Maska z czarnych piór

Wizyta, której się nie spodziewała. Kiedy wyjaśnił co, lub raczej kto go sprowadza, obdarzyła go długim, pogardliwym spojrzeniem. Wytrzymał je z niewzruszonym spokojem. Nie zadrgał mu ani jeden mięsień twarzy, zagadkowy wyraz ciemnobrązowych oczu nie stał się ani trochę bardziej zrozumiały, a pełnych ust nie rozszerzył uśmiech.
Nie poznawała go. Zmienił się. Zmienił się i to na gorsze.

Ona też się zmieniła. Wszystko się zmieniło. W głębi ducha chyba go podziwiała, że nie oszalał po tym, co się wydarzyło. Lady Minevra, młodsza siostra byłego margrabiego Tharmas Forella również była winna tragedii sprzed lat. Była winna bardziej od Behemota, bardziej od Belzebuba, bardziej od Forneus…

Ale to nie czas i miejsce roztrząsać stare żale, winy, czy namiętności. Mieli tylko siebie. Bratanek Bell był jedyną rodziną, która jej pozostała. W dodatku z każdym, kolejnym dniem coraz bardziej się od niej oddalał.
Spod przymkniętych powiek obserwowała jego szczupłą sylwetkę. Siedział naprzeciwko niej na marszczonej, ciemnozielonej kanapie, zakładając nogę na nogę. Miał na sobie butelkowy surdut, spod którego wystawało koronkowe wykończenie koszuli i jej długie rękawy. Do niego dobrał spodnie w kolorze burgunda i zamszowe, ciemnobrązowe buty z długimi cholewami. Mankiety oraz kołnierz jego koronkowej koszuli zdobiły srebrne broszki z zielonymi szmaragdami.
To właśnie Minevra podarowała mu ten zestaw. Dawno, dawno temu. Kiedy jeszcze wszystko było możliwe, kiedy jeszcze wszystko można było wybaczyć… Miły gest, że je włożył.
Oddzielał ich mały, okrągły stolik, zakryty długim, obrusem z misterną, beżową koronką. Stał na nim czajniczek z ciepłą luteą, ich tharmasianskim, ciemnożółtym napojem. Wytwarzano go z żółtych liści pospolitych roślin, które w przeciągu trzech jedynych, letnich miesięcy rosły na prowincji. Z korzeni lutei produkowano natomiast słynne tharmasianskie, karbowane papierosy, rozpowszechnione już na całe Zoa. Napój z liści lutei pozostał jednak miejscowym rarytasem.

Może właśnie dlatego, że rarytasem nie był. Jego kwaśny smak sprawiał, że lutea była prawie niemożliwa do wypicia dla osób, które sięgały po nią po raz pierwszy. Minevra zwykła dosładzać ów napój sokiem z wallissi i dolewać do niego nieco brązowej wódki, również masowo produkowanej w Tharmas. Bez wątpienia gospodarka marchii Belzebuba była dość specyficzna, głównie za sprawą mroźnej, odpychającej pogody.
Swego czasu Minevra i Bell przyjemnie spędzali czas przy czajniczku lutei, żartując i dyskutując na przeróżne tematy. Teraz nie mieli sobie nic do powiedzenia. Albo bardzo niewiele. Teraz Belzebub krzywił się, pociągając łyk cierpkiego napoju, choć udawał, że owszem smakuje mu tak, jak dawniej.
Kiedy ostatni raz odwiedził Tharmas? Zostawił ją tutaj samą w roli jego namiestnika, skazując na obcowanie z duchami przeszłości i jej palącym poczuciem winy. Wiedziała, że na to zasługuje, ale nie umiała się pogodzić z pogłębiającą się samotnością.
Pozwoliła, żeby Bell pokochał własną siostrę – jak kobietę, jak kochankę, w końcu jak żonę…
Tak, Forneus była przyrodnią siostrą Belzebuba.
Córką Minevry i Behemota.
Owocem chorego związku zuchwałego rodzeństwa.

W chwili gdy syn Behmota i jego nieszczęsnej żony szlachcianki Decarabii, która na wieść o uczuciu męża do siostry, popełniła samobójstwo, przybył na prowincję do domu swojej ciotki, nie przypuszczał co go tutaj czeka. Nie przypuszczał, że zakocha się w swojej mrukliwej, urodziwej kuzynce. Nie wiedział, że naprawdę była jego przyrodnią siostrą. Nie wiedział o niczym.

Minevra mogła to przerwać w odpowiednim momencie. Mogła ich uratować. Mogła, ale tego nie zrobiła. A prawda zniszczyła ich wszystkich. Forneus urodziła zdeformowane dziecko; jej psychika tego nie wytrzymała i popadła w obłęd. Behemot straszliwie zemścił się na Bellu za jego nieposłuszeństwo i uczucie do siostry, choć sam był winien podobnego występku. W lochach swojego zamku długo torturował syna, pozbawiając go większej części mocy. Minevra pomogła Bellowi uciec do sąsiedniej prowincji Urizen. Po pewnym czasie Belzebub powrócił do Tharmas na czele oddziału z Urizen w towarzystwie swojego przyjaciela wtedy jeszcze wicehrabiego Eblisa.

Bell zabił swojego ojca i został margrabią Tharmas. Forneus nie udało się jednak uratować. Jej umysł obumarł, a przeciąganie męki ukochanej wydało się Belzebubowi gorszą rzeczą, niż pozwolić jej umrzeć…
Po tych wydarzeniach, mimo posiadanego tytułu i obowiązków jakie na nim ciążyły, nie potrafił na dłużej zagrzać miejsca w Tharmas. Odkąd przystąpił do jednoczenia Zoa, w rodzinnej kranie pojawiał się sporadycznie.
Minevra starała się pogodzić z drogą, którą wybrał. Nic innego jej nie pozostało.
Za oknem prószył śnieg, okrywając okolicę alabastrowym puchem. Minevra czuła się bezpieczna i jakby senna. Zdała sobie sprawę, że tęskniła za Bellem, za jego choćby udawaną serdecznością i zainteresowaniem. Ale za żadne skarby mu tego nie powie. Tak, ona też się zmieniła. Naprawdę.

-Mam ją już zawołać? – zapytała więc, poprawiając ciemną falbankę przy głębokim dekolcie –  Ze wszystkich dam z Tharmas najlepiej nadaje się do tego szalonego zadania, które sobie tak błyskotliwie obmyśliłeś.
Miała nadzieję, że jej ironiczny ton sprowokuje go do żywszej reakcji, ale jak zwykle pozostał obojętny i niewzruszony.
-Na pewno dobrze wybrałaś. Potrzebuję prawdziwej szelmy.
-Szelmy? – Minevra wzruszyła ramionami – A więc w stu procentach trafiłam w twoje gusta!
Klasnęła w dłonie i na jej znak drzwi się otworzyły. Do środka weszła dumnie wyprostowana brunetka średniego wzrostu. Jej falowane włosy, równo przycięte do ramion na tharmasanską modę były wysoko upięte posrebrzaną spinką. Granatowa barwa jej połyskującej sukni wpadała w nasyconą czerń, przyciągając wzrok. Miała trójkątny dekolt, sięgający zagłębiania między piersiami i właśnie w tę stronę powędrowało badawcze, choć również nieco frywolne spojrzenie Belzebuba. Mimo, że ta kobieta nie zwykła zawstydzać się pożądliwymi, męskimi spojrzeniami, tym razem speszona spuściła oczy na wykończony czarną koronką opalizujący wachlarz, który trzymała w dłoniach, chronionych ażurowymi rękawiczkami.

Margrabia wnikliwie jej się przyglądał, jakby szacował prawdziwą wartość towaru, wystawionego mu na sprzedaż po promocyjnej cenie. Okiem wytrawnego znawcy zmierzył jej wydatne, karminowe usta, ozdobioną czarną kolią smukłą szyję, niewielkie, kształtne piersi i szczupłą kibić doskonale podkreśloną dzięki obcisłemu krojowi sukni.
W końcu odwrócił swój nieprzenikniony wzrok na ciotkę i lekko się uśmiechnął samymi kącikami ust.
-A co potrafi ta szelma? – zapytał.
-Czy mam zorganizować dla pana prywatny pokaz?
Minevra już miała odpowiedzieć, ale ta mała intrygantka wpadła jej w słowa! Posłała jej piorunujące spojrzenie, lecz na ciemnowłosej demonicy nie zrobiło to żadnego wrażenia. Belzebub zamrugał, najwyraźniej zaskoczony śmiałością tharmasianskiej damy.
-Kiedyś ani chwili bym się nad tym nie zastanawiał. To komplement, pani…?
-Stella. Szelma ma na imię Stella. – lodowato odparła Minevra.
Bell dostrzegł jej poirytowanie. Uśmiechnął się szerzej, świadomy jej zazdrości o urodę „szelmy” i fakt, że to zauważył i nawet okazał. Jeszcze bardziej wyprowadził ją tym z równowagi, a na domiar złego, Stella uprzejmie dygnęła i nie przejęta pochmurnym nastojem pani namiestnik zapytała:
-Kiedyś? A dlaczego nie teraz?
-Teraz nie interesują mnie wyrachowane szelmy i ich równie wyrachowane sztuczki. Znam jednak kogoś, kogo mogą zainteresować, jeśli dobrze rozegra pani tę partię.
Belzebub swobodnie odchylił się na kanapie i oparł łokieć o jej okrągły krawędź.
-Szkoda. Miałam nadzieję, że obdarzysz mnie swoim dostojnym tytułem, panie!

Zalotnie zmrużyła oczy i zaczęła się energicznie wachlować. Minevra demonstracyjnie odchrząknęła, ale Stella ponownie ją zignorowała, wpatrzona w margrabiego, jak w cudowny obrazek.
-Prawdziwa szelma! – Bell wskazał demonicę palcem i znowu się uśmiechnął, tym razem z nieskrywaną satysfakcją.
Ciotka przewróciła oczami.
-Przecież kogoś takiego potrzebujesz! I widzę, że masz ochotę zostawić ją dla siebie! Czy mam już zacząć szukać innej kandydatki?
-Obędzie się.
-Co na to powie Eblis? – zaatakowała z premedytacją.
Udało jej się go zezłościć. Zmarszczył brwi. Tak było zawsze ilekroć tylko wspominała hrabiego.
-Eblis? A co jemu do tego? Nie ma prawa cokolwiek mówić. Z resztą sam wziął sobie szelmę za żonę! – w jego głosie po raz pierwszy zadrgały emocje.
Zamierzała rzucić jakiś zgryźliwy komentarz na temat jego małostkowej zazdrości o szczęśliwe małżeństwo Eblisa z księżną Lamią i kompletny brak zdecydowania co do jego uczuć wobec hrabiego, ale ostatecznie zrezygnowała. Zaczeka z tym aż odprawią Stellę. Margrabia odwrócił od niej twarz i powiedział do zastygłej w kuszącej pozycji ciemnowłosej kokietki:
-Lubi pani zacne, szlachetne tytuły, a jak mniemam żadnego pani nie posiada.
Stella przygryzła wargę. Wypowiedziany pozornie obojętnym tonem komentarz Belzebuba dotknął ją do żywego. Milczała.
-Nagle nie wie pani jakich użyć słów? – ironicznie uniósł brew – Proszę się zatem zastanowić, czy wystarczy pani tytuł markizy Urthony?
-Markizy Urthony?!
W małych, granatowych oczach demonicy pojawił się błysk niedowierzania.
-Coś pani nie odpowiada? Zostając markizą Urthony stanie mi się pani równa tytułem, choć nie pochodzeniem…
-Ale… Czy Tharmas nie znajduje się w stanie wojny z Urthoną?! – drążyła do końca nie przekonana, choć wyraźnie zaciekawiona czekającymi ją zaszczytami.
-A kto powiedział, że Azazel ma wiedzieć, gdzie znajduje się dom jego pięknej kusicielki? Zwłaszcza, że nie wygląda na damę z Tharmas. Nie ma jasnych włosów, ani jasnych oczu… Wszystko doskonale się zgadza, nawet pani uroda jest typowo urthońska… A poza tym. Co to za problem? Podobno jest pani szelmą!
Zapadła chwila ciszy. Belzebub spokojnie sączył luteę, Stella rozważała jego słowa, a Minevrze znudziło się uczestniczenie w tej farsie.
-Ryzykowne. – powiedziała w końcu Stella – To bardzo ryzykowne, panie.
-To jest rozkaz, pani. Bardzo stanowczy rozkaz.
Chciała jeszcze coś dodać, ale groźne spojrzenie Belzebuba zamknęło jej usta. Ponownie dygnęła, tak nisko, że prawie uklękła.
-Jak brzmi twój rozkaz, panie?
Jej głos drżał; kurczowo ściskała wachlarz w dłoni.
-Już go pani usłyszała.
-Mam dla ciebie szpiegować, margrabio?
-Ależ nie…– Belzebub pieszczotliwie zawiesił głos, jakby już rozkoszował się przyszłą chwilą triumfu – Wystarczy, że na swój sposób uszczęśliwi pani markiza Azazela… Spodziewam się, że wie pani jak uszczęśliwiać mężczyzn?
-Wszystkich. Bez wyjątków.
-A więc zdoła też pani uszczęśliwić Azazela. To wszystko. Żegnam panią.
***
Powietrze było aż gęste od niewypowiedzianych słów i ich wzajemnej urazy. Patrzyli sobie w oczy na szczęście oddzieleni stołem. Gdyby nie on, pewnie ciotka rzuciłaby się na niego z pazurami.
Była jego poczuciem winy i bolesnym wspomnieniem dawnych ran, które wciąż mozolnie zasklepiały się w jego sercu. Może nigdy się nie zasklepią…
Nie lubił sobie o nich przypominać, a widok Minevry nieuchronnie przenosił go w przeszłość –  w bezdenną rozpacz tamtych tragicznych przeżyć, ale i w ramiona Forneus, w rozkosz odwzajemnionej miłości, dla której jeszcze raz przeszedłby wszystko to, co przeszedł, straciłby wszystko to, co stracił…
Czasem naprawdę żałował, że Minevra przetrwała razem z nim. Jako jedyna.
-Przerażasz mnie. – powiedziała, zaciskając palce na smukłej, wysokiej filiżance – Chcesz osłabić Azazela, podstawiając mu tę pustą, sprytną intrygantkę.
Trzymała filiżankę w dłoniach, grzejąc się ciepłą luteą. Delikatną, białą porcelanę zdobił misterny wzorek, zwijający się w złotego węża ze szmaragdową główką.
-Jeśli rzeczywiście sława Stelli jest tak wielka i uzasadniona, jak twierdzisz, ponura osobowość markiza Urthony nabierze wreszcie jaśniejszych barw. Do czasu.  – odparł spokojnie – Dziękuję ci za pomoc.

Z kamienną twarzą odstawił swoją filiżankę. Chciał odejść.
-Dlaczego ze mną nie rozmawiasz? – zapytała nagle, zdeterminowana zmusić go do rozważań, których zupełnie nie miał ochoty podejmować.
Jej wargi zadrżały. Zamierzała dodać coś jeszcze, ale nie wydobyła z siebie głosu.
-Przecież rozmawiam.
-To nazywasz rozmową?! – zaatakowała, a on drgnął, poruszony jej uporem –  Dlaczego mnie  nie odwiedzasz? Dlaczego zostawiłeś mnie samą? Gdybyś mnie chociaż nienawidził, zrozumiałabym!
Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Miały barwę przybrudzonego błękitu, podkreśloną dzięki ciemnym rzęsom i brwiom. Mocno kontrastowały ze słonecznym kolorem jej grubych loków i bladą cerą. Była najpiękniejszą damą w Tharmas i być może nawet najpiękniejszą kobietą, jaką widział w życiu. Uważał, że Lamia nie dorasta jej do pięt.
-Jestem zajęty. Przecież wiesz. – westchnął, unikając błękitu jej urażonego spojrzenia.
-A więc to jednak prawda. –  ze zrozumieniem pokiwała głową – Nienawidzisz mnie.
Belzebub czuł wzrastającą irytację. Nie podobał mu się kierunek, w którym nieuchronnie zmierzała ta konwersacja.
-Gdybym cię nienawidził, już dawno bym cię zniszczył. – rzekł z przekąsem – Tymczasem jesteś namiestnikiem Tharmas, zarządzasz marchią w moim imieniu, posiadasz największą władzę ze wszystkich kobiet w Zoa. Może nawet większą, niż kiedyś miała Lamia, bo w przeciwieństwie do niej, naprawdę coś robisz, zamiast pławić się w luksusie i rozpuście…

Urwał, kiedy po twarzy ciotki przemknął ironiczny uśmiech. Czekał aż zacznie mu robić wyrzuty, że jest taki niesprawiedliwy wobec szczęścia swojego najlepszego przyjaciela i tego typu bzdury, ale milczała. Wobec tego ciągnął dalej:
-Co chcesz żebym zrobił? Zabrał cię ze sobą na podbój świata? A może chcesz zobaczyć i zwiedzić ze mną Emanację? Powiedz słowo, a postąpię wedle twojego życzenia.
-Kochaj się ze mną.
Na chwilę odebrało mu mowę. Nerwowo zacisnął dłoń w pięść, a potem rozprostował palce.
-Jesteś moją ciotką. Siostrą mojego ojca i matką mojej żony, która okazała się moją przyrodnią siostrą. Czy to nie jest już wystarczająco chore?
-Dlaczego? – wzruszyła ramionami – Co mamy do stracenia? Staniesz się przez to gorszy? Bo bycie lepszymi już nam nie grozi, Bell…
Wyzywająco przygryzała dolną wargę. Uwielbiał jej usta – pełne, namiętne i głodne pocałunków, chociaż już otrzymała ich tysiące. Była ubrana całkowicie na czarno. Kiedyś lubiła pogodne, nawet pastelowe kolory, ale od śmierci córki demonstracyjnie nosiła tylko posępną czerń. Mimo to jej zwiewna, ale w odpowiednich miejscach dopasowana suknia miała głęboki, prowokujący dekolt. Nie nosiła żadnej biżuterii, ani ozdób, jakby w ten sposób karała się za grzechy z przeszłości i nadmierną próżność.
To co właśnie powiedziała, obudziło w nim echa dawnych, zmysłowych uczuć, którymi ją darzył. Nigdy do niczego między nimi nie doszło, bo pokochał jej córkę, a poza tym szanował łączące ich więzy rodzinne. Teraz też nie dojdzie. Uśmiechnął się szeroko i szczerze, rozładowując zaległe między nimi napięcie.
-Mówisz, jak stara Minevra. Ta, którą tak bardzo podziwiałem i kochałem.
-A ty uśmiechasz się, jak mój niesforny bratanek, ten o którego tak bardzo chciałam się zatroszczyć i go zawiodłam.
Chwilę milczeli, pogrążeni w odmętach mijającego czasu. Żadnym sposobem nie dało się go zatrzymać, ani tym bardziej zawrócić.
-Zostaniesz na kolacji? – zapytała w końcu, swoim zwyczajem przyglądając mu się spod przymkniętych powiek.
Powinien załatwić dzisiaj dużo spraw, zrobić chociaż pobieżny przegląd wojska, przesłuchać szpiegów z Ulro w sprawie nastrojów panujących w Emanacji, ale po prostu skinął głową.
***
Pocił się.
Za każdym razem, gdy przybywał do Luvah, przeżywał ogromny, termiczny szok. Tutaj prawie bez przerwy panowały niesamowite upały, a temperatury nie schodziły poniżej trzydziestu stopni.
Poprawił kołnierz koszuli i rozluźnił wiązanie ciemnofioletowej peleryny. W Urthonie nigdy nie było tak gorąco…
Zatrzymał się przed podwójnymi drzwiami ekskluzywnego Domu Gry. Zwinnie zeskoczył z konia, rzucając jego uzdę pierwszemu słudze, który podszedł go powitać. Odcień  skóry służebnego demona był dokładnie kawowy, spalony ostrym słońcem. Charakteryzował wszystkich mieszkańców Luvah. Markiz Azazel ze swoją bladą karnacją, ametystowymi, lekko skośnymi oczami i ciemnośliwkowymi włosami na ich kawowym tle wyglądał dość egzotycznie. Nie przeszkadzało mu to być jednym ze stałych gości Domu Gry w słynnym mieście Verulam.

Owo eleganckie, choć także dość rozpustne miejsce ofiarowało szereg wyrafinowanych rozrywek, począwszy od cielesnych na umysłowych skończywszy. Jeśli oczywiście klienci mieli czym zapłacić… Azazel miał i przyjeżdżał tu w pogoni za tymi ostatnimi przyjemnościami. Właściwie najbardziej pociągał go karciany hazard. Jak zwykł mawiać szef Verulam i nieoficjalny Karciany Król Asmodeusz, w hazardzie trzeba mieć więcej szczęścia, niż rozumu. A teraz, jak nigdy Azazel potrzebował udowodnić sobie, że jego szczęście go nie opuściło. Ostatnio poważnie obawiał się, że chwila jego zdegradowania do funkcji namiestnika Urthony zbliża się wielkimi krokami… Żeby uciec przed swoim zmartwieniem, postanowił odwiedzić Verulam, a w szczególności jego głównego rezydenta. Rozmowa z Asmodeuszem powinna go nieco uspokoić. Zawsze tak było.

Właściwie nie klasyfikował Asmodeusza jako swojego przyjaciela. Wyznawał zasadę, by strzec się szczególnie od przyjaciół, bo z wrogami na pewno da sobie radę. Chyba, że tym wrogiem będzie Belzebub, margrabia Tharmas, który zjednoczył prawie całe Zoa. Właśnie to „prawie” zarówno dla markiza Urthony jak i  samozwańczego władcy Zoa było solą w oku, choć dla każdego z nich z innego powodu.
Polityka, dyplomacja, wojna, trudne decyzje… Azazel był tym już porządnie zmęczony. Teraz znajduje się w jaskini rozrywek i naprawdę zamierza się „rozerwać”. Koniec lamentowania.
Pewnym krokiem przekroczył próg Domu Gry. Powietrze było przesiąknięte zapachem egzotycznych kadzideł, a panujący wewnątrz gwar przywrócił mu dobry nastrój. Przeszedł przez szeroki, przystrojony czerwonymi zasłonami holl i znalazł się w głównej sali. Powitała go skoczna muzyka, która umilała zaciętą grę zgromadzonym. W jej porywający takt zmysłowo tańczyły skąpo ubrane tancerki, ale co najbardziej zaskakujące również tancerze. Asmodeusz nie uznawał dyskryminacji kobiet w Verulam. Jego zdaniem w karty mógł grać absolutnie każdy – także kobiety. A skoro były klientkami Domu Gry, należało zadbać o ich rozrywkę…
Azazel dostrzegł go z drugiego końca sali. Nawet będąc ciemnoskórym demonem, znacznie rzucał się tutaj w oczy. Siedział przy najbardziej okazałym stoliku, wyłożonym szkarłatnym materiałem. W dłoni trzymał niewielki wachlarz z kart. Obok jego ręki, na blacie leżał kapelusz z okrągłym rondem, przystrojonym szaro – niebieskim, połyskującym kamieniem.
Markiz podszedł bliżej. Z tej odległości długie palce Króla Kart, w których ściskał specyficzny wachlarz, przestały wyglądać, jak szpony. Był niezwykle szczupły – wręcz kościsty. Azazel nigdy nie potrafił z daleka odczytać wyrazu jego drobnej twarzyczki, gdyż zlewała mu się w głęboką czerń. Jedynie jego białka oczu upewniały go, że patrzy na najważniejszego arystokratę Luvah od czasu odejścia księżnej Lamii, pełniącego funkcję diuka Króla Kart –  Asmodeusza. Na szczęście ubrał, dobrze widoczny na tle jego kawowej karnacji, szary surdut z rozcięciami na ramionach i piersi, które obnażały fragmenty jego ciemnej skóry. Pod szyją wystawał mu fragment białej, marszczonej koszuli bez rękawów, spiętej szaro – niebieskim wisiorem. Pasował pod kolor klejnotu z kapelusza.
Okazało się, że mina Asmodeusza wyraża niezadowolenie, a nawet desperację. Azazel stanął za jego plecami i zajrzał mu przez ramię na karty. Dwie księżne – gwiazda i pióro, dwa sto – kwiat i pióro, oraz jeden koń – słońce.

„Kłamca z ciebie, Asmodeuszu. – pomyślał z przekąsem – Masz zestaw najlepszy z możliwych!”
Gracze przy tym stoliku grali w Verulam, pierwszą karcianą grę, jaka została w ogóle wymyślona. Jej nazwa wzięła się od miasta Asmodeusza. To on był jej twórcą i twórcą kart w ogóle. Podzielił je na cztery kolory od symboli czterech najważniejszych prowincji Zoa: gwiazdę, słońce, pióro i kwiat. Talia składała się z numeracji od czterech do siedmiu w czterech kolorach oraz dodatkowo z czterech figur również w czterech kolorach. Zaczynając od najmniejszej były to: koń, księżna, diuk oraz sto.
Nazwa najwyższych kart pochodziła od skrótu pisowni popularnego w Luvah kaktusa i kwiatu – callisto. Jego wizerunek zdobił sto jako dumne przypomnienie z jakiej prowincji wywodzą się karty. Także trzy pozostałe figury jednoznacznie kojarzyły się z Luvah. Arystokratyczne tytuły diuka i księżnej używano tylko tutaj, a koń przypominał o głównej gałęzi gospodarki prowincji – hodowli tych niezbędnych i cenionych zwierząt.
-Sprawdzam. – rzucił jakby od niechcenia Asmodeusz, prezentując zniecierpliwienie przegranego.
Oprócz niego przy stole siedziało czterech graczy. Rosły Luvah, który palił jak oszalały, jakiś nieśmiały szlachcic z innej prowincji, bo jego skóra była blada, a kędzierzawe włosy rude, luvahański playboy, otoczony wianuszkiem fanek oraz ktoś, kto zdecydowanie najbardziej  zainteresował Azazela – ciemnowłosa, ale obdarzona jasną karnacją, tajemnicza kobieta w bordowej, strojnej sukni, której oczy zasłaniała matowa maska, przyozdobiona czarnymi piórami. Wachlowała się koronkowym wachlarzem, jakby nadmiar emocji związany z grą jeszcze podwyższył morderczą temperaturę. Musiała być zacną arystokratką, bo tylko takie zasłaniały oczy maskami w obawie przed kompromitacją, gdyby ktoś je rozpoznał.
Na żądanie Asmodeusza wszyscy pokazali swoje karty.
-Niemożliwe! – warknął rosły Luvah i zakrztusił się dymem.
Playboy wytrzeszczył oczy, nieśmiały szlachcic zachował niewzruszony spokój, a dama w masce wymownie prychnęła.
-Przez pana kretyńskie miny i blefy straciłam już mnóstwo pieniędzy!
-To twórca gry Verulam. Czego się pani spodziewała? – retorycznie zapytał rudy i zaczął się zbierać od stołu – Na dzisiaj pasuję, ale to nie znaczy, że zamierzam się poddać. Asmodeuszu, jeszcze pana pokonam!
-Trzymam cię za słowo.– Król Kart przyjaźnie skinął mu głową; pewnie nie pierwszy raz ze sobą grali.
W ślad nieśmiałego szlachcica poszedł nałogowy palacz.
-Zaraza na ciebie, draniu! – rzucił pod adresem nieformalnego diuka swojej prowincji i splunął na podłogę.
-Szukasz sobie pracy? Mam wolny etat sprzątacza. – Asmodeusz niebezpiecznie zmrużył atramentowe oczy – Bo za darmo nie będziesz pluł na mój dywan…
Rosły Luvah machnął ręką i odszedł w stronę tancerek. Król Kart obrócił się na krześle i wskazał go głową krążącym po sali ochraniarzom. W międzyczasie playboy oddalił się do zaciemnionego kąta w towarzystwie dwóch dziewcząt. Dama w masce nie ruszyła się z miejsca.
-Azazelu, nigdy więcej nie stawaj za moimi plecami, kiedy gram! – obruszył się Asmodeusz, gestem proponując markizowi zajęcie sąsiedniego krzesła.
Azazel usiadł, posyłając zniecierpliwione spojrzenie damie. Dopiero wtedy się podniosła, składając wachlarz.
-Proszę wybaczyć, panie, moją opieszałość, ale wciąż jestem zszokowana druzgocącą przegraną…– wytłumaczyła się z niewyraźnym uśmiechem, smutno kiwając głową – Jak ja teraz wrócę do Urthony? Na domiar złego ten sukinsyn Belzebub porozmieszczał patrole na granicy i nikt się nie przeciśnie…
-Jest pani z Urthony? – miło się zdziwił, wbijając wzrok w szczupłą kibić damy, opiętą gorsetem wyszywanym koralikami – Dlaczego się nie znamy?

Asmodeusz uśmiechnął się ironicznie, gotowy rzucić jakiś pozornie obojętny komentarz na temat niezdarnych flirtów swojego przyjaciela, ale ciemnowłosa piękność go ubiegła.
-Pan również jest Urthonczykiem? – jej uśmiech stał się teraz prawdziwie serdeczny – Ostatnio w Verulam nie spotyka się nikogo z Urthony… Ta cała, śmieszna wojna z Tharmas… Ale lepiej już nic nie mówię. Zostawiam panów. Do widzenia.
Posłała Azazelowi powłóczyste, zaciekawione spojrzenie, a on poczuł coś w rodzaju rozrzewnienia. W myśli pochwalił urodę utrhonskich kobiet. Dziwne, że wcześniej nie zauważył tak intrygującej damy na swoim dworze. Nie była piękna, ale właśnie intrygująca. Niepokojąca. Jego rozważania przerwało chrząknięcie Asmodeusza.
-Napijesz się? – zaproponował.
Markiz skinął głową.
-Waszego gorzkiego, zielonego wina?
-Skoro wiesz, to czemu pytasz?
-Dla zasady.
-Cały ty.
***
Wyciągnął srebrny, kieszonkowy zegarek na łańcuszku i zaczął go nakręcać. Azazel kończył pić już szósty kieliszek. Nie było po nim widać, że jest zmartwiony, ale Asmodeusz nie dał się zwieść. Markiza niewątpliwe dręczyły gorzkie rozmyślania. Jego obecna sytuacja była nie do pozazdroszczenia.
Nie wiedział, co mu poradzić, ani jak go wesprzeć. Sam niejednokrotnie musiał wyzbyć się rodowej, arystokratycznej dumy i przełknąć wszystkie upokorzenia. Pierwszy raz kiedy poprzedni diuk, jego o wiele starszy brat, przekazał władzę córce, a nie najbliższemu, męskiemu krewniakowi, jak to zwykli robić nie obdarzeni męskim potomkiem władcy w Zoa. W ten sposób zamiast diukiem Luvah, Asmodeusz został zaufanym doradcą księżnej Lamii. Była niewiele od niego młodsza, więc argument, że jest za stary na sprawowanie funkcji diuka w ogóle go nie przekonywał. Nigdy nie zapomniał tego upokorzenia, ale o wiele gorsze było to, że po swoim odejściu i małżeństwie z hrabią Urizen, Lamia ustanowiła go pełniącym funkcję diuka. Cios poniżej pasa. Zarządzał prowincją, pracował na jej pozycję, a wszystkie profity szły na konto nieobecnej księżnej, w dodatku nikt nie okazywał mu należnego szacunku. Asmodeusz tak zniechęcił się do niewdzięcznego Luvah, że żądanie Belzebuba, by włączyć je do jego państwa skwitował pogardliwym wzruszeniem ramion.

Potem sytuacja, jakby się zmieniła… To z nim, a nie z Lamią, Belzebub chciał rozmawiać na temat przyszłości prowincji i Król Kart postanowił zaryzykować, jak na prawdziwego hazardzistę przystało. Co tam tytuły. Co tam honor. Już dawno go stracił. Ale to on faktycznie włada Luvah i chociaż wciąż nie brakuje krytyków jego posunięć, radzi sobie całkiem sprawnie. Podpisał lukratywne umowy z Belzebubem na eksport szlachetnych kamieni z luvahanskich kopalń i sprzedaż koni. Dzięki temu posunięciu prowincja słońca zasłynęła z tych dwóch rzeczy na całe Zoa i sukcesywnie się bogaciła. Natomiast Verulam stało się centrum hazardu na skalę całego Zoa i najbardziej ze wszystkich miast Luvah pomnażało zyski. Właśnie dlatego część możnych sprzeciwiała się rządom Asmodeusza, atakując jego zamiłowanie do kart i podobno do rozpusty, co już nie było prawdą. W rzeczywistości magnaci zazdrościli mu bogactwa, z którym jak na złość w ogóle się nie obnosił. Snuto więc niekończące się spekulacje ile dokładnie wynosi jego fortuna i jakimi nieuczciwymi sposobami się jej dorobił.
Asmodeusz słyszał tyle nieprawdopodobnych wersji, że w końcu przestała go obchodzić jego wydumana, negatywna opinia. I w końcu przestał komukolwiek ufać. Kochanki, które sporadycznie zapraszał do swojego łoża po jednej, spędzonej z nim nocy zsyłał na prowincję, tym samym odbierając im szansę na jakąkolwiek dworską karierę. Z resztą

Asmodeusz nie miał dworu, tylko Dom Gry i tutaj spędzał większość część czasu. Demonstracyjnie stronił też od rodzinnej wyspy Lamii – Oothoon.  Dobrze czuł się tylko wśród swoich kart – nikt nie odmawiał mu pierwszeństwa w hazardzie. W Domu Gry żadna, niewdzięczna kobieta nie odważyłaby się szydzić z jego niskiego wzrostu i kalectwa, ani uwłaczającego tytułu: pełniący funkcję diuka. Może jest niski i kuleje, ale to jego słowo jest rozkazem w Luvah, a każdy, kto ma jakieś obiekcje, niech pisze petycje i odwołania do Belzebuba. Proszę bardzo.
Westchnął ciężko i spróbował się uśmiechnąć do markotnego Azazela, ale wyszedł mu nieprzekonywujący grymas. Asmodeusz nie ufał nawet markizowi Urthony, choć uczucie, które ich łączy bardzo przypomina przyjaźń.
-Układ z Belzebubem wcale nie jest aż taką katastrofalną perspektywą. – powiedział w końcu, chowając zegarek do kieszeni – Belzebub na pewno gospodarczo nie skrzywdzi Urthony. Nie chodzi mu o podbój i eksterminację…
-Wiem. – markiz niecierpliwie machnął ręką – Postaw się jednak w mojej sytuacji. Tobie ten układ przyniósł same korzyści. Dzięki niemu umocniłeś swoją pozycję. Belzebub słusznie zauważył, że kobieta nie nadaje się do sprawowania władzy, zwłaszcza taka rozpustna dziwka, jak twoja bratanica. Lamia na pewno nie wróci do Luvah, wychowuje swoją córkę na damę z Urizen, sukcesja całkowicie spływa na ciebie. Z biegiem czasu zostaniesz diukiem. Tak się musi stać. Ale ja…
-Ty, to co innego. – nie udało mu się ukryć ironii w głosie, Azazel od razu się zjeżył.
-Jestem markizem Urthony i to ja nią zarządzam. Ja o niej decyduję. Ja, a nie jakiś zadufany w sobie władca najodleglejszego zakątka Zoa!
-Bez wątpienia ty też jesteś zadufanym w sobie władcą. – tym razem jego uśmiech był bardziej udany, nawet dość serdeczny – Szukaliście się z Belzebubem w korcu maku!
-Odezwał się poplecznik Belzebuba ze skarbcem bez dna! – obraził się markiz, odchylając się na krześle, jakby zamierzał się podnieść.
-Mówię ci tylko, jak wygląda twoja sytuacja. – Asmodeusz zaczął na różne sposoby tasować talię kart, która do tej pory leżała rozrzucona na stole – Bo sam najwyraźniej jej nie dostrzegasz, albo bardzo niewyraźnie, jak przez słynną, urthonską mgłę. Belzebub nie ustąpi, a jak cię znam – ty też. On ma wszystko, a ty jedynie Urthonę. Ale to karta na miarę sto. Strzeż się. Taki rasowy gracz, jak Belzebub nie zawaha się przed niczym, żeby ją zdobyć… Słyszałeś jakie ma plany?

Asmodeusz oderwał wzrok od latających w jego dłoniach kart i przeniósł go na nachmurzonego przyjaciela. Markiz krótką chwilę z podziwem obserwował nieprzerwany ruch kart, unoszących się dzięki magii bez kontroli spojrzenia niedoszłego diuka.
-Niestety, urthonska mgła jest tak gęsta, że również nic przez nią nie słychać… Belzebub skutecznie blokuje napływ informacji. – odpowiedział, zaczesując dłonią włosy do tyłu, choć i tak już gładko przylegały mu do głowy – Między innymi przybyłem do ciebie w nadziei, że luvahanska pogoda bardziej sprzyja komunikacji!
-Szkoda. Myślałem, że się po prostu stęskniłeś!
-O, tak! Oczywiście, że tęskniłem, kulawy hipokryto!
-Spodziewałem się tego, bezsenny upiorze!
Azazel prychnął, rozkładając ręce, jakby zamierzał powiedzieć: „Nic nie poradzę, że wyglądam, jak upiór”. Asmodeusz często dworował sobie z aparycji przyjaciela, która pasowała do zblazowanego ponuraka. Dzisiaj przynajmniej nie miał na sobie owego pamiętnego, grubego płaszcza, w którym po raz pierwszy przybył do Luvah i prawie się w nim ugotował. Właśnie przez ten płaszcz się poznali. Król Kart powiedział, że w takim stroju nie wpuści Azazela do środka, bo zważywszy na wysoką temperaturę, pewnie już zaczął wydzielać nieprzyjemny zapach, który wypłoszy wszystkich gości z Domu Gry. Markiz odparł ze swoim zwykłym sarkazmem, że Asmodeusz najwidoczniej nie docenia zacięcia hazardzistów. Z ich zamiłowaniem do kart powinni wytrzymać nawet jego zapach. Wówczas Król Kart zaproponował mu partyjkę Verulam. Jeśli cuchnący gość ją wygra, zostanie wpuszczony do środka. Azazel zwyciężył. Asmodeuszowi przegrana zdarzyła się po raz pierwszy w życiu i od tamtej pory nie przestawał interesować się markizem Urthony.

Tym razem na szczęście Azazel był odziany jedynie w przewiewną, białą koszulę wiązaną pod szyją oraz lawendowe spodnie, w pasie zdobione szeroką szarfą w kolorze jego oczu. Ciemnofioletową, zwiewną pelerynę przewiesił przez oparcie krzesła.
-Skoro już wymieniliśmy uprzejmości pozwolisz, że przejdziemy do głównego zagadnienia naszego dzisiejszego spotkania.
-Mianowicie?
-Mianowicie skurwiel z Zoa.
-Skurwiel z Zoa?! Dobre! – Asmodeusz zachichotał – Otóż wyobraź sobie, że przenosi się do Emanacji…
-Daję mu swoje całkowite poparcie! Nawet mogę zostać namiestnikiem, tylko niech się wyniesie!
-Pewnie szuka nowego celu w życiu – będzie nawracał anioły z wiary w Boga! Albo…– Król Kart teatralnie zawiesił głos.
-Albo pokazuje mi, jaki jest potężny, że nawet Emanacji otwiera przed nim bramy…
-Sama palatyn Cassielle i marszałek Zophiel. Sądzisz, że dadzą się nawrócić?
-Trzymam za nich kciuki!
Karty opadły na blat. Asmodeusz wybrał jedną. Dokładnie księżną – słońce. Misterny rysunek przedstawiał dwie kobiety odwrócone do góry nogami. Jedna była naga i lubieżnie wyprężona, a druga przystrojona klejnotami i majestatyczna. Położył ją przed Azazelem.
-Belzebub wysłał Lamię do Emanacji jako emisariusza jego woli spotkania…
-Pewnie wywarła odpowiednie wrażenie! – zadrwił markiz.
-Chciałeś powiedzieć– wywołała skandal?
Obaj parsknęli śmiechem. Azazel wyciągnął jeszcze jedną kartę. Czy to zrządzeniem losu, czy też czarów Asmodeusza, trafił na księżną – gwiazdę. Gwiazda symbolizowała Urthonę. Księżna na rysunku bardzo przypominała damę w masce z czarnych piór, która wcześniej grała przy tym stole w Verulam.
Azazel uśmiechnął się drapieżnie, przekładając kartę w dłoni.
-Więc ja poczekam. – rzekł swoim chropowatym, nieprzyjemnym głosem – Cierpliwie poczekam i przyjrzę się, jak Belzebubowi pójdzie nawracanie aniołów.
-Może to one nawrócą jego.
-Wątpię i szczerze mu kibicuję! Niech mu się powiedzie. Niech zostanie palatynem Emanacji! To urząd stworzony specjalnie dla niego!
***
Dużo przegrała. Za każdym razem, gdy traciła pieniądze, posyłała słodki uśmiech rozpieszczonej kokietki graczom przy jej stole. Stawiała duże kwoty tylko w urthonskiej walucie z wygrawerowaną w brązie gwiazdą. Zanim opuściła Tharmas, Belzebub zaopatrzył ją w cztery skrzynie urthonskich monet z brązu.
-Będzie pani udawać zamożną arystokratkę. Jeśli grać to tylko wysokimi kwotami, choćby tak marnymi pieniędzmi, jak te gwiazdeczki z brązu! – powiedział wtedy, przeszywając ją nieprzeniknionym spojrzeniem ciemnych oczu.
Co za mężczyzna! Władczy, zuchwały, przebiegły… Na samo jego wspomnienie rozpalał ją ogień namiętności. Jakże blado wypada przy nim ten ponury amator fioletów, melongi i karcianych sztuczek Asmodeusza!

Obserwowała Azazela z przeciwległego końca sali. Siedziała w samym kącie przy czerwonej kotarze i nie przestawała się wachlować. Wypowiedź margrabiego o grze podsunęła jej pomysł z Verulam. Stolica hazardu, mało wyrachowanej rozrywki i pretensjonalnego luksusu wydawała się odpowiednim miejscem na zastawienie miłosnej pułapki.
Stella była profesjonalistką. Mężczyźni nie stanowili dla niej tajemnicy. Wiedziała, że każdy z nich szuka innego typu kobiety. Jedni wolą spokojne domatorki, inni uwodzicielskie poszukiwaczki przygód, a jeszcze inni połączenie obu tych typów. Wszyscy jednak postępują z nimi tak, jak reszta ich męskiej, szowinistycznej populacji. Określonymi sposobami polują na wybraną oblubienicę, zdobywają ją, a potem w zależności od swoich potrzeb, nudzą się nią i odstawiają, dając innemu samcowi szansę na polowanie, albo czynią z niej niewolnicę stałego związku. W obu tych przypadkach kobieta w końcu zostaje sama. Zdana tylko na swoje siły, spryt i inteligencję. Kiedy zabraknie jej choćby jednej z tych trzech rzeczy, przegrywa wszystko z kretesem.
Stella doskonale to rozumiała i zasady panujące w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie, nie wzbudzały w niej oburzenia, ani rozpaczy. Nie. Ona miała swój plan. Była czwartą w kolejności córką jednego z wasali margrabiego Tharmas i zgodnie z panującymi zwyczajami jej przeznaczeniem było małżeństwo z jakimś dobrze usytuowanym, pomniejszym szlachcicem i wychowywanie mu dzieci. Żadnych zaszczytów, żadnych tytułów, żadnego szacunku… Ot zwykła kolejność rzeczy. Zwykłe poniżenie. Zwykła obojętność losu. To nie było dla niej. Wolała być skandalistką, uwodzicielką i wyrachowaną oszustką, niż panią domu poczciwego męża na prowincji.
Z trudem opanowała chęć sięgnięcia po papierosy. Schowała je w zakamarkach sukni. Kobiety nie powinny palić. Nie było takiego zakazu, ale gdyby teraz zapaliła, pewnie zostałaby wyproszona od stołu.
Mocniej ścisnęła wachlarz.

Pieniądze, władza i pozycja. Tylko to się naprawdę liczy w życiu. Tylko to naprawdę wywyższa kobietę w bezlitosnym Zoa. Tak jak wywyższyło księżną Lamię, czy ciotkę Belzebuba Minevrę. Przy nich Stella była nikim. Do tej pory nie usidliła mężczyzny, który by jej to wszystko zapewnił. Bo paradoksalnie jedynie mężczyźni nieświadomi swojej słabości, obdarzają kobietę należnymi przywilejami. Lamia została księżną dzięki testamentowi ojca, a potem ustabilizowała swoją pozycję sławnymi, sypialnianymi wyczynami. Minevra spała nawet z własnym bratem, byle tylko utrzymać się na szczycie. Teraz pewnie w taki sam sposób dba o dobre samopoczucie bratanka.
Jak się uczyć, to tylko od najlepszych. Jak grać, to tylko wysokimi kwotami. Belzebub miał rację. W bezpardonowym polowaniu Stella umiejętnie zamieniała role. Była ofiarą, która ściga oprawcę…
Oblizała dolną wargę i niedbałym gestem rzuciła garść monet na stół.
Dlaczego zgodziła się na propozycję Belzebuba? Dla tytułu markizy Urthony. I dlatego, że była profesjonalistką. I nikt nie powiedział, że przestanie nią być, kiedy już zostanie żoną Azazela. Nie. To będzie dopiero początek. Z przyjemnością doprawi rogi bezczelnemu markizowi Urthony, który bezustannie ośmiesza Tharmas i Belzebuba.
A Stella nie jest Urthonką. Naprawdę nie. I nigdy się nią nie stanie, choćby genialnie to udawała. Jest Tharmasianką. Zawsze nią pozostanie.
Azazel zupełnie jej się nie podobał. Ten jego ponury, chropowaty głos, drapieżne rysy twarzy, gładko zaczesane włosy i sprytne, ametystowe oczy wzbudzały w niej co najwyżej przerażenie. Takiego mężczyznę nie wzruszą tanie sztuczki, ani dama w opałach, na który to sposób próbowała zwrócić jego uwagę przy stole Asmodeusza.
Oj, nie. On jest fanatykiem swojej sprawy, cynicznym filozofem, odciętym od prawdziwego świata. Interesują go rzeczy nietuzinkowe, nawet potępiane i głośno krytykowane. Dlatego przyjaźni się z kulawym Asmodeuszem i znajduje przyjemność w grze w karty. Ale nie dla pieniędzy, czy hazardu samego w sobie. Dla niego gra w karty jest swoistego rodzaju sztuką…

Tyle zaobserwowała podczas dwugodzinnego przegrywania urthonskich pieniędzy. W tym czasie Azazel i Asmodeusz zdążyli opróżnić prawie całą butelkę wina i kilka razy zagrać w Verulam.
Intensywnie myślała, co zrobić, żeby ponownie zbliżyć się do markiza, ale żaden na tyle błyskotliwy, czy oryginalny pomysł nie przychodził jej do głowy, by zdecydowała się wprowadzić go w życie.
Naprawdę chciała zapalić. Sytuacja zdawała się ja przerastać. Żeby chociaż Azazel był bardziej subtelny, mniej cyniczny i zdystansowany… Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z takim typem mężczyzny. Nigdy wcześniej nie testowała na takim swoich sztuczek. Nagle już podjęte przez nią ryzyko przestało jej się podobać. Czy tytuł markizy Urthony i dozgonna wdzięczność Belzebuba są warte tego poświęcenia? W drodze do Verulam odpowiadała sobie, że tak. Teraz ogarnęły ją wątpliwości.

„On chyba nawet nie jest mężczyzną, tylko cholernym, fioletowym upiorem!” – pomyślała, przygryzając wargę.
-Mam dość. Nie przyjmę więcej tych pieniędzy! Są bezużytecznie! Do niczego mi się nie przydadzą!
Stella podniosła wzrok znad kart. Zresztą i tak nie zwracała na nie większej uwagi, choć udawała, że uważnie im się przygląda. Prawdę mówiąc nie umiała nawet grać w Verulam. Oczy wszystkich graczy zwróciły się w jej stronę. Wtedy skonstatowała, że nieuprzejma uwaga o pieniądzach była skierowana właśnie do niej, a wypowiedział ją rudy szlachcic o kędzierzawych włosach ubrany w pomięty, turkusowy surdut. Ten sam nieśmiały szlachcic, który wcześniej grał z nią przy stole Asmodeusza.
Mocniej przygryzła wargę. Tym razem by powstrzymać uśmiech. Błyskawicznie ułożyła cały plan działania. Arystokrata miał bladą skórę i rude włosy, a do tego zielono- niebieskie oczy, jak przystało na prawdziwego Tharmasianina. Bez dwóch zdań jest jej rodakiem… Nie opuszczało ją bowiem dziwne wrażenie, że już gdzieś go spotkała… Może na jakimś bankiecie u pani namiestnik Minevry?
-Panie, nagle przestałeś być taki nieśmiały! – odparła w końcu, starając się ignorować zaciekawione spojrzenia pozostałych graczy – Jeśli nie chce pan moich pieniędzy, proszę ich nie brać, a te już wygrane oddać!
-Proszę bardzo! – powiedział ze złością i popchnął w jej stronę kupkę brązowych monet.
Rozsypały się z brzękiem. Niektóre potoczyły się po czerwonym blacie i spadły na podłogę.
-Ale musi pani zwrócić mi należną sumę w NORMALNYCH pieniądzach! – dodał i zwrócił się do wszystkich karciarzy zgromadzonych przy ich stole – Państwu również radzę wymianę waluty tej wątpliwej, urthońskiej damy! Poza tym kompletnie nie umie grać w Verulam!
Ze szczególną odrazą wypowiedział słowo „urthonskiej”.
-Jak pan śmie! – krzyknęła z oburzeniem –  Wygrał pan ode mnie mnóstwo pieniędzy i kwestionuje ich wartość?!
-Urthońskie pieniądze nie są pieniędzmi! – zripostował spokojnie, choć nerwowo zaciskał dłoń na brzegu stołu – Kto używa takiej śmiesznej waluty? I żeby jeszcze wyrabiać ją z brązu? Jej wartość nie równoważy tharmasiańskich, srebrnych monet! W mojej prowincji nikt nie przyjmie tych brązowych gwiazdeczek!
-To dlaczego zaczął pan ze mną grać?! – jeszcze bardziej podniosła głos.
Kątem oka zauważyła ruch ochroniarzy Domu Gry. Dyskretnie ruszyli w ich stronę pewnie na polecenie Asmodeusza.
-I jakim prawem znieważa pan dobre imię Urthony? – ciągnęła, odważona bliskością ochraniarzy – Zanim Belzebub wyciągnął swoje chciwe ręce po jej wolność, jakoś nikt nie miał obiekcji, by przyjmować ode mnie urthońskie monety!
-Proszę mnie nie rozśmieszać! Nic mnie nie obchodzi pani Urthona, ani żadne, inne zadupie w tym kraju! Z resztą już niedługo będzie nią władał mój margrabia! Proszę więc oddać mi pieniądze w akceptowalnej walucie! Mówię to po raz ostatni!
-Nie mam innych pieniędzy i nie będę mieć! I też mówię to panu po raz ostatni! – prychnęła.

Szlachcic wstał z zamiarem przejścia od słów do czynów, ale jedno silne szarpnięcie ochroniarza, posadziło go z powrotem na krześle.
-Na razie margrabia Tharmas nie przekroczył granicy z Urthoną. Wątpię, żeby kiedykolwiek mu się to udało! Niech pan więc zacznie szanować obecnego władcę i pieniądze Urthony. – za jej plecami rozległ się chropowaty głos Azazela.
Zadrżała, ale nie odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Za rudym szlachcicem stanął sam Asmodeusz, a obok niego jego dwóch rosłych ochroniarzy. Na ich tle filigranowy Asmodeusz wyglądał wręcz karykaturalnie.
-A któż ośmiela się dawać mi te dobre rady? – zadrwił Tharmasianin, a jego ręka zanurkowała pod blat, zapewne w po jakąś broń.
Król Kart dostrzegł ten manewr i w porę przyłożył cienkie ostrze do jego gardła. Znajdowało się w jego ozdobnej lasce, zakończonej okrągłą główką, wysadzaną małymi diamentami. Rudowłosy szlachcic zamarł bez ruchu. Powoli położył obie ręce na stole.
-Rozsądnie, Vinnie. Bardzo rozsądnie. – powiedział Asmodeusz swoim piskliwym, nieco zbyt wysokim głosem.
-Dobre rady leżą w moich kompetencjach. – zadrwił Azazel w odpowiedzi na wcześniejsze pytanie Tharmasianina –  Zwłaszcza, że jestem markizem Urthony.
Stella wreszcie odważyła się podnieść na niego wzrok. Odwzajemnił go, patrząc na nią z góry. Miała nadzieję, że wyglądała wystarczająco powabnie i wdzięcznie. Wnioskując z wyrazu jego fioletowych oczu – zdecydowanie tak.
Rudy arystokrata parsknął śmiechem.
-A więc jesteś markizem Urthony, upiorze? – sprowokował, jakby nie dostrzegał ostrza przyłożonego do jego gardła.
-Dość. – wtrącił Asmodeusz – Panie Dantalionie, proszę natychmiast opuścić Dom Gry! Moi ochroniarze wskażą panu drogę…
-Wyrzucasz mnie, Asmodeuszu? MNIE?!
-Niestety tak. – oblicze Króla Kart pozostało niewzruszone; schował ostrze i podparł się laską.
Tharmasianin ostrożnie podniósł się z krzesła, mierząc ochroniarzy szacującym wzrokiem. Pewnie rozważał swoje szanse w starciu z nimi, ale ostatecznie zrezygnował z podejmowania jakiejś akcji. Zażywszy na ich groźny wygląd nie był to taki zły pomysł.
-Postaram się, żeby Belzebub się o tym dowiedział! – rzucił na odchodne.
-To groźba? – Asmodeusz uśmiechnął się niedbale.
-Nie. Obietnica!
Odprowadzili go wzrokiem, kiedy wychodził w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Stella również podniosła się z krzesła, dygnęła z szacunkiem przed Azazelem, paradoksalnie wspominając chwilę gdy jeszcze parę dni temu kłaniała się przed Belzebubem. Nieśmiało spuściła oczy na swój koronkowy, bordowy wachlarz. Markiz złapał ją za podbródek i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Mimowolnie poczuła się nieswojo. Na chwilę zabrakło jej słów.
-Naprawdę nie umie pani grać w Verulam? – zapytał z ironicznym uśmieszkiem, błądzącym w kącikach ust.
Uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
-Niezbyt pojmuję te zasady…Panie, błagam o wybaczenie. Wcześniej nie poznałam w tobie markiza mojej krainy. Co za wstyd, że spotykam pana osobiście w takich okolicznościach…
-Wstyd, bo nie umie pani grać, czy dlatego, że właśnie podważono pani wiarygodność?
Czuła, że od tej odpowiedzi będzie dużo zależało. Może nawet wszystko.
-Wstyd, że spotyka pan zamaskowaną damę z Urthony w takim miejscu, jak Dom Gry w Verulam…
-Maskę zawsze można zdjąć.
Jego uśmiech stał się bardziej serdeczny. Odetchnęła z ulgą.
-Skoro tak, zrobi mi pan zaszczyt, przyjmując zaproszenie do baru. Na mój koszt.
-O ile w barze przyjmą pani pieniądze. – zadrwił, ale tym razem to on pierwszy się ukłonił, puszczając ją przodem.
Zdążyła jeszcze wychwycić porozumiewawcze spojrzenia Azazela i Asmodeusza. Król Kart również się uśmiechał, wyrozumiale i z przyjazną kpiną.

Stella odetchnęła z ulgą. Pierwszy krok wykonany. Teraz już powinno pójść łatwo. Wiedziała jakim podążyć śladem. Zostanie Urthonką. Dla dobra wszystkich. I dla swojego dobra.
Zwłaszcza dla swojego…

KONIEC Rozdziału IV

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *