Wiersze Ewy Włodarskiej- Lorek

„Gospodi! Ty widisz’, ja ustała!
Woskriest’ i umirat’, i żit!”
*Panie! Ty widzisz, nie mam już sił!
Zmartwychwstawać, umierać i żyć.
/Anna Achmatowa/.

Dlaczego pęczniejecie? Jakimi słomkami
zassano was od środka? Jakie podobieństwo
do ikon i relikwii zachowanych w cerkwiach
mieści się pod przejrzystą, zapadniętą skórą?

Ziemia rodzi bez końca najprzedniejsze kłosy;
wyruszają transportem na wschód, w niewiadome.
Zbieracie młode listki, ślimaki, chrabąszcze,
wygrzebując z zagonów nadgniłe kartofle.

Później dni się równają, ruszacie na łowy
z gniazd wykradając jaja, z kryjówek gryzonie
– za skórkę płacą całe piętnaście kopiejek –
a kiszki choć przez chwilę grają w innym rytmie.

Matuszki płaczą, puchną jak cisza za oknem.
Żądlą was, ciągle żądlą, w oczy sypią wapno.

Wynurzenie

Grudzień był zaniedbany, zmatowiały, szorstki,
nie czekał na nas w domu. Chwytaliśmy w biegu
korytarze, uśmiechy, szpitalne odgłosy.
Nawet echo nie chciało śpiewać, a wieczory

stawały się odległe, przerośnięte dniami.
Doby nas nasączały prośbą o powszedni
wymiar dźwigania, wtedy mury przenosiły
ból, my prawdy z ust do ust. Nieuświadomieni

przesuwaliśmy wózek prawie na bezdechu.
Byle do stycznia, byle w nowy wymiar, słowo.

Notatki
*
Familie przemijały płynnie jak obrazy,
wyściółka na dnie studni. Do dziś szumią jary
liśćmi, w które wrastały. Teraz się bratamy
na zgliszczach starej Polszy.
*
***
Gdy muszę się pozbyć choćby maleńkiej kromki,
jawią się baraki, gdzie jadłeś brukiew z chlebem
najczęściej spleśniałym. Z tobą zasnęła w szafie
szara marynarka. Z niej wyciągałam listy.
*
Zachodziłam w głowę ile zmieszczą kieszenie.
Otwarcie pisałeś: łatwo ukraść tożsamość,
gorzej z przyzwoleniem. Nie wrasta w krew
i kłóci się z wpisem w dowodzie.
*
Zakleszczenie
*
Opowiem ci o domach. Zapadasz się w mury
jak w podszewki. Korzenie oplatają stopy
niczym gleba, co zjada nasiona, by z miejsca
zamknąć się w niewzruszoną plisę czy pęknięcie.
Ściany oddają ciosy i wieczne urazy.
Zastygają w przegubach jak świeże zakrzepy.
*
Opowiem ci o ludziach. Wpisani na siłę
w cztery kąty koczują gdzieś na pograniczu,
między wilgocią siedlisk, a szczeliną w cegłach. Nocą
drzwi im otwiera inny wymiar. Kroki
odmierzają zastani podróżni, zlepieni
z murów ukołysanych przez naścienne prządki.
*
Opowiem o domostwach, rodzinach w amoku,
w które wnikają cienie, a obce odbicia
nie wprawiają w zdumienie. Tylko egzorcyzmy
rozwiązują języki.

Siostry
*
Wchodziły w szarość lekko jak korzenie grabu,
które opukiwały dębową przeszkodę.
Budzone każdej nocy, wybiegały stale
*
trzymając się za ręce. Z tłumu nieuchwytnych
wygrzebywały twarze tych, którzy poznali
na pamięć ścieżki, ślady do starej kaplicy,
*
wklęsłe litery. Z dali świeciły podwójnie
wyściełane posłania. Wtedy wczesny styczeń
nie przestawał rozrzucać piór maczanych w wapnie.
*
Coś ugrzęzło jak gałgan, ryglowało gardła.
Został adres pod drzewem, plastikowe kwiaty.

Mimikra

Straciliśmy przyczepność wydłubani z gleby
i podmyci jak w czasie ablucji. Korzenie
znów włóczymy za sobą, brzemienni w pęcherze.
Wylewamy przy większych napięciach. Koryta
*
nie trzymają ciężaru, nie karmią spokojem.
Otoczeni sidłami rozproszonych żyłek,
wyżłobień w skórze, krętych jarzm jak jeden krwiobieg,
przeprawiamy się w płytki sen na drugim brzegu.

Przesilenie
**
Już nie uwalniasz z dłoni jaskółek. Kamienieją
w garściach jak naszyjniki z onyksów, zrzucane
nad strugą. Rozrywane wirami przenikają pępek,
aby po stronie światła lepić nowe gniazda.
*
Na drugim brzegu rzeki stał mój cień, wyławiał
z cieku puch czarno – biały, przesączał przez palce.
Były jak kry pęknięte we wczesnym przedwiośniu,
zdmuchnięcie przywracało ptakom ich przestrzenie.
*
Z cienia na cień spoglądam odbita w odmętach.
Krążysz jak fantom w blasku, niezauważony
przystajesz za plecami. Z duszą na ramieniu
liczę stada oknówek, pikują do źródeł.

Zimobranie

Rozpoznana po tropach, co na śnieg wyległy
jak wypłoszone sarny, albo kuropatwy
zmylone snem. Dobiałość wbija pod powieki
rozmiękczone akcenty. Szmer międzyszyszkowy

zatrzymuje na szronach dni krótsze od nieba,
które czujemy w palcach, naskórku, podeszwach.
Czas przybiera na wadze, przebiera się w cienie,
i szeleszcząc umyka, my spragnieni ognia
gęstniejemy w cieplarniach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *