III miejsce w konkursie – Święty i prezenty

Nie muszę wcale wkładać tej nieszczęsnej czerwonej czapki, ale chcę zrobić mu przyjemność. Więc noszę ją codziennie, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, lub trzysta sześćdziesiąt sześć, jeżeli akurat jest ten przestępny. Tak samo jak każdego dnia dekoruję stół Gwiazdą Betlejemską i gałązkami jałowca. Uważam, że więcej byłoby już przesadą. Choinka nie może stać przez cały rok, zajmując połowę jadalni. On udaje, że rozumie, ale wiem, że w rzeczywistości bardzo z tego powodu cierpi. Jestem jednak nieugięty. Gdyby postawić przed nim drzewko bożonarodzeniowe, mógłby gapić się na bańki i światełka całymi dniami. Skoro drzewka nie ma, przynajmniej zajmuje się czymś sensownym. Czyta książki, ostatnio, jak zauważyłem, „Alicję w Krainie Czarów”. I odpisuje na listy. Bo wciąż przychodzą do niego listy. Ludzie nie wiedzą, co się z nim stało, myślą, że to nadal tamten wiecznie roześmiany, sympatyczny starszy pan z brodą, sypiący prezentami jak z rękawa. Nie wiedzą, że w istocie Święty Mikołaj oszalał.

Patrzyłem na swoje odbicie w lustrze. Mam dość ostre rysy twarzy, nawet jak na elfa. Długi nos, cienkie wargi, uszy oczywiście spiczaste. Jasna, zaczerwieniona cera. Proste platynowe włosy do ramion. Prawdziwy albinos. Zastanawiałem się, ile lat już trwam przy Świętym, wciąż taki sam, odporny na działanie czasu. Może właśnie dlatego on zwariował. Nie wytrzymał nawet tego marnego ułamka wieczności, który stał się jego udziałem. Nie istniał przecież od zawsze. Ja zresztą również nie, ale jestem od niego o wiele, wiele starszy. W końcu Mikołaj to tylko człowiek, zaplątany w magię własnej legendy. A ja jestem elfem, nieśmiertelność leży w mojej naturze.
– Gluggagaegir!

Gluggagaegir. Jedno z wielu moich mian. To pierwsze, starożytne. Nadano mi je jeszcze na Islandii, choć dopiero później miało znaleźć uzasadnienie. Imię to znaczy dosłownie „Podglądający przez okno” i odnosi się do mojej ciekawości. Odkąd dołączyłem do elfiego orszaku Mikołaja, uwielbiałem przypatrywać się, jak dzieci odpakowują świąteczne prezenty, jak się cieszą. I jak wciąż i wciąż próbują przyłapać jego lub nas na podrzucaniu podarunków. Nigdy im się to nie uda. Jesteśmy dla nich zbyt sprytni.
– Gluggagaegir, chodź tutaj!

Zaraz, zaraz pójdę. Najpierw muszę się wam do czegoś przyznać. Nigdy, przenigdy nie dostałem prezentu na Gwiazdkę. Po prostu nie miałem od kogo. Ja i moi bracia jesteśmy przed Świętami bardzo zajęci. Wystarczająco ciężko jest obdarować wszystkie dzieci na świecie. O zgrai elfów naprawdę nie sposób już wtedy myśleć. Mimo to, zawsze marzyłem, że może dostanę kiedyś prezent od niego. Myślę jednak, że nie przyszłoby mu to do głowy. Elfy nie dostają prezentów bożonarodzeniowych. On sam zresztą także nie. Zastanawiam się nieraz, czy mu nie przykro z tego powodu. Nie przypuszczam, żeby mógł czegokolwiek pragnąć, ale przecież chodzi o sam fakt, że ktoś drugi pomyślał o tobie. Ot, cała tajemnica magii Świąt. Jesteś ty, i są też inni. Magia to wszystko, co robicie dla siebie nawzajem. Możecie mi wierzyć; o Świętach wiem wszystko.

– Ho ho ho, Wesołych Świąt, Gluggagaegir! – zawołał Mikołaj, gdy tylko wystawiłem nos zza drzwi jego pokoju. Była to też jednocześnie nasza jadalnia. – Czy wiesz, jaki dzień dziś mamy?
– Gwiazdkę? – spytałem, stawiając przed nim talerz z owsianką. Bez cukru. Już dawno temu przestał zwracać uwagę na smak potraw, uznałem więc, że dobrze mu zrobi lekka dieta. Zdecydowanie nie zaszkodziłoby mu nieco schudnąć.
– Nie – odpowiedział Święty, sadowiąc się wygodniej na fotelu. – Niestety, jeszcze nie dzisiaj. Ale już niewiele do niej pozostało, prawda, mój drogi elfie?
Nie odezwałem się. W milczeniu podniosłem koc, który zsunął mu się z kolan, i ponownie go nim okryłem. Patrzył na mnie wyczekująco. Najwyraźniej tym razem nie miało pójść mi tak łatwo.
– Gluggagaegir?
– Tak? – podsunąłem mu bliżej owsiankę. Wziął łyżkę do ręki, ale nie zaczął jeść.
– Patrzyłeś dziś do kalendarza?
Pokiwałem głową, otwierając okno, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza do środka. Na zewnątrz padał śnieg.
– Policzyłeś, ile dni zostało do Świąt? – w jego głosie brzmiał autentyczny niepokój. Zawsze tak pytał. Kiedy Boże Narodzenie, to było dla niego najważniejsze. Po prostu w ten sposób odmierzał czas – między jedną Gwiazdką a drugą.
– Gluggagaegir? Co tam widzisz za oknem? – Święty podniósł się nieco i wyjrzał na świat. – Śnieg! Śnieg pada, widzisz, spiczastouchy? Już zima!
Spojrzałem na niego ze smutkiem. Nigdy nie zapamiętywał, co się działo poprzedniego dnia. Może powinienem za każdym razem wmawiać mu, że Wigilia już jutro? Nie mogłem się pogodzić z tym, że Święty Mikołaj, którego znałem i podziwiałem, odszedł bardzo, bardzo daleko. Wyszedł w śnieżną zawieruchę i już nie wrócił.
– Powiedz mi w końcu – zniecierpliwił się. – Którego dziś mamy? Zapomniałem.
– Jest luty – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, starając się nie patrzeć mu w oczy. Bałem się zobaczyć w nich czysty obłęd. Właściwie nie wiem czemu tak mnie to przerażało. Po prostu staruszek, który stracił pamięć. To przecież częste zjawisko. Dlaczego miałoby ominąć go tylko dlatego, że był zupełnie wyjątkowy?
– Dzisiaj jest piętnasty lutego. Do Bożego Narodzenia jeszcze trzysta dwanaście dni.
– Licząc niedziele i święta?

Zdumiałem się. To pytanie było nowe. Nigdy dotąd go nie zadał. Uśmiechał się do mnie radośnie, studząc owsiankę. Wyglądał tak zwyczajnie, tak przyziemnie, w swoim czerwonym kubraczku, z siwą brodą, bez czapki. Pomyślałem, że może żartuje. Że może, może nawet wrócił mu rozum? Czy byłoby to możliwe? Ostatecznie nie było z nim wcale tak źle, mógł się przecież opamiętać, mógł wyzdrowieć…
– Oczywiście – odpowiedziałem. – Oczywiście, że licząc je także.
Zamyślił się na chwilę.
– A bez nich, ile by to było?
– Nie mam pojęcia – odparłem szczerze, zbity z tropu.
– W niedziele i święta czas szybciej płynie – mówił Mikołaj, przymykając oczy i odkładając łyżkę. – To prawie jak Boże Narodzenie…
Znów był daleko, daleko stąd. Zamknąłem okno i ukradkiem otarłem kilka nieposłusznych łez.
– Zjedz, bo ci całkiem wystygnie – rzuciłem na odchodnym i zostawiłem go samego w świecie duchów i fantazji.

Gdzieś tam, hen, w szerokim świecie, błąkali się moi bracia, elfy. Znajdowali najrozmaitsze preteksty, żeby się stąd wyrwać. Rozumiałem ich, ale nie mogłem nie mieć im tego za złe. Świadomość, że wrócą wystarczająco wcześnie przed Świętami, żebyśmy zdążyli z pracą, jakoś nie dodawała mi otuchy. Powinni być tu ze mną teraz, powinni mi pomagać. Ale tylko mnie tak naprawdę zależało na zbzikowanym staruszku, który nikomu nie był potrzebny poza dwudziestym czwartym grudnia. W zasadzie można by go było gdzieś zamknąć i wypuszczać tylko raz do roku. Może nawet nie zrobiłoby mu to specjalnej różnicy. Tak naprawdę przecież był zamknięty. Odcięty od świata na swym dobrowolnym zesłaniu. Miał tylko mnie i Rudolfa, który tak się już postarzał, że nie był w stanie dłużej latać w zaprzęgu. Renifery, niestety, nie były wieczne, jak my. Owszem, mogły żyć bardzo, bardzo długo, w końcu jednak wcześniej czy później odchodziły. Moi spiczastouszy bracia zabrali ze sobą pozostałe zwierzęta; tylko Czerwononosy został z nami.
Siedziałem w piwnicy, w fabryce. Dzisiaj nie robiliśmy już takich zabawek jak dawniej. Brakowało mi trochę lalek z prawdziwymi lokami, szklanookich misiów, kolorowych kolejek. Drewnianych klocków i ołowianych żołnierzyków. Teraz w listach od dzieci przeważały zamówienia specjalne. Ot, na przykład „Drogi Święty Mikołaju. Daj mi proszę kawałek lodu. Ale żeby był ciepły. I niech się nie topi. Albo niech zamarza z powrotem. Z góry dziękuję. Ewelinka.” I męcz się tu potem, durny elfie, z octanem sodu. To prawda, że wszystkie te nowinki są bardzo interesujące, ale jakoś tak tęskno mi za dawnymi czasami…
– Aaaaaaa! – zapiszczałem z bólu. Oczywiście się poparzyłem. Na Gwiazdę Betlejemską! Masz swój ciepły lód, Ewelinko…

Siedzieliśmy przy stole w jadalni i piliśmy herbatę. Napaliłem w kominku i rozkoszowałem się ciepłem. W myślach usiłowałem uporządkować listę prezentów, które miałem wykonać jeszcze w tym tygodniu. Mikołaj w skupieniu czytał „Alicję”. Przyszło mi do głowy, że wcale nie jest tak źle. Ja zajmuję się pracą, do której od wieków jestem powołany, a on może nawet chwilami jest szczęśliwy. Ostatecznie to, na co czeka, kiedyś przyjdzie. Zawsze przychodzi, następuje krótka fala radości, a potem znów oczekiwanie, też z zapewnionym szczęśliwym finałem. Nie mówcie mi, że nie lubicie tego okresu przed Świętami, kiedy piecze się pierniczki, robi ozdoby choinkowe i rozmyśla o prezentach. My nie piekliśmy pierniczków ani nie robiliśmy ozdób. Co prawda widywałem go czasem, jak wieszał coś na gałązkach małej sosenki, rosnącej za domem, ale postanowiłem o tym nawet nie wspominać. Dopóki jej nie zetnie i nie przytaszczy do środka, niech z nią robi, co tylko chce.
– Gluggagaegir?
Oderwałem się od swych rozmyślań. Patrzył na mnie z jakimś niesamowitym spokojem w oczach. Na ustach błąkał mu się delikatny uśmiech.
– Chciałbym być jak Kapelusznik – wyznał Święty. – Chciałbym być za pan brat z czasem i móc go zatrzymać. Chciałbym, żeby codziennie było Boże Narodzenie.
– Kapelusznik nie był za pan brat z czasem – przypomniałem mu. – Pokłócił się z nim i za karę utknął na zawsze w porze herbatki.
– Nieistotne – stwierdził staruszek. – W każdym razie ja chciałbym być na jego miejscu.
Przecież jesteś, pomyślałem. Niezależnie od daty, dla ciebie Święta są zawsze.

Tego wieczoru wpadłem na pewien pomysł. Zdziwiło mnie, że dopiero teraz – powinienem był zrobić to już dawno temu. Zaszyłem się w fabryce i nie zważałem na nic. Około północy dobiegła mnie ulubiona kolęda Mikołaja, śpiewana przez niego w oryginale, po niemiecku. Niestety, pijał wieczorami. Ale dziś nie przejmowałem się tym zupełnie. Przy dźwiękach „Stille Nacht, heilige Nacht” tworzyłem najniezwyklejszy prezent, jaki kiedykolwiek istniał na świecie. I po raz pierwszy od dawna czułem radość z wykonywanej pracy.

– Gluggagaegir? Gluggagaegir!
A więc obudził się. Zajrzał pod łóżko i znalazł to.
Popędziłem do jego pokoju. Zastałem go w piżamie, z potarganą brodą i zaspaną twarzą, na której malował się najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem. A podglądając przez okna dziecięcych pokojów, widziałem wiele uśmiechów. W ręku trzymał zmięty papier do pakowania prezentów.
– Gluggagaegir, czy to… czy ty to zrobiłeś?
Tak, ja to zrobiłem. Ja zrobiłem tą sporych rozmiarów szklaną kulę, w środku której znajdował się ośnieżony las i zaprzęg reniferów. Na saniach siedział Święty Mikołaj i uśmiechał się do nas szeroko. Kiedy Święty potrząsnął kulą, zawirowały w niej płatki śniegu.
Najpospolitsza zabawka świata.
– Nie sądziłem… Dla mnie… Naprawdę… ? Podarunek od elfa dla Świętego Mikołaja, to ci dopiero! Jest taka piękna – westchnął Mikołaj i rozpłakał się.
Boże. Nie oczekiwałem aż takiego wzruszenia, naprawdę. Wyjąłem mu z dłoni kulę, postawiłem ją na jego szafce nocnej i poszedłem zrobić nam śniadanie.

Niewiele się zmieniło od tamtej pory. Mikołaj nadal pyta codziennie, czy to już Gwiazdka. Czasem zresztą nie mówi nic, ale ja i tak wiem, o czym myśli. Pogodziłem się z tym już. Ostatecznie, jaka to różnica, szalony czy nie? I tak spełnia swoje zadanie, a reszta to jego sprawa. Ma prawo być zbzikowanym starcem.
Chciałbym kiedyś wrócić na Islandię. Tu, w Rovaniemi, jest bardzo ładnie, ale Islandia to po prostu inny świat. Tam się urodziłem i chciałbym zabrać tam jego. Myślę, że by mu się spodobało. Wyspa Gejzerów wciąż powstaje. Jest w trakcie procesu stwarzania. Wszystko jest na niej przepełnione niezwykłą siłą płynącą wprost z wnętrza Ziemi. Można tam poczuć, co to tak naprawdę znaczy istnieć. Można coś odnaleźć, można coś zgubić. Można się odrodzić jak feniks z popiołów.
Ale on za nic nie chce jechać. Mówi, że nie wolno mu nigdzie wyjeżdżać, bo dzieci by nie wiedziały, pod jaki adres wysyłać listy. W zasadzie ma rację. Nie wiedziałyby.

Niewiele się zmieniło, ale następnego dnia po tym, jak podarowałem mu kulę, znalazłem pod poduszką małą, płaską paczuszkę. W środku była kartka z życzeniami świątecznymi, bardzo sztampowymi i niespecjalnie osobistymi, oraz paczka czerwonych wstążek „do pakowania prezentów”, jak ją podpisano. W życiu nie widziałem głupszego prezentu. W życiu nie dostałem żadnego. Cieszyłem się jak wariat.

KONIEC

0 thoughts on “III miejsce w konkursie – Święty i prezenty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *