Czarnobiałość

Wczoraj, przeglądając strony internetowe, trafiłem przypadkiem na zdjęcia Olivera Hardy’ego. Znacie? Nie? Ależ pewnie, że znacie. Przynajmniej jeśli macie powyżej trzydziestu lat. Toż to popularny Flap z niezapomnianego duetu kina niemego. Znani na całym świecie komicy Stan Laurel i Oliver Hardy z niewiadomych przyczyn nazwani zostali w Polsce Flip i Flap. Mniejsza zresztą o nazwę (i pożal się Boże anonimowego autora tej przemiany). Laurel i Hardy czy też Flip i Flap byli ulubionymi bohaterami mojej młodości. I moich rodziców. I…

No właśnie – jak to się stało, że aktorstwo, z dzisiejszego punktu widzenia prymitywne, przetrwało w pamięci ludzi i niezależnie od dzisiejszych komercyjnych i wypasionych produktów (bo w większości trudno nazwać to filmami, choć z definicji filmami są jak najbardziej)  nadal potrafi bawić, śmieszyć i wzruszać?

Albo inaczej – czy stare, przedwojenne, czarno-białe filmy oddziałują na współczesnego człowieka bardziej niż dzisiejsza, pisana po stokroć pod jeden scenariusz papka filmowa?

Weźmy pod uwagę takiego King-Konga. Historia olbrzymiej małpy sfilmowana została kilkukrotnie. Litościwie pomijając wszelakie „dzieła” pokroju „King-Kong kontra Godzilla” zastanówmy się – którą wersję pamiętamy najbardziej? Czy tę ostatnią, przepełniona efektami specjalnymi, czy tę z Jessicą Lange, czy jednak tę czarno-białą, z olbrzymią małpą trzymającą się niezdarnie Empire State Building i atakowaną przez dzielnych amerykańskich pilotów (m.in. podpułkownika Wojska Polskiego, Meriana Caldwela Coopera, ojca znanego polskiego pisarza Macieja Słomczyńskiego, ps. Joe Alex). Która wersja weszła na stałe do historii kina? To właśnie ta pełna dramatyzmu scena śmierci wielkiej małpy stała się inspiracją nie tylko dla sequeli, ale również dla wielu podobnych scenariuszy, nie dorastających zresztą oryginałowi do pięt.

A wyciskacze łez? Przyznajcie, który film zasługuje na miano wyciskacza łez wszechczasów? Tak, tak… Toż to nie może być żaden inny film, niż Casablanka. Scena na lotnisku nadal uchodzi za jeden z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających momentów w historii kina. I co najważniejsze w tym filmie – nie chodzi tylko o tyleż prosty, co rewelacyjnie zrealizowany scenariusz, ale głównie o aktorstwo. Świetny Humphrey Bogart, rewelacyjna Ingrid Bergmann… Złote czasy kina, kiedy aktorzy, by stać się sławnymi, musieli umieć grać…

Osobną kwestią są komicy. Przyznajcie – kogo najbardziej lubiliście? Wspomniany wcześniej duet Flip i Flap? Bracia Marx? Harold Lloyd? A może Abbot i Costello?

Uwielbiam każde z tych postaci. Choć każda z nich prezentowała inny typ humoru, byli pierwowzorami wielu współczesnych satyryków. Bracia Marx to przecież taki starszy pierwowzór Monty Pythona, gdzieś w twórczości choćby Mr. Beana czy Benny Hilla pobrzmiewają echa duetu Laurel&Hardy… A przecież do kompletu trzeba i należy dodać geniusza, arcymistrza komedii a jednocześnie tragedii, szarlatana filmu czyli Charliego Chaplina.

No bo jak nie popłakać się przy ”’Brzdącu”?. Przy tym filmie nie da się nie poryczeć. No nie da! I choć uśmiać się można również, to jednak film to iście niesamowity. I nic dziwnego, że w wielu, wielu współczesnych filmach widać wpływ zarówno scenariusza, jak i geniuszu aktorskiego i reżyserskiego Chaplina. A przecież za najlepszy film tegoż reżysera uchodzi – całkowicie słusznie zresztą – niesamowity „Dyktator”. Film, którego obejrzenie powinno być obowiązkiem dla każdego (podobnie jak „Folwark zwierzęcy” obowiązkową lekturą). Chaplin na swój groteskowy sposób wspaniale obnażył metodę dochodzenia do władzy wielkich wodzów, ukazując ich drugie, nieznane masom oblicze (fantastyczna scena z globusem). I ta końcowa przemowa… Film bezkompromisowy, ale jednocześnie śmieszny, choć śmiech ten często staje kością w gardle…

A jak my, Polacy, wypadaliśmy w porównaniu z innymi? Ano nieźle, całkiem nieźle. Wszak mieliśmy i dobrych aktorów (Bodo, Dymsza, Smosarska czy Benita) i świetne scenariusze – choćby, tak nawiązując nieco do „Dyktatora” – naszego swojskiego Nikodema Dyzmę, ale także „Znachora” czy „Trędowatą” – polską klasykę czarno-białego kina. Bynajmniej nie mieliśmy się czego wstydzić na tle Europy czy nawet Ameryki. Do dziś żadnej aktorce, mimo wielu prób i grania ogonów w podrzędnych filmach (a może właśnie dlatego) nie udało się powtórzyć sukcesu Apolonii Chałupiec, znanej w świecie filmowym jako Pola Negri.

A i w komedii radziliśmy sobie całkiem nieźle. Oglądając zalew dziesiątek pseudo-komedii typu „Nigdy w życiu!” czy „Ciacho”, filmów podobnych do siebie toczka w toczkę, kręconych według jednego scenariusza na zasadzie „Polak każdą papkę przyjmie” – odruchowo zaczynam tęsknić za filmami „Skarb”, „Ada to nie wypada”, „Zapomniana melodia”, „Pani minister tańczy”…  Ale też za kinem noir, tajemniczymi charakterami, femme fatale z cygaretką w ręku, zrezygnowanym, zmęczonym detektywem z trzydniowym zarostem, sączącym powoli kolejnego tego dnia drinka… Albo za wspaniałymi, wzbudzającymi nierzadko niewymuszony śmiech przedwojennymi filmami fantastycznymi. Nawet wtedy potrafiono zrobić ciekawe filmy s-f czy horrory – wszak niesamowita rola Borisa Karloffa zafałszowała na kilkadziesiąt lat postać stwora doktora Frankensteina.

Oglądając stare, czarno-białe filmy można powiedzieć – wszystko już przecież było. Było, ale się skończyło.

Takie jest niestety życie – coś się kończy, coś się zaczyna.

Jak to cudnie zaśpiewał kiedyś Bułat Okudżawa (przepraszam za lekką manipulację):

Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno,
Cóż, każda epoka ma własny porządek i ład,
A przecież mi żal…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *