Przed egzekucją

Raz po raz przychodzą. Spoglądają na mnie, śmiejąc się, czasami śpiewając jakieś pieśni. Bezsilnie poruszam się po miejscu mojego uwięzienia. Nie mam dokąd uciec, bo i jak? Zwłaszcza, że na zewnątrz czeka mnie pewna śmierć. Karmię się więc złudzeniami, że może jednak mnie wypuszczą. Choć dobrze wiem – już decydowano. Najstarszy z nich zaraz pierwszego dnia pokazał mi toporek. Nie znam ich języka, ale wiem, że wkrótce utną mi nim głowę.

Jak to jest, nauczać łatwowiernych o potężnej istocie, kochającej swoje dzieci? Tej, która stworzyła doskonały świat, w którym owe dziatki mają się wzajemnie miłować, szanować i rozwijać? Potraficie godzinami opowiadać o jej wielkości, wszechmocy, znacie nawet na pamięć rzekome słowa, które wypowiedziała ona lub fanatyczni bojownicy, uzurpujący sobie prawo do bycia prorokami.

Miłość? Pokażcie mi tą miłość! Pokażcie współczucie, nie tylko swoim towarzyszom, ale także tak nędznej istocie, za jaką mnie uważacie! Czyż nie właśnie to świadczyłoby o was i waszym rzekomo miłosiernym bogu?

Według was jesteśmy istotami niższego rzędu. Nie liczy się fakt, że my też pragniemy żyć, że my też mamy rodziny i – w przeciwieństwie do was – nikomu świadomie nie wyrządzamy krzywdy. A może tu tkwi właśnie sedno problemu?

Może przeraża was to, że są na świecie osobnicy, którzy potrafią stworzyć współgrające ze sobą społeczeństwa? Że można razem współistnieć i nie potrzeba do tego żadnych wymyślonych bóstw, którymi tylko leczycie swoje kompleksy? To chore, piekielnie chore myślenie. Co właściwie upoważnia was do nazywania się jakimś narodem wybranym? Co, poza na wskroś egoistycznym antropocentryzmem?

Cały wasz świat – to świat zbrodni, dokonywanych pod płaszczykiem religii, zbrodni w imię wiary w fałszywych proroków, w okrutnego demiurga – sadystę, w którym dopatrujecie się jakichś boskich cech. Znacie na pamięć jego słowa: te słowa, które usprawiedliwiają waszą hańbę.

Wiem, nie mam szans ocalić głowy. Nie! Chore, religijne rytuały na to nie pozwalają. Czuję się dziwnie spokojny, kiedy otwierają się drzwi. To po raz ostatni, wiem.

Tym razem pojawili się wszyscy. Najstarszy z nich dzierży toporek, który pokazywał mi wcześniej.

Czas na egzekucję.

Spoglądam w ich oczy – staram się znaleźć choć odrobinę współczucia, litości. Zamiast tego dostrzegam tylko podekscytowanie. Niecierpliwie czekają, aż ułożę głowę i spadnie pierwszy cios.

Smutny jest los karpia przed Wigilią…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *