Tron: Dziedzictwo – Już nie te czasy…

16689.$Obecnie nie możemy żyć bez technologii. Praca i życie prywatne każdego z nas w mniejszym, ale często w większym stopniu łączy się z korzystaniem z komputera oraz szerokiej gamy innych urządzeń elektronicznych. Jeszcze 10 lat temu, gdy przeżywałam dramaty nastoletniej egzystencji w szkole średniej telefon komórkowy był nowością i luksusem. Teraz tamte czasy wydają mi się trochę trudne do uwierzenia. W 1982 roku, gdy powstawał pierwszy Tron komputery mniejsze niż lodówka były nowinką, czymś niedostępnym dla większości ludzi, a więc silnie działającym na wyobraźnie. Mało kto wiedział jak działają komputery, więc autorzy książek i scenariuszy mieli właściwie dowolność w wymyślaniu fabuł o tych nowych, tajemniczych maszynach. Tak oto powstawały różne kwiatki, mniej lub bardziej dostarczające rozrywkę, ale również kreujące absurdalne lęki. Pierwszy Tron jest jednym z takich filmów. Ekscytujący i spektakularny, trafiający idealnie w potrzeby tamtych czasów. Przypadł do gustu ówczesnej publiczności i uzyskał tak zwany kultowy status (o co niestety nie trudno ostatnio i pojęcie to jest tak nadużywane, że prawie straciło już jakąkolwiek wartość).

Nie oceniam tamtego filmu, ani tego jak był odbierany w roku, w którym powstał, bo nie znam tamtej rzeczywistości. Jednak z perspektywy czasu pomysł, na którym opierała się tamta fabuła jest bardzo słaby. Nie ma nic wspólnego z rzeczywistym działaniem komputerów, ich  rolą w życiu ludzi czy też potencjalnymi sposobami w jakie mogą zmienić one naszą rzeczywistość, szczególnie jeżeli osiągnęłyby świadomość. Teraz wiele osób, szczególnie młodych, do których przede wszystkim adresowany jest sequel Tron: Dziedzictwo, wie jak funkcjonują komputery i znają ich ograniczenia. Ludzie nie postrzegają pecetów jako tajemniczej i trochę magicznej nowinki. Są integralną częścią naszej codzienności, często kojarzą się z pracą i obowiązkami. Dlatego, przynajmniej ja, nie wszystko co się wiąże z tym tematem jestem w stanie bezkrytycznie łyknąć.

Tron:Dziedzictwo trzyma się trącących myszką pomysłów z oryginału. Udziwniony sposób dostania się do wnętrza jakiegoś abstrakcyjnej, niby komputerowej rzeczywistości wzbudzał we mnie znudzenie podszyte lekką irytacją. Świat ten dodatkowo nie jest związany z żadną konkretną maszyną ani też z siecią internetową. Walki gladiatorów, wprawdzie spektakularne i pięknie stworzone przy pomocy efektów specjalnych, nie są w żaden sposób uzasadnione w sequelu, przez co szybko stają się nużące. Cele Clu 2.0, głównego antagonisty, są teoretycznie proste. Pragnie on  skrajnego porządku i harmonii, ale jego działania, nawet gdy odnosi sukcesy, nie mają założeń czy skutków, które prowadziłyby w jakiś mniej lub bardziej oczywisty sposób do zrealizowania tych dążeń. Obiecujący wątek nowych istot powstałych samoistnie w tamtym komputerowym świecie poprowadzono w sposób przedramatyzowany i nielogiczny. Wszystko to powoduje, że przez dwie godziny w widzu narasta zniechęcenie, którego nie ogranicza świetnie dobrana muzyka, ani efektowne i estetycznie zgrane kostiumy i scenografia.

Nie miałam wygórowanych wymagań wobec tego filmu – oryginał nigdy mnie nie zachwycał. Mam jednak dużą słabość do gatunku cyber-punk i jemu podobnych, wiec od tego typu filmów, książek i komiksów oczekuję przynajmniej porządnej rozrywki i wartkiej intrygi, jeżeli nie ma szans na lekki mistycyzm, tajemniczość, wątpliwości etyczne, czy grozę zacierania się granicy pomiędzy człowiekiem a maszyną. Niestety Tron:Dziedzictwo nie zapewnił mi nawet tego, brakuje mu wewnętrznie spójnej fabuły i przynajmniej jednej barwnej, niestereotypowej postaci.

Katarzyna Krawczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *