II miejsce w konkursie – „Po drugiej stronie worka”

Właśnie wybijała północ, kiedy dwa piętra pode mną ktoś otworzył okno. Z rozmachem, gdyż sądząc po odgłosach coś o wymiarach doniczki wyleciało na zewnątrz.

Sześć pięter w dół. Mało.

Chociaż zależy od punktu widzenia.

Wtopiłem się w tło. Nie było to łatwe, zdecydowanie – dach na którym się rozpłaszczyłem miał nietypową krzywiznę, a na dodatek – dachówki. Typowy dzień w pracy.

Gdyby nie moje wrodzone umiejętności i fakt, że mrok panujący w tę lipcową noc byłby w stanie śmiało konkurować z barwą całkiem przyzwoitej czarnej dziury, prawdopodobnie zostałbym zauważony.

Po niesmacznym odgłosie gwałtownego wyhamowania prędkości kwiatka na betonie, w bloku zapadła niezmącona niczym cisza.

Zacząłem się pocić.

Pomimo wielkich wysiłków i pokonywania w pracy ogromnych dystansów, jestem osobnikiem o raczej… owalnym przekroju. Zaś wejście na dach mniej więcej ośmiopiętrowego bloku byłoby w stanie młodszych ode mnie przyprawić o zadyszkę.

Stres także odgrywa niebagatelną rolę.

Blok na powrót rozbrzmiał typową dla siebie kakofonią odgłosów – ktoś śpiewał pod prysznicem, inny wymyślał w kuchni współmałżonkowi, kolejny chyba próbował nastroić stojący w salonie fortepian.

Za to skąd pochodziły dźwięki przypominające odgłosy wydawane przez kota obficie polanego płonącym napalmem, mogłem się jedynie domyślać.

Niespiesznie ruszyłem w stronę krawędzi.

Jakoś udało mi się nie zahaczyć o ostrą krawędź pobliskiej rynny. Byłoby to  nie tyle niebezpieczne, co miałbym spory problem z bezgłośnym odczepieniem od niej worka. Dyskrecja była sprawą kluczową.

Bez problemu dotarłem do skraju przepaści. Balansując ciałem, zdjąłem worek z pleców. Pomacałem ostrożnie wnętrze – tak, lina z kotwiczką była na swoim miejscu. Na szczęście wziąłem pełny zestaw wyposażenia – w tym fachu nigdy nie można być pewnym, czy rutynowa akcja nie zmieni się w coś o skali akcji antyterrorystycznej.

Albo małej wojny.

Zaczepiłem kotwiczkę o rynnę – w innym budynku byłoby to co najmniej głupie posunięcie, ale ten posiadał niecodziennie wytrzymałe uchwyty rynnowe. Mogłem być pewny, że dadzą radę.

Na powrót założyłem worek na plecy. Luźny koniec liny powoli spuściłem za krawędź, tak, by nie trąciła o jakieś okno. Gotowe.

Zacząłem schodzić w dół.

Może się to wydawać proste, ale z pewnością nie było. Nie opierając się nogami o ścianę, cały ciężar musiałem skupić na rękach.

No, ale jakoś to szło.

Przesuwałem się wręcz boleśnie powoli. Gdybym choć na sekundę zaczął zjeżdżać, nie byłoby na świecie rzeczy, która byłaby w stanie mnie wtedy zatrzymać.

Nie licząc podłoża, rzecz jasna.

Nareszcie byłem na wysokości siódmego piętra. Okno było otwarte, choć to bez znaczenia. Po chwili już byłem w środku. Ostrożnie rozejrzałem się po wnętrzu mieszkania.

Zagracone. To słowo wybijało się na pierwszy plan niczym rozpędzona ciężarówka trafiająca w siedzibę ministerstwa zdrowia.

To znaczy z hukiem i ogólnym aplauzem społeczeństwa.

Niewiarygodne – pokój mający kilka metrów kwadratowych zawalony taką stertą rupieci, że nawet ja nie wiedziałem jak się w tym bajzlu odnaleźć.

„To będzie trudna akcja” – pomyślałem naciągając na głowę moją czerwoną czapkę z pomponikiem, wyposażoną w noktowizor (który zresztą zaraz naciągnąłem na oczy) i zestaw do mycia podłóg. Czerwoną, by odpowiednio korespondowała z resztą mojego ubrania.

Następnie sięgnąłem do worka, by wyjąć stamtąd mój ulubiony SIG-Sauer P226 w pokrowcu w renifery.

Ta myśl pewnie już gdzieś zakiełkowała. Ale jest prawdziwa.

Nazywam się Mikołaj i jestem zabójcą na zlecenie. A czego by wam nie mówiła tradycja, nie jestem święty.

Chyba, że świętość rozumiana jest jako liczba osób wysłanych do Nieba.

Śmiechu warte. A sądziłeś, że co niby robię? Jak utrzymuję rodzinę? Jednodniowa praca sezonowa, choćby tak ważna jak moja, nie wystarczy na chleb. Musiałem dorabiać. Wbrew pozorom, wybór akurat tego zawodu był dość oczywisty.

Nie byłem w stanie dojrzeć co się dzieje w reszcie mieszkania – stoliki, szafy, fotele, ławy i kanapy po prostu zasłaniały drzwi prowadzące na korytarz. Z pistoletem w jednej, a workiem w drugiej zacząłem przesuwać się w ich stronę.

Na świecie nie ma wielu osób, które potrafią być niemal niewidzialne podczas akcji, nie posiadają czegokolwiek przypominającego lęk wysokości, umieją dostawać się do najlepiej strzeżonych budynków na świecie, zrobić swoje i wyjść niezauważone.

Lufą SIG-Sauera trąciłem jakiś wielki wazon z porcelany. Zaczął się chybotać i… cholera!

Spadł. Z rozpaczliwą szybkością rzuciłem rozwarty worek w miejsce, gdzie bubel miał walnąć o podłogę. I…

Uff. Wleciał do worka, nie wydając żadnego dźwięku. O mały włos od dekonspiracji. Otarłem czoło z potu, który pojawił się na nim nie wiadomo kiedy.

Nikt nic nie słyszał, i to było dobre. Wada była niestety taka, że wyjęcie wazonu z worka, jak też w ogóle wyjęcie zeń czegokolwiek nie związanego z moją pracą, będzie niemożliwe do następnej Gwiazdki.

Ha. Ktoś będzie miał w tym roku ciekawy prezent.

Tak się złożyło, że bycie osobą o tych niespotykanych talentach oznacza wieczne przyjmowanie zleceń – albo zleceń doręczenia określonego typu prezentu, albo zleceń altruistycznej likwidacji ludzkich problemów.

Co robić? Kryzys.

Drzwi znajdowały się za starą, dębową szafą. Niedobrze. Pozostałe przejście miało w efekcie jakieś piętnaście centymetrów szerokości.

Chyba nie muszę wspominać, że moja szerokość jest… odrobinę większa?

Zamarłem pomiędzy oparciem fotela z lat sześćdziesiątych a poręczą kanapy w stylu Ludwika N-tego. Biłem się z myślami.

Ruszyć tego potwora oznaczało wydać niesamowicie donośny pisk poruszanego drewna. Że już nie wspomnę o armiach korników zapewne czyhających wewnątrz na nieostrożnego śmiałka, sądząc po wieku mebla, od czasu powstania państwa faraonów.

Z kolei próba przeciśnięcia się bokiem oznaczała moją okrutną i powolną agonię z ręki żony. Nie za bardzo lubi szyć, niestety.

Korytarz za drzwiami oświetlała niewyraźna, zmienna poświata. Być może włączony telewizor. Z tego powodu odrzuciłem trzecie wyjście, które brzmiało – rozpędź się, przebij się przez szafę i zacznij strzelać do wszystkiego, co się rusza.

To podejście nieprofesjonalne. Może skutkować pomyłką, a pomyłek nade wszystko nie cierpię i unikam.

Ej. Ta sprawa z Johnem Kennedym to nie była moja wina. Chłopak po prostu pojawił się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Słowo.

Zresztą każdemu się chyba zdarza pomylić?

Rozważywszy wszelkie za i przeciw, postanowiłem zaryzykować gniew żony.

Pierwszą wysunąłem rękę z pistoletem. Nic, cisza. Następnie, maksymalnie wciągając moje imponujące mięśnie brzucha, zacząłem przeciskać tułów. Wreszcie przeszedłem.

Nadal nic się  nie działo. Korytarz, w wizjerze noktowizora z zabawnie zielonymi panelami, był pusty.

Ostatni przeszedł worek. Niczym pnącze przylgnąłem do ściany i zamieniłem się w słuch.

Mogłem skierować się w prawo, skąd dochodziły przytłumione dźwięki grającego telewizora. Coś mi mówiło, że to niewłaściwy kierunek. Poszedłem więc w lewo, w stronę pokoju dziennego, mijając po drodze kuchnię.

Po odpowiedniej liczbie prób człowiek po prostu widzi, że dany komin jest ślepym zaułkiem. Niewątpliwie przydatne.

Poruszałem się bezgłośnie. Centymetr po centymetrze pokonywałem korytarz; mój wzrok pozostawał w ruchu – spojrzenie tam, chwila zamarcia, potem zmiana obiektu obserwowanego. Miałem to opanowane do perfekcji.

Dotarłem na miejsce.

Wysunąłem przed siebie pistolet i wpadłem do…

Na środku pokoiku stało łóżeczko. W środku smacznie spało dziecko może trzyletnie, a może i nawet nie tyle. Jednak coś innego mnie zamurowało.

Na podłodze obok leżał, także śpiąc głęboko, jego ojciec. Wysoki, choć dość wychudzony brunet o ostrych rysach twarzy. Ubrany w mocno podniszczone łachy, nieogolony.

Wiedziałem doskonale, kim jest. Powinienem go zabić.

To nie był dobry człowiek, zdecydowanie. Nie potrafiłbym zabić dobrego człowieka, a mam swoje sposoby, żeby to wiedzieć.

Ten tutaj miał sporo na sumieniu.

Zabiłbym go bez wahania. To moja robota, tym się zwykle zajmuję. Ale raz w roku jestem symbolem tego, co przynosi ludziom odrobinę radości, którą mogą dzielić się z innymi.

I dlatego nie mogłem tego zrobić, widząc z jaką ufnością dziecko przez sen ściska rękę swojego ojca. A on ten uścisk odwzajemnia.

Bardzo powoli, aby żadnego z nich nie obudzić, schowałem pistolet do kieszeni. Po namyśle wyjąłem z worka dużego, pluszowego misia i ostrożnie położyłem go obok wolnej ręki śpiącego mężczyzny.

Szanse na to, że zmieni się na lepsze, były niewielkie.

Ale odebranie mu nawet tego cienia możliwości byłoby z mej strony zbrodnią.

„Wesołych Świąt. Na całe życie” – mruknąłem jeszcze i ruszyłem z powrotem.

Wyszedłem z mieszkania dokładnie tak, jak się doń dostałem. Z wysiłkiem wspiąłem się z powrotem na dach. Zasapany, rozejrzałem się po okolicy. Pełny spokój – większość odgłosów życia blokowiska zdążyła już ucichnąć.

Po wyjęciu magazynka, wrzuciłem SIG-Sauera do rynny. Nie będzie mi już potrzebny. Głuche stukanie ucichło mniej więcej w połowie – zaklinował się na dobre.

Chrzanić tę robotę. Teraz już wiem – zostanę kominiarzem. Poczułem radość i ulgę.

A co mi tam. Wesołych Świąt!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *