Tomasz Różycki

Na podstawie jakiegoś wyobrażenia można sobie stworzyć konkretną historię, wymyślić cały nowy świat, a później ją zniszczyć, to znaczy pokazać jak ona się nie zrealizowała. Pokazać swoje rozczarowanie.

rozycki2

Tomasz Różycki, urodzony w 1970 r., polski poeta, tłumacz i romanista, który na stałe mieszka w Opolu. Jego poemat „Dwanaście stacji” został nagrodzony prestiżową Nagrodą Kościelskich. Dotąd publikował w licznych czasopismach w Polsce i na świecie, jego wiersze tłumaczy się na wiele języków europejskich. Tom wierszy „Kolonie” autora nominowano do Literackiej Nagrody Nike w 2007 roku. Utwór znalazł się w finałowej siódemce tej nagrody.

Magdalena Pioruńska:    Dlaczego wyraża się pan właśnie w poezji? Skąd wzięło się to zamiłowanie?

Tomasz Różycki: To trudne pytanie, nie do końca wiadomo skąd to się bierze. Można tylko próbować odpowiadać na różne sposoby, jakoś to sobie racjonalizować, ale tak naprawdę nigdy nie wiadomo dlaczego akurat tak. Wydaje mi się, że, pisanie poezji jest po pierwsze dość powszechne, zwłaszcza w pewnym wieku, ponieważ jest to w ogóle łatwo dostępny sposób wyrażania siebie, wyrażania swoich emocji. Kiedy ma się kilkanaście lat, pisze się często wiersze. Potem jedni to zostawiają, albo piszą do szuflady, a nieliczne osoby publikują. To taka fala, która nadchodzi, bo łatwo wziąć kartkę, długopis. Zawsze wszystkim wydaje się, że łatwo przynajmniej zapisać to, co się myśli i to co się czuje. Od tego właśnie droga do literatury, czy jakiejś artystycznej formy – poezji, takiej jaką znamy z książki dosyć daleka, ale powiedzmy, że ten pierwszy krok wydaje się prosty. Można wziąć długopis i coś zapisać. Ja pamiętam, że z kolegą chcieliśmy założyć zespół rockowy i to był fajny pomysł, ale ktoś musiał niestety napisać teksty do piosenki. A ponieważ ja na niczym nie umiałem grać padło, że ja powinienem  razem z nim napisac jakiś tekst i wybraliśmy się gdzieś w plener, żeby coś wymyślić i nam strasznie rzewny i okropny wiersz wyszedł. No i tak to się zaczęło. Potem próbowałem jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz i ciągle mi nie wychodziły takie właśnie niby-piosenki. A tak mi już zostało i w końcu z tych piosenek narodziły się wiersze. Poza tym podobało mi się czasami jak na jakichś konkursach recytatorskich ktoś recytuje i wydawało mi się, że napisać taki wiersz to nic trudnego. Ktoś recytował Herberta i Szymborską, a ja myślałem: „Przecież ja też mogę coś takiego napisać”. Wtedy miałem takie naiwne wrażenie, że poezja jest prosta, i że każdy może to zrobić, więc sam zacząłem w którymś momencie próbować. Ale poza tym wszystkim – bo to są takie anegdoty, kiedy człowiek zaczyna coś robić, czy nie, bardzo często od takich banalnych rzeczy się zaczyna – mnie się wydaje, że jest to forma jakiegoś ukąszenia przez literaturę. Musiało być tak, że ja kiedyś przeczytałem coś takiego, co na mnie zrobiło ogromne wrażenie i nie mogłem sobie z tym poradzić, zaraziłem się. W którymś momencie rzeczywiście było tak, że literatura, zwłaszcza poezja mnie zafascynowały i to na takiej zasadzie jak fascynuje muzyka, czy sztuka.

M.P.: Co pan myśli na temat współczesnej, polskiej poezji? Czy ona się rozwija, upada, ewoluuje?

T.R.: Trzeba popatrzeć na to z dystansu, ja może jestem za bardzo zaangażowany, żebym taki dystans miał. Sam trochę tę poezję robię, więc przydałby się jakiś krytyk, albo ktoś, kto się właśnie tym na uniwersytecie zajmuje i ma jakiąś taką wizję całości i nie jest stronniczy, chociaż mało takich osób jest, ale są. Myślę, że poezja polska jest w dalszym ciągu bardzo interesująca. Mówię to trochę z doświadczeń zagranicznych. Tam gdzie się pojawiałem za granicą, okazywało się, że jednak poezja polska ku mojemu zaskoczeniu ma ogromny kredyt zaufania. Jest uznawana za jedną z najlepszych o ile nie najlepszą na świecie. Np.  w Stanach Zjednoczonych organizują się spontanicznie  całe pielgrzymki młodych, piszących, którzy chcą wybrać się do Polski, do Krakowa, żeby zobaczyć miasto i miejsca, gdzie Miłosz mieszkał, gdzie Szymborska mieszka, gdzie Adam Zagajewski, Krynicki, itd. Jeżdżą śladami Herberta, który jest ogromnym punktem odniesienia dla całej poezji amerykańskiej i nie tylko amerykańskiej, również anglosaskiej, niemieckiej. W Niemczech także polska poezja jest bardzo ceniona, chociaż tam bardziej popularna jest jednak proza. Pewnie trochę inaczej jest odbierana poezja w Stanach Zjednoczonych, niż w Europie. Podobnie w Hiszpanii bardzo ceni się osiągnięcia polskiej poezji. Niewątpliwie jest w niej wielka siła, dzięki temu co się pojawiło w Polsce po drugiej wojnie światowej i było  reprezentowane właśnie przez takie osoby, jak Miłosz, Herbert, Szymborska, Świrszczyńska, która była bardzo popularna w Stanach za sprawą Miłosza, czy w tej chwili Adam Zagajewski, Julia Hartwig, Krynicki. Te osoby współtworzą, to co się nazywa polską  szkołą poezji, która jest w pewnym sensie świadkiem czasów i jest odpowiedzią jednostki na historię. Jest pewnym świadectwem tego, co się wydarzyło w tej części Europy,  świadectwem wyraźnej indywidualności ludzkiej, która została zachowana przez poezję. Stała na straży indywidualności wobec masy.

Co się zaś tyczy poezji współczesnej można powiedzieć, że w Polsce istnieją konkretne ruchy, czy też pewne tendencje zapoczątkowane przez przekłady głównie właśnie idące ze strony Stanów Zjednoczonych, lub z Zachodu w ogóle. Te przekłady Barańczaka i Piotra Sommera sprawiły, że młodsza poezja się zafascynowała Amerykanami i zrobiła coś podobnego, wzorując się na przykład na poezji „Beatników”, czy „O’Harystów” amerykańskich z lat 40’, 50’ i 60’. A potem kolejne fale związane z awangardą europejską, z francuskim Oulipo, które do nas trafia teraz jakąś okrężną drogą, po swoim czyśccu amerykańskim. Mamy więc pokolenie Brulionu, które było zbuntowane na zasadzie opozycji do tej polskiej szkoły poezji, która ma związek z historią i porusza te duże tematy,  egzystencjonalne albo moralne. Ta nowa szkoła była nazywana „Barbarzyńcami”, bo próbowała działać w opozycji, robić coś zupełnie odmiennego. Więc każda akcja powodowała reakcję. Teraz pojawiała się jeszcze jedna fala, bardziej lingwistyczna, są tacy, którzy przyznają się do ponowoczesności, obojętnie, co by to miało znaczyć. Piotr Sommer, Andrzej Sosnowski, poza nim autorzy zgromadzeni wokół „Portu Legnica” i teraz „Portu Wrocław”. Są to bardzo popularne nurty, również opisywane bardzo obszernie przez niemal wszystkie pisma i niemal całą dzisiejszą krytykę, zapewne lepiej i bardziej kompetentnie ode mnie. To się wiąże z przekonaniem, że poezja to jest gra językowa i wiąże się z pojęciem „literatury wyczerpania”, tzn., że wszystko zostało już w literaturze było i nie ma sensu pisać o niczym innym, jak tylko o tym, że o niczym nie ma sensu pisać. Trochę żartuję, ale ta literatura też trochę żartuje. To jest tego typu postmodernizm w literaturze, który zajmuje się bardziej samym aktem pisania, niż jakimkolwiek tematem. Nie opisywanie przygody, ale przygoda opisywania. Są również inni autorzy, którzy nie należą do żadnej z grup, są trochę jakby pomiędzy, albo trochę jakby ponad tymi podziałami i wydaje mi się, że są najciekawszymi przedstawicielami polskiej poezji. Ale jak wspomniałem jestem tutaj stronniczy, bo sam ciągle jestem gdzieś klasyfikowany.

M.P.: Jest pan nie tylko poetą, ale także tłumaczem języka francuskiego. Czy znajomość tego języka i odmiennej kultury pomaga przy tworzeniu poezji? Czy Francja bywa dla pana inspiracją?

T.R.: Na pewno mnie inspiruje samo to, że jestem nauczycielem literatury francuskiej. Czytam książki i mam z nimi cały czas kontakt, również z francuską poezją. Druga rzecz to jest  tłumaczenie. Ta styczność z kulturą francuską przenika do mojego pisania, nie wiem, tylko, jak, może podświadomie pisząc przeciw nim, albo świadomie z nimi, albo odwrotnie. Jestem też świadomy pewnych tendencji czy prądów, które tam kiedyś się zdarzyły i obserwuję teraz w Polsce jak się rozwijają pewne rzeczy będące jakimś tam echem tamtych. Samo tłumaczenie jest dla mnie ćwiczeniem stylistycznym. Oprócz tego, że się wybiera pewnego autora z tego kręgu językowego (bo ja także tłumaczyłem Arabów piszących po francusku) i się to przekłada na polski i próbuje się znaleźć odpowiedniki w języku polskim, to jest to również ćwiczenie stylistyczne. Także wybór tekstu do przekładu nie jest przypadkowy. Tzn. jestem pewien, że wybieram akurat tych autorów i te ich dzieła, które są mi w jakiś sposób bliskie, albo będę w stanie podobną historię powiedzieć po polsku, czy też znajdę podobną formę. Byłem również parę razy we Francji i stąd może duże inspiracje francuskie w mojej poezji, ale byłem i gdzie indziej. Wówczas zdarza się, że się pojawią miejsca, obrazy, wrażenia, czy potrawy z tamtych stron.

M.P.: Co jest jeszcze dla pana inspiracją poza podróżami, czy kulturą francuską? Np. w tomie wierszy „Kolonie” wydanym przez wydawnictwo Znak pojawia się stwierdzenie, że wszystko co nieskazitelne i prawdziwe odnajdujemy jedynie w dzieciństwie.

T.R: „Kolonie” były zainspirowane dzieciństwem. Patrzyłem na swoje dzieci i byłem zaintrygowany. Z tego wizęła się energia poruszajaca ten tom. Pojawiają się tam na przykład książki z dzieciństwa, obrazki z nich wyjęte, które wtedy kiedy miałem 9 lat wydawały mi się egzotyczne: o piratach, czy o jakichś podróżach. Wyobrażałem sobie mnóstwo rzeczy, dzięki nim i dlatego te lektury z lat dziecinnych są dla mnie wielką inspiracją. Na podstawie jakiegoś wyobrażenia można sobie stworzyć konkretną historię, wymyślić cały nowy świat, a później ją zniszczyć, to znaczy pokazać jak ona się nie zrealizowała. Pokazać swoje rozczarowanie.

Tak, dzieciństwo i podróże są na pewno dla mnie inspiracją. Szczególnie odmienna kultura, ale ja jestem z rodziny przesiedlonej po II wojnie światowej i cała ta sprawa jest dla mnie istotna. Moja książka „12 stacji” jest w całości temu poświęcona. Opowiada o świecie, w którym wyrosłem, świecie podwójnym, dziwnym. Moja rodzina nie do końca pogodziła się z tym, że musiała stamtąd wyjechać i zawsze tworzyła obraz fantastycznej krainy, którą się tam zostawiło, gdzie wszystko było takie świetne, idealne, doskonałe. To było dla mnie wielkie wyzwanie: zmierzenie się z idealnym światem, który nie istnieje, który właśnie może być doskonałą pożywką dla pisarza. Istnieje dodatkowo gotowy świat mitów, które są na temat przeszłości, czy na temat tego, co istniało gdzieś daleko i nie można tego w żaden sposób sprawdzić, bo naprawdę go nie ma.

Poza tym wydaje mi się, że w tych moich wierszach jest dużo codzienności. Nie wyjeżdżam na wyspy egzotyczne za każdym razem w swoich wierszach. Nie są one kompletnym oderwaniem od świata, choć niektórzy twierdzą, że to jest kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ja myślę, że zawsze jest taki element przywiązujący te wiersze do rzeczywistości. Nie ma kompletnej fantazji, czy jakiejś takiej kompletnej gry z językiem, czy z obrazami.

M.P.: Pańską poezję charakteryzuje się jako obdarzoną wyostrzonym zmysłem obserwacyjnym, ale też umiłowaniem konkretu. Określa się też pana poetą klasycyzującym. Czy zgadza się pan z tą opinią?

T.R.: To stara historia z tym klasycyzującym, ponieważ przez dłuższy czas bardzo mnie denerwowało, jeśli coś takiego czytałem. Nie miałbym nic przeciwko temu, ale jako główne powody nazywania mnie poetą klasycyzującym, podawane są na przykład używanie przeze mnie jakiejś formy wiersza, albo odwołania do kultury, które można tam znaleźć. Poza tym napisałem jeden tom, który jest złożony z wierszy, które wyglądają, jak sonety  – uznano, że w związku z tym jest to forma klasyczna i jest jasne, że jestem poetą klasycyzującym.
Wydaje mi się jednak, że te rozpoznania są pobieżne, mogę być poetą klasycyzującym, nie mam aż takiego wpływu na to, co myśłą inni. Nie wyrzeknę się ani tematów, ani formy.

M.P.: Czyli nie widzi się pan w roli poety postmodernistycznego?

T.R.: Nie mam pojęcia. Moim zdaniem do tego całego przełomu, który wydarzył się w literaturze i sztuce jest trudno się nie odnieść. Przekroczyło się już pewną rzekę, nie ma powrotu. Chcąc, czy nie chcąc wszyscy jesteśmy postmodernistami i używamy już z inną intencją tych rekwizytów i form, które jak twierdzą gdzieś na uniwersytetach są kompletnie zużyte i nic nie mówią, są puste. Niektórzy je usiłują jednak napełnić jakimś znaczeniem, życiem, krwią. Innym się wydaje, że są tą jakieś fantomy kompletnie martwe. Prawdopodobnie się w tym względzie nie pogodzimy. Ja tego nie uważam za jakieś formy, które się wypełnia i próbuje ożywić, tylko w dalszym ciągu traktuję literaturę nie jako przygodę z językiem, ale jako przygodę z życiem, z doświadczeniem. Dla mnie literatura przede wszystkim wypływa z doświadczenia i z uświadomienia sobie śmiertelności, jak cała sztuka. Bez niego to zaczyna być puste i kompletnie niepotrzebne, albo raczej potrzebne jako testy, które się wykonuje, żeby sprawdzić co jest prawdziwe, a co nie jest. Najpierw się buduje jakiś model samolotu i się go wysyła, żeby sprawdzić, czy on gdzieś doleci, czy nie, ale potem się buduje prawdziwy samolot i wsiadają do niego prawdziwi ludzie i lecą tą samą trasą. Gry i zabawy to jest taki model samolotu, który się gdzieś wysyła, żeby przetestować trasę, czy możliwości techniczne. Literatura to jest jednak coś całkiem innego.

M.P.:   Jest pan laureatem prestiżowej Nagrody Kościelskich właśnie za poemat „12 stacji”, otrzymał też pan nominację do Nagrody Nike za tom „Kolonie”. Jak się pan czuje będąc tak wyróżnionym i docenionym? Czy to motywuje pana do pracy?

T.R.: Z Nagrody Kościelskich jestem bardzo dumny i sprawia mi ogromną radość. Czuję się zobligowany do tego, że nie mogę osiąść na laurach. To znaczy, że muszę jednak napisać coś jeszcze ciekawszego i coś jeszcze bardziej wymagającego dla mnie samego. Nie chodzi o to, żeby zdobyć kolejną nagrodę, bo nie to jest celem pisania, ale raczej żeby podwyższyć standard swojego pisania. Jakby się tak zdarzyło, że nie będzie żadnej innej nagrody, to ja już swoją nagrodę dostałem. Natomiast za każdym razem będę się starał napisać dobrą książkę. Co najmniej tak dobrą, jak poprzednie.

M.P.:   Jakie ma pan dalsze plany wydawnicze? Czy pisze pan coś nowego, niezwiązanego z pana poprzednią twórczością?

T.R.: Pisze się często jedną i tę samą książkę na różne sposoby. Teraz piszę prozę – jest to historia od początku do końca zmyślona, w której pojawiają się elementy prawdziwe, takie jak powódź, ale w kontekście fantastycznym, fikcyjnym.

Z Tomaszem Różyckim rozmawiała Magdalena Pioruńska

Zdjęcie autorstwa Howarda Romero

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *