Jezioro Eno

W powietrzu unosiła się gęsta para.
Przez jej delikatną zasłonę Eblis ledwo dostrzegał zarysy pobliskich głazów i pęki pierzastych liści pelli. Te specyficzne paprocie porastały brzegi bogatych w minerały wód geotermalnych, położonych na skraju potężnego Jeziora Eno. Jedną z wielu wizytówek artystycznej prowincji Urizen był właśnie wilgotny, ciepły klimat oraz obecność czynnych wulkanów, gorących źródeł i gejzerów.

Głębiej zanurzył się w wodzie, pozwalając by sięgnęła mu ramion. Bell usadowił się dokładnie naprzeciwko niego. Mokre od pary włosy przyklejały mu się do twarzy. Opierał się o spory kamień, swobodnie wystawiając łokcie znad powierzchni wody. Lekko odchylił głowę do tyłu, z zadowoleniem przymykając oczy. Eblis siedział tak blisko niego, że dostrzegł nawet kropelki potu, spływające mu ze skroni na policzki i, że nieco rozchylił usta jak zwykle, gdy bez reszty oddawał się przyjemności.

Hrabia nie miał ochoty na kąpiele. Relaks w gorących wodach był ostatnią rzeczą, jaka przychodziła mu do głowy, w obliczu zbliżającej się wizyty emanacyjnego marszałka Zophiela. Udawane opanowanie Belzebuba wprowadzało go w szczerą konsternację. Znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jest zdenerwowany i skupiony na swoim celu każdym milimetrem umysłu. Tymczasem zamiast zastanawiać się nad prawidłowym rozegraniem partii z aniołami, zaproponował Eblisowi krótką przejażdżkę po Ratio, która w końcu przeciągnęła się do kilku godzinnej eskapady.

Na początku hrabia myślał, że Bell zamierza na osobności udzielić mu ostatnich instrukcji w związku z przyjazdem Zophiela, ale przyjaciel ani jednym słowem nie wspomniał o anielskim gościu. Ich rozmowy dotyczyły zupełnie teraz nieistotnych spraw. Belzebub wypytał go o postępy w renowacji kanałów i budowie nowego teatru, doradził kilka rozwiązań w lokalnych sporach, aż w końcu kompletnie zmienił temat ze swoim dawnym, prawie Eblisowi zapomnianym zapałem, opowiadając o książce, którą ostatnio pożyczył od Minevry. Hrabia wykazał miłe zdumienie, że Bell znowu przyjaźni się z ciotką, a potem aż się popłakał ze śmiechu, bo margrabia z nadąsaną miną wspomniał, że został do tego zmuszony. Podobno Minevra w akcie ostatecznej desperacji zaproponowała mu sex!
Tak się zagadali, że Eblis nawet nie zauważył, kiedy dotarli na peryferie miasta do jego sławnych winnic, gdzie wytwarzano wino z kwiatów wallissi. Belzebub opowiedział mu wtedy o planie omotania Azazela przez tharmasiańską awanturnicę Stellę. Eblisowi niezbyt się ten pomysł spodobał, więc ograniczył się tylko do żartobliwego wytknięcia przyjacielowi, że popada w obsesję na punkcie markiza Urthony i wobec tego może sam powinien zająć się jego podstępnym uwiedzeniem? Belzebub z przekąsem odparł, że nie przepada za typem urody Azazela, jak również nie sądzi, żeby on trafiał w gusta ponurego markiza. Zna za to kogoś, w czyje gusta trafia w stu procentach… Eblis zbył go śmiechem, doskonale zdając sobie sprawę, że to właśnie jego ma na myśli, na co margrabia jedynie uśmiechnął się swoim nieco ironicznym, enigmatycznym uśmiechem i poprosił, żeby udali się jeszcze nad jezioro, skoro i tak znajdują się w jego okolicy.

Przy ciepłych źródłach hrabia ponownie uświadomił sobie, jak wielką namiętność budzi w nim ten przemądrzały Tharmasianin, choć od momentu ich pierwszego spotkania na dworze margrabiego Forella w Aragossie minęło już wiele, bezpowrotnie dla nich straconych lat…
Bell po prostu zsiadł z konia i zaczął się rozbierać. Eblis zamarł bez ruchu, jak zahipnotyzowany rozpalonym wzrokiem śledząc ruch jego dłoni. Belzebub po kolei zdejmował grafitową, podróżną pelerynę, czarno- złoty surdut, granatową kamizelkę, cienką batystową koszulę i w końcu długie buty, przy cholewach zdobione delikatną koronką. Hrabia zreflektował się dopiero, gdy Bell rozpiął pasek od spodni. Zeskoczył z konia, by go powstrzymać, ale w tym czasie margrabia zdążył opuścić spodnie.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
Figlarne błyski w oczach Belzebuba prawie zmusiły go do zrobienia największego głupstwa w swoim życiu. Z trudem się jednak powstrzymał i zamiast porwać go w ramiona, wetknął dłonie do kieszeni spodni, czego właściwie nigdy nie robił, uważając ten gest za arogancki. Margrabia skwitował jego zachowanie pogardliwym prychnięciem. Przysiadł na pobliskim głazie i do końca pozbył się spodni. Nie oglądając się na niego, wszedł do wody. Zanurzył się w niej i dopiero wtedy zapraszająco skinął na Eblisa, by towarzyszył mu w kąpieli.

A on oczywiście, jak ostatni idiota pospieszył jego śladem! Nigdy nie potrafił oprzeć się Bellowi. Czasami wydawało mu się nawet, że to jego największa słabość. Również dlatego zgodził się, by wyznaczyć Ratio na miejsce spotkania margrabiego z marszałkiem Zophielem. Teraz, zagłębiony w ciepłej wodzie, przypatrując się urodziwej twarzy przyjaciela i wyrzucając sobie lekkomyślność oraz folgowanie przebrzmiałym uczuciom, zaczynał żałować swojej decyzji. Intuicja podpowiadała mu, żeby jak najdalej trzymać się od aniołów, a już szczególnie od czołowych postaci emanacyjnej polityki. Ambitny Zophiel napawał go właściwie bezpodstawną niechęcią. Godnie zachował się wobec jego żony, przyjął ją gościnnie i ani jednym uwłaczającym słowem nie skomentował skandalu z jej kąpielą w morzu Udan- Adan. Mimo to Eblis był zniesmaczony tą sytuacją i pierwszy raz w życiu przyznał rację zjadliwemu komentarzowi Bella pod adresem Lamii. Bo w końcu skąd Zophiel miał wiedzieć, że akurat w momencie jego powrotu do Enionu, piękna księżna Luvah urządzi sobie „morskie igraszki”, jak to kpiąco ujął Belzebub? Jedna namiętna noc wystarczyła, żeby hrabia wybaczył żonie tą dość nietypową misję dyplomatyczną. Zwłaszcza, że zakończyła się całkowitym sukcesem.
Jednakże mimowolnego przewinienia Zophiela nie dało się niczym zmazać. Nic nie mógł poradzić, że bywał zazdrosny o Lamię. Niepokoił się również, że w Emanacji spotkało ją coś nieprzyjemnego. Wróciła stamtąd dziwnie przygaszona. Zdarzało jej się popadać w długie chwile melancholii, jak wtedy, gdy opuściła Luvah, by zostać jego żoną i na zawsze osiedlić się w Urizen. Wówczas tłumaczyła mu, że to przejaw jej tęsknoty za domem i splendorem, którego doświadczała jako samodzielna władczyni. Potem uśmiechała się czarująco, widząc jak bardzo go zmartwiła i całowała zapewniając, że życie przy jego boku w Ratio uszczęśliwia ją bardziej, niż luvahański przepych i wszyscy mężczyźni niegdyś tłumnie odwiedzający jej sypialnię.
Tym razem za powód swojego rozstrojenia podała sprzeczkę z Pistis Sophią – choleryczną żoną Zophiela. Niezbyt jasno określiła przy tym jej powód. Eblis zrozumiał tylko, że Lamia uważa swoją lekarkę za wroga i nigdy więcej nie zamierza być jej pacjentką. Nie zmieniła zdania nawet, gdy hrabia przypomniał, że to Sophia pomogła jej wrócić do pełni sił po ciężkim porodzie Cherry i przyjmowała ją przez tak długi czas, nie zważając na fakt, że jest demonicą.

Jego rozmyślania przerwało przeszywające spojrzenie Belzebuba, który wyprostował się i odgarnął potarganą grzywkę z czoła. Hrabia uśmiechnął się do niego i mruknął:
-A niech to! Już zamierzałem skorzystać z okazji i dokładniej sprawdzić, czy rzeczywiście trafiasz w moje gusta!
-Zbyt długo się decydowałeś! – frywolnie wzruszył ramionami – Znudziło mi się czekanie…
Eblis westchnął i całkiem zmienił ton.
-Powinniśmy wracać. Jest już bardzo późno. Podejrzewam nawet, że gdyby Zophiel się pospieszył, mógłby już zjawić się w Ratio!
Bell krótką chwilę mierzył go wzrokiem. Nie potrafił rozszyfrować jego wyrazu, co wywołało w nim irytację. Kiedyś poznanie jego prawdziwych emocji nie stanowiło dla niego żadnego problemu!
-Nie znoszę, kiedy tak na mnie patrzysz! – zaatakował.
-Jak?
-Tak, że nie wiem o czym myślisz!
Cholerny uśmiech wyższości. Szyderczy i obraźliwy.
-I nie znoszę, kiedy się tak uśmiechasz!
Automatycznie uśmiech zniknął. Zastąpił go grymas niespodziewanego zwątpienia i coś w rodzaju poczucia winy. Prawdziwe emocje. Prawdziwie, lecz mimo to jeszcze bardziej rozzłościły Eblisa. Dlaczego Belzebub miałby się czuć winny?
-Chyba wolałem twój paskudny uśmiech. Przynajmniej był bardziej zrozumiały!
-Boisz się, że Lamia będzie musiała sama powitać Zophiela? – odparł, trafiając w samo sedno sprawy.
-Może być niebezpieczny! – bronił się hrabia.
-Gdyby Zophiel chciał skrzywdzić Lamię zrobiłby to w Emanacji. Miał tam ku temu o wiele dogodniejsze okazje!
Ukryty podtekst w wypowiedzi Bella był aż nazbyt dobrze słyszalny. Eblis dokładnie studiował blade oblicze przyjaciela aż spłynęło na niego oświecenie.
-Aha! Drogi Bell czuje się winny, że wysłał Lamię do Emanacji, bo dał mi tym niespodziewany powód do zazdrości i teraz próbuje odwrócić od tego moją uwagę robiąc pokazowy striptiz przy gorącym źródle!
-Raczej chciałem ci udowodnić, że wciąż „trafiam w twoje gusta”… – Belzebub uśmiechnął się kącikami ust, ale szybko to szczątkowe rozbawienie zniknęło z jego twarzy – A czy masz powód do zazdrości? Zastanów się nad tym, Eblisie. Nie lekceważ kaprysów swojej żony. Niegdyś każdy napotkany przez nią mężczyzna jadł jej z ręki…
-Wiesz co? Wybaczę ci twoje małostkowe aluzje na temat mojej ukochanej, jeśli jeszcze raz zrobisz przede mną striptiz! Właściwie wystarczy mi, że wyjdziesz teraz z wody i przespacerujesz się do swoich ubrań!
-Starzejesz się! – odciął się obrażony Bell – Twoje wymagania są coraz skromniejsze! A ponieważ masz „ukochaną” nie wypada, byś ścigał mnie pożądliwym wzrokiem! Ty pierwszy przespacerujesz się w stronę ubrań!
Zakłopotany hrabia podrapał się w czoło.
-Aż tak widać, że jest pożądliwy?
-Cholernie.
-Więc może to Lamia powinna być zazdrosna o mnie?
-Ty byś jej nie zdradził, choćbym się na ciebie rzucił, zawodząc jak bardzo cię pragnę i usycham z miłości! – margrabia wreszcie pozwolił sobie na szeroki uśmiech.
-Mógłbyś to zrobić?!
-Przecież żartuję!
-Ale mógłbyś?
-Eblis, do cholery!
-Wiesz, mam bardzo bujną wyobraźnię!
***
To była długa i żmudna podróż. Skórzany strój Donkuela zdążył pokryć się kurzem. Bolał go kręgosłup od sztywnego siedzenia w siodle, a towarzystwo ponuro milczącego Zophiela wprowadzało go jedynie w stan głębokiego rozdrażnienia. Marzył, by jak najszybciej wrócić do Enionu, do ciepłego morza, słońca i przyjaciół z jego oddziału.
Pierwszy dzień eskapady spędzili na statku, płynąć z Enionu w głąb Ulro do Doliny Har, gdzie mieściła się ambasada Emanacji. Marszałek musiał wypożyczyć statek z załogą od barona Uriela. Szczerze powiedziawszy Donkuel nie przepadał za Urielem i uważał go za złośliwego dziwaka, ale gdy na pożegnanie zażyczył im udanego rejsu i spotkania ciemnoskórych syren na otwartym morzu, nie powstrzymał śmiechu. Zophiel nie omieszkał go za to skarcić kilkoma ostrymi słowami. Ich urągliwe brzmienie wciąż powracało do niego podczas dwóch dni drogi do rezydencji strażniczki Abaddon.
Kiedyś nigdy nie reagował w ten sposób. Kiedyś nigdy nie odczuwał tak gwałtownego, wewnętrznego sprzeciwu wobec protekcjonalnego zachowania marszałka. Bo i kiedyś Zophiel nie był dla niego aż tak surowy. Odkąd z przestraszonego chłopca bez imienia przeistoczył się w pewnego siebie lidera szpiegowskiego oddziału, marszałek bez przerwy publicznie go upokarzał. Każda jego złośliwość, każdy uwłaczający komentarz paliły go żywym ogniem w sercu powoli, lecz sukcesywnie zamieniając miłość, jaką do niego żywił w zgorzkniałą nienawiść. Tak ją właśnie nazywał w myśli. Zgorzkniała. Zgorzkniała, bo paraliżowała go od środka, ściskała gardło, kiedy próbował swobodniej oddychać… Była wszechobecna i dominująca, a jednak starał się robić wszystko, żeby ją zwalczyć.

Zaciągnął dozgonny dług wdzięczności u bezwzględnego marszałka Emanacji i jego równie bezwzględnej żony i wydawało mu się, że już dawno temu pogodził się z ich okrucieństwem. Kiedy był dzieckiem, bał się ich w taki sam sposób. Zaliczali się do najwyższej, anielskiej arystokracji, piastowali ważne stanowiska państwowe i bez skrępowania, ani tym bardziej zastanowienia okazywali swoją przewagę, swoją litościwą łaskę tym biednym odszczepieńcom, dzieciom z grzesznych związków niepokornych aniołów. Owszem, dawali im schronienie, ale w zamian odbierali wolność. Odkąd D trafił pod ich opiekę, bez przerwy doświadczał uczucia utraty pełnej suwerenności. Brzydził się ich. Kilka razy nawet próbował uciec z Enionu przekonany, że śmierć z rąk fanatyków była lepszym wyjściem, niż dożywotnia niewola u Zophiela i Pistis Sophii. Pewnie dlatego zwrócili na niego uwagę. Bo był inny. Potrafił myśleć i wyciągać wnioski, do których żaden z jego towarzyszy nigdy by nie doszedł. I ta blizna…
Skrzywdzony, uparty chłopiec najwyraźniej całkiem bystry i świadomy swojej wartości. Idealny materiał na adoptowanego syna. Idealny propagandowo. Oczywiście, z tego Donkuel także zdawał sobie sprawę. Ale musiał być lojalny. Chciał być im lojalny… Za te wszystkie noce, spędzone przez Sophię przy jego łóżku, kiedy bał się spać nękany koszmarami pełnymi krzyku, krwi i ognia, w którym spłonęli jego prawdziwi rodzice. Za całą energię i czas, który poświęcił mu Zophiel, ucząc go najtrudniejszych sztuk walki i skutecznego korzystania z broni. Za całe okazane dobro…
Czasami nawet pozwalali mu czuć się, jakby był im równy. Ale tylko czasami. Mógł to wytrzymać, dopóki Zophiel nie zaczął mu przypominać kim tak naprawdę jest. Propagandowym pupilkiem. Fasadowym przywódcą szpiegowskiego oddziału praktycznie pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia…
Gryzł się z tymi myślami nawet, gdy dotarli do Abaddon. Strażniczka wymiarów, zwana Aniołem Przepaści mieszkała dokładnie na granicy światów, oddzielającej Emanację od Zoa. Wzbudzała ogólny strach. Była bowiem starsza od aniołów i demonów, a co więcej pełniła także funkcję śmierci. Podobno Bóg podarował jej pęk kluczy do magicznych przejść prowadzących do najważniejszych miejsc w obu krainach. Nie wszystkim Abaddon udostępniała ten rodzaj podróżowania, ale Zophiel wiózł ze sobą pozwolenie od samej palatyn.
Mimo wszystko Donkuela zdumiało niespodziewane poparcie Cassielle dla spotkania marszałka z margrabią Belzebubem. Na tyle poznał już emanacyjną politykę, aby zdawać sobie sprawę, że nie było takiej rzeczy, do której Zophiel nie przekonałby Cassielle. Powierzyła mu pełnię władzy i marszałek bez wątpienia potrafił z niej korzystać! Jednakże wydawało mu się, że w tak poważnej kwestii, władczyni wykaże więcej samodzielności i szybko zdementuje rozsiewane przez Zophiela plotki o planowanym spotkaniu z demonami, a może nawet ukaże go za niesubordynację. Przynajmniej tak zrobiłby D, gdyby był palatynem Emanacji.

Nie spodziewał się także, że przerażająca Abaddon będzie drobną kobietką z burzą rudych loków i dużymi, błękitnymi oczami najbardziej odznaczającymi się z jej małej twarzy. Nie poświęciła mu tak wnikliwej uwagi, jak on jej, ale przelotne, nieprzeniknione spojrzenie i szyderczy uśmiech, którymi go obdarzyła, wywołały mimowolny dreszcz na jego plecach. Rzeczywiście miała w sobie coś przerażającego.
Zophiel próbował prowadzić z nią uprzejmą rozmowę, ale zbyła go kilkoma, mrukliwymi odpowiedziami. Raz nawet głośno się z niego roześmiała. W końcu marszałek umilkł wyraźnie zniesmaczony i urażony jej protekcjonalnym zachowaniem. Dopiero wtedy Abaddon bez słowa podała mu klucze do Ratio, stolicy piekielnej prowincji Urizen, gdzie umówili się na spotkanie z Belzebubem oraz klucze do Ulro, których mieli użyć w drodze powrotnej. Nim razem ze swoimi wierzchowcami zniknęli w przejściu międzywymiarowym, Abaddon zażyczyła im udanej wizyty w Zoa, po czym znienacka dodała, że jeszcze nikt jej tak bardzo nie znudził!
-I vice verso! – odpowiedział prawie machinalnie, ze zrezygnowaniem przyglądając się, jak rysy twarzy strażniczki wykrzywia grymas złości.
„Kiedy wreszcie odetniesz sobie język, Donkuelu?” – pomyślał, zerkając na odprężonego przełożonego.
Zophiel był podejrzanie spokojny, a może tylko tak dobrze udawał opanowanie. Uśmiechnął się z satysfakcją i poklepał D po ramieniu.
-Czasami się przydajesz, mój drogi wilczku! – skomentował.
-O, tak. Czasami się przydaję. A potem się o tym zapomina!
W odpowiedzi marszałek posłał mu rozbawione spojrzenie, najwyraźniej nie czując się zobligowany do podjęcia dyskusji. Szkoda. D naszła ogromna ochota, żeby mu wszystko wygarnąć. Przez chwilę trwania międzywymiarowej podróży starał się ją w sobie zwalczyć i wcale mu się to nie udało. Na szczęście dla nich obu portal się zamknął, wyrzucając ich na zatłoczoną ulicę.
Pierwsze wrażenie było piorunujące.

Donkuela poraziła kakofonia dźwięków, mnogość barw i ciepłe powietrze, które lekko trącało jego włosy monsunowym wiatrem. Przypadkowi przechodnie otoczyli ich szerokim kołem, podziwiając skrzydła pegazów i pokazując ich sobie palcami. Gwar przybrał na sile, kiedy jeden z gapiów podsunął reszcie, że muszą być cudzoziemcami z jakiejś odległej prowincji Zoa, albo nawet z samej Emanacji! Po prostu w Zoa nie było jasnowłosych mężczyzn, takich jak Zophiel…
D powiódł wzrokiem po różnokolorowych, niejednorodnych szatach demonów, a potem lepiej przyjrzał się ich fryzurom. Ani jeden warkocz, ani jeden kucyk, czy bujna grzywa nie miały nawet jednego blond pasemka! Otaczał ich pierścień brunetów i rudzielców. Również demonice wpisywały się w ten ogólny kanon, ale to akurat szczególnie D nie przeszkadzało. Spodobał mu się typ urody tutejszych kobiet i ich odważne suknie, których na pewno nigdy nie ubrałabym żadna szanująca się anielica. Nawet Sophia.
Zophiel zsiadł z konia i gestem nakazał mu zrobić to samo.
-Dobrzy mieszkańcy Ratio! – odezwał się swoim donośnym, dźwięcznym głosem; dotarł nim do wszystkich spiczastych uszu zgromadzonych – Jesteśmy gośćmi hrabiego Urizen i…
Chwila ciszy zamieniła się w kolejny wybuch wrzawy.
-Panowie do naszego hrabiego?! Witamy!!! – krzyknął ktoś.
-Prowadźcie ich do pałacu! – zawtórował mu chór głosów.
Nim zdezorientowany Donkuel zrozumiał co się dzieje, tłum zaczął ciągnąć ich ze sobą w stronę okazałego, prostokątnego placu, gdzie jak się później okazało znajdował się pałac Eblisa. Obaj byli równie zdumieni ciepłym powitaniem, jakie zgotowało im Ratio. D przypomniał sobie w jak niegościnny sposób anioły potraktowały Lamię w Emanacji… To przecież oni nazywali się wybrańcami Boga, wielbiącymi jego mądre prawa! Demony były natomiast przeklętymi bluźniercami, wątpiącymi w istnienie jakiejkolwiek siły kierującej ich życiem. Drwili z boskich zasad i tworzyli swoje własne, stając się przez to naturalnymi wrogami świętoszkowatych sąsiadów z góry. Jednakże w obliczu kurtuazyjnego spotkania obu ras, to właśnie przeklęci bluźniercy potrafili zdobyć się na dobre maniery. Donkuel postanowił zapamiętać sobie tę refleksję.
Zaciekawiło go także, co o zachowaniu demonów Eblisa myśli Zophiel. Wolał go jednak o to nie pytać. Sądząc po jego zasępionej minie właśnie formułował w głowie zgrabne usprawiedliwienia dla anielskiej arogancji. D z przekąsem stwierdził, że chyba mylą mu się strony i przejawia nadmierną tolerancję w ilości, jaka zdecydowanie nie przypada na przeciętnego mieszkańca Emanacji!

Przeciętny mieszkaniec Emanacji nie miałby bowiem aż tak otwartego umysłu, ani nie skorzystałby z okazji, żeby eskortować pewną ciemnoskórą, zoańską arystokratkę do Enionu… Owa ciemnoskóra, zoańska arystokratka okazała się potem najbardziej intrygującą kobietą, jaką w życiu poznał, a co więcej właśnie czekała na nich na początku hallu kolumnowego, prowadzącego do pałacowego wejścia.
Najpierw widział ją tylko jako rozmazaną, czekoladowo- turkusową plamę. W miarę jak się zbliżali dostrzegł, że turkus jest barwą wyzywającej sukni księżnej przy rozciętych rękawach, zdobionej kremowymi wykończeniami. Jej głęboki dekolt obszyto perłami, które także migotały w uszach demonicy, idealnie odznaczając się na tle jej czarnych, bujnych włosów.
Zaczekała aż tłum pozwoli zbliżyć się do niej anielskim gościom i dopiero wtedy wyszła im na spotkanie. Zophiel wyprzedził D o krok. Pierwszy ujął dłoń Lamii i złożył na niej pocałunek. Wyglądał niezwykle przystojnie w formalnej, anielskiej tunice. Jej spodnia warstwa była szara, a górna ciemnoniebieska. Spinał ją szeroki, żołnierski pas z grawerowanego złota, do którego Zophiel przypiął swoją broń, a na plecy zarzucił ciemnofioletową, upinaną pelerynę.
Porównując się z nim, Donkuel boleśniej uświadomił sobie, że jego ulubione, skórzane spodnie są naprawdę znoszone, a rękaw od ciemnego płaszcza już dawno zaczął się pruć i prawdziwym cudem jeszcze trzyma się w całości! To go zezłościło. Jak również świadomość, że nagle przeszkadza mu wygląd jego ubrania. Nigdy wcześniej nie zwracał na to większej uwagi! Czyżby aż tak zależało mu na pozytywnej ocenie tych roześmianych, piwnych oczu zamkniętych w poważnej, ciemnej twarzy najpiękniejszej kobiety w Zoa? Absurd!
Nie spodziewał się, że do niego Lamia także wyciągnie rękę. W kącikach jej ust błądził figlarny uśmiech. Nie zamierzał jej rozczarować. Uścisnął jej rękę po męsku – krótko i stanowczo. Miała ciepłą, delikatną skórę i w tym ułamku sekundy przypomniał ją sobie nagą podczas kąpieli w Udan- Adan. Zaschło mu w gardle.
-Pan zawsze musi się wyróżniać, panie D! – powiedziała, cicho się śmiejąc.
-Nie bardziej od pani. – odparł ze swoim wilczym uśmiechem.
Powinna się obrazić, ale chyba już na tyle rozumiała jego poczucie humoru, żeby znowu zareagować śmiechem.
-Panowie, zapraszam was do pałacu mojego męża! Wybrał się na przejażdżkę z margrabią Belzebubem, ale powinni niedługo wrócić! Do tego czasu ja będę pełnić honory pani domu!
***
Jednak dobrze się stało, że wyjechali!
Całe popołudnie zastanawiała się, co to mogło oznaczać, że akurat dzisiaj Belzebub zapragnął wybrać się na przejażdżkę po okolicy Ratio. Nic nie powiedziała, choć na usta cisnęło jej się pytanie, czy wobec tego spotkanie z Zophielem zostało odwołane? Jedynie uśmiechnęła się pokrzepiająco do męża, z całych sił starając się ignorować zaciekawione, wręcz prowokujące spojrzenie margrabiego. Czuła się, jakby czytał w jej myślach i doskonale wiedział, że odkąd wróciła z Enionu, nie przestawała wspominać marszałka Zophiela i fantazjować o jego sprężystym, posągowym ciele. Pamiętała nawet ostry zarys mięśni jego klatki piersiowej i blady odcień skóry, może nawet jaśniejszy od odcienia skóry Belzebuba. Szalenie ją to podniecało. Lubiła także przyglądać się ciału Eblisa, kiedy zasypiał w jej ramionach po wyczerpującym, miłosnym akcie. Nie był aż tak blady, jak Bell, czy Zophiel, lecz na pewno zdecydowanie mniej opalony, niż ona. To były te nieliczne chwile, kiedy mąż naprawdę budził jej pożądanie.

Po seksie.
Bezbronny i wdzięczny za jej oddanie…
Czasami miała ochotę go wtedy zabić i skrócić jego i swoje cierpienie. I cierpienie Belzebuba… Coraz bardziej dusiła się w tym emocjonalnym trójkącie, zapominając że to ona go zbudowała, całą winę za ten stan rzeczy przenosząc na dwóch mężczyzn, którzy ją zniewoli.
Rozmyślała o tym, wybierając kreację na przyjęcie Zophiela. Nie umiała się zdecydować, czy woli białą, dopasowaną sukienkę z połyskującego atłasu, czy też indygo z wysokim stanem i dekoltem prawie całkowicie obnażającym piersi. Niespodziewanie decyzję pomogła jej podjąć Cherry. Córka podeszła do szafy i wskazała palcem strojną, turkusowo- kremową suknię obszytą perłami. Lamia uśmiechnęła się na jej widok, jakby witała starą znajomą. Nie ubierała tego stroju od chwili ostatniej rozmowy z Belzebubem zaraz przed wzięciem impulsywnego ślubu z hrabią Urizen.
Suknia przypomniała jej o nieprzyjemnych przeżyciach i gorzkich decyzjach, podjętych w imię zemsty na zwodniczym mężczyźnie. Może już czas odrzucić na bok bolesną przeszłość i zapomnieć o starych sentymentach? Może już czas pozwolić, żeby Belzebub zniknął z jej serca, ustępując miejsca komuś godniejszemu kobiecych względów i miłości? Może już czas włożyć oko Oothoon? Tak nazywano jej turkusową suknię jeszcze w czasach, gdy rządziła Luvah.
Jeden z zakochanych w niej muzyków, ujrzał ją kiedyś przystrojoną w turkus i krem tej kreacji na tle błękitnego nieba i wód Zatoki Oothoon. Natchniony urodą księżnej i czarującym widokiem, skomponował nostalgiczną pieśń „Oko Oothoon”. Przez wiele lat cieszyła się wielką popularnością i obowiązkowo śpiewano ją na bankietach w pałacu Lamii, a nawet w Verulam – jaskini hazardu Asmodeusza.
Tak więc ubrała oko Oothoon. Cherry pomogła jej zasznurować z tyłu gorset, ale musiała wejść na krzesło, żeby dorównać jej wzrostem. Potem usiadły razem przy stole i przy pucharach błękitnego soku z okrągłych, soczystych owoców mitisa, karłowatego drzewka, nagminnie hodowanego w uriziańskich ogrodach, wdały się w dyskusję na temat biżuterii. Lamia chciała założyć do sukni komplet z białego złota wysadzany turkusami, ale córka stanowczo uparła się jedynie na długie kolczyki z perłami. Ostatecznie księżna przychyliła się do rady swojej małej stylistki i nie pożałowała tego wyboru.

Kiedy przyjęła Zophiela w hallu kolumnowym, nikt nie potrafił odebrać od niej oczu. Ani towarzyszące marszałkowi demony, ani tym bardziej sam ukontentowany marszałek, ani nawet… D! Właśnie! D! Zupełnie o nim zapomniała! A przecież to jego widok najbardziej ją ucieszył. Przypomniała jej się bowiem ich rozmowa w morzu Udan- Adan. Okrył ją wtedy swoim płaszczem. Tym samym skórzanym płaszczem bez żadnych ozdób, który miał teraz na sobie. Spod niego wystawał mu fragment skórzanej kamizelki krępowanej brązowymi rzemieniami, stójka od prostej, białej koszuli oraz srebrna sprzączka paska, spinającego jego skórzane spodnie.
Księżną szczerze rozbawiło szorstkie powitanie Donkuela, prawie równie mocno, jak szarmancki pocałunek Zophiela złożony na jej dłoni wzniecił jej pożądanie.
Ruszyła przodem, kusząco kołysząc biodrami. W myśli śpiewała refren „Oka Oothoon”:
„Chcę Ciebie, ale ty wciąż wymykasz mi się z rąk. Jesteś tak blisko, a jednak tak daleko…
Jakby dzieliły nas góry i morza!”

O, nie! Tym razem za żadne skarby Lamia nie pozwoli, by następny, interesujący mężczyzna wymknął jej się z rąk!
Przy końcu hallu kolumnowego przystanęła i gestem wskazała Zophielowi rzeźbione, dwuskrzydłowe drzwi pałacu.
-Panie, proszę mi wybaczyć, ale nie zawiadomiłam służby, że już przyjechaliście… A te drzwi są bardzo ciężkie…
Marszałek uśmiechnął się wyrozumiale, zapewne stwierdzając w duchu, że jego drobniutka, nieporadna żonka kopnęłaby te drzwi butem i wprowadziła gości, nie oglądając się za siebie. Lamia miała nadzieję, że ten uśmiech oznacza również, iż zauważył jej klasę i wdzięk, których zdecydowanie Sophii brakuje…
-To będzie dla mnie zaszczyt, pani! – odparł i popchnął drzwi obiema rękami.
Obserwowała ruch mięśni jego ramion i karku. Gęste, jasne włosy gdzieniegdzie splecione w małe warkoczyki zebrał w kitkę na wysokości uszu, dzięki czemu dostrzegła, że postawiony kołnierz od jego tuniki zdobiły złote wzory dopasowane do grawera z jego pasa.
Zophiel przepuścił ją przodem, opierając się plecami o jedno skrzydło drzwi. Kiedy obok niego przechodziła, otarła się biodrem o jego udo. Posłała mu niewinne spojrzenie spod rzęs, z zadowoleniem odnotowując, że nie spodziewał się tego pobieżnego dotyku, a tym bardziej impulsywnej na niego reakcji swojego ciała.
-Ja także skorzystam z twojej niecodziennej uprzejmości, Zophielu! – odezwał się D, psując im tym intymną chwilę.
Przekroczył próg pałacu zaraz po Lamii, posyłając marszałkowi wilczy, ironiczny uśmiech. Księżna była na niego zła, że się wtrącił, ale nie okazała tego, z pozorną obojętnością ruszając jasnym korytarzem. Jego ściany zdobiły błękitno- kremowe wzory. Wyłaniały się z nich gałęzie drzew wallissi, upstrzone mlecznobiałymi, podłużnymi kwiatami. Zmyślny artysta pociągnął ich kontury srebrem, tym zabiegiem sprawiając, że wydawały się wypukłe.
Korytarz wiódł do stylowego przedsionka, gdzie Lamia spotkała dwie służące i nakazała im przygotować posiłek i wino dla gości. Zapewniła przy tym marszałka, że musi spróbować tutejszego wina, choćby nawet było to sprzeczne z anielskimi zasadami.
-Aż tak jest dobre? – zapytał wówczas Zophiel.
-Wyborne! Na pewno przebija wasz nektar!
-Demońskie wino przebija boski nektar? A to ci dopiero rewelacja! – roześmiał się przyjaźnie, a księżna poczuła gorąco na twarzy.

W takich chwilach cieszyła się, że ma ciemną skórę! Anioł nie mógł zauważyć jej rumieńca…
W końcu weszli do przestronnej, prawie pustej sali zaprojektowanej na planie prostokąta. Południową ścianę całkowicie zajmowały duże, nie zasłonięte okna, oprawione w hebanowe framugi. Wolną przestrzeń pod nimi wypełniała prosta, szeroka ława wymoszczona granatowym aksamitem. Eblis zwykł siadywać na niej w wolne popołudnia i rysować na kreślarskim stoliku. W tym czasie Lamia umierała z nudów, albo mu pozując do rysunku, albo sącząc melongę z małej filiżanki skulona w kącie.
„Nie powinno się przeszkadzać artyście!” –  właśnie w ten sposób Belzebub zwykł złośliwie komentował jej rozgoryczenie, że hrabiego aż tak absorbuje rysowanie, a nie jego piękna żona. Wówczas pocieszała się w myśli, że Bella pewnie też irytuje artystyczne zacięcie Eblisa, chociaż nie daje mu tego odczuć.
Przeniosła wzrok na fontannę z ciemnego marmuru, która tętniła w samym centrum pomieszczenia. Składała się z czterech okrągłych poziomów zmniejszających się ku górze. Cherry pochylała się nad najniższym z nich i wrzucała do wody kolorowe kamyczki, obserwując ułożenie żwiru na dnie.
-A oto moja mała dama! – powiedziała Lamia z dumą.
Aniołowie popatrzyli na siebie z konsternacją, najwyraźniej nie bardzo rozumiejąc, co ich urocza przewodniczka ma na myśli. Cherry obróciła głowę w ich stronę i w kilku podskokach znalazła się obok matki. W jej długich, czarnych włosach błyszczała przepaska wysadzana szafirami zatopionymi w srebrze. Blask słońca wpadający do środka przez szerokie okna wydobywał ciemnoniebieskie odcienie z kamieni i rozjaśniał oczy dziewczynki o wyraźnym kolorze indygo. Odziedziczyła je po ojcu, podobnie jak gęste brwi. Nadawały jej obliczu nadmiernej powagi, dlatego Lamia postanowiła, że koniecznie musi nauczyć Cherry je regulować!
-Czyli kto? – zapytał w końcu Zophiel, mierząc dziewczynkę swoim uważnym, onieśmielającym spojrzeniem.
Cherry wcale się tym nie speszyła. Nie odwróciła wzroku. Księżna położyła jej dłoń na ramieniu.
-Czyli moja córeczka!
-Mamo, nie jestem już mała! – zaprotestowała od razu; odkąd zaczęła wkraczać w wiek nastoletni nie tolerowała zdrobnień.
-Ładnie się ukłoń! – upomniała ją matka – To goście taty i Bella.
-Anioły?
-Anioły, ale nasi goście! Marszałek Zophiel i D.
-D? Tak po prostu? – zainteresowała się mała, przenosząc wzrok na ciemnowłosego anioła.
-Tak. – odpowiedział – Ale możesz też nazywać mnie Donkuel.
Uśmiechnął się, tym razem mniej przerażająco i szyderczo, niż zwykle. W jego chłodnych, jasnobłękitnych oczach tańczyły figlarne iskierki. Jakimś sposobem Lamia wiedziała, że D ledwo powstrzymuje się od śmiechu. Zophiel był za to skupiony i nagle zafrasowany.
Cherry uprzejmie dygnęła, unosząc skraj swojej chabrowej sukienki, przy bufiastych rękawach zdobionej bordowymi wstążkami.
-Wicehrabina Urizen- Cherry. Miło mi panów poznać!

Marszałek tylko skinął głową, a D uśmiechnął się szerzej i powiedział:
-Czyli część oficjalną mamy za sobą!
-Właśnie! – podchwyciła Lamia – Proszę usiądźcie na ławie! Zaraz służący przyniosą stół do biesiadowania i obiad! Po tak męczącej podróży na pewno jesteście głodni!
***
Dziewczynka wróciła bawić się kamyczkami. Wrzucała je do fontanny, najwidoczniej próbując zmienić ułożenie grysu na dnie. Zophiel przyglądał się jej zza blatu stołu. Razem z Donkuelem zajęli miejsca na ławie, natomiast księżna usiadła naprzeciwko nich, tyłem do fontanny na dostawionym krześle z czarnego, lakierowanego drewna, które także było wymoszczone granatowym aksamitem.

Marszałek popijał słodkie, uriziańskie wino ze złotego pucharu. Niezbyt mu smakowało. Jego zdaniem było nawet słodsze od boskiego nektaru! Zdecydowanie wolał też pić z enitharmońskiego kryształu. Puchar pozostawiał w ustach metaliczny smak. Gdyby wiedział, że demony nie znają kryształu, podarowałby Lamii w prezencie komplet takich naczyń. W Emanacji ich wytwarzaniem zajmował się Gabriel, młodszy brat milady Koronis, wykazując w tej dziedzinie niebywały talent. Może warto także zareklamować go w Zoa?
Do jego nozdrzy doszedł zapach ostro doprawionego mięsa, zatopionego w brunatnym sosie. Lamia włożyła mu jego solidną porcję na talerz i uparła się, żeby skosztował. Zapytał ją z jakiego zwierzęcia pochodzi. Wymieniona przez nią nazwa „ren” nic mu nie powiedziała, ale jego opis skojarzył mu się z przerośniętym jeleniem.
Anioły nie jadły mięsa, choć nie było takiego zakazu. Tylko niepisany zwyczaj ustanowiony przez emanacyjną arystokrację. Jednakże ostatnio za sprawą zuchwałego, niepokornego Lucyfera zaczęło się to zmieniać. Generał Anielskiej Armii zapoczątkował nową modę, którą powoli przejmowały różne kręgi społeczeństwa. Zophiel miał więc okazję wcześniej próbować dań mięsnych, ale nigdy aż tak ostrych! Jak zauważył cały zoański posiłek głównie składa się z mięsa, aromatycznych sosów oraz niewielkiej ilości egzotycznych warzyw.

Ostatecznie intensywność serwowanych smaków okazała się zbyt wielka na delikatne, anielskie podniebienie marszałka. Dyskretnie odłożył widelec. Podparł głowę ręką i ponownie odszukał wzrokiem Cherry. Satynowa, chabrowa sukienka, idealnie współgrała z barwą jej prostych włosów. Opadały na szczupłe plecy dziewczynki długą, czarną kaskadą. Bez wątpienia śliczna z niej mała dama, jak to trafnie określiła Lamia. Ta myśl nieuchronnie skierowała jego rozważania na nieprzyjemny, drażliwy temat. A więc księżna jest matką! Z odmętów jego pamięci wydobył się obraz Sophii, opowiadającej mu o swojej ciemnoskórej pacjentce z Zoa, która skarżyła się na bóle brzucha spowodowane ciężkim porodem…
Podejrzanie nie podobała mu się świadomość, że Lamia jest matką. Do tej pory uważał ją za znudzoną mężatkę, poszukującą ekscytujących przygód poza ramami codziennej rutyny. Urocza córeczka skomplikowała mu ten szablonowy wizerunek zwłaszcza, że księżna okazywała Cherry bezsprzeczne uczucie i matczyną troskę. Teraz nie wiedział już co ma o tym wszystkim myśleć. Absolutnie irytujące!
Tymczasem Donkuel zainteresował się, dlaczego nie zostawią stołu i krzeseł na stałe w sali. Lamia roześmiała się, winą za taki stan rzeczy obarczając Eblisa. Określiła go przy tym upartym ekscentrykiem. Ponoć hrabia bardzo lubi otwartą przestrzeń, bo pomaga mu się lepiej skoncentrować na rysowaniu.
Zophiel popadał w coraz gorszy nastrój. Cudownie się prezentuje czołowa, zoańska arystokracja! Oszałamiająco ponętna skandalistka, ekscentryk- artysta i on… No właśnie kto? Przebiegły manipulator? Szczęściarz i idealista? Szalony wizjoner, czy też odważny polityk? A może, co gorsza, każde z tych wcieleń z osobna?!

Gdyby nie Uriel, marszałek nie musiałby zmagać się z tym dylematem! Nikt w Emanacji, nie dowiedziałby się o wizycie Lamii, a skurczybyk Serafiel nie przyszedłby zastraszać Cassielle! Bo, że palatyn da mu się zastraszyć było zupełnie do przewidzenia. Panicznie bała się Serafinów i ich wpływu na opinię publiczną Emanacji. Za sprawą złośliwości swojego sąsiada i nieprzeniknionych machlojek Serafiela, Zophiel tkwił właśnie na ławie w sali z fontanną, cieszącej oczy połączeniem żywych barw: błękitu na ścianach i fioletu zmieszanego z odcieniami pomarańczowego na suficie.
Nie przyznawał się przed sobą, że jest w tym również trochę jego winy. Zbyt impulsywnie zareagował na drwiny Uriela, a potem uparł się, że wybierze się do Zoa nawet mimo rozsądnych rad Pistis, żeby się z tego przedsięwzięcia wycofać. Nie chciał stracić twarzy, zwłaszcza po niefortunnej kąpieli księżnej Luvah w jego morzu. Na samo wspomnienie tego zdarzenia czuł w ustach gorzki smak pożądania. Zerknął przelotnie na Lamię, zajętą wydawaniem poleceń służbie. Przed oczami stanęło mu jej nagie ciało po prostu specjalnie stworzone do dawania i brania miłości. Owszem, turkusowa suknia była zjawiskowa, ale Zophiel wolał oglądać ją bez żadnego stroju… Swoją drogą ciekawe jaki jest ten jej mąż…
Jakby specjalnie na jego życzenie do sali wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna jeszcze w podróżnej, granatowej pelerynie. Z premedytacją zignorował aniołów i porwał Lamię w ramiona. Odwzajemniła jego uścisk, uspokajająco gładząc go po ramieniu.
„Oho! – pomyślał marszałek – Oto i mąż!”

Z wręcz nieprzyzwoitą ciekawością zmierzył wzrokiem sławnego hrabiego Urizen, przeżywając przy tym niejakie rozczarowanie. Nie tak wyobrażał sobie partnera zniewalającej księżnej Luvah. Eblis był dość postawny i dobrze zbudowany, Zophiel docenił także jego wyszukaną elegancję przejawiającą się w dystyngowanym, ciekawie dobranym kolorystycznie stroju. Kombinacja granatu peleryny i dopasowanych spodni ze zgaszoną czerwienią surduta wyszywanego srebrną nicią doskonale podkreślała ciemnoniebieską barwę jego oczu.
Czarne włosy gładko zaczesywał do tyłu, lecz mimo to były lekko napuszone, jakby wymodelowane. Urodę jego twarzy psuły jednak krzaczaste brwi, takie same jak brwi małej Cherry. Nadawały obliczu hrabiego przyjaznego, pogodnego wyrazu, który na wstępie oznajmił Zophielowi, że z jednej strony ma do czynienia z mężczyzną ułożonym, dowcipnym i zapewne obowiązkowym, a z drugiej z mężczyzną trywialnym i przewidywalnym, przez co mało kreatywnym w łóżku… I to musi już Lamii nie odpowiadać!
Chociaż może to mylny osąd? Z własnego doświadczenia Zophiel wnioskował, że najlepsze pary łączą się na zasadzie przeciwieństw. Trochę żałował, że Pistis nie dała mu się namówić na podróż do Urizen. W jej towarzystwie czuł się o wiele pewniej, bo zawsze okazywała mu swoje poparcie i podpowiadała dobre rozwiązania. O wsparciu D nawet nie pomyślał. Był dla niego całkiem bezużyteczny. Ot zwykły ochroniarz. Powinien nie pozwolić mu siadać do stołu, ale gospodyni tak go zaabsorbowała, że na szczęście Donkuela, zdążył o tym zapomnieć.
Wstał i pierwszy wyciągnął rękę do hrabiego. W odpowiedzi otrzymał mocny, konkretny uścisk dłoni schowanej w skórzanej rękawicy od konnej jazdy.
-Nazywam się Zophiel i pełnię funkcję marszałka Emanacji. – przedstawił się krótko, spoglądając demonowi prosto w oczy.
Ich ciemny błękit o odcieniu indygo był nieprzenikniony, jakby wrogi, chociaż usta gospodarza rozciągnęły się w przyjaznym uśmiechu.
-Hrabia Urizen Eblis. Wreszcie mam zaszczyt pana poznać!
Jego wzrok oderwał się od twarzy Zophiela i powędrował w stronę Donkuela, który także podniósł się z ławy i stanął dwa kroki za swoim przełożonym.
-A to jest właśnie D! Opowiadałam ci o nim, kochanie! – wtrąciła Lamia, wciąż uczepiona rękawa męża.
-Jedyny dobrze wychowany anioł. Witam pana szczególnie serdecznie!
Eblis sam podszedł do Donkuela i krótko uścisnął jego dłoń. Zophiel uśmiechnął się do siebie na widok zmieszanej miny podopiecznego. „D czasami jest taki infantylny! Sprawia wrażenie gruboskórnego prostaka, ale w rzeczywistości swoją wrażliwością i nieporadną głupotą przebija wszystkie znane mi osoby! – pomyślał – To wina Sophii. Za bardzo go rozpieściła!”

Zophiel był zdania, że kogo, jak kogo, ale D nie należy rozpieszczać, jeżeli chłopak ma cokolwiek w życiu osiągnąć! Jak mu się chociaż na chwilę popuści, jego rycerskość przeistoczy się w tkliwy romantyzm i zacznie pisać wiersze ze smętnym wzrokiem utkwionym w linii horyzontu!
-Zdążyłem zauważyć, że serdeczność leży w demońskiej naturze…– odparł Donkuel jednak swoim zwykłym, zaczepnym tonem; na domiar złego posłał Eblisowi wilczy uśmiech.
-Potraktuję to jako komplement! – hrabia bez mrugnięcia okiem podjął wyzwanie – Zwłaszcza, że anioły mają chroniczny problem z kulturalnym zachowaniem!
-Nie mogę się nie zgodzić. Obserwując uriziańska gościnność po raz pierwszy w życiu wstydziłem się dzisiaj, że jestem jednym z nich…

Na chwilę wszystkich zamurowało ze zdumienia. Marszałek był tak oburzony, że zabrakło mu słów, by głośno wyrazić jakąkolwiek dezaprobatę. Pierwszy zareagował hrabia, parskając śmiechem. Lamia poszła w jego ślady. Posłała D wdzięczne, uwodzicielskie spojrzenie spod rzęs. Na jego widok złość Zophiela przeistoczyła się w prawdziwą wściekłość. Nic jednak nie powiedział, bo Eblis odezwał się pierwszy:
-Panie D, jeśli najdzie pana nagła ochota zmiany miejsca zamieszkania, bramy Ratio zawsze stoją przed panem otworem!
-Zapamiętam. Może kiedyś skorzystam z zaproszenia!
„No, nie! D pewnie zaraz naprawdę wyciągnie pióro i napisze jakiś łzawy poemat na cześć pięknej księżnej i jej szlachetnego małżonka! Powiedział coś niewybaczalnego! Wstydzi się, że jest aniołem?! Dobre sobie! Niewdzięczny, bezczelny szczeniak!” – mimo wszystko Zophiel stłumił gwałtowne emocje i uśmiechnął się do hrabiego wymuszonym uśmiechem.
-A gdzie jest główny bohater naszego wiekopomnego spotkania? – zażartował – Muszę przyznać, że szczerze mnie zaintrygowały zuchwałe posunięcia pana margrabiego!
-Bell poszedł się przebrać po naszej przejażdżce… – Eblis zmarszczył brwi, jak się marszałkowi wydawało: figlarnie – Zaraz powinien się zjawić. Pewnie przy okazji obmyśla mocne wejście! Jest bowiem mistrzem mocnych wejść! Jak sobie przypomnę nasze pierwsze spotkanie…
-Lepiej tego nie rób, mój drogi, bo na wstępie zepsujesz mi opinię!
Zophiel obrócił się w stronę skąd dochodził ten nowy głos. Od wejścia w ich kierunku swobodnym, nonszalanckim krokiem zmierzał rubinowowłosy, przystojny mężczyzna odziany w brązowy, połyskujący wams i brązowe spodnie wpuszczone w cholewy długich butów do kolan z czarnej skóry. Spod wamsu wystawały bogate, koronkowe rękawy jego koszuli oraz jej wysoka, sztywna stójka sięgająca koniuszków jego uszu. W miarę jak się zbliżał anioł dostrzegł, że spinał ją okazały wisior z jasnozielonym oliwinem. Te same kamienie wysadzały sprzączkę przy jego skórzanym pasie i klamry zdobiące buty.

Demon stanął dokładnie naprzeciwko Zophiela i wbił w niego tajemniczy, niepokojący wzrok. Był niższy od marszałka o jakieś pół głowy, lecz mimo to anioł poczuł się nieswojo spoglądając w jego głębokie, ciemnobrązowe oczy częściowo ukryte za zasłoną przydługiej grzywki.
-Marszałku Zophielu, jeszcze raz witamy w Zoa! Jestem margrabia Belzebub!
***
Ława była niewygodna.
Jedzenie wystygło.
Anioł zupełnie mu się nie spodobał.
Te myśli kompletnie zaprzątały uwagę Belzebuba i z premedytacją ignorował tęskne, ukradkowe spojrzenia Lamii. Owszem, rozpoznał jaką ubrała suknię i na początku sztucznej, choć uprzejmej konwersacji z emanacyjnym marszałkiem, nawiedzały go wspomnienia z wyspy Oothoon: ostry zapach morskiego powietrza, niemiłosierny żar słońca, ciemna skóra Lamii uginająca się pod jego palcami…, a potem gorycz rozczarowania i poczucie pustki po odejściu Eblisa. Uczucia, których wtedy się zupełnie nie spodziewał. I wciąż był wobec nich rozbrajająco bezbronny…
Cholerna, turkusowa suknia! Siłą woli zmusił się do uważniejszego słuchania wywodu Zophiela o emanacyjnym klimacie. To dla odmiany wywołało jego złość. Darzył anioły niewymownym wstrętem i gardził nimi do tego stopnia, że zwyczajnie nie mógł znieść ględzenia marszałka! Co go obchodzi ciepły klimat i malownicze krajobrazy Emanacji?! W Zoa też mają malownicze krajobrazy i nikt się nimi nie chwali!
Na szczęście Eblisowi o wiele lepiej wychodziło życzliwe podtrzymywanie rozmowy. Bell odniósł nawet wrażenie, że jest szczerze zaciekawiony niektórymi aspektami anielskiej kultury. Niestety Zophiel niezbyt dobrze znał się na rozwoju sztuk artystycznych swojego kraju, więc hrabia szybko przerzucił się na wypytywanie jego ponurego towarzysza – ciemnowłosego Donkuela. On także nie przypadł Bellowi do gustu. Zadziorny błysk w jego chłodnych oczach, ale przede wszystkim zuchwały uśmiech w połączeniu ze skromnym strojem na wstępie oznajmiły mu, że ma do czynienia z prostackim żołdakiem. Tym bardziej zdziwił się, że Eblis poświęcił mu aż tyle zainteresowania. Ośmielony tym „żołdak” popisał się niespodziewaną znajomością literatury, czym zasłużył na ironiczne prychnięcie przełożonego i zaintrygowane spojrzenie Lamii.
Spostrzegawczy Belzebub wychwycił wtedy subtelną zmianę w jego zachowaniu. Aprobata księżnej musiała podnieść go na duchu. „No, proszę. Lamia przędzie nową sieć… Mężczyzn jest akurat dwóch. Idealne rozwiązanie! W końcu ciemna, luvahańska piękność uwielbia trójkąty!” – pomyślał kpiąco.
Skrycie zażyczył księżnej powodzenia. Może wreszcie zostawi Eblisa w spokoju?! Ta perspektywa od razu wprowadziło go w pozytywny nastrój, który niestety zaraz się ulotnił. Uświadomił sobie bowiem, ile cierpienia przysporzyłaby Eblisowi zdrada jego ukochanej żony…

Zacisnął dłoń w pięść i szybko rozprostował palce. Powinien bardziej panować nad okazywaniem emocji! Przelotnie zerknął na wszystkie zgromadzone przy stole osoby. Nikt nie spostrzegł jego irytacji. To dobrze.
W chwili odejścia Eblisa postanowił, że musi wreszcie wyzbyć się swojego wrodzonego egoizmu. Albo chociaż spróbować… Teraz obchodziły go tylko uczucia jego przyjaciela. Jeżeli więc on odnajduje szczęście w małżeństwie z Lamią, Belzebub uczyni wszystko, aby to szczęście trwało wiecznie. Nawet choćby dostawał ataków wściekłości na widok tej przewrotnej kobiety i wspomnienie jej perfidnego zachowania!
-„Gdyby Cherry była twoją córką, ożeniłbyś się ze mną.
-Tak. Ale wtedy miałabyś męża, który by cię nie kochał.
-Ale ja kochałabym jego.”
Dłoń Bella sama ponownie zwinęła się w pięść. Jak ona może nie kochać Eblisa?! Jak można go nie kochać?! Przecież jest wcieleniem doskonałości!
Odruchowo odwrócił na niego wzrok. Hrabia wcześniej zdjął pelerynę, w całej okazałości prezentując wytworny surdut w kolorze burgunda. Spod jego rękawów wydobywała się biel misternej koronki zdobiącej mankiety od koszuli, a pod szyją skraj koronkowego żabotu, w który wpiął ozdobną broszę z ciemnoniebieskim tanzanitem osadzonym w białym złocie.

Bell mimowolnie przypomniał sobie pożądliwy wyraz jego oczu i instynktowne wyciągnięcie rąk, kiedy przy gorących źródłach chciał powstrzymać go przed ściągnięciem ubrania… Pomimo małżeństwa z najpiękniejszą kobietą w Zoa, Eblis nie przestał pragnąć swojego upartego Tharmasianina, który żeby jeszcze bardziej utrudnić mu życie, podjął się próby perfidnej prowokacji i zrobił przed nim pokazowy striptiz! Najgorsze było jednak to, że autor owego erotycznego zamieszania, wciąż do końca nie wiedział, czy odwzajemnia intymne uczucia hrabiego. Na przestrzeni ostatnich lat wmawiał sobie, że nie…
Eblis zauważył jego spojrzenie i lekko się uśmiechnął. Przeszedł go raptowny dreszcz. Chyba naprawdę chciał, żeby hrabia wziął go wtedy w ramiona…
-Pańska małomówność mnie rozczarowuje! – powiedział Zophiel, brutalnie wdzierając się swoim dźwięcznym, donośnym głosem w jego rozmyślania.
Powoli przeniósł wzrok na zniecierpliwionego anioła.
-Czekam aż przejdziemy do konkretów. – odparł Bell, spoglądając mu prosto w ciemnozielone oczy.
Był filuternie zaintrygowany, czy twardy Zophiel będzie zmieszany jego słynnym, uważnym spojrzeniem. Jeśli tak było, marszałek tego nie okazał.
-Tak, już najwyższy czas! – zgodził się po prostu bez najmniejszego zakłopotania.
Belzebub wymownie zerknął na Lamię okazując, że jej rola właśnie się skończyła. W Zoa kobiety nie uczestniczyły w poważnych, politycznych negocjacjach. Księżna nie pozwoliła, żeby wypowiedział na głos jakikolwiek szyderczy komentarz pod jej adresem. Bez słowa protestu wstała z dumnie podniesioną głową. Zapewne tęskniła za czasami, kiedy nikt by się nie odważył wypraszać ją w tak ważnym momencie…
Na szczęście Eblis nie zamierzał zatrzymywać żony. Jedynie przepraszająco ujął jej dłoń i złożył na niej przelotny pocałunek. Natomiast Cherry natychmiast ruszyła śladem matki. W przelocie chwyciła rękaw koszuli Belzebuba, który żartobliwie pogroził jej za to palcem. W odpowiedzi dziewczynka posłała mu promienny uśmiech.
Zdumieni aniołowie odprowadzili Lamię wzrokiem, najwidoczniej nie znając tej sfery zoańskiej obyczajowości. W końcu D wzruszył ramionami i również podniósł się ze swojego miejsca.
-Panowie wybaczą, ale zajmowanie się wielką polityką nie leży w zakresie moich obowiązków… – powiedział.
-Zaczekaj przed drzwiami. To akurat wpisuje się w ich zakres! – rzucił Zophiel, jakby od niechcenia, ale Bell wychwycił wredną nutę w jego głosie.
Lodowate oczy Donkuela ociepliły się za sprawą niebezpiecznego błysku, który jednak szybko zgasł i anioł energicznym krokiem ruszył do wyjścia.
Belzebub wyciągnął srebrną papierośnicę z kieszeni spodni. Dawno temu dostał ją od Eblisa w dość nietypowym prezencie… Na jej grawerowanej przykrywce widniał symbol smoka. Bezceremonialnie wybrał sobie jednego papierosa i przesunął papierośnicę w stronę Zophiela.
-Co to jest? – zdziwił się, wywołując tym równoczesne rozbawienie obu demonów.
-Naprawdę pan nie wie? – zapytał uprzejmie margrabia, resztką sił tłumiąc głośny śmiech.
„Litości! Ależ niewiniątka z tych aniołów!” – pomyślał ironicznie, mierząc Zophiela pozornie beznamiętnym spojrzeniem.

Ich gość siedział sztywno wyprostowany, jakby połknął kij. Na tle jego ciemnoniebieskiej tuniki i fioletowej peleryny doskonale odznaczała się surowa uroda jego oblicza. Do tej pory wydawał się Bellowi na tyle doświadczonym politykiem, by uznać, iż przynajmniej wie on o istnieniu pewnych, męskich rozrywek w Zoa!
-Naprawdę…
-To papierosy. Proszę spróbować. Może się panu spodoba!
Marszałek zmarszczył brwi.
-Wolałbym nie.
-Ach, tak, rozumiem. Anielskie zakazy.
Mięśnie twarzy Belzebuba nawet nie drgnęły, porcelanowa maska pozostała nietknięta, a przecież to była drwina i to drwina niezwykle złośliwa… Jedynie duże, skupione oczy z ciekawością wbiły się w oblicze rozmówcy. Marszałek nie wychwycił subtelnej ironii zawartej w jego wypowiedzi, gdyż tylko obojętnie wzruszył ramionami.
-Wszyscy mamy jakieś zasady, których musimy przestrzegać. Wydaje mi się, że także demony.
Bell zamierzał wciągnąć anioła w światopoglądową dyskusję i lepiej zorientować się z jaką osobą ma do czynienia.
-Być może, ale my nie odmawiamy sobie przyjemności w imię jakichś niedorzecznych zakazów! – sprowokował więc otwarcie, wciąż nie spuszczając wnikliwego spojrzenia ze swojego rozmówcy.
-A jaką przyjemność dają wam papierosy? – odpowiedź marszałka była wyraźnie podszyta rozdrażnieniem, jakby próbował pozbyć się natręta.
-A wam zakazy? – wypalił z uśmiechem błądzącym w kącikach ust.

Zophiel przygryzł wargę i na chwilę umilkł. Przez jego twarz przemknął złowrogi cień. Belzebuba rozbawił ten nieuzasadniony gniew, ale chyba bardziej przejawy anielskiego fanatyzmu marszałka, który w stu procentach odpowiadał wizerunkowi szowinistycznego anioła, od najmłodszych lat wpajanemu każdemu demonowi. Bell wiedział też jakiej udzieli mu odpowiedzi i uśmiechnął się szerzej, kiedy Zophiel rzeczywiście oświadczył:
-Nasze zasady pochodzą od Boga!
Jego cierpki ton ucinał dalszą dyskusję.
No tak. Anioły zawsze zasłaniają się Bogiem!
-Z tego wniosek, że Bóg nie lubi palić. Jego strata!
Ignorując morderczy wzrok marszałka, Bell przypalił papierosa i głęboko zaciągnął się dymem. Eblis poszedł w jego ślady, cały czas trzymając dłoń przy ustach. Pewnie w ten sposób ukrywał swoje rozbawienie.
Zaległa cisza była aż gęsta od niewypowiedzianych, urągających słów. Rozmowa utkwiła w martwym punkcie. Demony potajemnie wymienili spojrzenia.
-Jak się panu podoba w Urizen? – zapytał od razu hrabia swobodnym tonem, strzepując popiół do miedzianej popielniczki w kształcie podłużnego pióra.

W Zoa aż roiło się od takich miedzianych, fantazyjnych popielniczek. Stanowiły nieodłączny element arystokratycznego barku. Używano ich nawet jako ozdoby na drewnianych, zoańskich meblach. Belzebub był wręcz nieprzyzwoitym miłośnikiem papierosów, a co za tym idzie także miłośnikiem popielniczek. Oczami wyobraźni oglądał ich sporą kolekcję, zgromadzoną w komnacie udostępnianej mu przez Eblisa w uriziańskim pałacu. Cicho westchnął. Nagle zatęsknił za samotnością i zaciszem własnego apartamentu. Właściwie nigdzie nie udało mu się na stałe zapuścić korzeni. Obowiązki wymagały, by ciągle przenosił się z miejsca na miejsce i jego jedyną w miarę stabilną przystanią był dom Eblisa.
Tymczasem Zophiel ugasił złość w winie. Pociągnął jego spory łyk ze swojego pucharu i z grymasem obrzydzenia odstawił go na stół. Bell w ostatnim momencie ugryzł się w język i anioł nie usłyszał następnego szyderstwa pod adresem boskich zasad i pruderyjnego usposobienia stwórcy, który najwyraźniej również nie przepada za winem…
-Przyjemny klimat! – odpowiedział w końcu, demonstracyjnie pociągając nosem.
Dym papierosowy drażnił mu nozdrza. Belzebub niczym niecierpliwe dziecko, oczekujące na rezultaty spłatanego figla miał nadzieję, że marszałek zacznie kichać! Ku jego wielkiemu rozczarowaniu nic takiego nie nastąpiło.
-Prawie tak przyjemny, jak w Emanacji, prawda? – odparł uprzejmie Eblis i dodał już poważnym tonem – Proszę nam wreszcie powiedzieć jakie przynosi pan wieści?
-Od palatyn. – uściślił margrabia, wciąż żywiąc nadzieję, że Zophiel zadławi się dymem i pozbawi go wątpliwego zaszczytu swojej obecności!
Swoją drogą cóż to byłby za dyplomatyczny skandal! Emanacyjny marszałek umarł od papierosowego dymu na spotkaniu z margrabią Belzebubem!
Z trudem stłumił w sobie wesołość i założył ramiona na piersi, żeby anioł nie zauważył jego drżenia spowodowanego tłumionym śmiechem. A może Azazel dobrowolnie otworzy przed nim bramy Beulah, wystraszony perspektywą straszliwej śmierci w smolistych oparach tharmasiańskich papierosów?
-Niby dlaczego palatyn miałaby przesyłać panom jakąś wiadomość? – Zophiel z niewinnym zdumieniem wzruszył ramionami.
Jego złośliwy grymas dopowiedział resztę.
Bella natychmiast opuścił frywolny nastrój. Arogancja marszałka po raz pierwszy zadziała mu na nerwy!
„Ten nadmuchany bubek wywyższa się, jakbyśmy byli przy nim brudnymi pastuchami w łachmanach, nawet omijanymi przez pchły! Hola, hola, drogi panie! Jestem nieformalnym władcą prawie całego, wielkiego kraju! A co więcej nie wisi nade mną boska zmora! Koniec z tą kurtuazją! Zaraz się pan przekona, kto tu jest brudnym pastuchem! Azazel- Azazelem! Jak będzie trzeba wykurzę go z Urthony choćby papierosowym dymem! Utrata honoru i schlebianie anielskiej próżności są o wiele gorszym przewinieniem, niż niesubordynacja markiza! I ja nie myślę jej popełniać! Nie, na pewno nie ja!”
-Jaki jest więc cel pańskiej wizyty? – zapytał głosem, opływającym fałszywą słodyczą – Zgłębianie demońskiej kultury?
-Nie ma czego zgłębiać!
-Wobec tego nie mamy już o czym rozmawiać! Trafi pan do drzwi, czy potrzebuje pan przewodnika?
Zophiel zamarł z wrażenia, a hrabia pozwolił sobie na jawne okazanie swojego rozbawienia. Jego cichy śmiech zadziałał na anioła, jak smagnięcie batem po twarzy! Zerwał się z ławy, ale od razu usiadł z powrotem, udając że chciał jedynie wygładzić zmarszczki na swojej babskiej sukience, jak to margrabia zwykł ironicznie nazywać anielskie tuniki.
-Specyficzne jedzenie, specyficzne wino, specyficzny pałac, a teraz okazuje się, że także specyficzne poczucie humoru! – powiedział z tak paskudnie sztucznym uśmiechem, że na jego widok Bell zapragnął pójść w ślady Eblisa i parsknąć śmiechem.
Zachował jednak kamienną twarz.
-Ja nie żartuję, panie marszałku. – odparł stanowczym tonem, z rozkoszą przyglądając się jak maska odpada z twarzy Zophiela.

Właśnie zdobył kolejnego dozgonnego wroga. Cóż. Kolekcja się powiększa! Nie pierwszy on i nie ostatni…
-I to niby my jesteśmy bezczelni? – wycedził anioł.
-Wzorujemy się na wyższej cywilizacji! – odparował z druzgocącym spokojem, tak kontrastującym ze wzburzeniem marszałka.
-Przebyłem bardzo długą drogę…
-Może mamy jeszcze zwrócić panu koszty?
Zophiel gwałtownie wstał i odsunął stół. Odkorkowana butelka wina zachwiała się, a jej zawartość wytrysnęła prosto na połyskujący wams Belzebuba.
„Nowiutki wams! Prosto spod igły mojego najlepszego krawca! – wściekł się, boleśnie świadomy jak trudno usuwa się plamy z wina – Tego mu nie daruję!”
-Eblisie, pan marszałek koniecznie domaga się eskorty do wyjścia!
-Oczywiście spełnimy jego prośbę!
-Obędzie się! Żegnam panów!
Zophiel złożył szyderczy ukłon i ruszył w stronę korytarza. W tym czasie hrabia telepatycznie przyzwał pałacową straż, kierując strażników śladem niefortunnego gościa.
-Dobrze! Powiedz to! – krzyknął Bell, wreszcie okazując gniew – Słucham!
Mina Eblisa wyrażała nieme zadowolenie. Wyszczerzył zęby w figlarnym uśmiechu.
-Tak, kochany. Jak dotychczas bratanie się z aniołami jest twoim najgłupszym pomysłem!
***
Czekała na niego przed drzwiami. Napotkał rozgniewane spojrzenie jej piwnych oczu, którego żar zmusił go do odwrócenia wzroku. Utkwił go w szafirach zdobiących przepaskę małej Cherry.
-Panie D jestem wykończona! – wyznała bez zbędnych wstępów – Proszę wybrać się ze mną na spacer!
-O czym pani mówi? – był tak zdumiony, że w pierwszej chwili nie wiedział jak zareagować.
-Aha! Zamierza pan dołączyć do szerokiego frontu gnębiących mnie mężczyzn i odmówić mi swojego towarzystwa?!
-Bynajmniej, nie! – uśmiechnął się na swój prowokujący sposób – Nie śmiałbym się pani przeciwstawiać! Jestem tylko posłusznym sługą marszałka Zophiela…
-Zabrzmiało bardzo ironicznie!
-Nic na to nie poradzę…
-Powiedział pan, że skorzysta z zaproszenia mojego męża… Może powinien się pan przekonać, czy warto? – zmieniła taktykę, przymilnie się do niego uśmiechając.
-To znaczy? – nie ustępował.
-To znaczy, że proponuję panu zwiedzanie miasta. – na widok jego sceptycznej miny dodała – Z przewodnikiem!
-A w tę rolę miałaby wcielić się pani?
-Co pan na to?

Donkuel pozwolił sobie na jeszcze jeden znaczący uśmiech.
-Będę zaszczycony!
Nie spodziewał się, że jego zgoda będzie oznaczać, że Lamia zacznie rozplątywać rzemień, krępujący mu włosy.
-Pana uszy są zbyt charakterystyczne. – wytłumaczyła – Trzeba je zakryć!
Chciał zaprotestować, ale ostatecznie zrezygnował, chociaż czuł się nieco niezręcznie. Nigdy nie nosił rozpuszczonych włosów. Nawet po kąpieli od razu owijał je rzemieniem i schły związane. Dotyk Lamii był jednak pewny, a zarazem delikatny, jakby przywykła do układania różnych fryzur i D postanowił jej zaufać. Sophia nie miała tego wyczucia. Zwykła targać jego nieposłuszne kosmyki, krzycząc przy tym, że jak będzie nosił takie kołtuny w końcu zalęgną mu się wszy!
-Są bardzo splątane… – mruknęła księżna pod nosem, wkładając palce w jego gęste włosy odkształcone przez rzemień.
-Naprawdę podoba mi się w Zoa. – wyznał – W Emanacji nie mam osobistego fryzjera!
-Widać!
-Może przynieść grzebień, mamo? – zaofiarowała się Cherry.
Do tej pory bez słowa przyglądała się bezowocnym wysiłkom Lamii, nie kryjąc konsternacji.
-Najlepiej od razu przynieś grzebień i szczotkę! Szykuje się ciężka przeprawa!
***-
Powietrze miało słonawy posmak. Od jeziora wiał ciepły monsun. Psotnie rozgościł się w ledwo doprowadzonych do porządku włosach D. Potrząsnął głową i odrzucił je na plecy. Chyba nigdy wcześniej nie czuł się aż tak dobrze w swojej skórze. Lamia i Cherry zgodnie orzekły, że efekt końcowy ich wspólnej pracy jest powalający i Donkuel stał się teraz najprzystojniejszym mężczyzną w Urizen!
On nie podzielał aż tak entuzjastycznej oceny swojego wyglądu, lecz na pewno coś się w nim zmieniło na lepsze. A wystarczyło tylko rozplątać rzemień…

Szli główna ulicą Ratio, mijając kolorowe stragany. Uginały się pod ciężarem ozdobnych tkanin, nieznanych mu owoców i warzyw, a także kwiatów odurzających intensywnymi zapachami. Donkuel wypatrzył również ciemnoskórych sprzedawców, zachwalających wyrafinowaną biżuterię wysadzaną najdroższymi kamieniami szlachetnymi.
-Muszę o coś panią zapytać. Od początku mnie to intrygowało…
Lamia dotrzymywała mu kroku, rozdając uśmiechy i odpowiadając na ukłony poddanych. Nikogo nie dziwił widok spacerującej hrabiny, ani małej Cherry buszującej po stoiskach. Dziewczynka dysponowała własnymi pieniędzmi i kupowała różne drobnostki, a potem przybiegała pokazać je matce. Księżna czasem je chwaliła, a czasem wyrażała dezaprobatę twierdząc, że prawdziwa dama nie potrzebuje aż tylu świecidełek. Najbardziej ucieszyła się, kiedy córeczka przyniosła jej pojedynczy, czerwony kwiat zakupiony od drobnej, ciemnoskórej kwiaciarki.
-To mój ulubiony. – powiedziała wtedy – Nazywa się callisto. Rośnie w mojej rodzinnej krainie Luvah na wyspie Oothoon. O co chciałeś zapytać?
Przystanęli przy kramie z książkami. Donkuel szybko przyjrzał się niektórym pozycjom, ale nie znalazł żadnych znajomych autorów.
-Częściowo wzbudziła pani taką sensację w Emanacji, dzięki ciemnej skórze… Gdy po raz pierwszy panią zobaczyłem również mnie to zaskoczyło… Czy w Zoa często występują ciemnoskóre demony? Rozglądam się po ulicach Ratio i gdzieniegdzie je zauważam…
Podała mu kwiat.
-Proszę wpiąć mi go we włosy. Będziemy kwita z tym dzisiejszym czesaniem.
Zamrugał z dezorientacją. Księżna podeszła do niego na bardzo małą odległość i pochyliła głowę w oczekiwaniu aż wplącze callisto w jej sprężyste kędziory.
-Ciemnoskóre demony występują tylko w Luvah. – zaczęła tłumaczyć, prawie opierając czoło o jego pierś – W mojej prowincji panuje niezwykle gorący klimat. Upały osiągają imponującą wysokość. W takich warunkach po prostu nie możemy pozostać bladzi! Ale na przykład Belzebub pochodzi z Tharmas, najchłodniejszej prowincji Zoa, i jest blady, jak papier! Zauważyłeś?
-Co to znaczy, że Tharmas jest najchłodniejszą prowincją?
-To znaczy, że mają tam minusowe temperatury, lód i śnieg! Wepniesz mi wreszcie callisto, czy mam dłużej stać w tej idiotycznej pozycji?
-A co to jest śnieg?
-To jakby biały, zamrożony deszcz. Wygląda, jak drobniutki puch!
W końcu odważył się dotknąć jej włosów. Były szorstkie i bardzo bujne. Odgarnął nieposłuszne loki i ostrożnie wetknął w nie czerwony, okazały pąk o subtelnie karbowanych brzegach.
-Gotowe.
-Dziękuję. – wyprostowała się i posłała mu uśmiech, który sprawił, że serce zabiło mu szybciej.
Karmazynowa barwa callisto nie pasowała do jej turkusowej sukni, ale księżna się tym nie przejęła.
-W Emanacji nie pada śnieg? – zapytała, ruszając do kolejnego straganu.
-Gdyby padał, wiedziałbym co to jest!
-Niech się pan tak nie mądruje, Donkuelu! – parsknęła.

Pochyliła się nad flakonikami perfum. Zaczęła dyskutować z Cherry o zapachach, a usłużny handlarz wyciągał spod lady nowe buteleczki i zachwalał towar. Trwało to dłuższą chwilę, podczas której D najpierw bezwstydnie podziwiał głęboki dekolt Lamii, sięgający wgłębienia między jej piersiami, a potem wystraszony nawiedzającymi go erotycznymi pragnieniami zawrócił do stoiska z książkami i wziął do ręki pierwszą pozycję z brzegu. Tytuł brzmiał: „Lubieżne przygody kapitana”. Zaintrygowany uniósł brew. Otworzył książkę i spłonął rumieńcem na widok niezwykle wymownej ilustracji. Przedstawiała parę nagich kochanków splecionych w uścisku na grzbiecie potwora morskiego. Na domiar złego kobieta była ciemna, a mężczyzna biały…
Szybko odłożył te bezeceństwa, wściekając się w myśli na złośliwość rzeczy martwych. Zrobił krok do tyłu i natrafił plecami na coś okrągłego, a zarazem miękkiego…
-Niegrzeczny chłopiec! – usłyszał tuż przy swoim uchu i skoczył do przodu, jak oparzony.
Lamia parsknęła śmiechem.
-Boisz się kobiecych piersi? – zakpiła, posyłając mu prowokujące spojrzenie.
-Bardziej ich prawowitego właściciela! – złośliwości wyjątkowo mu się udawały, gdy był speszony, albo zły, a akurat w tym momencie doświadczał obu tych uczuć jednocześnie!

Księżna zrozumiała aluzję, bo coś zmieniło się w wyrazie jej twarzy. Teraz wyczytał z niej zrezygnowanie w specyficzny sposób połączone z irytacją. Podczas rozmowy w pałacowej sali również zdarzało jej się przybierać taki grymas. Zwłaszcza, gdy spoglądała na męża… Wówczas go to zdumiało, bo hrabia Eblis wywarł na nim niezapomniane wrażenie i nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że Lamia mogłaby być niezadowolona ze swojego małżeństwa. Ale przecież pozory mylą. Może Eblis nie jest wcale dowcipnym, inteligentnym mężczyzną, traktującym swoją żonę, jak boginię, tylko przebiegłym tyranem, udającym przed innymi przykładnego męża i ojca? A może… może Lamia nie lubi być traktowana, jak bogini? Ten wniosek nagle wydał mu się wyjątkowo istotny…
-Eblisa tutaj nie ma. – powiedziała w końcu, kapryśnie zaciskając usta.
Przypominała mu małą dziewczynkę dumną z siebie, że uciekła spod opieki zbyt troskliwego ojca. Tym razem Donkuel nie wiedział jak zareagować. Stali więc naprzeciw siebie, wyzywająco patrząc sobie w oczy. Lamia pierwsza odwróciła wzrok, przenosząc go na książkę, którą odłożył.
-„Lubieżne przygody kapitana”?! Powinieneś przeczytać! Jest arcyzabawne! – jej oblicze pojaśniało od szerokiego uśmiechu; nagle uradowała ją taka drobnostka!
Nim zdążył zaprotestować, podeszła do sprzedawczyni i kupiła książkę.
-Proszę. To na pamiątkę naszego dzisiejszego spotkania! – podała mu ją, ale D nie wyciągnął ręki.
-Nie mogę tego przyjąć…– strapił się, w zakłopotaniu drapiąc się w policzek.
-Dlaczego? Bo to podarunek ode mnie, czy też zgorszyła pana treść?
-Jedno i drugie.
-Ale przecież nie ma pan zoańskich pieniędzy…
-Nie, ale…
-Wiem! Umówmy się, że następnym razem to pan mi coś podaruje!

Donkuel nie mógł więcej się sprzeciwiać. Odebrała od Lamii książkę i pogładził dłonią jej skórzaną okładkę, zdobioną złotymi, grawerowanymi napisami. Z bezwładu pięknych liter wyłaniał się tytuł wyryty pogrubioną czcionką.
-O ile będzie następny raz…– zauważył z wilczym uśmiechem.
-Będę czekać na prezent od pana, więc proszę się postarać, żeby jednak był! Chyba nie chce mnie pan rozczarować?
-No dobrze. Ale ja wciąż jestem zgorszony! O, zaraz pani pokażę czym!
Przekartkował książkę, przekonując się przy tym, że tamta rycina nie była jedyną „lubieżną przygodą” autora! Wreszcie pokazał Lamii odszukaną ilustrację. Cicho zachichotała, jakby na wspomnienie czegoś przyjemnego i na pewno bardzo lubieżnego!
-A co pana tutaj zgorszyło? Trina?
Zaciekawione spojrzenia obserwujących ich demonów, zmusiły Lamię i Donkuela do wznowienia spaceru. D miał nadzieję, że żaden z mijających go przechodniów nie był w tłumie eskortującym go do pałacu, albo przynajmniej że nikt nie będzie pamiętał jak wyglądali dwaj anielscy goście hrabiego! Cieszył się, że nie jest blondynem. Wtedy pojawiłby się o wiele większy problem z zachowaniem anonimowości…
Cherry wyprzedzała ich o kilka kroków. Spotkała koleżanki, które otoczyły ją szczelnym kołem, jak przystało na naturalną liderkę. Dziewczynki przekrzykiwały się i każda koniecznie chciała iść z wicehrabiną pod rękę… D utkwił wzrok w ich długich włosach, mieniących się w słońcu wszelkimi odcieniami czerwieni i głębokiej czerni.
-Trina? Czy to imię bohaterki? – wznowił rozmowę, zerkając spod boku na księżną.
-Nie, gatunek morskiego smoka!
-Aaa! Czyli Trina to ten potwór, którego nic nie obchodzi, że na jego grzbiecie odbywają się dzikie harce?!
-Zaraz dzikie! Pan chyba jeszcze takich nie widział…
-Być może. Za to pani wydaje się być obeznana w temacie…
-Nie przeczę!
-Nie dziwi mnie to.
Poufale poklepała go po ramieniu.
-Jesteś absolutnie niepoprawny, Donkuelu!
-Przechodzimy na „ty”?
-Nie wiem, czy to nam wypada…
-Pewnie nie.
-Więc przejdźmy!
Szczerze się roześmiał, spoglądając na Lamię z nieskrywanym zdumieniem, pomieszanym z niemym zachwytem.
-Proszę się nad tym dobrze zastanowić… – powiedział – Nie posiadam żadnego arystokratycznego tytułu, jestem zwyczajnym aniołem służebnym, tyle że Zophiel i Pistis traktują mnie nieco lepiej, niż innych szpiegów z oddziału…
-A nad czym się tu zastanawiać? Podjęłam decyzję.

Na chwilę zamilkli.
Stragany się skończyły i znaleźli się na szerokim, prostokątnym placu, z obu stron otoczonym piętrowymi kolumnadami. Donkuel podziwiał fantazyjnie rzeźbione gzymsy i ostre łuki między kolumnami bogato zdobionymi elementami roślinnymi. Szybko jednak o nich zapomniał, bo plac prowadził prosto do gigantycznego jeziora zalanego jasnymi promieniami słońca. W oddali majaczył mocny błękit jego wód. Niebo miało kolor przybrudzonej bieli gdzieniegdzie zabarwionej rozcieńczoną żółcią i liliowym fioletem. Zaparło mu dech w piersi.
-No i proszę. Twoja trina! – Lamia wskazała ręką na coś, co wyłaniało się ze wzburzonych fal Eno.
Podeszli bliżej wody. D wyostrzył wzrok i rzeczywiście dojrzał długą, łabędzią szyję morskiego potwora z ilustracji. Górowała nad jego szerokim, zaokrąglonym grzbietem pokrytym opalizującymi łuskami. Trina majestatycznie przepłynął tuż obok brzegu, nie poświęcając im ani jednego spojrzenia wielkich oczu osadzonych w opływowej, podłużnej głowie. Robił wrażenie swoim rozmiarem, ale anioła bardziej zaintrygowało, czemu do grzbietu potwora przymocowano najprawdziwszą kajutę!
-Kapitan to osoba, która kontroluje trinę. Używamy tych zwierząt do transportu wodnego. – odezwała się księżna, obdarzając go ciepłym uśmiechem – Triny są zwierzętami magicznymi, a co za tym idzie  – inteligentnymi. Nie ufają byle komu! Zwykle kapitanowie znają się na magii i muszą także posiadać pewne cechy charakteru, odpowiadające ich zwierzętom. A każde lubi coś innego…
-Czyli książka, którą mi kupiłaś, opowiada historię jednego z takich kapitanów? – upewnił się, chowając prezent pod płaszcz.

-Brawo! Cóż za spostrzegawczość!
-Wnioskuję, że jego trina jest również niezłym rozpustnikiem!
-Z czegoś muszą się brać małe triniąntka, prawda?
***
Zeszli z placu schodami w dół do samego brzegu jeziora. Porastała go starannie przycięta trawa, a zwierciadło wody stykało się z fragmentem kamienistej plaży. Było już późne popołudnie. O tej porze mieszkańcy kończyli pracę i po sytym, mięsnym obiedzie udawali się na plac Eno, gdzie właśnie teraz na szerokich, marmurowych płytach wyścielających przestrzeń między potężnymi kolumnadami, właściciele winnic rozstawali okrągłe stoliki dla gości. Za odpowiednią opłatą częstowali przechodniów wszelkimi odmianami wina wallissi tak, że bardzo szybko cały plac zapełniał się parami zakochanych, artystami, pisarzami, czy też całymi rodzinami przybyłymi zażyć po obiadowego relaksu. Ci, którzy nie mieli ochoty na wino, schodzili do brzegu Eno i siadali na kocach, albo prosto na trawie wygrzanej promieniami słońca.

D skierował się prosto na kamienistą plażę. Stanął nad przepadzistymi wodami jeziora i dłuższy moment admirował ten niesamowity widok. Lamia również zerknęła na powierzchnię Eno, ale nierzeczywista gra barw wyczarowana przez odbicia nieba i zielonkawe glony nie zachwyciła jej aż tak, jak urzekający wyraz twarzy anioła. Cyniczna maska zupełnie z niej odpadła, ustępując miejsca prawdziwym emocjom. Nie przypuszczała, że Donkuel jest aż tak wrażliwą osobą…
Kolor wody oscylował pomiędzy ciemną zielenią szmaragdu, a jasnym błękitem akwamaryny.
-Może usiądziemy? – zaproponowała.
Spojrzał na nią niewidzącym, rozmarzonym wzrokiem.
-Gdzie?
-Jak to gdzie? – wzruszyła ramionami – Tu.
-Tak po prostu? Na ziemi?
-Tak, ale lepiej na trawie niż na tych kamieniach.

Ledwo się usadowili, wróciła do nich Cherry. Była w złym nastroju jak zawsze, gdy spotykała rówieśniczki. Nie lubiła znajdować się w centrum uwagi i naprawdę swobodnie zachowywała się tylko w towarzystwie rodziców i Belzebuba.
Lamia niechętnie przyznała, że Cherry wręcz wzorowo dogaduje się z każdym z członków swojej, jakby nie patrzeć, osobliwej rodziny. Z Eblisem jeździła na obchody miasta, a czasem nawet zabierała się z nim w dalsze podróże w głąb Urizen. Księżna tego nie pochwalała zwyczajnie dlatego, że bez córki okropnie nudziła się w Ratio. Ojciec uczył ją także rysować, ale w przeciwieństwie do niego zamiast postaci, Cherry uwieczniała krajobrazy, pojedyncze rośliny, albo zwierzęta. Jej wyniosła trina tak się Lamii spodobała, że kazała oprawić ją w ramy i powiesić u siebie w komnacie.
O wiele bardziej skomplikowane relacje łączyły Cherry z Belzebubem. Jeżeli z Eblisem rozmawiała o sprawach państwowych i sztuce, z Lamią o strojach, perfumach, fryzurach i nowych trendach w zoańskiej muzyce, tak z Bellem po prostu lubiła milczeć, rozkoszować się samym jego towarzystwem. Ich uczucie opierało się na wymownych gestach, pozornie nieistotnych słowach, pełnym zrozumieniu bez użycia dobitnych sformułowań. Lamia wymagała, by córeczka przynajmniej dwa razy dziennie mówiła jej, że ją kocha. Była przy tym święcie przekonana, że Belzebub nie usłyszał tego od Cherry ani razu. W pewien sposób księżną bardzo to bawiło. Zwłaszcza, gdy zastawała ich w apartamencie Bella, w milczeniu podziwiających kolekcję jego miedzianych popielniczek.

Cherry przycupnęła obok niej, podwijając skraj sukienki. Donkuel zmierzył je nieco ironicznym wzrokiem i pokiwał głową, jakby na znak aprobaty.
-Co? – zapytała od razu, ciekawa jego myśli.
-Imponujący widok. – porozumiewawczo mrugnął do Lamii i odwrócił twarz do słońca.
-Jezioro, czy my?
-Oczywiście jezioro!
-Jesteś złośliwy!
-Brawo! Cóż za spostrzegawczość!
Lamia zachichotała i objęła córkę ramieniem. W głębi ducha była niespokojna, coś jej w tej idylli nie pasowało i nagle przeraziła się swoim dobrym nastrojem. Zaczęła się zastanawiać jakie były tego powody. Po pierwsze Donkuel nie zaproponował jej, żeby usiadła na jego płaszczu. Nie znosiła przychodzić tutaj z Eblisem, bo nakazywał służącym nieść za nimi wielkie poduszki, na których bez żadnej dyskusji musiała siadać, zewsząd bombardowana kpiącymi spojrzeniami wypoczywających na trawie demonów. Już bez tych poduszek całe Ratio uważało ją za rozpieszczoną idiotkę, a oczywiście Eblis bohatersko lokował się prosto na ziemi, twierdząc że jemu nie wypada wywyższać się w obecności prawdziwej królowej. Za każdym razem doprowadzał ją tym do szału, ale tłumiła rozdrażnienie, obserwując szybujące po niebie ptaki.
-Dlaczego nie zaproponowałeś, bym usiadła na twoim płaszczu? – zaatakowała.
Zamrugał z dezorientacją. Głęboko się nad czymś zamyślił, bo poprosił, żeby powtórzyła pytanie.
-Tutaj i tak jesteś noszona na rękach. – powiedział, uśmiechając się znacząco. – Chciałem dać ci okazję, żebyś dotknęła stopami ziemi!
Przeszedł ją dreszcz pod jego na poły figlarnym, a na poły uważnym spojrzeniem.
-Ale czy tak postępuje prawdziwy gentelman? – wtrąciła się Cherry po raz pierwszy zainteresowana tematem ich rozmowy.
-Czasami powinien.
-Dlaczego? – drążyła.
-Żeby kobieta pamiętała, że nie jest nadprzyrodzonym cudem! Cuda można wielbić, ale nie da się ich kochać…
-Muszę się nad tym zastanowić, lecz brzmi to całkiem przekonywująco…– dziewczynka westchnęła – Chociaż myślę, że tata by się z panem nie zgodził!
-Punk widzenia zależy od mężczyzny. Nie wszyscy jesteśmy tacy sami, prawda?

Lamia nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Nie wierzyła, że naprawdę to powiedział. Zawsze zewsząd otaczali ją mężczyźni i chociaż pochodzili z różnych warstw społecznych, wykonywali różne zawody, mieli różne pragnienia i tęsknoty, jeszcze żaden z nich nie zdobył się na tak rozbrajającą szczerość i zrozumienie jej pokrętnej psychiki, jak ten z pozoru odpychający, przerażający anioł ze szpetną blizną przecinającą mu prawy policzek. Był drugim po wuju Asmodeuszu mężczyzną, który nie widział tylko jej obfitych kształtów, a jego świat nie kończył się w zagłębieniu między jej piersiami! Interesujące.
-Prawdziwy z ciebie filozof! – zakpiła, obdarzając go wyćwiczonym, uwodzicielskim spojrzeniem spod rzęs.
Nieco się nim zmieszał i szybko zmienił temat:
-Często odwiedzasz Luvah?
-Nie. – odparła zgodnie z prawdą, doświadczając przykrego skurczu serca jak zwykle, gdy wspominała dom.
Odkąd dwanaście lat temu opuściła swoją prowincję, jej stopa nigdy więcej nie stanęła na spalonych słońcem ziemiach Luvah. Po prostu bała się wrócić. Wielu możnych wciąż miało jej za złe lekkomyślne małżeństwo z Eblisem i oddanie prowincji we władanie Belzebuba. Luvah stało się wówczas częścią składową państwa Zoa, a co gorsza jego namiestnikiem Bell ustanowił Króla Kart Asmodeusza. Jej ekscentryczny wuj nie cieszył się zbyt wielką popularnością ze względu na zamiłowanie do hazardu i wciąż pomnażające się bogactwo. Jednak to jemu było najbardziej na rękę, że Lamia porzuciła swoich poddanych. Chociaż nigdy jej tego nie okazał, wiedziała że czuje się pokrzywdzony, iż po śmierci poprzedniego diuka, władzę przejęła jego córka, a nie on – jego młodszy brat.
-Dlaczego?
Obawiała się tego pytania i tym bardziej nie spodziewała się, że Cherry doda:
-Właśnie dlaczego, mamo? Zawsze tyle mi opowiadasz o Luvah… Chciałabym zobaczyć wyspę Oothoon!
-Ach…– zająknęła się, osaczona z dwóch stron – Mam tutaj wiele spraw do ogarnięcia… Obowiązki hrabiny Urizen całkowicie pochłaniają mój czas!
-Nieprawda! Czasami się nudzisz! – nie ustępowała Cherry, przyszpilając ją błagalnym wzrokiem.
Donkuel nic nie powiedział. Przyglądał się Lamii z irytującą uwagą. Niesforne kosmyki opadały mu na czoło, tworząc przedziałek. Co chwila odgarniał je dłonią, wyraźnie nieprzyzwyczajony do noszenia rozpuszczonych włosów. A szkoda, bo ta fryzura łagodziła jego rysy sprawiając, że nie wyglądał już tak drapieżnie.
-Tak, czasami się nudzę. – odezwała się wreszcie, kiedy milczenie się przedłużało, a D wciąż nie kwapił się do zabrania głosu.
-Dlaczego więc nie wybierzesz się do Luvah? – odparł, lekko mrużąc oczy od słońca – Jestem pewien, że dawni poddani zgotują ci gorące powitanie! Jest przecież za co cię kochać! – zażartował, bezczelnie przenosząc wzrok na jej piersi.
Uderzyła go ręką w ramię.
-Dobrze skoro oboje nalegacie, odwiedzę Luvah!
Cherry mocno ścisnęła jej dłoń.
-Weźmiesz mnie ze sobą, mamo?
-Oczywiście!

D cicho się roześmiał, ale jego głos utonął w coraz bardziej zbliżającym się zgiełku. Lamia obróciła głowę i zobaczyła dwóch jeźdźców na szczycie schodów: jednego na muskularnym, zoańskim koniu, a drugiego na o wiele drobniejszym, smukłym wierzchowcu z olbrzymimi skrzydłami. Donkuel od razu zerwał się z trawy i otrzepał spodnie.
Tymczasem Eblis lekko zeskoczył z konia i ruszył w ich kierunku. Marszałek Zophiel nie ruszył się z miejsca jedynie groźnym, wymownym wzrokiem mierząc coraz bardziej skonsternowanego D.
Hrabia w kilku, długich krokach pokonał dzielącą ich odległość.
-Nic ci się nie stało, kochanie? – rozpoczął swoją zwykłą śpiewkę, obdarzając anioła morderczym spojrzeniem, jakby co najmniej zgwałcił jego żonę i to w kliku różnych pozycjach!
-Co się stało?! – nie wytrzymała i odtrąciła jego rękę, podnosząc się o własnych siłach – Czy już nie mogę wyjść spokojnie na spacer z naszym gościem?! Od razu musisz przeprowadzać akcję odbicia nieporadnej niewiasty z rąk barbarzyńcy?!
Nie spodziewał się, że na niego nakrzyczy. Z oburzenia zabrakło mu słów. Przygryzł wargę, a jego policzki pokrył rumieniec wstydu i złości.
-Nie uprzedziłaś nas, że wychodzisz! – odrzekł spokojnym tonem, ale wiedziała, że kompletnie wyprowadziła go z równowagi – A marszałek Zophiel spieszy się z powrotem do Emanacji!
-Jak to? Już? Przecież mieliśmy go gościć do jutra!
-Nastąpiła zmiana planów…
-Skąd miałam to wiedzieć?
-Oczywiście! Tak samo, jak to, że Zophiel zobaczy cię nagą w morzu Udan- Adan! W ogóle nie myślisz!

Teraz naprawdę ją zdenerwował. Już miała przygotowaną obraźliwą mowę, kiedy rozległo się donośne rżenie konia. Oboje spojrzeli w stronę skąd dochodziło. W czasie ich dobitnej wymiany zdań, Donkuel podszedł do Zophiela, który nagle spiął konia i nim D zdążył się odsunąć zwierzę kopnęło go w pierś. Uderzenie odrzuciło go do tyłu. Upadł, ale na szczęście nie stracił przytomności. Zophiel w porę powstrzymał wierzchowca przed energiczniejszym ruchem.
Eblis natychmiast zawrócił. Przykucnął przy oszołomionym aniele i położył mu dłoń na piersi, sprawdzając czy wszystko z nim w porządku. Lamia ruszyła śladem męża, wciąż zszokowana tym, co zobaczyła. Przypomniała sobie, jak na molu w Enionie marszałek uderzył Donkuela w twarz. Wtedy aż tak jej to nie poruszyło… Nie sądziła bowiem, że Zophiel jest zdolny zrobić mu krzywdę!
-Czy pan postradał rozum?! Chciał go pan zabić?! – krzyknął hrabia, zaciskając dłoń w pięść.
-To nie pana sprawa. – odparł lakonicznie Zophiel, uspokajająco klepiąc rumaka po grzbiecie – Mój pegaz jest wyjątkowo nerwowy! Przecież nie zrobiłem tego specjalnie! Jak się czujesz, D? – dodał nieco speszony potępiającym wzrokiem Lamii.

Księżna podeszła bliżej poszkodowanego anioła. Donkuel pluł krwią i mimo pomocnego ramienia Eblisa nie potrafił się podnieść na nogi.
-Przestań się mazgaić! – sarknął marszałek – Już dość straciłem przez ciebie czasu!
Lamia bez namysłu oderwała kawałek jednego z cudownych rękawów „oka Oothoon” i otarła nim usta D.
-Weź to, żeby chwilowo zatamować krwawienie…
Posłał jej takie spojrzenie, że przeszedł ją dreszcz wzdłuż kręgosłupa; coś niespodziewanie ścisnęło ją w brzuchu, rozlewając się ciepłem po całym ciele. Dopiero po chwili rozpoznała, że to przypływ podniecenia…
Odebrał od niej kawałek rękawa i przykładając go do ust, wreszcie stanął o własnych siłach.
-Dziękuję, hrabio… i hrabino. Nie zapomnę tego. – głos mu trochę drżał, co zważywszy na to jak oberwał nikogo nie dziwiło.
-Wskakuj na swojego pegaza i wynosimy się stąd! – wtrącił Zophiel.

Słudzy Eblisa trzymali wierzchowca D pomiędzy swoimi końmi. Był ciemnej maści, nakrapianej srebrnymi cętkami, a jego skrzydła miały srebrzysto- biały kolor. Donkuel cicho zagwizdał i pegaz spokojnie do niego podszedł. Przykucnął na przednie nogi, żeby ułatwić swojemu panu ulokowanie się na jego grzbiecie.
Kiedy D usadowił się w siodle, marszałek wyjął dziwny klucz i uaktywnił silne, magiczne zaklęcie. Księżna poczuła w powietrzu jego wibracje, a co więcej ziemia zaczęła drżeć. Zachwiała się, lecz Eblis w porę chwycił ją w pasie i uchronił przed upadkiem.

Klucz rozbłysnął ostrym światłem. Błyskawicznie zmaterializował się czerwono- złoty portal i pochłonął obu aniołów w swój agresywny blask.
Obserwowali jak światło coraz bardziej blaknie, aż w końcu zupełnie znika im z oczu. Oboje byli skamieniali ze strachu i zdumienia. Lamia nigdy w życiu nie doświadczyła działania tak potężnego czaru!
-Co to było? – w tym całym zamieszaniu, nie zauważyła kiedy dołączyła do nich Cherry.
-Dobre pytanie. – odparł zamyślony hrabia – I na pewno zainteresuje Belzebuba…

Księżna z trudem przełknęła ślinę, przytłoczona nadmiarem emocji i potężną magią, której ślady nadal nie znikały z otoczenia.

Zadrżała, gdy za ich plecami zaryczała trina. Zwierzęta również zareagowały na zaklęcie klucza i zaniepokojone zaczęły się między sobą komunikować. W mgnieniu oka cały plac Eno wypełnił się dźwiękami tubalnego koncertu morskich smoków.

KONIEC Rozdziału V

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *