Świątecznie

Śnieg za oknem, Mikołaje na ulicach, obwieszonych dekoracjami, tłumy w sklepach i gigantyczne korki na grogach. Idą święta!

Kiedy zaczyna się grudzień, świat ogarnia szaleństwo. Sklepy, telewizja, radio, gazety na wszelkie sposoby starają się obrzydzić mi święta. Muszę przyznać, ze całkiem skutecznie – słysząc po raz enty „last Christmas” mam ochotę wziąć radio, wyjść i wyrzucić je w otchłań Góry Przeznaczenia. Niestety, w pracy zapewne krzywo by na mnie spojrzeli po czymś takim. Poza tym…

Lubię Boże Narodzenie. Wspaniałe święta, jak rzadko które łączące w sobie tak wiele elementów różnych religii i wierzeń. Wszak mamy tu i mitraizm (25 grudnia to dzień urodzin Mitry) i celtycyzm (renifery Mikołaja, wywodzące się od rogatego Herna, znanego m. in. z jednej z wersji Robin Hooda) i druidyzm (święte drzewko, czyli obecnie choinka) i pogański kult solarny, i rzymskie saturnalia (data świąt, obdarowywanie się prezentami). I nawet trochę miejsca dla chrześcijaństwa się znalazło.

Szkoda, że dawny klimat świąt gdzieś uciekł. Cóż, pantha rei. Kiedyś byłem dzieckiem, któremu rodzice starali się zorganizować najpiękniejsze święta. Teraz patrzę na to z drugiej strony. Efekt jest niesamowity. Tak wiele klocków puzzli nagle wskakuje na swoje miejsce, w niesamowity sposób bożonarodzeniowa układanka przybiera ostateczny kształt. Wszystko staje się jasne, przynajmniej na dzień dzisiejszy, bo wiem, ze kolejna układanka przede mną. Czuję się szczęśliwy widząc, że pierwsze klocki tej układanki dostaje właśnie mój syn. I zaczyna budować swoje własne puzzle. Swoje własne życie.

Święta to czas rodzinny. Czasami potrafią połączyć zwaśnione strony, czasami pokłócić zgodne dotąd rodziny, stłoczone przy jednym stole. Z reguły jednak spotykamy się przy opłatku, spożywając rytualne potrawy i spotykając się z dawno niewidzianym członkami familii. Jak co roku o tej porze, obiecujemy utrzymywać częstsze kontakty, bo przecież ta ‚dalsza rodzina’ jest w sumie całkiem fajna, deklarujemy sobie wzajemną pomoc i zacieśnienie rodzinnych więzi. Karmimy się iluzjami przez ten jeden wieczór.

Od kilku lat spędzam święta daleko od rodzinnych stron. Wydawało mi się, że będzie ciężko. I rzeczywiście – pierwsze święta z dala od domu były lekkim szokiem. Ale szokiem pozytywnym. Spędzałem święta z rodziną – jeszcze niewielką, jeszcze wręcz mikroskopijną, ale nowa rodziną. I moja rodziną. A kiedy przyszedł na świat nasz synek, te święta jeszcze bardziej ożyły. W końcu teraz to my musimy dać mu to wszystko, co dali nam rodzice. I nie są to tylko prezenty…

A propos prezentów. Co niektórzy wmawiają nam, ze święty Mikołaj nie istnieje. Otóż nie wierzcie w to. Istnieje. I sam go parę razy widziałem. Co prawda byłem wtedy mały, ale wiem, że to był on. Mój syn ma to samo zdanie na ten temat, a zatem jest nas dwóch. Ktoś wątpi w nasze zdanie?

Wesołych świąt!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *