Eksponat

Profesor Berger był zaciekłym ateistą i zwolennikiem postępu za wszelką cenę. Gorąco popierał wszelkie jego przejawy, ganił tych, którzy wynajdowali jego etyczne granice. Postępu nie da się powstrzymać, miał w zwyczaju mawiać, wszyscy uważający inaczej są głupcami niewartymi uwagi. W systemie wartości profesora dobre było to, co służyło postępowi, złe, co próbowało go hamować. A mówiąc bardziej obrazowo, dobra była owieczka Dolly i jej naukowi pararodzice, a złe były parareligijne organizacje potępiające takie eksperymenty.

Nic dziwnego więc, że i własne ciało profesor postanowił przeznaczyć na ofiarę w hołdzie postępu. A ściślej – instytutowi anatomii swojej Alma Mater.

– Macie mnie posiekać na kawałki, rozczłonkować, przerobić na preparaty dla studentów, przebadać na wszelkie sposoby, co tam wam przyjcie do głowy, byle nic się nie zmarnowało. Niech i ten nędzny worek kości się na coś przyda – powiedział profesorowi Zybertowiczowi, podpisując stosowny dokument.

Profesor Zybertowicz podziękował mu serdecznie; instytut właśnie przeżywał kryzys, młodzi adepci medycyny uczyli się na wiekowych preparatach, a nowych w wyniku obostrzeń w przepisach i nacisków opinii publicznej jakoś nie przybywało. Do tego dochodziła jeszcze sprawa osobistej satysfakcji, której miała Zybertowiczowi dostarczyć zabawa jednym z organów Bergera; Zybertowicz od lat pałał chęcią zemsty za romans Bergera z jego żoną (romanse z żonami kolegów po fachu—nijak się mając do postępu ludzkości—w systemie wartości Bergera były wygodnie neutralne), chęcią cichą, ukrytą, jako że profesorowi na medycznej uczelni nie wypada zionąć nienawiścią i złorzeczyć jak byle minister.

Już w momencie podpisywania dokumentu, profesor Berger wiedział, że nie zostało mu wiele czasu. Niewydolność nerek, cukrzyca, choroba wieńcowa, owrzodzenie wątroby… To nie mogło ciągnąć się w nieskończoność. I aby konowały nie zniszczyły cennego eksponatu, złożył ustną i pisemną deklarację zabraniającą medykom reanimacji. Chciał odejść w takim stanie, w jakim położono go do szpitalnego łóżka.

Gdy wreszcie nadeszła ostateczna chwila, wokół profesora zebrała się spora grupa kolegów. Część z nich smętnie kiwała głowami, część pocieszająco uśmiechała się, część po prostu się gapiła. Profesor raz po raz omiatał salę wzrokiem, jakby chciał zapamiętać ją w jak największej ilości szczegółów. Stopniowo stawało się to coraz trudniejsze, jego mięśnie słabły, odmawiały posłuszeństwa. Serce zwalniało, aż stanęło zupełnie. Ciszę szpitalnej sali przeszył alarm maszynerii monitorującej stan pacjenta.

Profesor Berger umarł, lecz nie nastąpiła żadna z rzeczy, których profesor się spodziewał. Przede wszystkim, przed jego oczami nie wybuchła czerń, nie zalała świata, nie zajęła jego miejsca, nie unicestwiła jego skromnego ego. Nie pojawił się też ten słynny tunel zakończony srebrzystym światłem, profesor nie odpłynął w otchłań w towarzystwie aniołów ubranych w powłóczyste szaty. Nie został też, z drugiej strony, porwany przez uzbrojone w widły rogate stwory, by smażyć się przez całą wieczność w ogniu piekielnym. Nic podobnego. Dla profesora nie zmieniło się nic.

Och, prawda, stracił panowanie nad swoimi członkami, jego ciało zaczęło stygnąć i tężeć, a wciąż otwarte oczy zaszkliły się śmiercią. Ale on sam, jego istota, jego—nazwijmy to w ten sposób, z braku lepszego określenia—dusza, pozostała na swoim miejscu. W tym opanowanym rigor mortis ciele.

Z przerażeniem obserwował, jak po kolei jego koledzy obojętnie odchodzą zajmować się swoimi sprawami, jak personel szpitala przykrywa go prześcieradłem i przetransportowuje do laboratorium instytutu anatomii, jak pochyla się nad nim grupka studentów w towarzystwie swojego nauczyciela, doktora Jasińskiego. Chciał krzyczeć, wrzeszczeć; nawet próbował, choć oczywiście bez rezultatu.

Prawdziwy szok przyszedł jednak, kiedy dr Jasiński zabrał się za przygotowywanie preparatów. Skalpel gładko przebił się przez skórę, tłuszcz i mięśnie, lecz nie odbyło się to zupełnie bezboleśnie dla przedmiotu sekcji. Profesor Berger czuł każde cięcie; nie do końca, jak żywy człowiek, nie, ból nie poruszał się po ścieżkach neuronowych, by znaleźć swoją interpretację w mózgu; ten ból dotykał bezpośrednio duszy profesora. A kiedy dr Jasiński wyjmował jego organy—serce, wątrobę, nerki, jak podroby przeznaczone na zupę—profesora ogarnęło przedziwne uczucie przebywania w kilku miejscach naraz. Był tam, na stole, a jednocześnie w szklanych naczyniach nieopodal.

Najgorsze przyszło, gdy dr Jasiński zabrał się za oczy. Do tej pory wizja profesora była w miarę normalna; nikt nie pomyślał o tym, by zasunąć mu powieki, więc mógł wszystko, co się działo wokół niego, obserwować prawie jak żywi uczestnicy wydarzeń. Jedynym ograniczeniem był brak możliwości poruszania gałkami ocznymi, co profesor z miejsca porównał do statycznych ujęć z kamer przemysłowych w hipermarketach. Gdy dr Jasiński zabrał się za oczy, porównanie to straciło rację bytu. Perspektywa wizji profesora załamała się, pole widzenia podzieliło na dwie nieprzystające do siebie części, zaczęła się trząść i kołysać. Profesor pewnikiem doznałby zawrotów głowy, gdyby było to w granicach fizjologicznej możliwości; pewnikiem też by je zamknął, gdyby… A tak, pozostało mu jedynie czekać, aż dr Jasiński przestanie się nimi bawić i umieści je w uprzednio przygotowanym naczyniu. Co też się wkrótce stało, dzięki czemu profesor zyskał unikatową sposobność przyjrzenia się swemu wybebeszonemu ciału z boku.

Prace trwały długo. Dra Jasińskiego po jakimś czasie zmienił dr Pawłowski, a jego – dr Iwaniuk. Efektem końcowym był czyściutki szkielet profesora, kilkanaście preparatów z jego organami i kilkadziesiąt kilogramów odpadków, które spalono w szpitalnym krematorium, mimo wrzasków sprzeciwu ze strony duszy profesora.

Po kilku dyskusjach w profesorskim gronie, profesor Berger znalazł się w trzech pracowniach (w ogólnym zamieszaniu gdzieś zaginęło naczynie zawierające jego genitalia; nikt nie skojarzył owego faktu z zadawnioną urazą profesora Zybertowicza). Co gorsza, jego oczy trafiły na różne piętra, tym samym sprawiając, że porównanie do kamer przemysłowych ponownie nabrało sensu.

Ból towarzyszący profesorowi podczas sekcji minął szybko. Ból nie stanowił problemu, problem stanowiła pustka, która zajęła jego miejsce. Patrzył, ale nie był widziany. Oglądano go, ale nie czuł. A kiedy kończyły się zajęcia i w pracowniach gasło światło, po prostu tkwił w nich, groteskowo podzielony, zredukowany do najciekawszych elementów, zanalizowany ad absurdum. Bez nadziei na zwolnienie warunkowe.

W ostatecznej rozpaczy, rozpaczy, w jaką popaść może jedynie osoba stojąca twarzą w twarz z ostatecznością, ateistyczny profesor jął wzywać imię Boga. Jego linia rozumowania—jak to liniom czasem się zdarza—była prosta: skoro w momencie śmierci nie ogarnęła go wielka ciemność, na co wskazywała elementarna logika, oznacza to, że ktoś tym całym nieszczęsnym, niedoskonałym wszechświatem musi kierować, jakaś siła wyższa, jakaś vis maior, jakiś—z braku lepszego określenia—Bóg. Ktoś lub coś zdolne wydostać go z tych szczątków i albo przenieść w lepsze miejsce—nazwijmy je roboczo niebem—albo raz na zawsze zgasić światło, ciszej nad tą trumną, panu już dziękujemy, finito. Jeśli to wątpliwej urody przeżycie miało być dla niego lekcją poglądową, to on już wyciągnął z niej wnioski, był gotowy do egzaminu.

– Boże, nie wiem, kim jesteś, gdzie jesteś, ale pomóż mi, pomóż! – wołał całą swoją duszą. – Skończ z tym! Wygrałeś, przyznaję, zrób ze mną, co chcesz, tylko skończ to wreszcie! Słyszysz?! Skończ to!

Odpowiadała mu jednak głucha cisza. W mroku martwej pracowni uśmiechała się do niego wieczność.

3-4/10/2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *