Zabiłem moją matkę – Ja, mnie, moje i jeszcze ja…

xawierHubert jest zagubionym nastolatkiem z rozbitej rodziny. Jego relacje z matką, z którą mieszka, można bez wątpienia określić mianem patologicznych. Potrafią całymi dniami drzeć koty, by nagle się pogodzić i okazywać sobie ciepłe uczucia, zahaczające nawet o czułość. Jednak w pewnym momencie matka ma dosyć i wysyła Huberta do szkoły z internatem, co tylko wpływa na pogorszenie się ich relacje.

Xavier Dolan miał dwadzieścia lat, gdy napisał i nakręcił ten podobno częściowo autobiograficzny film. Odniosłam wrażenie, że chyba za mało czasu upłynęło i reżyser nie zdążył nabrać dystansu do własnych nastoletnich rozterek.

Obraz jest do bólu realistyczny – nastolatki potrafią być tak bardzo skrajne w swoich zachowaniach i poglądach, jak główny bohater, zaś jego matka przejawia  autentyczną, prymitywną małomiasteczkowość: zarówno w swojej mentalności, jak i w samotności. W moim odczuciu tylko to podziałało na niekorzyść filmu. Obie postacie irytowały mnie – w ich najlepszych momentach, lub powodowały obrzydzenie – w najgorszych. Dwoje skrajnych egoistów, okopanych na pozycjach w konflikcie tak starym i głębokim, że aż nie dającym się załagodzić w żaden sposób. Zresztą oboje, pozbawieni nawet odrobiny empatii, nie mieli najmniejszej ochoty szukać jakiegoś rozwiązania tej sytuacji. Masochistycznie odurzali się własnym cierpieniem. Te dwie, jedyne dokładnie zarysowane postacie były w moim odczuciu nie do polubienia, a pozostałe zepchnięto na margines. Nie należę do grona osób, które dla ciekawej postaci są w stanie przełknąć dowolną szmirę. Zazwyczaj dużo bardziej zwracam uwagę na dobrze utkaną fabułę. Jednak brak ciekawych postaci nawet mi trudno ścierpieć, szczególnie gdy historia z uporem wałkuje jeden przygnębiający schemat.

Osoby dopuszczające się przemocy fizycznej budzą ogólną niechęć i zgorszenie. We mnie osobiście sprawcy przemocy psychicznej wywołują chyba jeszcze większą odrazę, gdyż ich działania zazwyczaj pozostawiają dużo głębsze rany, które są dodatkowo ukryte, bagatelizowane i  nieleczone, więc jątrzą się do końca życia. Dlatego trudno mi było przejmować się problemami bohaterów, gdy tak namiętnie upajali się zadawaniem sobie nawzajem bólu. W moim odczuciu każda kolejna zamiana jednej skrajności w drugą, coraz bardziej alienowała postacie od widza. Efekt ten był potęgowany sprytnie dobranymi, klaustrofobicznymi ujęciami i monotonnym montażem.

Wszystkie pozostałe wątki zostały potraktowane po macoszemu, co jednak ma małe znaczenie, gdyż i tak były zbędne. Stanowiły dosyć chaotyczne przerywniki pomiędzy kolejnymi awanturami lub przymilaniem się Huberta do matki, gdy czegoś od niej chciał.

Ponieważ pojawia się to w każdym opisie i recenzji tego filmu to również o tym wspomnę, a mianowicie Hubert jest gejem. Za żadne skarby nie mogę zrozumieć, czemu każdy poświęca temu faktowi uwagę, gdyż nie ma to najmniejszego związku z niczym. Takie relacje z matką mógłby mieć każdy, niezależnie od płci czy orientacji seksualnej. Zresztą ten homoseksualizm był pokazany dość groteskowo. Przez długi czas zastanawiałam się kim jest ten drugi chłopak, kolegą z klasy czy może sekretną miłością Huberta? Natura ich relacji musiała zostać dokładnie nazwana przez jedną z pobocznych postaci, gdyż Hubert i jego chłopak praktycznie nie okazują sobie żadnej czułości, więcej erotyzmu mają w sobie niektóre sceny bohatera z matką lub młodą nauczycielką. Aż tu nagle w drugiej połowie filmu następuje scena seksu – muszę przyznać, że zaczęłam się wtedy śmiać. Sceny łóżkowe kompletnie wyrwane z kontekstu często tak na mnie działają.

Wiem, że ten film wzbudza w wielu osobach zachwyt swoją bolesną szczerością, to niezaprzeczalny fakt, oraz dojrzałością. Ten drugi epitet szczerze mnie konfunduje. Dwoje głównych bohaterów jest tak skupionych na sobie jakby nigdy nie opuścili fazy wczesnego dzieciństwa. A Hubert cały czas, podczas swoich monologów w łazience, próbuje wzbudzić jakieś zrozumienie w widzu: „spójrz na mnie, jestem idealny, niezrozumiany, niewinny, pokrzywdzony…bla, bla, bla, egzystencjalny bełkot, ja, ja, ja … jestem narcyzem, inni nie istnieją.” Gdyby nie te próby przekonania widza, kto jest bardziej pokrzywdzony w tej relacji, być może przymiotnik „dojrzały” nie budził by mojego sprzeciwu.

Podsumowując: jakoś nie potrafię się przejąć losem aż tak skrajnych egocentryków. Po prostu zbyt wielu mniejszych lub większych egoistów spotkałam w życiu, a skutki ich zachowania odczułam na własnej skórze.

Katarzyna Krawczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *