Marta Kisiel

Kiedy w mojej głowie rodzi się jakaś historia, nie zastanawiam się, w jakiej jest konwencji, po prostu płynę z prądem, obmyślam ją sobie dalej, a potem siadam i zaczynam spisywać.

Marta Kisiel – urodzona w 1982 roku, polonistka, zafascynowana twórczością Juliusza Słowackiego, z pochodzenia wrocławianka. Zadebiutowała opowiadaniem „Rozmowa dyskwalifikacyjna” („Fahrenheit” nr 53/2006).  Jej kolejne sukcesy wydawnicze to opowiadania: „Dożywocie”, które ukazało się w antologii „Kochali się, że strach”, Fabryka Słów 2007, czy „Przeżycie Stanisława Kozika”, opublikowane w „Science Fiction, Fantasy i Horror” nr 44/2009 i „Nawiedziny”  (antologia Nawiedziny, Fabryka Słów 2009). Teraz przyszedł czas na jej debiutancką powieść „Dożywocie”.

Magdalena Pioruńska:  Jak się pani czuje w roli debiutującej pisarki? Czy jest to spełnienie pani marzeń, czy raczej niespodziewane wydarzenie w pani życiu?

Marta Kisiel: Jest to uczucie przede wszystkim ambiwalentne. Z jednej strony przyjemne jak diabli, a z drugiej absolutnie przerażające. Rzeczywiście, chodziło mi po głowie od mniej więcej dziesięciu lat, żeby coś napisać, wydać, ho-ho-ho, więc w pewnym stopniu jest to spełnienie moich marzeń. Ale z drugiej strony to również zderzenie moich własnych wyobrażeń na temat tego, co się stanie z moją książką, co powiedzą o niej czytelnicy, komu się spodoba, komu nie, czego się czytelnicy uczepią, a czego nie, z rzeczywistością. Nie da się już niczego cofnąć, klamka zapadła, klucze posiane. Książka została napisana, wydana, a potem zaczęło się wielkie czekanie, nerwy, zanim się ktoś pierwszy odezwie i powie, że przeczytał, że podobało mu się lub nie podobało i dlaczego. Tak więc z jednej strony straszliwie się cieszę, a z drugiej równie straszliwie denerwuję.

M.P.: Skąd wziął się pomysł na debiutancką powieść?

M.K.: Pomysł wziął się z konkursu „Fahrenheita”. Gdyby nie on, nie byłoby ani pierwszego opowiadania, ani całej książki. Pod koniec 2006 roku „Fahrenheit”, cześć mu za to i chwała, ogłosił konkurs na opowiadanie z konkretnym tematem w konkretnej konwencji – miała być fantastyka i miało być o miłości. Na początku nie bardzo chciałam pisać, bo co to za temat, miłość? A fuj, obrzydliwość, love krowe byk i insze pierdoły. Brakowało mi też dobrego pomysłu. Koleżanka z „Fahrenheita”, Karola, zaczęła mnie jednak namawiać, żebym spróbowała. Wtedy doznałam iluminacji –  zobaczyłam panicza Szczęsnego, jak dostaje w pysk od dziarskiej dziewoi. I tak się zaczęło. A ponieważ przyszło mi wtedy do łba hurtem bardzo dużo pomysłów, stwierdziłam, że jak się powiedziało A, to można powiedzieć B i tak dojść do końca alfabetu. Zanim pod koniec 2007 roku ukazała się antologia „Fahrenheita”, miałam już gotowe trzecie opowiadanie. Skorzystałam z nadarzającej się okazji i od razu popełniłam całą książkę.

M.P.: Dlaczego wyraża się pani akurat w fantastyce?

M.K.: Bo to mi w duszy gra. Kiedy w mojej głowie rodzi się jakaś historia, nie zastanawiam się, w jakiej jest konwencji, po prostu płynę z prądem, obmyślam ją sobie dalej, a potem siadam i zaczynam spisywać. Tak się akurat składa, że najczęściej wyobrażam sobie szalone historie z fantastyką w tle. Zresztą, jakby nie patrzeć, romantyzm, mój literacki numer jeden, bóstwo moje ukochane, bardzo mocno się na tej fantastyce osadza. Fantastyki jest tam po prostu mnóstwo, i to jakiej! Palce lizać! Romantyzm nie tylko wykorzystywał ją na wiele różnych sposobów, ale też wprowadził z kręgu ludowego do literatury wysokiej. Nie były to już bajki opowiadane przez bajarki, piastunki czy babcie, tylko wyśmienita literatura, ceniona na salonach.

M.P.:Czy są jacyś autorzy, którzy są pani szczególnie bliscy? Czy jest ktoś, komu chciałaby pani dorównać, czy wzoruje się pani na kimś, czy raczej wolałaby pani tworzyć coś unikatowego?

M.K.:Jest wielu autorów, których bardzo lubię i którzy wywarli na mnie wielki wpływ. Na przykład wiele osób już przy tej pierwszej antologii zwracało uwagę, że widać u mnie inspirację twórczością Joanny Chmielewskiej. Chociażby ironiczne podejście samego narratora do opowiadanej historii wzięło mi się właśnie z jej powieści, które swego czasu czytałam namiętnie. Muszę, po prostu muszę wspomnieć także całe stada romantyków, ze Słowackim na czele. Czytałam ich bardzo dużo, zapadli mi w pamięć nie tylko konkretnymi cytatami, ale też samymi scenami, pewnymi schematami. Na przykład Szczęsny to jeden wielki, romantyczny kochanek, takie streszczenie IV części „Dziadów”. Stanowi kwintesencję tego, co mnie najbardziej denerwuje w tych wszystkich Werterach, w tych wszystkich nieszczęśliwie zakochanych młodzieńcach, którym brakuje jaj, żeby zrobić coś ze swoim życiem.
Ci autorzy wpłynęli na mnie, ale z żadnym z nich nie zamierzam się ścigać. Po prostu uważam, że nie ma to większego sensu, dlatego nie wzoruję się na nikim. Nie mam obsesji, żeby komuś dorównać czy zapisać się w historii literatury złotymi zgłoskami, a najlepiej to platynowymi. Wychodzę z założenia, że każdy autor, lepszy czy gorszy, jest pierwszym sobą. Nie ma drugiego Mickiewicza, jest za to pierwszy Kowalski, pal sześć, czy geniusz, czy grafoman. Każdy autor prędzej czy później znajdzie w literaturze coś dla siebie, gatunek, temat, konwencję, i coś swojego, własnego popełni. Będzie to może mniej lub bardziej oryginalne, ale będzie jego, Kowalskiego, a nie Mickiewicza bis. Tym bardziej nie zamierzam się z nikim ścigać, do nikogo dopasowywać. Kopanie się z koniem nikomu nie wyszło na zdrowie. Wolę być pierwszą Martą Kisiel niż drugim kimś, z kim będę stale porównywana. Poza tym wszystko można wziąć, każdy temat, schemat, konwencję, typ bohatera, i na swój własny sposób skomasować, przetworzyć, wypaczyć i tak dalej. W „Dożywociu” wykorzystałam przecież mnóstwo tekstów literackich. Przywoływałam je mniej lub bardziej dosłownie, więc pod tym względem trudno mnie posądzić o oryginalność. Jest to jednak mój tekst, bo w ten właśnie sposób myślę, pokrętnymi skojarzeniami. I ten mój sposób myślenia ujęłam w słowa, przelałam na papier. Nie myślę też konkretną konwencją, nie zakładam na przykład, że teraz wezmę sobie elfa, krasnoluda, scenę karczemną, na dokładkę księcia na rumaku, królewnę itd. i napiszę heroic fantasy. Szczerze mówiąc, nie łapię nawet tych podziałów wewnątrz gatunku, poza fantasy, horror i science fiction nie wykraczam. Po prostu biorę to, co najbardziej lubię, i na swój sposób mieszam tak, jak mnie się podoba. Niektórzy twierdzą, że autorzy piszą takie książki, które sami chcieliby przeczytać. Ja nawet o tym też nie myślę. Może dlatego, że mam co czytać?…

M.P.: Z czego czerpie pani inspirację poza literaturą i romantyzmem? Czy jest coś takiego w życiu codziennym, co skłania panią do pisania?

M.K.: Właściwie czerpię inspirację ze wszystkiego. W kontaktach z innymi ludźmi nie od razu rzucam się w wir konwersacji, nie jestem szczególnie towarzyska. Lubię siedzieć z boku i obserwować, słuchać. Tak właśnie podchodzę do świata. Bardzo różne rzeczy wpadają mi w oko bądź w ucho, tak więc czerpię, z czego się tylko da. W „Dożywociu” jest mnóstwo drobiazgów, a nawet większych scen z życia wziętych. Również w moim własnym wykonaniu. Jedno już się udało na Facebookowym profilu „Dożywocia” rozszyfrować: mianowicie numer Licha z lokówką wykonałam osobiście w wieku lat siedmiu. Do końca życia nie zaufam żadnej lokówce, nawet lodowatej. Wiele postaci wzorowałam na znanych mi osobach. Nie byłoby Licha, gdyby nie moja przyjaciółka. To, co wyczynia Licho, ta jego nadopiekuńczość, dość naiwne podejście do życia, to cała ona. Od razu siebie rozpoznała. To, że Licho nieszczególnie sobie radzi z patelnią czy z młotkiem i wyrządza przy tym dodatkowe szkody na ciele i umyśle, to po prostu samo życie. Czasami inspiruję się też tym, co gdzieś przeczytam – niekoniecznie w książkach, ale np. w prasie. Ot, żeby nie szukać daleko. Nie byłoby opowiadania „Przeżycie Stanisława Kozika”, gdyby nie krótka notka prasowa, której skan przesłała mi koleżanka. Notka o człowieku, który umarł w pracy. Jego koledzy dopiero po paru dniach zauważyli, że ten mężczyzna pochylony nad biurkiem wcale nie pracuje tak ciężko, jak dotąd sądzili, tylko nie żyje. W pierwszej chwili mnie to rozbawiło, a w drugiej przeraziło. Autentycznie mnie to przeraziło – zarówno reakcja tych ludzi, jak i moja własna. Stąd wziął się tekst, z tego mojego przerażenia.

M.P.: Jak wygląda pani życie zawodowe? Czy pisanie jest dla pani najważniejszym nurtem w życiu, czy też poza tym robi pani jeszcze coś innego, co sprawia pani taką samą, albo nawet większą satysfakcję?

M.K.: W pierwszym opowiadaniu z „Dożywocia” pada takie określenie odnośnie do Romańczuka, że to jest zły autor, bo ileż można pisać. To właśnie bez przerwy słyszałam od moich redaktorek – że jestem złym autorem, bo ileż można pisać jeden tekst. Otóż bardzo, bardzo długo. Pisanie to maleńki wycinek tego, co robię w życiu. Prawdę powiedziawszy, nie mam na nie zbyt dużo czasu. Piszę więc bardzo rzadko i bardzo mało, dlatego napisanie całego „Dożywocia” zajęło mi dwa lata. Przede wszystkim poświęcam się życiu zawodowemu. Pracuję jako redaktor, ostatnio też jako tłumacz, czyli non stop siedzę w tekstach literackich – i w polskich, i w tłumaczeniach. To mi trochę przeszkadza w pisaniu, bo trudno po kilku czy po kilkunastu godzinach ślęczenia nad cudzym tekstem, cudzym stylem wrócić do własnego. Natomiast pisanie to dla mnie taka metoda na oczyszczenie umysłu z historii, która mi się gdzieś tam w głowie wykluła i którą muszę w pewnym momencie przelać na papier, inaczej nie zrobię miejsca na kolejną. Chciałabym pisać więcej, ale póki co nie mogę sobie na to pozwolić z uwagi na zawód. Nie mogę pisać i pracować równocześnie. Albo, albo. W styczniu zrobiłam sobie miesiąc bez redagowania, bez tłumaczeń i poprzestałam na samym pisaniu, żeby skupić się na własnym stylu, na własnej historii, zamiast myśleć w kółko o tym, że ten autor w jakiejś tam scenie zapomniał o czymś tam, a ten tłumacz niekonsekwentnie przekłada styl wypowiedzi jakiegoś bohatera.

Mam nadzieję, że to moje pisanie będzie się rozwijało, że jak już popełnię drugą, trzecią książkę, będę mogła sobie częściej pozwolić na pisanie. Ale potrzebny jest odzew, czyli potrzeba ze strony czytelników. Nie ma sensu pisać, jak ktoś tego najzwyczajniej nie chce czytać. Nie wierzę w tworzenie „sobie a Muzom”. Myślę, że to melodia przyszłości, jeszcze wszystko przede mną.

M.P.: Jakie są pani przyszłe plany wydawnicze?

M.K.: Piszę właśnie jedną książkę, żeby złapać oddech, no i przymierzam się powolutku do dość trudnej powieści, osadzonej w konkretnej XIX-wiecznej, romantycznej konwencji. Czytelnicy zapewne jej nie znają, więc będzie to dla nich coś nowego, może nawet oryginalnego. Chodzi mi o powieść frenetyczną czy, szerzej mówiąc, frenezję romantyczną. W Polsce nie cieszyła się dużą popularnością, co innego we Francji. U nas się nie przyjęła, z różnych powodów. Poza Słowackim i Malczewskim, którzy w niej celowali, mało kto po nią sięgał. Pisałam o tym pracę magisterską, kawałek doktoratu, także jest to temat, który mnie bardzo interesuje. Chcę też wykorzystać tego nieszczęsnego bohatera romantycznego, co to najchętniej palnąłby sobie w łeb, ale nie chce, nie potrafi albo nie może. Co z tego wyjdzie – zobaczymy. To dość trudna konwencja, dość trudny bohater, mam nadzieję, że przede wszystkim spełnię swoje własne oczekiwania, a co powiedzą czytelnicy, to już czas pokaże.

M.P.: Czy planuje pani kontynuację „Dożywocia”?

M.K.: Nie planuję, zapieram się w tej kwestii wszystkimi kończynami. Z dwóch powodów. Po pierwsze, bardzo nie lubię pisać w kółko o tym samym i w ten sam sposób. Bardzo potrzebuję płodozmianu. Tak jak nie mogę w kółko siedzieć i czytać książek utrzymanych w jednej konwencji, tak samo nie mogę siedzieć i w kółko pisać książek typu „Dożywocie” czy dosłownie wciąż tego samego „Dożywocia”. Mnie to po prostu nie kręci. Owszem, jako czytelnik cykle lubię, choć są pewne granice. Natomiast jako autor absolutnie ich nie trawię. Kiedy pisałam ostatnie opowiadanie z „Dożywocia”, miałam już dosyć własnych bohaterów. Dlatego nie zamierzam popełniać następnego tomu czy też tomów, nie widzę sensu. To zamknięta historia, zamknięta całość, a ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Nie zamierzam jednak rezygnować z samej konwencji. To, że chcę napisać powieść frenetyczną, nie oznacza, że nie będę pisała więcej tekstów humorystycznych. Wręcz przeciwnie. Chociażby ze względu na ten płodozmian chcę mieć coś takiego na podorędziu. Zresztą podobne teksty pisze mi się o wiele lepiej, ponieważ styl takiego pisania najbardziej przypomina styl mojego codziennego mówienia. Tak jak mówię i myślę, tak samo piszę. Wtedy na dobrą sprawę powieść pisze się sama. Tak więc z konwencji nie rezygnuję, ale Licho i cała reszta nie doczekają się kontynuacji swoich przygód.

M.P.:Jak się pani ustosunkowuje do tego, że „Dożywocie” określa się debiutem roku? Czy tak skrajnie pozytywne opinie wpływają na pani stosunek do pracy twórczej?

M.K.: Wiadomo, cieszę się z tych pochwał jak dziecko, bo kto by się nie cieszył. Ale wolę, jak ktoś zaczyna mi wytykać błędy i pokazywać, co muszę poprawić, co jest do dopracowania, co mi wychodzi gorzej i nad czym powinnam popracować. To mnie mobilizuje, pozwala poczuć stabilny grunt pod nogami. „Aha, flekują, znaczy, że jeszcze nie bujam w chmurach i raczej mnie nie zestrzelą.” Jak słyszę takie jednoznaczne ochy i achy, bez żadnego najmniejszego „ale”, to zaczynam się niepokoić i nie bardzo wiem, jak reagować. Teraz czytam rozmaite recenzje i opinie na Facebooku, forach itd., jednocześnie pisząc książkę, i widzę, że się denerwuję. Pisanie nie idzie mi tak, jak szło wcześniej, bo zaczynam się zastanawiać, czy to zdanie, które właśnie popełniam, spełni oczekiwania czytelników, którzy sądzą, że następna moja książka będzie równie dobra, jeśli nie lepsza. To działa trochę jak hamulec.

Natomiast, szczerze powiedziawszy, nie zgadzam się z tym stwierdzeniem o debiucie. „Dożywocie” to nie jest debiut roku. To nie jest książka na miarę debiutu roku. Może świetnie się ją czyta, może sprawia ludziom wiele radości, co mnie szalenie cieszy. W końcu pisałam ją po to, żeby rozbawić ludzi, poprawić humor, jeśli komuś będzie smutno, a jeśli ów ktoś przy okazji doszedł do wniosku, że dostrzega w tej historii coś więcej, to jeszcze lepiej. Ale to nie jest debiut roku, to nie ten kaliber. Bardzo mi się zrobiło przyjemnie, kiedy przeczytałam tę opinię, ale myślę, że znalazło by się paru o wiele lepszych ode mnie. I to bez trudu. Nawet się do tego stwierdzenia szczególnie nie przywiązuję. Staram się dalej robić swoje tak, jak umiem najlepiej.

Z Martą Kisiel rozmawiała Magdalena Pioruńska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *