prawie od razu usłyszał cichy jęk. Wtedy przypomniał sobie o marmurowej karafce zamontowanej we wnęce za drzwiami. Tryskało z niej niewielkie źródełko, dzięki przeprowadzeniu wodociągów prosto z krystalicznie czystej rzeki Gichon. Po każdym, wykonanym zabiegu Pistis zwykła obmywać w nim ręce, a jeśli akurat przyjmowała gości, a nie pacjentów źródełko spełniało funkcję ozdobnej fontanny.

Z prawdziwym przejęciem zajrzał za drzwi i napotkał rozognione spojrzenie jasnozielonych oczu Raphaela. Do długiej listy swoich przewinień, Michael dopisał jeszcze uderzenie pomocnika Sophii drzwiami…
Ale skąd mógł wiedzieć, że on tam sterczy?!
I po co, u licha?!
Chyba tylko po to, żeby mógł go uderzyć!
Chciał coś powiedzieć, może nawet przeprosić, ale anioł po prostu odwrócił od niego wzrok i skupił się na czymś, co robił przy karafce. Michael zerknął przez jego ramię i zrobiło mu się niedobrze. Raphael wyciągał sobie szkło ze zranionej dłoni. To samo, którego nie potrafiła wyjąć Sophia. Krew tryskała z przeciętej skóry, a anioł powoli i spokojnie obluzował odłamek szczypcami, by w końcu gwałtownie go wyszarpnąć. Zakrył usta zdrową dłonią, tłumiąc okrzyk bólu. Karafka była zabarwiona na szkarłatno. Bezustannie płynąca woda leniwie obmywała jasny marmur i czerwone ślady, kończąc swoją drogę w odpływie. Podłożył dłoń pod jej strumień i opłukał krew ze świeżej rany.
-O, cholera! – zaklął Michael, z wrażenia przytrzymując się klamki, bo uginały się pod nim nogi – Jesteś masochistą, stary?!

Raphael obdarzył go wymownym, miażdżącym wzrokiem, lecz nadal milczał. Był ubrany w długą, prostą tunikę służebnego anioła koloru grafitowego. Miała jednak białe rękawy, które kończyły się miodowymi ściągaczami przy nadgarstkach. Na ramionach i okrągłym kołnierzu ożywiały ją miodowe wykończenia o wiele bardziej widoczne na grafitowym tle, niż przy białych rękawach. W pasie ściągała go tradycyjna, anielska szarfa także w kolorze miodowym.
Jego miękkie rysy twarzy były kompletnie niedopasowane do chłodnego, uważnego spojrzenia jasnofioletowych oczu o wyraźnym odcieniu wrzosów. Z całego oblicza tylko one coś wyrażały. A mianowicie przekazywały Mice chroniczną niechęć, którą żywił do niego ich właściciel.

Michael przełknął ślinę, przestępując z nogi na nogę. Był zakłopotany swoją niezdarnością, sytuacją w jakiej zastał Raphaela i wcześniejszym zajściem z fiolkami.
-Przestań się na mnie gapić. – głos pomocnika Sophii zabrzmiał tak ponuro, jakby wydobywał się spod ziemi.
Michael zadrżał ze strachu. Szczerze powiedziawszy w ogóle się nie spodziewał, że cichy, nieśmiały Raphael zdecyduje się do niego odezwać. Był jak nieodłączny cień Pistis przewijający się po jej gabinecie bez zwracania czyjejkolwiek uwagi, czy budzenia głębszego zainteresowania. Właściwie sam rozbiegany Mika dostrzegł go zaledwie przed paroma tygodniami, kiedy zjawił się u Sophii z poturbowanym Urielem, którego zepchnął z balkonu, jak zwykle przez przypadek i niechcący. Nieszczęsny Uriel połamał żebra. Podczas tej wizyty Michael poznał także jakąś czarną, demońską księżną, pacjentkę Pistis i przy okazji obraził lekarkę stwierdzając, że owa księżna jest piękniejsza od niej.

Ach, to jego wrodzone poczucie taktu!
Najprawdopodobniej nawet nie wiedział co to znaczy…
Teraz też mocno się zacietrzewił i palnął:
-Będę się gapił na kogo chcę i ile chcę! O!
Demonstracyjnie zmierzył Raphaela od stóp do głów. Przy okazji zainteresował go kolor jego włosów – szary z liliowymi refleksami. Nigdy nie widział tak dziwnej barwy. Włosy Rapha sięgały do końca karku. Nosił też zmierzwioną grzywkę. Dodawała powagi jego i tak już dość posępnemu obliczu. „Śmiertelnej powagi!” – zakpił w myśli Mika, w ostatniej chwili rezygnując z wypowiedzenia swojej uwagi na głos. Nie powstrzymał się jednak przed wyciągnięciem ręki i dotknięciem prostych kosmyków anioła. Pod palcami wyczuł, że były gładkie i przyjemnie miękkie.
Raphael był tak zdumiony, że z początku nie zareagował.

-Podobają mi się twoje włosy. Super kolor. Też chcę taki! – oznajmił swobodnym, niezobowiązującym tonem, jakby właśnie wyrażał swoje zdanie na temat czyjegoś interesującego stroju, albo nietuzinkowego obrazu na ścianie.
***
Ból falami pulsował w jego dłoni, przyprawiając go o zawroty głowy. Przed chwilą pragnął jedynie położyć się na swoim łóżku w skromnym pokoiku w dolnej partii pałacu i  odpocząć. Może nawet się zdrzemnąć.
Teraz jego myśli sparaliżował bezczelny braciszek Lucyfera i jego okrutne szyderstwo. Nie rozumiał tylko dlaczego jego serce bije tak szybko, jak galopujący po niebie pegaz. Sprawił to ten zarozumiały bubek, istne przekleństwo Empireum! Nawał sprzecznych uczuć jeszcze bardziej wyprowadził go z równowagi. Przecież nie znosił hałaśliwego zachowania Michaela i jego obrzydliwej pewności siebie ! A już najbardziej irytującego faktu, że wszyscy dawali się nabrać na jego przyjazny uśmiech i zawadiacki błysk w oku.

On się nie nabierze!
Lubił swoją dyskretną samotność, która pozwalała mu pozostać anonimowym na zbytkownym dworze palatyn Cassielle. Mogło się wydawać, że tutaj nie da się pozostać anonimowym. Że nikt tego nie chce…A jednak Raphael najbardziej cenił sobie spokój i swoją bezpieczną orbitę. Krążył na niej niezauważony i dzięki temu przez nikogo nie niepokojony.
Aż w końcu Michael go zauważył.
Dokładnie trzy tygodnie temu zauważył go podczas sprzeczki Pistis z księżną Lamią i kiedy wychodził bezceremonialnie się z nim pożegnał. Od tamtej pory coś jakby zaczęło się zmieniać. Dotychczas nobliwi pacjenci Sophii ignorowali jego obecność. Teraz wszyscy z ciekawością mu się przyglądali i nawet go zagadywali. Nie wątpił, że stoi za tym Michael. Miał bowiem paskudny zwyczaj opowiadać przypadkowo spotkanym osobom swoje najbardziej absurdalne przygody, a ponieważ był taki popularny jego historie szybko roznosiły się po całym Empireum.
Jakże on go nienawidził, gdy uniósł dłoń i naturalnym gestem przejechał palcami po jego włosach!
Jakże on go nienawidził za przystojne, wyraziste rysy twarzy, kuszący rysunek ust, turkusowe oczy i długie, sztywno sterczące, lśniące włosy koloru burgunda!

Jakże on go nienawidził za bezpośredniość i odwagę we wszystkim co robi – w dodatku swobodnie i z radosnym uśmiechem, jakby przychodziło mu to z łatwością i bez żadnego zastanowienia!
-Zabierz rękę. – Raphael nie potrafił zdobyć się na nic bardziej elokwentnego, czy dobitnego.
Mimo to musiał zabrzmieć przekonywująco, bo Michael cofnął dłoń i włożył ją do kieszeni spodni. Wydał mu się przy tym bardzo zmieszany.
-Przepraszam. – wymruczał – Przepraszam cię za wszystko. Szczególnie za te rozbite fiolki. To przeze mnie zraniłeś sobie rękę. Mam nadzieję, że nie jest to na tyle poważna rana, by mogła ci przeszkodzić w dalszej, lekarskiej karierze…
Raphael znowu oniemiał i nic nie odpowiedział. Machinalnie skinął głową, zupełnie tego nieświadomy. Mika niepewnie się uśmiechnął i tyłem wycofał z gabinetu.
-No to… na razie! – uniósł rękę w przyjaznym geście, ale Raph ponownie ograniczył się tylko do skinięcia głową.
Wyszedł więc, starannie zamykając za sobą drzwi.
Raphael chwilę stał bez ruchu, oblizując spieczone wargi. Było mu dziwnie gorąco. Nigdy nie czuł się w ten sposób. No może w obecności zabójczo pięknej księżnej Lamii, w której trochę się podkochiwał. Ta świadomość dała mu dużo do myślenia. Przecież on nienawidzi tego faceta! Nienawidzi go! Naprawdę!
Przez to wszystko zapomniał o krwawiącej dłoni i potężnym bólu. Podłożył ją więc pod strumień wody, obserwując jak świeże, czerwone plamy zmywają się z jego skóry.
***
Ten mężczyzna zawsze wprowadzał ją w zakłopotanie.
Na sam jego widok pociły jej się dłonie, a oddech stawał się nierówny, choć starała się oddychać głęboko i z niezmąconym spokojem.

Najpotężniejszy Serafin –  Serafiel, zamaszystym krokiem wszedł do jej wizytowej komnaty i na wstępie obdarzył wyważonym, wszystkowiedzącym uśmiechem. To wtedy poczuła nieprzyjemny skurcz serca. Coś na kształt strachu.
Serafiel był potężnym aniołem, dobrze zbudowanym i wysokim. Jak każdy Serafin golił głowę i nie nosił prawie żadnych ozdób. Prawie, bo jako przywódcy zakonu przysługiwał mu złoty pierścień z rubinem, a także bogato zdobiony, skórzany pas z rubinem, wtopionym w złoty wzorek, ciągnący się wzdłuż całego pasa. Spinał jego skromną, białą szatę sięgającą ziemi.

Spojrzała w hipnotyzujący błękit jego oczu i przełknęła ślinę.
Nie spodziewała się tej wizyty, choć domyślała się jej powodu. Serafiel zapewne nie powie jej wprost, że nie podoba mu się jej zachowanie i nadmierna miłość, którą darzy ludzi. A zwłaszcza jednego człowieka. Była palatynem Emanacji i zgrzeszyła miłością do ziemskiego mężczyzny może nawet bardziej, niż słodka Abdiel miłością do Serafina Metatrona. Kiedyś sama wydała na nią skazujący wyrok i właśnie ten przemądrzały Serafin, który teraz mierzył ją lekko szyderczym wzrokiem, doprowadził do jej ułaskawienia.
Czy ułaskawi także próżną, wszechwładną Cassielle?
Czy i ją rozgrzeszy?
Szczerze w to wątpiła.
Serafini przerażali ją. Bała się ich bardziej, niż inwazji demonów, czy powrotu Boga. Z resztą nigdy nie rozstrzygnęła która z tych dwóch ewentualności była gorsza…
Serafini byli najpotężniejszymi aniołami w Emanacji, skupionymi w zamkniętym kręgu. Nikogo do niego nie dopuszczali i nikogo z niego nie wypuszczali. Pewnie dlatego Serafiel przygarnął jednego z synów Abdiel. Wypełnił lukę po jego ojcu. Serafini nadali mu nawet jego imię, żeby równowaga została utrzymana.

Pół- Serafin Metatron. Duma i nadzieja Serafinów na zmiany. Zmiany na palatyńskim tronie…
Oczywiście o tym też wiedziała i jak ognia strzegła się wychowanka Serafiela. Chociaż nigdy go nie widziała, ani nie słyszała co się z nim dzieje po opuszczeniu Palambronu, siedziby Serafinów, była czujna i skupiona na każdym nowym aniele, który zaczynał służyć na jej dworze. Sprawdzała nawet stajennych i kucharzy na wypadek, gdyby Metatron przybył w przebraniu. Jeśli chciała wygrać z Serafielem, musiała go wyprzedzić, choćby o krok! Musiała przejrzeć jego szczwany plan.

Tymczasem przywódca Serafinów stał przed nią w swobodnej, choć bardzo oficjalnej pozie, a jego głębokie, uważne oczy wyraźnie mówiły jej, że w tym wyścigu nie dość, że nie była o krok przed nim, to jeszcze, o zgrozo, zostawała daleko w tyle!
Te oczy wydawały się być oderwane od jego delikatnej twarzy. Żyły własnym życiem – bystre, niebezpieczne, w dodatku z czającym się na dnie uszczypliwym dowcipem.
Trwała w swoim marmurowym fotelu i ciszy pełnej napięcia.
-Czy chociaż jest przystojny? – zapytał nagle, przygważdżając ją spojrzeniem.
Otworzyła usta ze zdumienia, kompletnie nieprzygotowana na tak zuchwały, frontalny atak. Przez jej głowę przemknęła myśl, że to będzie gorsze starcie, niż poprzednia, ostra wymiana zdań z Lucyferem.
Serafiel uśmiechnął się dosłownie na sekundę, ale to wystarczyło, żeby odczytała jego intencje.

Na jej czole pojawiła się kropelka potu.
-Pogoda dzisiaj dopisuje, prawda? – odwrócił wzrok na okno.
Wyraz jego twarzy zmienił się na rozmarzony.
-Uwielbiam kiedy jest tak ciepło. Ale słoneczna pogoda nie sprzyja przebywaniu w mieście. Zwłaszcza w tak zatłoczonym mieście, jak to…
-Wracaj więc do Palambronu na łono natury!
Nie zamierzała zabrzmieć tak zjadliwie.
Ale zabrzmiała.
Powrócił do niej spojrzeniem. Tym razem nie potrafiła go rozszyfrować.
-Pani mi tego zabrania.
-Słucham?!
-Cassielle, powoli wiedziesz nas wszystkich do destrukcji. Oddałaś część władzy Lucyferowi, którego wprost rozpiera nadmiar ambicji i rewolucyjne plany. Drugą część przekazałaś niezrównoważonemu Zophielowi. Pod płaszczem jego chłodnego spokoju, kryją się gorące emocje. On nad nimi nie panuje, choćby udawał, że jest na odwrót! Szczerze powiedziawszy już lepiej by było gdybyś zrzekła się swojego urzędu na rzecz Pistis Sophii. Jest pyskata, ale przynajmniej jako jedyna próbuje coś robić!

-Zuchwały, protekcjonalny Serafin! – warknęła.
Nic go to nie obeszło.
-A właśnie. Zapomniałem. Podobno na dokładkę zamierzasz bratać się z demonami. Okazuje się, że to szlachciątko z Zoa, margrabia Belzebub, ma więcej oleju w głowie, niż przypuszczałem!
-To nie twoja sprawa, Serafinie! – prychnęła, jak rozzłoszczona kotka – Jeśli tak zadecyduję spotkam się z demonami, a ty nic na to nie poradzisz!
-Jesteś tego pewna?
-Przekonajmy się. Proszę bardzo. Ja spotykam się z demonami, a ty wyciągasz swoją najcenniejszą kartę!
-Mianowicie?
-Metatrona.
-Metatron najprawdopodobniej nie żyje. Zbiegł do Zoa po tym jak skazałaś jego i Abdiel na śmierć. – niezwykle uprzejmie udał głupca, a w palatyn zagotowała się krew.
-Mówię o jego synu!
-Ach… Nie wiem gdzie on jest i co robi…– obojętnie wzruszył ramionami – Rozpoczął samodzielne życie. I niby dlaczego miałby być moją najcenniejszą kartą?
-Myślę, że nią jest i zmuszę cię, żebyś ją wyciągnął!
-Uważaj, pani. W karty grają demony… Czyżbyś już zaprzyjaźniła się z karcianym królem – Asmodeuszem? Uważaj, bo się w nim zakochasz tak, jak w tym człowieku…
Zacisnęła dłonie na oparciach fotela.
Po stokroć przeklęty, bezczelny Serafin!
-To jest wyzwanie, Serafielu! – powiedziała powoli, zmienionym, urażonym głosem – Ugoszczę Belzebuba, a ty oburzony moim zachowaniem rozkażesz Metatronowi wyjść z ukrycia!
-Hmm…– uśmiech Serafiela był szeroki. I szyderczy. – To żadne wyzwanie, Cassielle. Po prostu kolejna propozycja bez pokrycia. Ja nie rozkazuję Metatronowi. Ale mogę cię zapewnić, że jeśli wciąż będziesz postępować w sposób, w jaki postępujesz odkąd ta beznadziejna miłość zmąciła twoje zmysły, Metatron ujawni się sam. I wcale ci się to nie spodoba…
-Jak na razie nie podoba mi się twój widok w mojej wizytowej komnacie! Psujesz mi wystrój! –  odparła lodowatym tonem.

Serafiel skłonił się przed nią głębokim, ironicznym ukłonem.
-Na razie. Obyś nie doczekała dnia, kiedy to ty będziesz go psuć! Żegnam panią, Cassielle! Miłego dnia!
Spoglądała w ślad za nim. Gdy wyszedł pozwoliła ogarnąć się uczuciu niemożliwego gniewu i coraz bardziej narastającej rozpaczy.
***
Michael szedł jego śladem, z ciekawością rozglądając się na boki. Wyszli z pałacu Cassielle i prostą ulicą udali się w stronę głównego placu Empireum. Mijali niskie, prostokątne zabudowania, które znajdowały się pomiędzy pałacem a placem. Ich oryginalna, morska ornamentyka przyciągała wzrok, ale w Lucyferze wzbudzały jedynie irytację. Mieszkali w nich bowiem zachłanni urzędnicy Cassielle, sprawujący pieczę nad finansami Emanacji, a zwłaszcza nad podatkami ściąganymi ze wszystkich czterech rejonów. Ile z tych funduszy trafiło do Skarbu Państwa, a ile do ich bezdennych kieszeni? W oczach Lucyfera byli bandą zdzierców i oszustów. Żerowali na zwykłych aniołach służebnych, z dnia na dzień paskudnie się bogacąc.

Spojrzał na Michaela. Brat nie zdawał się wykazywać oburzenia i troski o los uciśnionych aniołów służebnych, bądź też niesłużebnych. Z błyskiem zachwytu w oczach przyglądał się oknom w czarnych ramach z kolorowymi witrażami zamiast szyb i paśmie starannie przystrzyżonego żywopłotu, znad którego wyrastały smukłe palmy. Przed jednym z urzędniczych budynków stał olbrzymi posąg palatyn, odzianej w dwuwarstwową tunikę i płaszcz z szerokim kapturem. Michael nie umiał oderwać od niego wzroku.
-Tak ci się podoba? – prychnął Lucyfer, pogardliwie wzruszając ramionami – Nie zachowuj się jakbyś był tutaj po raz pierwszy!
Mika zerknął na niego przelotnie, ale zaciekawiony wyraz jego twarzy nie zmienił się.
-Podziwiam architekturę Empireum. – powiedział bez cienia urazy – Nie widzę w tym nic złego. Szkoda, że u nas w Vala nie ma takich cudów!
-Jeszcze czego! – burknął Lucyfer, uprzejmie odpowiadając na ukłon mijającego ich urzędasa z plikiem papierów pod pachą.

Michael nawet nie zwrócił na niego uwagi, ale po chwili usłyszał jego rzucony, jakby od niechcenia komentarz:
-Nie musisz się tak przed wszystkimi płaszczyć.
-Ja się płaszczę?! – generał nie wierzył własnym uszom – Czy to ja przyjaźnię się prawie z całym Empireum i okolicą? Niedługo zaczniesz odwiedzać samego Serafiela w Palambronie!
-Taa… Będzie mnie częstował pucharem nektaru! – zadrwił Mika, obdarzając go długim, obrażonym spojrzeniem.
Lucyfer je wytrzymał, zmuszając brata, żeby to on pierwszy spuścił wzrok. Przez chwilę szli w milczeniu, niepokojeni tylko namiętnymi zerknięciami napotkanych anielic oraz serdecznymi pozdrowieniami znajomych Miki, albo usłużnymi ukłonami popleczników, lub też wrogów generała.

Razem stanowili niezwykły widok. Byli do siebie bardzo podobni, obaj płomiennowłosi, co w Emanacji było prawie tak samo niespotykane, jak czerwone oczy Sandalphona, obaj wysocy i dobrze zbudowani, obaj ubrani na żołnierską modłę, choć strój Lucyfera był nieco bardziej wytworny. Michael miał może łagodniejsze rysy twarzy oraz turkusową barwę oczu, mocno kontrastującą z bursztynową barwą oczu Lucyfera.
Weszli na słynny Plac Koronacji. To tutaj demokratycznie obierano palatyna i dokonywano jego zaprzysiężenia. Cassielle została obrana w ten sam sposób. Sam Bóg zapoczątkował ten zwyczaj, w rękach aniołów pozostawiając ostateczny wybór. W Stowarzyszeniu Koronacji uczestniczyli najgodniejsi mieszkańcy Emanacji oraz jej arystokracja.
Na co dzień Plac Koronacji tętnił życiem. Stanowił serce stolicy, a w otaczającej go kolumnadzie znajdowały się niektóre ekskluzywne sklepy, wille arystokracji z Empireum oraz niekończące się rzędy rzeźb i pomników, jakby każdy nieco bogatszy anioł musiał sobie wystawić pomnik.

Lucyfer zacisnął zęby ze złości.
Cóż za bezsensowny blichtr i przejaw niegodnej próżności!
„I oni mają czelność potępiać zamiłowanie demonów do luksusu?! Są tacy sami!” – pomyślał buntowniczo, rezygnując z dzielenia się swoim spostrzeżeniem z Michaelem. Brata nie nawiedzały podobne refleksje. Był beztroskim ignorantem, w dodatku egocentrykiem całkowicie skupionym na sobie. W pewnym sensie Lucyfer bardzo mu tego zazdrościł. I tej jego niczym niezmąconej pogody ducha. Nadziei, którą potrafił odnaleźć nawet w najgorszej sytuacji.
Wiecznie z siebie zadowolony Michael. Jego drogi, młodszy brat. Teraz ponury i milczący, co w jego przypadku było niezwykle rzadkim widokiem.
-Czego chciała od ciebie palatyn? – zapytał nagle akurat w momencie, kiedy mijali imponującą fontannę na środku placu.

Płynęła w niej czysta, przezroczysta woda. Opadała na sam dół z trzech zdobionych kwiatowymi rzeźbieniami schodków. Na jej szczycie znajdowała się fasada, która przedstawiała scenę namaszczenia Cassielle na palatyna. Istotnie Fontanna Koronacji powstała na znak upamiętnienia tego wydarzenia.
Lucyfer chwilę wsłuchiwał się w szum wody, rozmyślając co mu odpowiedzieć.
-Rutynowa kontrola mojej pracy. – rzekł w końcu niezobowiązująco, by uciąć dyskusję na niewygodny dla niego temat.
Tym bardziej riposta Michaela go zaskoczyła.
-Czyżby? Sophia mówiła mi, że Cassielle pytała cię o plotki rozsiewane przez Zophiela, że zamierzamy przyjąć demony… Masz mnie za głupca, Lucyferze?
-Tak.
Teraz to on zaskoczył samego siebie. Mika odwrócił do niego twarz i obrzucił go dziwnym spojrzeniem. Generał nie potrafił się pogodzić ze świadomością, że było to spojrzenie pełne skrzętnie skrywanej złości. Złości na niego, tak wytrwale magazynowanej na samym dnie serca Michaela pod płaszczykiem szerokiego uśmiechu i owego sławnego, wiecznego zadowolenia. Ta złość w końcu urosła do rozmiarów, nad którymi tracił panowanie. Nigdy go o to nie podejrzewał. Wszystkich tylko nie Mikę.
Nie jego Mikę.
-Przepraszam. – przywołał nieśmiały uśmiech, którym zawsze załagadzał jego zły nastój, ale tym razem to nie wystarczyło.
Michael wzruszył ramionami i skierował wzrok na jasnowłosą anielicę. Potrąciła go, przechodząc obok. Jej uśmiech również był nieśmiały. I również powiedziała „przepraszam”. Mika odwzajemnił jej uśmiech, choć nie tak wylewnie, jak zwykle. Wciąż był rozdrażniony. Anielica poszła swoją drogą, jeszcze się na nich oglądając.
Milczeli.

-Przeprosiłeś pomocnika Sophii? – zapytał, nie mogąc już znieść powstałego między nimi napięcia.
-A jaką ci to robi różnicę? – burknął Mika.
Szedł, trzymając dłonie w kieszeniach. Miał na sobie górę od atramentowej tuniki pod szyją spinaną ozdobną broszą z turkusem oraz szafirowe spodnie wpuszczone w cholewki długich, wiązanych butów.
-Wielką. Jesteś moim bratem.
-Wzruszający objaw braterskiej miłości! A podobno masz mnie za głupca!
Lucyfer zaśmiał się cicho i otoczył go ramieniem. Michael obruszył się, próbując się oswobodzić, ale generał zamknął go w swoim mocnym uścisku., odcinając drogę ucieczki.
-Oczywiście, że jesteś głupcem, Michaelu! – szepnął mu do ucha nie zważając na zainteresowanie otoczenia ich nagłym uściskiem.
-Wielkie dzięki!
-Jesteś głupcem, że się tak zachowujesz! Przestań się boczyć, bo dłużej nie zniosę tej twojej urażonej, cierpiętniczej miny! Ten dzień nie należy do najlepszych w moim życiu. Trochę się na tobie wyżyłem. Wybacz.
Michael westchnął i Lucyfer już wiedział, że go rozchmurzył. Jak zwykle.

-A może ja też mam zły dzień, Lucyferze? – zaatakował jeszcze, ale generał po prostu znowu się roześmiał.
-Nie. Tobie nigdy nie trafiają się takie dni!

KONIEC Rozdziału III

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *