Trzynastego grudnia, roku pamiętnego…

Pamiętam to przebudzenie. Takie jak zwykłe. Ot, jasno się zrobiło za oknem, siostra przyszła (lat pięć wtedy, ja zresztą niewiele starszy), Teleranek nasz ulubiony mieliśmy oglądać. No i płacz, bo przecież jak to może być, że w telewizorze szumy a rodzice, zamiast regulować odbiornik, stoją przy radiu i czegoś słuchają. Co może być ważniejszego od naszego Teleranka? Jakaś przemowa, w dodatku psykaja na nas, żebyśmy cicho siedzieli. Jak może być coś ważniejszego od nas?

Fajnie być dzieckiem. Takim naiwnym, nie wiedzącym, co się naprawdę stało. Wyjść na ulice i pomachać do żołnierza, bo przecież każdy chłopak w pewnym wieku marzy o tym, by przywdziać mundur i w pojedynkę rozwalić garnizon rosyjski, kubański czy wietnamski. Słowa „stan wojenny” nie kojarzyły się z niczym, bardziej przerażała mina rodziców. Jaruzelski jeszcze wtedy utożsamiany był z człowiekiem, zrozumienie, jakim był bydlakiem, jakimi kartami zagrał w „patriotycznego” pokera, przyszło znacznie później. Na razie byliśmy dziećmi.

Najbardziej w pamięci utkwił mi jeden dzień. Kolejka. Zwykła kolejka w sklepie, akurat rzucili pomarańcze, grejpfruty i cytryny. Zostałem sam, bo mama musiała iść do innej kolejki. Pewnie by mnie nie zostawiła, ale ja wtedy kochałem jeść cytryny. Bez cukru, dzieląc każdą na cztery części i delektując się jej kwaśnym smakiem. I stałem w tej kolejce obserwując, jak góra cytryn zmniejsza się z każdym klientem. Prawie każdym, bo niektórzy brali tylko pomarańcze, inni mandarynki, na grejpfruty chętnych było mało. Kolejka się zmniejszała, byłem coraz bliżej lady. Ale sterta cytryn zmniejszała się gwałtownie…

Na trzy osoby przede mną zostały dwie cytryny. Pierwsza klientka kupiła tylko pomarańcze, druga również. Ale trzecia… Wzięła te dwie ostatnie, pomarszczone, małe cytryny. Ale się wtedy poryczałem… Chyba po raz pierwszy poczułem gdzieś w sobie nienawiść…

Pierwsza lekcję, niestety bardzo bolesną, czym tak naprawdę są poglądy lewicowe, miałem za sobą.

Druga lekcja związana była z literaturą. Kochałem czytać. Naprawdę, kochałem i kocham nadal. U mojego dziadka ze strony ojca była tylko jedna książka, od której zresztą nie mogłem się oderwać. I tak stałem się ośmiolatkiem, który pochłonął „Tajemnicza wyspę” Verne’a. Zresztą dzięki bibliotece uzupełniłem zaraz listę przeczytanych ksiąg o „20.000 mil podwodnej żeglugi” i „Dzieci kapitana Granta”. Ale również o „Folwark zwierzęcy” Orwella.

I właśnie ta ostania pozycja była dla małego dzieciaka lekturą, która wyjaśniła mu (na ile może zrozumieć to niespełna dziesięcioletnie dziecko) dlaczego jest tak źle i skąd to się wzięło. Oczywiście nie sama książka – także pełne politowania nad naiwnością pytającego wyjaśnienia ze strony rodziców, sąsiadów, różnych wujków i cioć. Różnych – bo wtedy każdy obcy przychodzący do domu był wujkiem i ciocią. Ot, świat dziecka…

A później wierzyłem. W niepodległościowy zryw, w dobre intencje tych, którzy mieli pchać nas ku wolności, w to, że będzie lepiej, że wygramy (bo przecież byłem za tymi, którzy nas poprowadzą), że wygra Polska, a złoczyńcy i bandyci spod znaku sierpa i młota pójdą pod sąd, a potem pod mur…

Naiwność dziecka.

Boli czasem, że rodzi się pokolenie, które nie pamięta tych czasów, że znowu „sieroty po Stalinie” mieszają im w głowach, próbując przekonać do poglądów lewicowych. Kretyńskich poglądów – ale jak widać, nadal znajdujących zwolenników (choć na szczęście to pokolenie powoli wymiera). Dzisiejsza młodzież zapewne nigdy nie zrozumie tego, co wzruszało kiedyś kilkunastoletniego młodzieńca, który miał nieszczęście żyć w tamtych czasach.

I…

To pokolenie nigdy nie zrozumie tej pieśni….

Zakazany naród, nielegalna Polska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *