Legenda o Rudym i Łysym

To jest bajka nowej generacji, a każda podobna nowa generacja to nawet nie bajka tylko bujda i tak się koło zamyka.

Na początku nie było ani be ani me, tylko Karp, Świnia i The Sapiens żyli dziko, spokojnie konkurując z innymi gatunkami. Nie zwracali odrobinki nawet uwagi, gdy drogę przebiegał palikot, gdy niemalże zderzali się z pędzącym żółwiem, musieli spychać ze ścieżki pełznącą ślamazarnie gazelę, a kamień leżał na kamieniu. Ale w tym spokoju był jednak jakiś niepokój – jakiś ruch. I pewnego dnia jeden z Sapiensów mówi:

– Be! – na co drugi:

– Me!

– A właśnie, że Be!

I tak to od bitów „Be” i „Me” stworzyli inteligencję. Potem wszystko już potoczyło się gładko, niemniej zaistniały pewne perturbacje.

A swoją drogą, to co było przed tym wszystkim? Mówią, że chemia, ale to nieprawda. A napewno już nie chemia gospodarcza, bo od razu byłby wielki kryzys i bankierzy mieliby z głowy. Jest hipoteza, że wolne elektrony, no może i prawda, ale raczej zniewolone. Może najpierw był wodór, a wszystko zaczęło się gdy pewien student wylał sód do muszli klozetowej powodując wielki wybuch?

Przerwijmy może te rozważania natury fundamentalnej i dajmy ponieść się fantazji, bo to wszystko mogło się przecież zacząć na wyspie szybkich żółwi – i tam doszło do tego całego pomieszania gatunków, a pomieszanie tych gatunków to właśnie globalizacja wielkiej wioski. Cola wszędzie taka sama, a więc może to ona dała początek rzeczy? Jej skład przecież dotychczas jest jedną z największych tajemnic nauki i, a ten, kto ją pozna zgłębi osławioną puszkę do dna – bez otwierania?

Później początek wszechrzeczy wydał owoc nakazowy. Z niego powstał owoc nakazowo-rozdzielczy, ale potem niestety nie było co spożywać i teza upada. A jednak to wtedy pojawiły się masowo zniewolone elektrony. Na małej wysepce szybkich żółwi takie zjawisko nie mogło w żaden sposób zaistnieć. To musiał być ogromny obszar, ale symulacja powstać mogła.

– No, to jesteśmy inteligentni…

–       Co tu dużo gadać – jesteśmy.

–       Ale dzicy.

–       Ale za to wolni i równi – po prostu równiachy.

–       Po prostu wolniachy!

–       No, nie przesadzajmy, takie określenie nie istnieje. Raczej wolniacy, wolniści albo nawet wolnościowcy – dbałość o czystośc języka nie była im obca, dopiero później powstały slangi, grypsy, nie mówiąc o całych subkulturach.

–       Jesteśmy dzicy. Dzikość najwyższym stadium postępu! – krzyczeli, bo do postępu od samego początku przywiązywali wagę. Pokrzykiwali coraz głośniej, a wszystko to działo się dawno, ale już, w co najmniej, trzech wymiarach i być może w kolorze. W każdym razie darli się tak, że słychać było poza wymiarami.

–       Co to za wrzaski? – zezłościła się Bosca.

– Otworzyć wymiar, wychodzę! – rozkazała.

Wymiar się zacinał, ale kopnęła hajhilsem w barierę potencjału i wyszła.

Tymczasem hucznie ewoluowano, gdy nagle rozwarł się któryś spoza trzech wymiarów i po kolorowej tęczy zeszła Bosca – tak, więc jednak chyba było już w kolorach.

Uśmiechnęła się i przemówiła.

–       O równi! Przyjmijcie te dwa komplety, a będą was chronić od czynników zewnętrznych, głodu moru i plag.

Wyraźnie wyróżniła Sapiensów – choć nie wiadomo za co. Zapewne za jakiś jej tylko znany całokształt.

Pierwszy ucieszył się, ujął komplet, przyłożył do głowy i od tej chwili nosił. Drugi obejrzał i grzecznie odmówił.

–       Włosów ci u nas dostatek – o Bogini, tak, że nawet ofiar przed złożeniem nie golimy – poza tym nie w tym kolorze…

Bosca ufundowała Rudemu nagrodę, a Łysemu podała figę pocieszenia z bezhalucynogennym makiem. – Musiało być w kolorze…

– Zero halu – zasępił się Łysy, ale przyjął.

The Sapiens trzymali się razem, ale nie było już zgody. Łysy krył czaszkę przed słońcem i zazdrościł Rudemu, ten zaś, nie wiedzieć czemu, zazdrościł łysości. Prawdopodobnie gdyby sam był Łysy, zazdrościłby także.

– Ty, to masz dobrze, a ja cierpię – rzekł pewnego wieczora Łysy –  co ja nieszczęsny podzielę na czworo?

– Nie dawała Bosca? – zapytał zgryźliwie Rudy, poza tym masz pod pachami.

–       Dawała, ale rude – zasyczał Łysy.

–       Nie jesteś już równy!

–       Ty też nie! – odparował Rudy.

–       Jesteś równy świni! Masz boczek, karkówkę, podroby i głowiznę! – rzygnął prosto ze szczytu piramidy pokarmowej.

–       A ty głowizny nie masz, bo ci słońce wypaliło – wyraźnie sugerował, że wraz z mózgiem.

–       A ty, co się gapisz leszczu? – pogardliwie warknęli na karpia, którego tak zatkało, że dotychczas głosu nie ma.

–       Poczekaj włochaty dzikusie! – konsekwentnie trzymali się wątku kłótni macierzystej.

–       To ty jesteś dzikusem! – i tak dalej monotonnie, ale coraz gwałtowniej i doszłoby do rękoczynów, które i bez tego, pojawiły się długo przed pierwszym rękodziełem, gdyby nie otworzył się enty wymiar i znów nie ukazała się Bosca.

–       A cóż to? Dzikość nie służy?

–       Ano ciągle te koraliki i koraliki, te dzidy, tatuaże a z kolczykami w nosie nawet wysmarkać się trudno i wysikać – żalił się niezadowolony Rudy, bo on nie tylko w nosie dłubał.

–       Nie ma o czym gadać. Zabieram dzidę i idę – jasno postawił sprawę Łysy.

–       Zadzieram kiecę i lecę! – odparował ambitny Rudy, ale nie zadarł z szacunku dla Bosci.

–       Dobrze. Skoro tak, trzodo moja, niech stanie się hodowla! Hodowlanymi żeście! Pasza trzy razy dziennie, a ofiary mają w końcu być terminowe, bo potrącę odpadki.

Karp i świnia gapili się z boku, więc i ich objął dekret, ale bez obowiązkowych dostaw. Nie wiadomo, dlaczego ich Bosca zwolniła… Może dlatego, że się z tą inteligencją nie obnosili? Karp podobno dopiero później zmoczył, naiwnie myśląc, że ujdzie na sucho i nigdy już nie wysechł, ale uparcie bezgłośnie twierdzi, że lubi pływać. Co do świni, to podobno jest, nawet nie podstawiona, a wręcz podłożona i dlatego ma długi, a nie wysoki ryj.

Bardzo się spodobało, że pożywnej paszy będzie dostatek, ale czegoś Sapiensom brakowało, nie wspominając o potrącanych odpadkach.

– Dzicy nie jesteśmy, ale ciągle te dostawy i dostawy. Nie ma czasu podgrzać paszy, a pamiętasz? Byliśmy wolni…

– A ty, co się gapisz leszczu? – tym razem na dobre obrazili zarówno karpia jak i świnię.

Kolejny wybuch niezadowolenia nie wyprowadził z równowagi Bosci.

– Wolności, ci u mnie nie brak. Bierzcie ile chcecie obwieściła.

– Tak! Tego! Tego! Tego nam trzeba – radośnie odkrzyknęli Sapiensi, kołysząc się nieco na dwóch nogach. – A wam co? – zagadnęła udając nieświadomą rzeczy Bosca. ­

– Nic, nic, to po powszednim rutuale – tfu! – usiłował rozplątać język Rudy.

– I po tym maku – nieśmiało dodał Łysy. Od tego czasu mak jest zakazany.

– Niech się stanie samoobsługa! – rozkazała Bosca ze szczytu tęczy – ucinając rozmowę, która poczynała schodzić na jakiś boczny podwymiar.

A co to takiego? – rozdziawili gęby w nie najinteligentniejszym wyrazie.

– Sami będziecie nalewać w koryto i niech się stanie hala ogromna. Kobiałki pchać będziecie, a ofiary już nie ogniem, a kasą składane być mają. Rzućcie dzidy i idźcie – zakończyła Bosca. Rudy lubieżnie zarzucił kiecą z rafii i dżinsu, a Bosca udała, że nie widzi. Co do rafii, to dawno pochodziła już z plantacji, a dżins był już w kolorze blue, pod warunkiem, że było w kolorach.

Tak zaistniała samoobsługowa hodowla, natomiast obrażeni do żywego karp świnia, odłączyli się i nadal żyją w konwencjonalnej.

Nieliczne tylko karpie nie przyjęły łusek i mimo dumnego przydomku „królewskie”, pozostają hodowlanymi, nie mówiąc, że odwrotnie ma się sprawa ze świnią. Ta, która włosy przyjęła pozostaje dzika.

I byłoby wszystko w porządku gdyby nieskromni The Sapiens, w schyłkowym okresie samoobsługi, nie nazwali jej cywilizacją, nie nadużyli paszy i mataczyli w ofiarach. Puszczali pawia, a strusiem zajmowali się jedynie dla jaj.

– Przestań nadużywać! Ty gruba świnio! – wrzasnął Chudy.

– Przestań mataczyć i zamknij się ościsty leszczu  – odparował Gruby

znów obrażając Karpia, a po Leszczu spłynęło jak po rynnie. No cóż, widocznie woda była czysta i spływanie nie drażniło.

– Cóż to się tam się dzieje? – zdenerwowana Bosca pstryknęła palcami i przestrzeń zadrżała z hukiem.

W miejscu gdzie mogła jeszcze kwitnąć samoobsługa, wypiętrzyły się góry.

Najwyższy szczyt pasma z dwoma równej wielkości wierzchołkami przez jednych zwany jest Pikiem równości, przez innych Górą wolności, a jeszcze innych Szczytem cywilizacji.

No i nie jest już jak dawniej. Teraz żółw pełza,  a gazela galopuje. Żyrafa nie wije się zygzakiem, a wąż nie chodzi dumnie wyprostowany, no może oprócz Kobry, która czasem owszem, ale tylko w kularach ochronnych.

U podnóża szczytów rozciaga się przeuroczy staw, w którym ciągle leniwie pływa Karp, a w pobliskiej kurnej chlewni podłożona Świnia leży i kwiczy. A mogło przecież być normalnie i każdy kamień pozostałby na kamieniu choćby do ery łupanych.

Tyle historia według najnowszych badań, które nieustannie są prowadzone, a uczeni ciągle toczą swoje spory. Część uważa, że Rudy z Łysym po prostu nie potrafili się rozmnażać i stopniowo wyginęli. Niedowiarkowie twierdzą, że Rudy był fałszywy, czyli farbowany, a Łysy też nie był naturalny tylko golony. Podobno znaleziono kamienną tabliczkę z napisem: „Jestem fałszywy” i podpis „Rudy”.

Jeżeli to prawda, to prawdziwy nie istniał, jeżeli kłamstwo, to przekaz nie może być wiarygodny.

A oto ludowa wersja legendy, czyli „Pieśń o Rudym i Łysym” nieznanego poety.

Rudy i Łysy jedną przędli dolę

Raz Rudy na górze raz Łysy na dole

Mówi dnia pewnego  Łysy do Rudego

Oddaj mi włosy, bo ci przychromolę.

Trzeba brać było, gdy Bosca Dawała

Nie byłaby z ciebie teraz łysa pała

Na to się Łysy piekielnie obruszy

A ty masz dziadu  odstające uszy

Kiedy to wszystko Bosca usłyszała

W kamień zamieniła – ot historia cała

O odstających uszach Łysego jakichkolwiek przekazów brak. Ludowe pochodzenie tekstu też nie jest pewne. Są przypuszczenia, że to serenada pochlebna Pawia, dzięki której ciągle jest na świeczniku mimo późniejszego nieuchronnego wprowadzenia elektryczności. W każdym razie nikt się do nich nie przyznaje.

– Ale, ale, chyba ktoś idzie… Tak! To przecież oni!

– Jestem wyższy urodzeniem – pochwalił się ten z prawej.

– A ty niższy stanem posiadania! – odpalił drugi.

Już zaczynali przekraczać wymiar, gdy Bosca pogroziła palcem i tak powstał umiar, ale ten jest bez żadnych barier, a ciągle zapracowana Bosca, grozić czasu nie ma.

*

– To pierwotny samopas – wyjaśniła później wizerunkowi Pawia.

– Za kilka tysięcy lat można powoli myśleć o łupaniu kamienia, a potem się zobaczy. Będzie elektryczność, to założymy pastucha.

No i stało się. Węgorz elektryczny dawno bezprzewodowy, a Paw rekomendował mątwę, która go czymś zelektryzowała. Kameleon poszedł w odstawkę, ale wraca, bo Mątwa jednakowoż robi Pawiowi pigment koło wizerunku.

– Jak ja ich nie lubię chrząknęła do Karpia Świnia – dyskretnie wskazując ryjem Rudego, ciągniętego na smyczy przez drobnego pieska dziewczynkę z kokardką na glowie.

To pierwszy odnotowany przypadek homofobii tolerancyjnej – to znaczy nie lubi, ale może za przeproszeniem „naskoczyć”.

Z tyłu szedł Rudy wleczony przez, basem warczącego, potwora z obciętymu uszami, ogonem i fantazyjnej fryzurze, a robiącemu znacznie większe placki niż dziewczynka Łysego nazywana przez Rudego kundlem.

A to już jest już ewidentny rasizm. Nie chodzi przecież o obcięty ogon i uszy tylko o rodowód i medale, nie mówiąc o kolorze sierści.

– Mądre pieski – pochwalili polemizujące pupilki i podskakując na smyczach oszczekali się nawzajem.

Nie wiadomo kiedy nastąpi koniec tej całej parady nierówności – tego folwarku zezwierzęconego, a Wąż tnie hołubce zygzaków i chichocze, bo niżej już czołgać się nie da, a jak się znudzi to pozwisa mu z gałęzi rozdwojony język. On ma jeszcze spory zapas suszonego owocu nakazowego i cicho sączy sycząc do ucha Pawiowi, ten podszepnie Mątwie i do Sapiensów docierają, jak twierdzi Kameleon, najwyższej jakości multimedia. On odpowiada za kolor, a Papuga wraz z Psem za audio. Z wymiarami jest gorzej. Trzy Sapiensom mało, a Bosca jakby tęczę zwinęła i tylko z góry patrzy.

Po ostatnich tajfunach i powodziach znów chodzą słuchy, że samopasu koniec, ale czy Bosca gotowa jest zdymisjonować Węża? Czy starczy jego przestarzałe rozdwojenie języka?

Tymczasem zza Piku Równości, powoli wyłania się tajemniczy masyw. Trudno bez ochronnych okularów tam spojrzeć, bo błyszczy odblaskiem niesamowitym. To całe ze szkła bliźniacze Towers of Babel.

– Macie in vitro ­– zachichotał Wąż , a  dziki Karp nie przeżył

elektryfikacji.

Możnaby zadać pytanie – dlaczego akurat Karp i Świnia… Sprawa jest prosta. Wybrane gatunki pojawiły się zaraz po narodach wybranych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *