Wieże Vali

Wczesnym rankiem ktoś energicznie zapukał do bram zamku Vala i od razu obudził jego głównego rezydenta.
Ostatnimi czasy generał Lucyfer nie sypiał zbyt dobrze, a na domiar złego nadmiar obowiązków zatrzymywał go w Empireum do późnych godzin nocnych. Tym razem także położył się dopiero koło trzeciej, ale długo nie mógł zasnąć, niecierpliwie przewracając się z boku na bok. Dręczyły go gorzkie rozmyślania i bezsilna złość na Cassielle. Poprzedniego wieczoru odbył z nią burzliwą rozmowę, zakrawającą o prawdziwą kłótnię!

się z nieomylnym palatynem, więc na początku Lucyfer starał się ograniczyć do nieartykułowanych, ponurych warknięć, które miały oznaczać jego kategoryczny sprzeciw. Niestety nie udało mu się utrzymać nerwów na wodzy i nocną ciszę stolicy przerwały odgłosy krzyków z palatyńskiego pałacu. Generał odważył się nawet zaproponować Cassielle małżeństwo z margrabią Belzebubem w ramach zawierania przyjaznych stosunków z demonami. Odpowiedziała, że przystanie na tę propozycję tylko, jeśli on także poszuka sobie kandydatki na żonę wśród ponętnych, demońskich kobiet, bo przecież i tak gościł już we wszystkich sypialniach wyżej urodzonych anielic i pewnie jest znudzony brakiem seksualnej różnorodności!

Potem palatyn jeszcze dolała oliwy do ognia, wspominając o jego relacjach z Koronis – milady Enitharmon. Lucyfer szczerze jej nie cierpiał i podteksty, że mogłoby go coś z nią łączyć, definitywnie wyprowadziły go z równowagi. Zachował jednak na tyle przyzwoitości, by nie odezwać się więcej ani słowem. Cassielle zapewne uznała to za jego milczące przyzwolenie i stanęło na tym, że oficjalnie wydelegowała go na ambasadora jej dobrej woli do Zoa po kompletnej klapie misji marszałka. Dobre sobie! Nigdzie nie pojedzie i koniec!
Zophiel wciąż nie wrócił z dalekiej podróży, ale zdołał się telepatycznie porozumieć z Cassielle i powiadomić ją o wynikach swojej dyplomacji. Sądząc z tego w jaką wściekłość wpadła władczyni – o bardzo marnych wynikach! I oczywiście ciężar naprawiania jego niezręczności spadł na barki całkowicie tym nie zainteresowanego generała Anielskiej Armii! Ten generał sądził również, że jest wojskowym, a nie politykiem w związku z czym nie powinien uczestniczyć w kurtuazyjnych przepychankach. Nie rozumiał dlaczego tak się dzieje, że kiedy politycy spartaczą swoje zadanie, on zawsze musi ratować Emanację przed katastrofą!
Po tej filozoficznej myśli wreszcie zwyciężył go sen.
A o siódmej rano rozległo się donośne walenie w drzwi. Lucyfer otworzył oczy i nakrył głowę poduszką.
-O, nie! – jęknął – Błagam, tylko nie to!
Cóż i tym razem nie zawiódł się na swojej niezawodnej intuicji. Nie minęło pięć minut, kiedy drzwi jego sypialni dyskretnie się uchyliły i do środka zajrzał Amaimon. Przystojny, jasnowłosy chorąży Anielskiej Armii wyglądał tak świeżo, jakby od paru godzin był już na nogach. Jego urodziwa twarz nie nosiła żadnych śladów senności, czy zmęczenia, a w jaskrawożółtych oczach tańczyły figlarne iskierki.
Lucyfer rzucił przelotne spojrzenie na jego śnieżnobiały mundur, zapinany na dwurzędowe, srebrne guziki. Marynarkę przy kołnierzu i rękawach wykończały liliowe ornamenty, podobnie jak podłużne patki na ramionach. Wyszyto na nich trzy białe paski, oznaczające jego stopień wojskowy. Nogawki od jego obcisłych spodni, spiętych skórzanym pasem, znikały w cholewach długich, czarnych oficerek.
Amaimon zrobił klika kroków w stronę jego łóżka, brzęcząc ostrogami przy wojskowych butach. Rozespany generał powrócił do kontemplowania wyrazu jego iście porcelanowego oblicza, podkładając sobie poduszkę pod brodę. Dopiero wtedy podwładny się zreflektował i posłusznie mu zasalutował.
-Daruj sobie te przydługie wstępy! – burknął, po uszy zakopany w pomarańczowo- brązowej pościeli – Czego chce?
-Zapewne wypłakać ci się w rękaw!
-Następny! Niech ich wszystkich szlag trafi!

Lucyfer przewrócił się na plecy i podciągnął kołdrę. Jego łoże było duże i wygodne, oddzielone od reszty pomieszczenia piaskowym baldachimem z grubego tiulu. Sypiał na nim bez ubrania, czym również narażał się surowej, anielskiej obyczajowości. Twierdził jednak, że tak długo, jak nikt nie zobaczy go nago, słodko drzemiącego we własnym łóżku, żadna etykieta na tym nie ucierpi!
Amaimon odchrząknął znacząco, ale generał akurat niezbyt się przejmował jego zdaniem na temat swoich sypialnianych zwyczajów. Za to westchnął ciężko, gdy uświadomił sobie, że będzie musiał coś na siebie włożyć przed przyjęciem porannego gościa.
-W jakim jest nastroju? – zapytał, demonstracyjnie ziewając.
-W nastroju zdecydowanie nie nadającym się do czekania… – chorąży błysnął białymi zębami w uśmiechu i bezradnie rozłożył ręce.
Był jedną z najbardziej zaufanych osób w otoczeniu Lucyfera. Wyróżniał się stoickim spokojem, nieco zbyt uszczypliwym poczuciem humoru, oraz przede wszystkim typową, anielską urodą, która mocno zapadała w pamięć – szczególnie kobietom… Korzystając z atutów swojego wyglądu bez skrępowania podążał za nową, emanacyjną modą na miłość i fizyczną przyjemność czerpaną z seksu. Zresztą zasłużenie, bo na spółkę z Lucyferem dołożył wiele głębokich starań do jej ustanowienia… Po Emanacji krążyły legendy o łóżkowych przygodach obu panów, gorsząc konserwatywne anioły i zwolenników radykalnych poglądów Serafinów.
-Dlaczego? – generał przecierał oczy, lecz niewiele mu to pomagało, resztki snu osiadły na jego rzęsach i próbowały zmusić powieki do opadnięcia.
-Demony wyprowadziły go z równowagi. Ale jest jeszcze jeden problem…
-A mianowicie?
-Jego chłopak jest ranny.
-Demony go zaatakowały?
-On tak twierdzi, ale… – Amaimon teatralnie zawiesił głos, dając Lucyferowi możliwość dokończenia zdania, z czego skwapliwie skorzystał:
-Ale pewnie sam mu przywalił i boi się reakcji tej małej wiedźmy, którą tak lekkomyślnie wziął sobie za żonę, dlatego zamiast prosto do domu przyjechał do mnie i zerwał z łóżka o tej barbarzyńskiej godzinie!
-A więc masz za sobą pierwszą poprawnie rozwiązaną łamigłówkę tego dnia!
-Spać! Amaimon, spać!
-Mam cię wziąć w ramiona i ukołysać? – zaproponował chorąży z miną niewiniątka, jak gdyby nigdy nic siadając na krawędzi jego brązowego materaca.
-O, nie stary! Nie ma mowy! Stać mnie na więcej!
-Złamałeś mi serce! Daj mi chociaż małą nadzieję! Jak mam z tym dalej żyć?! – zażartował, z nadmiernie poważną miną i złożył ręce w błagalnym geście.
-Tak, jak dotychczas! – prychnął Lucyfer – Dość już tego błaznowania! Idź się litować nad Zophielem! Zaraz do ciebie dołączę!
-Ufam, że to „zaraz” nie będzie trwało wieki! – odciął się Amaimon, ruszając do wyjścia swoim zwinnym, kocim krokiem – Mam ograniczony zapas tolerancji na pana marszałka!
-To tak, jak ja na jego żonę! Zaraz przyjdę. Słowo! A, i poszukaj medyka. Może Donkuel go potrzebuje!
-Nie może, ale na pewno!
-To zmiataj!
-Zmiatam! – chorąży mrugnął do niego porozumiewawczo i zniknął za drzwiami.
***
Trochę czasu upłynęło nim uporał się z włosami i dobraniem odpowiedniego stroju. W dodatku kazał przynieść sobie kielich nektaru i dopiero gdy wypił jego orzeźwiający łyk, niespiesznie opuścił sypialnię. Korytarz na piętrze był utrzymany w odcieniach brązu i zgaszonej czerwieni, a do ścian przymocowano podłużne lampiony oprawione w czarny heban. Blask wydobywającego się z nich światła, tłumiło szkarłatne szkło zdobione wytłoczonymi konturami roślin. Takie same lampiony powieszono wzdłuż schodów, które również wykonano z hebanu, dodatkowo wzmocnionego jasnym drewnem. Lucyfer z przyjemnością położył dłoń na misternie rzeźbionej barierce. Kończyła się dwoma głowami lwów z groźnie obnażonymi kłami.

Gościnny apartament znajdował się dokładnie naprzeciwko schodów. Generał wszedł do niego, bezszelestnie przymykając drzwi. Powitało go uradowane spojrzenie Amaimona, na które odpowiedział przelotnym uśmiechem i przeniósł oczy na tapetę mieniącą się złotem i czerwienią. Zajmowała połowę powierzchni ścian, bo ich dolną część inkrustowano ciemnym drewnem.

Lucyfer zatrzymał się w progu, przyglądając się dwóm aniołom zastygłym we wdzięcznych pozach, niczym statyści pozujący do obrazu. Marszałek siedział na bordowej, skórzanej kanapie. Opierał plecy o poduszki ze złoto- amarantowego żakardu, a głowę wsparł na ręce, ściskając palcami skroń. Od fotela Amaimona oddzielał go czarny, lakierowany stół zakryty ręcznie tkanym bieżnikiem w kolorze nasyconego pomarańcza. Chorąży swobodnie popijał nektar z ciężkiego, kryształowego kielicha, zakładając nogę na nogę. Kryształowy dzban po brzegi wypełniony boskim napojem stał na złotej tacy na blacie tuż obok trzypiętrowej etażerki z hebanu wypełnionej owocami oraz jego ulubionymi czekoladkami.
Notabene to konserwatywny rejon Enitharmon słynął z wybornych, cukierniczych wyrobów i Lucyfer zwykł składać ich ogromne zamówienia u milady Koronis. Gdyby mógł, robiłby to przez posłańca, ale zarozumiała Koronis wymagała, żeby w tej sprawie zwracać się do niej osobiście. Szczerze tego nienawidził, ale czego się nie robi dla przyjemności?
W końcu skierował się w stronę marszałka, lecz nim go powitał ukradkiem podebrał jedną czekoladkę z etażerki. Jej intensywny, migdałowy smak poprawił mu humor. Zophiel krótko uścisnął jego dłoń i usiadł z powrotem na kanapie. Nie zadał sobie nawet trudu, żeby ukryć zmęczenie, wybuchowo zmieszane z irytacją.
Generał wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Amaimonem i podwładny szybko dopił nektar, a potem odstawił kielich na stół. Wstał z fotela, ustępując miejsce dowódcy. Uprzejmie ukłonił się Zophielowi i z wyraźną ulgą, że nie musi dłużej dotrzymywać gościowi towarzystwa, pospieszył do drzwi.
Lucyfer odprowadził go wzrokiem sfrustrowany, że emanacyjny mundur na chorążym leży lepiej niż na generale! Dopiero gdy Amaimon wyszedł, odwrócił oczy na Zophiela.
-I co? Warto było jechać taki szmat drogi, żeby znowu zobaczyć jej cycki? – zakpił, wygodnie sadowiąc się w zwolnionym fotelu.

Położył łokcie na jego zaokrąglonych oparciach i sięgnął po rodzynki oblane białą czekoladą.
-To nie jest powód do śmiechu! – parsknął marszałek, zakładając ramiona na piersi.
-Zwłaszcza, gdy Sophia się dowie! – wtrącił Lucyfer tym samym ironicznym tonem.
Okazało się, że to nie były rodzynki tylko kawałki kandyzowanej brzoskwini. Ze smakiem oblizał wargi i wybrał sobie dorodną kiść fioletowego winogrona.
-Nie ma się o czym dowiadywać!
-Mąż przegnał cię, zanim przystąpiłeś do akcji? Cassielle zdążyła mi o wszystkim opowiedzieć…
-Więc zapewne wiesz, że pojedziesz w moim zastępstwie, płaszczyć się przed cholernym Belzebubem?
-Nigdzie nie pojadę.
-Sprzeciwisz się palatyn?
-Jeśli mnie zmusi… Tak!
Zapadła chwila ciszy. Lucyfer udawał, że nie zauważa potarganych włosów przyjaciela i, że jego przykurzona, szara tunika, zdobiona złotym ornamentem jest w kilku miejscach pobrudzona krwią. Nie zamierzał pytać czyją. Po rozmowie z Amaimonem przypuszczał, że pewnie Donkuela. W każdym bądź razie marszałek jeszcze nigdy nie wyglądał aż tak niekorzystnie!
-Szkoda naszego czasu na demony! – odezwał się generał, wypluwając pestki winogron na tacę – Już ci to mówiłem, powtarzałem też Cassielle, a was ogarnął prawdziwy, zoański szał! Zupełnie tego nie rozumiem!
-Nie widziałeś jej.
-Księżnej Luvah?

Zophiel tylko skinął głową, a jego ciemnozielone oczy zapłonęły pożądaniem. Generał nigdy wcześniej nie widział, żeby rozpalał się tak na wspomnienie jakiejś anielicy! Ożenił się z rozsądku dla podbudowania swojej politycznej pozycji. Owszem sypiał z żoną, czasami też brał sobie kochanki na jedną noc, kiedy Pistis go nudziła, albo zbytnio działała mu na nerwy, ale nigdy nie poświęcał im wnikliwszej uwagi. Kobiety po prostu zaspokajały jego seksualne potrzeby i na tym kończyło się jego zainteresowanie płcią przeciwną. Dotąd żadna nie obudziła w nim aż tak silnych emocji, jak ciemnoskóra wysłanniczka Belzebuba. Dotąd dla żadnej z nich nie przebył połowy świata, żeby tylko przez jedną mało intymną chwilę móc ją zobaczyć i zamienić z nią kilka słów…!
Gdyby Lucyfer tak dobrze nie znał Zophiela, bez namysłu stwierdziłby, że się zakochał. Był bowiem przekonany, że marszałek nie jest zdolny do miłości, o ile w ogóle coś takiego istnieje. Generał podzielał nastawienie przyjaciela, zwyczajnie dlatego, że nie zdarzyło mu się jeszcze doświadczyć tego uczucia. Miłość kojarzyła mu się więc z czystą abstrakcją, kolejnym, poronionym wynalazkiem demonów. Albo z problemem. Jakby nie patrzeć: zniszczyła życie Serafinowi Metatronowi i lady Abdiel…

-No dobrze. – ciągnął żartobliwie, zachęcającą podsuwając marszałkowi etażerkę – Chciałeś bzyknąć księżną Luvah, mężatkę…
-W dodatku z dzieckiem! – dodał Zophiel z wyrozumiałym uśmiechem, jakby sam się sobie dziwił.
-W dodatku z dzieckiem? – oniemiał.
-Tak, ma córkę Cherry.
-Jak słodko!
-Powtarzam ci, że to nie jest powód do śmiechu!
-Przecież się nie śmieję! Ale chłopie, mężatka z dzieckiem?! Bardzo dużo ryzykujesz…
-Uwierz mi, że warto!
Lucyfer ciężko westchnął. Sięgnął po dzban i nalał sobie i Zophielowi nektaru do kielichów.
-Niech będzie! A więc owa mężatka z dzieckiem jest żywym wcieleniem seksu i wielki marszałek Zophiel nie spocznie póki jej nie bzyknie! – podsumował – Jestem to w stanie pojąć. Ale jakie powody kierują Cassielle? Kogo ona chce bzyknąć?
-Na pewno nie Serafiela!
-A co ognisty skurczybyk ma z tym wspólnego? – szczerze się zdziwił.
-Nastraszył Cassielle tym swoim upierdliwym wychowankiem – małym Metatronem. Małym dosłownie i w przenośni!
Marszałek sięgnął po kielich, a Lucyfer aż zatrząsł się ze śmiechu.
-Dobrze powiedziane! – wykrztusił – Ty go znasz osobiście. Powiedziałeś palatyn, że to blond piękniś o wyglądzie drobnej, nastoletniej panienki?
-Mówiłem i to nie raz, ale mnie nie słucha! Swoją drogą ty lubisz drobne, nastoletnie panienki, Lucyferze…
-Sugerujesz, że powinienem obejrzeć się za wychowankiem Serafiela? – zakpił, rozkoszując się słodkim, aromatycznym smakiem nektaru.
-Jakbyś się za niego wziął, byłby wreszcie święty spokój!
-Już biegnę! Patrz nawet nie dopijam nektaru!
Tym razem obaj zgodnie parsknęli śmiechem.
-Potrzebuję pomocy twojego medyka… – powiedział Zophiel, kiedy wreszcie rozbawienie ich opuściło – To ważne.
-Już posłałem po niego Amaimona. – uważnie zmarszczył brwi – Powiesz mi co się stało?
Przyjaciel przygryzł wargę. Znowu stał się ponury i podejrzliwy. Odgarnął nieposłuszne kosmyki z czoła, a potem zupełnie rozpuścił włosy. Odwlekał odpowiedź, najwyraźniej wciąż nieprzygotowany do dzielenia się z nim swoimi uczuciami. Tym bardziej Lucyfer zdziwił się, gdy po prostu powiedział:
-Wkurwiłem się, ot co!
-Na kogo?
-Na wszystkich! Wy tutaj nawet w połowie nie zdajecie sobie sprawy jaki ten Belzebub jest przebiegły! Niby szuka z nami dyplomatycznego kontaktu, ale jego wyniosłe zachowanie  dowodzi jedynie, że kpi sobie z Emanacji! Potrzebuje nas, by powiększyć swoje wpływy w Zoa!
-A co ma do tego twój chłopak? – zapytał wprost, znudzony tą przydługą wzmianką o Belzebubie.
-W czasie, gdy ja użerałem się z panem margrabią i hrabią Eblisem, mężem mojej czarnulki, D wybrał się na romantyczny spacer z ową czarnulką i sądząc po jego zrelaksowanej minie, kiedy ich razem zobaczyłem, bardzo dobrze się bawił!

Lucyfer nie wychwycił cienia złości w jego głosie, a raczej zrezygnowanie i coś w rodzaju nieuzasadnionego żalu. Mimo to nie mógł powstrzymać śmiechu, za co przyjaciel obdarzył go urażonym spojrzeniem.
-Biedaku! Nie masz szczęścia do tej kobiety! Ale co się stało D?
-Mój pegaz…
-Co twój pegaz?
-Kopnął go w pierś.
Lucyfer zamrugał z dezorientacją.
-Żartujesz?
-Podejrzewam, że ma złamany mostek, a co za tym idzie wszystkie żebra…
-Zophielu, czy ciebie opuścił rozum?!
-To był wypadek! – warknął marszałek, zaciskając i rozprostowując palce – Wypadek! Nie zrobiłem tego specjalnie!
Generał z dezaprobatą pokręcił głową.
-Panuj nad sobą! Przecież zawsze mi powtarzasz jakim to D jest dobrym synem, że z tobą wytrzymuje i bez względu na wszystko możesz na niego liczyć! Powinieneś stratować pegazem Belzebuba, a nie swojego dzieciaka!
-Wiesz, o tym nie pomyślałem… Ale już wylałem na niego wino, sądziłem że to wystarczy! – Zophiel niepostrzeżenie zmienił niewygodny dla siebie temat, lekko się przy tym uśmiechając.
-Naprawdę? – Lucyfer z wrażenia aż odchylił się w fotelu.
-Naprawdę.
No, stary! To zdecydowanie nie była misja dyplomatyczna, ale wojenna! Konie wierzgały, butelki się tłukły, płynęła krew! Regularny zajazd!
-Niestety, bywam wojowniczy!
-Właśnie – niestety!
***
Kopyta jednorożca uderzały o miękkie podłoże, pozostawiając wklęsłe ślady w błocie. Jego śnieżnobiałą sierść gdzieniegdzie pokrywały brunatne plamy. Niestety jedyna przejezdna droga z Empireum do podmokłego rejonu Vala wiodła wzdłuż koryta rzeki Chiddekel. Jej porywające nurty nieraz podtapiały pobliskie tereny i anielskie miasteczka ulokowane zbyt blisko rzeki. Dolina Vala obfitowała w trzęsawiska, a także niezmierzone, częściowo dzikie połacie lasów, w których z urwistych skał z hukiem opadały imponujące wodospady.

Widoki pływających, roślinnych wysp, połyskującej rozmaitymi barwami powierzchni wody oraz rwących katarakt skusiły anioła do przebycia długiej podróży na lądzie i tylko kapryśny jednorożec nie wydawał się szczególnie zainteresowany urokami valowskiej flory. Gdyby nie obecność doświadczonego jeźdźca na jego grzbiecie, już dawno zerwałby się do galopu po niebie! Wierzchowiec darzył swojego pana wręcz nabożnym szacunkiem i chociaż uważał się za wcielenie doskonałości, któremu należy składać cześć, spełniał każde jego polecenie, każdą najmniejszą zachciankę. Jeśli więc Serafiel, przywódca potężnych Serafinów życzył sobie by jego piękny, szkarłatnooki koń ze srebrnym rogiem prawie po kolana grzązł w błocie, kąsany przez rzeczne komary, to proszę bardzo – bez wahania się dla niego poświęci!
Serafiel zdawał sobie sprawę z nastroju swojego jednorożca, ale szybko przestał się tym przejmować. Słoneczna pogoda i miarowy szum różnokolorowych liści nastawiły go optymistycznie do mijanych krajobrazów. Przypominały mu bowiem o misternym, bożym dziele stworzenia i jego harmonii zawartej chociażby w odbiciu w zwierciadle rzeki odwróconego obrazu zalesionych zboczy na jej brzegach, czy też spokojnym błękicie nieba, na którego tle ostrym łukiem odznaczała się zieleń niekończących się drzew.

Jak dotąd nie spotkał żadnych przechodniów, czy innych jeźdźców. Wypuścił silną, telepatyczną wiązkę energii, żeby nikt go nie niepokoił podczas podróży. W promilu kilometra od zamku Vala wszystkie anioły wiedziały, że do rezydencji ich administratora zbliża się przerażający przywódca Serafinów i rozsądnie woleli nie pokazywać mu się na oczy. Serafiel wyczuwał ich paniczny strach, czytał myśli przeklinające go wszelkimi, możliwymi przekleństwami i uśmiechał się czarująco, rozbawiony ich nienawiścią i głupotą. Jakże trudno jest znaleźć godnego siebie przeciwnika! Kogoś naprawdę inteligentnego, odważnego i wizjonerskiego! Owszem, może zna jedną taką osobę, ale niestety Serafin Razjel woli nie wchodzić z nim w bezpośrednie zatargi, zaszyty w odmętach swoich ksiąg w Enitharmon. Nudziarz. Na niego też przyjdzie czas! Jeszcze go stamtąd Serafiel wykurzy i ku swojej ogromnej satysfakcji zamieni w kupkę popiołu!

Na razie jednak zamierzał skupić się na bardziej, jakby to ironicznie ująć: palących problemach… Bez wątpienia jednym z nich był rozbestwiony, buntowniczy generał Lucyfer.
Powstrzymał się przed impulsywnym sięgnięciem do jego umysłu. Biedaczek, nie spodziewa się jego wizyty i niech tak pozostanie! Minister wojny jest na tyle potężnym magicznie aniołem, by od razu zauważyć, że ktoś próbuje czytać jego myśli. A ponieważ potrafią to tylko Serafini, wniosek nasuwa się sam: nadciąga Serafiel!
Czule pogładził jednorożca po grzywie, splecionej w trzy platynowe warkocze. W Emanacji bano się ich prawie tak samo, jak Serafinów. Ich rogi działały, niczym potężne katalizatory wzmacniając telepatyczne umiejętności swoich właścicieli. Jedyne stado jednorożców żyło w okolicy Palambronu, gdzie mieściła się siedziba Serafinów. Były zwierzętami przypisanymi tym najpotężniejszym aniołom, służyły im i nie tolerowały obcych. Jednakże co kilkanaście lat rodziły się czarne jednorożce o złotych oczach, które nie uznawały nad sobą żadnej władzy, często były też kompletnie szalone. Swego czasu Serafiel zarządził, by zabijać je zaraz po urodzeniu, bo i tak nie były do niczego przydatne, a swoją arogancją i irracjonalnym zachowaniem stwarzały zagrożenie dla otoczenia.

Nagle pomyślał, że Lucyfer także jest takim czarnym jednorożcem – do niczego nieprzydatny, a swoją arogancją i irracjonalnym zachowaniem stwarza zagrożenie dla otoczenia! To malownicze porównanie przywołało kolejny uśmiech na sercowate usta Serafiela i skierowało jego rozważania na odmienne torty. Od czasu odejścia Boga w Emanacji zapanował chaos. Dotąd solidna, sumienna Cassielle przestała interesować się rządzeniem, skupiona na ochranianiu prymitywnego świata ludzi. Nie wiadomo skąd nadciągnęły demońskie obyczaje i mody. Zaczęło się od upiększania strojów, a skończyło na zaspokajaniu chuci, rodzeniu niepotrzebnych dzieci i jeszcze innych bzdurach! Na początku Serafiel zdecydowanie z tym walczył, spalił tyle niepokornych aniołów ile mógł, ale w końcu skala problemu go przerosła. Pojawili się przeciwnicy jego poczynań na czele z Serafinem Metatronem, jego dawnym podwładnym i przyjacielem, o wiele bardziej czarnym jednorożcem, niż ten infantylny Lucyfer!

Na krótki okres Metatron doprowadził nawet do rozłamu w zakonie Serafinów. To wtedy Razjel z niego odszedł, nie opowiadając się za żadną ze skonfliktowanych stron. Metatron był bardzo popularny wśród zwykłych aniołów służebnych i paradoksalnie to stanowiło gwóźdź do jego trumny. Palatyn niepokoiła się, że jakiś tam Serafin jest od niej większym autorytetem i w tajemnicy porozumiała się z Serafielem, kiedy do jej uszu doszły pogłoski o namiętnym romansie Metatrona i jednej z dam jej dworu – Abdiel.
Ku wielkiej uciesze przywódcy zakonu pogłoski te okazały się prawdą, a potem wydarzenia potoczyły się same. On ograniczył się tylko do umiejętnego podgrzewania nastrojów i subtelnego szantażu na Metatronie, który opierał się do ostatniej chwili.

Cassielle skazała Abdiel na śmierć za jej romans z Serafinem i urodzenie mu bliźniąt. Właściwie nie były to pierwsze anielskie dzieci, ale pierwsze anielskie dzieci arystokracji. Skandal z nimi związany prawie doprowadził do wybuchu wojny domowej. Metatron w obliczu zbrojnego konfliktu i okrutnej śmierci ukochanej uległ wreszcie szantażowi Serafiela. Wycofał się i udał na dobrowolne wygnanie do Ulro. Pewne plotki głosiły, że w końcu osiadł w Zoa i tam, również przy dużym udziale Serafiela, dosięgła go śmierć…
Niestety kłopoty nie skończyły się wraz z niechlubnym odejściem Metatrona. Pozostali przecież jego dwaj synowie: niezwykle silne magicznie hybrydy powstałe z krwi Serafina i anielskiej arystokratki. Jeden z nich szczególnie wykazywał potężną moc. Miał nawet czerwone oczy, jak liderzy stada jednorożców! W chwili urodzenia już przewyższał Serafiela talentem do magii i pod żadnym pozorem nie mógł pozwolić mu dorosnąć!
Pomysł jak się go pozbyć podsunęły mu jego czerwone oczy. Publicznie ogłosił, że dziecko jest przeklęte i powinno zostać wykluczone ze społeczeństwa. Tak oto czerwonooki, biały jednorożec stał się szalonym, tępionym z największą zawziętością czarnym jednorożcem. Drugiego chłopca Serafiel przygarnął pod swoje skrzydła, wychował na Serafina, jednocześnie ucząc dodatkowej wiedzy o świecie i jego historii, której oficjalnie nie przekazywano w zakonie i czekał na odpowiedni moment, żeby odpowiednio wychowanka wykorzystać…

W jego mniemaniu ten moment właśnie nadszedł. Pół- Serafin Metatron zostanie nowym palatynem Emanacji. To tylko kwestia czasu! I jak zwykle rozwiązanie znalazło się samo. Nigdy nie przypuszczał, że demony mogą mu się do czegoś przydać… Chociaż nie. Kiedyś się już przydały. Rękami margrabiego Forella raz na zawsze pozbył się Metatrona. Rękami jego syna – margrabiego Belzebuba pozbędzie się Lucyfera. A wraz z nim przestraszonej Cassielle, niezrównoważonego Zophiela, bezczelnej Pistis Sophii i pustej laleczki Koronis.
Cała piątka za jednym zamachem! Oby Bóg czuwał na powodzeniem jego planu!
***
Medyk Lucyfera powiedział, że ma złamany mostek, a co za tym idzie od razu wszystkie żebra.
Medyk powiedział też, że książka, którą schował pod płaszczem uratowała mu życie, bo jej skórzana okładka nieco zamortyzowała uderzenie.
D leżał na szerokiej ławie w korytarzu i wpatrywał się w sufit, kurczowo ściskając „Lubieżne przygody kapitana” w dłoni. Teraz już nie ma wyboru. Musi je przeczytać! Mimo ogromnego bólu w klatce piersiowej i przeciągu panującego w korytarzu, najpierw tylko szeroko się uśmiechnął, a potem na głos parsknął śmiechem. Złamane żebra od razu zaczęły uwierać go w płuca, ale to go jeszcze bardziej rozweseliło. Śmiał się tak długo aż w końcu jego rozbawienie zamieniło się w rozpacz i zmęczony przymknął powieki.

No proszę! Tego mu brakowało do pełni szczęścia! Beznadziejnych, gorzkich łez! Popłynęły po jego policzkach i zawstydzony otarł je dłonią.
Przypomniał sobie powrotną drogę, a właściwie jedynie pojedyncze obrazy po tym, jak zemdlał u Abaddon. Szorstki dotyk dłoni Zophiela, kiedy rozpinał jego koszulę, by obejrzeć ranę, kawałki strojnej tuniki marszałka, którymi owinął jego pierś, ciepło znajomych, ojcowskich ramion, podtrzymujących go w siodle podczas jazdy przez lasy Vali i jego nieskładne przeprosiny, które wyszeptał mu do ucha pewnie przekonany, że nie słyszy pozbawiony przytomności…
Tak było zawsze. Zophiel nie umiał przepraszać, nie umiał okazać, jak jest mu przykro, kiedy powinno być.
Umysł Donkuela powędrował innymi ścieżkami, cofając się do czasów dzieciństwa. Wtedy ojciec częściej miewał dobre dni, był dla niego łaskawszy i nawet zdarzało mu się filozoficznie rozmawiać z nim o życiu. Owszem, był do bólu pragmatyczny, zupełnie nie rozumiał jego wrażliwości i swoistego podejścia do pewnych spraw, ale nie krytykował go za to, ani tym bardziej nie upokarzał. Mogli godzinami siedzieć razem na enionowskim molu i rozkoszować się swoją obecnością z dala od wszystkich, również od Sophii. Zwykła wówczas ironicznie mawiać, że zajmują się ważnymi, męskimi sprawami, choć niekiedy po prostu zupełnie się do siebie nie odzywali, odpoczywając w ciszy przerywanej własnymi oddechami i szumem morza.
Takie chwile już od dawna im się nie zdarzały.
D próbował dociec jakie są tego powody, ale im częściej dostawał od Zophiela w twarz, tym mocniej przestawało mu na tym zależeć.

Na chwilę skupił się na wspomnieniach z Ratio i uprzejmości, której doświadczył ze strony hrabiego Eblisa i jego zjawiskowej żony. Jak bardzo powinien się starać, żeby zasłużyć na taki uśmiech Pistis, jakim bez przerwy obdarzała go Lamia? Choćby stanął na głowie zawsze będzie widziała jedynie jego skołtunione włosy i wytarte ubranie, robiąc mu wyrzuty, że nie umie o siebie dbać! Ale jak i kiedy to zrobić, gdy bez przerwy musi towarzyszyć Zophielowi, albo zajmować się obowiązkami przywódcy Anielskich Szpiegów? Tak naprawdę nigdy nie miał wolnego, a prosić o nie nie zamierza. Zresztą z góry wie, jaką otrzyma odpowiedź!
-Odmowną? – obcy, dźwięczny głos, który rozległ się w korytarzu, automatycznie wyrwał go z postępującej maligny.
Otworzył oczy, zamrugał i widok nieco mu się rozjaśnił. Zobaczył nad sobą wysokiego mężczyznę w długiej, skromnej tunice koloru seledynowego, spiętej szerokim pasem z okazałym rubinem. Spod tuniki wystawały mu luźne spodnie, najwyraźniej ubrane z przymusu do konnej jazdy. D wiedział bowiem, że ma do czynienia z Serafinem, a oni niezbyt chętnie wkładali spodnie, uważając tę część garderoby za wynalazek demoński. Tylko Serafini golili głowy tak, jak ten anioł o paląco niebieskich oczach skupionych na nim z całą ich przeraźliwą uwagą, ale i żywym zainteresowaniem. Delikatnie zarysowane kości policzkowe, sercowate usta, prosty, arystokratyczny nos i szerokie, gładkie czoło upewniły go, że pomimo braku włosów, szanowny pan Serafin wciąż pozostaje mężczyzną nieprzeciętnie przystojnym. Cóż za niepowetowana strata dla wszystkich emanacyjnych pań!
-Nie wiem, czy wypada mi traktować to jako komplement! – anioł mrugnął do niego porozumiewawczo.
W odpowiedzi Donkuel nieznacznie się uśmiechnął. Przytomna część jego świadomości zarejestrowała, że nie wypowiedział wcześniejszej uwagi na głos i w związku z tym opowieści o umiejętności czytania w myślach Serafinów zdecydowanie są prawdą. Niestety zaraz druga rozleniwiona i wyraźnie zmęczona część, marząca jedynie o odpłynięciu w błogi sen, całkowicie wyparła owo spostrzeżenie, uznając je za zbyt problemowe, wymagające zastanowienia. A to była ostatnia rzecz, na którą D miał teraz ochotę!
-Wypada. – odpowiedział ochrypłym, słabym głosem, bez przerwy mrugając, bo obraz znowu mu się rozmazywał – Zawsze mi się wydawało, że wy w ogóle jesteście pozbawieni płci!
Serafin wymownie prychnął.
-Czy ty aby nie przesadzasz, Donkuelu?
-Wybacz, ale nie pamiętam momentu, w którym ci się przedstawiłem…
-Nie szkodzi. Nie gniewam się!

D czuł jedynie, że jego powieki robią się coraz cięższe i mimowolnie przypomniał sobie sylwetkę Lamii: jej bujne, czarne włosy, w które wpiął dziwny kwiat, figlarne spojrzenie piwnych oczu, namiętne usta, krągłe piersi, szczupłą talię i w końcu turkusową suknię, zasłaniającą jej cudowne, ciemne ciało…
-No, no! Rzeczywiście jest na co popatrzeć! – zgodził się Serafin, na nowo przywracając go do rzeczywistości – A ta pani to księżna Luvah?
-Tak, Lamia…
-Ach, jesteście na „ty”. Zapomniałem!
-Nie mówiłem ci…– jednak się zdziwił.
-Mówiłeś!
Anioł usiadł na brzegu ławy i uspokajająco pogłaskał go po dłoni. Jego dotyk był szybki, jakby niedbały, lecz mimo to przyjemny.
-Kolejne, demońskie bezeceństwa! – wskazał na „Lubieżne przygody kapitana”.
-Spalisz mi je? – w D niespodziewanie obudził się głos uszczypliwego sarkazmu; wyzywająco spojrzał Serafinowi w oczy.
-Mógłbym. – odparł ten, nie kryjąc rozbawienia – Mógłbym, wilczku! Ale nie pozbawię cię tej zapierającej dech w piersiach lektury!
„Dobry jest!” – stwierdził niechętnie.
-Tak. – od razu zgodził się nieznajomy – Ale nie musisz bez przerwy mnie komplementować!
-A co? W Palambronie Serafiel aż tak cię nie docenia?
-Docenia, docenia. I to bardzo! Zwłaszcza, że nim jestem!
-Naprawdę? Inaczej sobie ciebie wyobrażałem.
-Jak?
-Jakoś straszniej. Miałem nadzieję, że jesteś garbaty i nie masz wszystkich zębów…
-Dobrze, że przynajmniej w tej wizji nie połamałeś mi żeber!
Donkuel zaśmiał się cicho, ale od razu umilkł sparaliżowany bólem i przeszywającym wzrokiem Serafina. Było w nim coś, czego się wystraszył, a zarazem go to rozśmieszyło. W końcu zdał sobie bowiem sprawę, że tak naprawdę błękitne oczy Serafiela pałają wręcz niezdrową ciekawością.
-Kim jesteś, Donkuelu? – zapytał z chłodno wymierzoną precyzją osoby nawykłej do rozkazywania.
-Nikim więcej.
-Dlaczego obrazy z twojego umysłu docierają do mojego mimo, że tego nie chcę? – kontynuował coraz bardziej władczym tonem.
-Nie wiem. Może są aż tak malownicze? – zadrwił zirytowany tą dziwną dyskusją i protekcjonalną nutą w głosie Serafina.
Dość tego protekcjonalizmu! Wszyscy go tak traktują! Nawet nieznajomi! Czyżby nosił tabliczkę przytwierdzoną do czoła z napisem: „Jestem urodzonym niewolnikiem i uwielbiam jak mi się rozkazuje”?!
-Wybacz. – powiedział Serafiel po chwili wymownego milczenia.
Rozbudzony D zdążył ponownie stać się senny i rozkojarzony. Rozchylił przymknięte powieki i zerknął na zamyślonego anioła, który ani na chwilę nie spuścił z niego oka.
-Tak lepiej! – odrzekł, posyłając mu swój wilczy uśmiech.
-Mam nadzieję, że kiedy wyzdrowiejesz, zechcesz odwiedzić mnie w Palambronie… Polubiłem cię. Wyślę stosowne zaproszenie pod adres twojej przybranej matki.

Donkuel po prostu skinął głową zbyt osłabiony, żeby zdawać sobie sprawę, że właśnie przyjął zaproszenie przerażającego Serafiela, przywódcy Serafinów do jego osławionej, niezdobytej fortecy!
A może to jednak sen?
-Nie. Nie sen. – upewnił go Serafiel i wstał z ławy – Zatem do zobaczenia, Donkuelu! Mam tu jedną sprawę do załatwienia…
-Zatem do zobaczenia, panie przystojny Serafinie…
***
Spotkali się na progu.
Zophiel zamarł z wrażenia. Zadrżały mu dłonie, jak zwykle w chwili wyjątkowego napięcia, choć lewą zacisnął na inkrustowanej złoceniami klamce, a prawą instynktownie położył na swoim rewolwerze przypiętym do pasa w skórzanej kaburze.
Przez poważne, obojętne oblicze Serafiela przemknął ironiczny uśmiech, na ułamek sekundy odmieniając je nie do poznania. Marszałek z trudem opanował odruch strachu, który nakazywał mu cofnąć się o krok i przepuścić Serafina w drzwiach.
„Nie, nie! Jeszcze tego brakowało, żeby płaszczył się przed tym zarozumiałym draniem!” – pomyślał i nagle okrutnie rozbolała go głowa.
Nie przypuszczał, że Serafiel tak bezczelnie odważy się włamać do jego umysłu! Nigdy wcześniej tego nie doświadczył, chociaż słyszał w jaki sposób objawia się to u arystokratycznych aniołów, szczególnie wrażliwych na mentalną magię. Podobno Serafini nie sięgają do myśli arystokratów, kiedy znajdują się w ich bezpośrednim położeniu, bo narażają tym zarówno siebie jak i swoje ofiary na potworną migrenę, a nawet krwotoki z nosa.

Serafiel nie wydawał się jednak szczególnie poruszony skutkami swoich czarów. Za to Zophiel się zachwiał i gdyby nie podtrzymał się klamki, niechybnie upadłby na ziemię.
-Panie marszałku, proszę przodem! – Serafiel złożył mu lekki ukłon.
Zophiel nie był zdolny do wykonania najmniejszego ruchu, skuty okowami umysłu przywódcy Serafinów. Poczuł, że z nosa zaczyna płynąć mu krew.
Anioł beznamiętnie na niego spoglądał, jakby nie zauważył stróżki krwi sięgającej już jego górnej wargi. Pogodny błękit jego oczu przypominał czysty lazur emanacyjnego nieba nieco zmącony przez nadciągające deszczowe chmury.
Patrzyli na siebie w kompletnym bezruchu aż w końcu drzwi ustąpiły pod ciężarem marszałka i razem z nimi odsunął się do tyłu, z trudem utrzymując równowagę uwieszony klamki.
-Naprawdę nie musiał pan tego robić, Zophielu! – powiedział Serafiel bez cienia sarkazmu w głosie – Ale to bardzo uprzejme z pana strony!
***
Mała przyjemność a cieszy!
Poprawiła mu samopoczucie po spotkaniu z pochłaniaczem telepatycznej energii!
Oczywiście Serafiel wiedział o istnieniu aniołów obdarzonych zdolnością narzucania innym swoich myśli. Byli jednak w zdecydowanej mniejszości i często nawet nie zdawali sobie z  sprawy z posiadanego daru, choć odpowiednio wyszkoleni mogli stać się niebezpiecznymi, mentalnymi magami.

Kiedy tylko przekroczył próg zamku Vala, od razu uderzyły w niego obrazy emitowane przez umysł półprzytomnego anioła. Po chwili poznał jego imię: Donkuel, albo raczej D, przybrany syn Zophiela i Pistis Sophii. Dowiedział się także o jego trudnych relacjach z ojcem, fascynacji demońską księżną Lamią i uszczypliwym poczuciu humoru. Próbował zamknąć swoją świadomość przed tymi wizjami, ale okazało się to zbyt trudne dla przywódcy Serafinów, uznawanego za największego maga w Emanacji…!
Ta perła wymagała jednak oszlifowania, żeby potem błyszczeć w naszyjniku zdobyczy Serafiela oślepiającym blaskiem. Poza tym… Postanowił pozbyć się potencjalnego zagrożenia, które stanowił dla niego Donkuel. Prędzej, czy później jakiś telepata dowie się o jego istnieniu i zainteresuje jego szkoleniem…
Serafiel znał nawet jedną taką osobę…
Jeśli więc chłopak nie zjawi się w Palambronie, sam po niego przyjdzie. Żywił jednak nadzieję, że obędzie się bez gróźb i jakiegoś niepotrzebnego rozlewu krwi. Na przykład Pistis Sophii.
Nie kłamał mówiąc, że polubił Donkuela.
Tymczasem wszedł do wizytowej komnaty Lucyfera, skoro już tak usłużnie otworzono mu drzwi.

Gospodarz siedział rozpostarty w fotelu i korzystając z chwili samotności, niedbale oparł nogi o blat stołu. Na jego widok od razu je ściągnął i wyprostował się, poprawiając stójkę od  czarnej, przylegającej tuniki. Przy szerokich rękawach i na piersi ożywiała ją turkusowo- zielona lamówka. Serafiel utkwił wzrok w bursztynowych oczach anioła prawie takich samych, jak czarnych jednorożców. Stwierdził, że to niezwykle wymowny symbol, ale nie uśmiechnął się. Uśmiechał się tylko wtedy, kiedy chciał.
Zawsze go zastanawiało, co kobiety widzą w Lucyferze. Miał ostre rysy twarzy dzięki prostokątnemu, mocno zarysowanemu podbródkowi i nieco wystającym kościom policzkowym. Długie, ognistorude włosy nosił częściowo spięte z tyłu, wypuszczając dwa pasma nad czołem, a w jego uszach błyszczały długie, srebrne kolczyki zakończone czarnymi onyksami.
W sumie nic specjalnego. Serafiel widział o wiele bardziej urodziwe anioły.
Jedno musiał mu jednak przyznać. Potrafił nad sobą panować. Bez mrugnięcia okiem wstał i wskazał Serafielowi bordową kanapę.
-Witam pana w moich skromnych progach! – powiedział spokojnie – Dzisiaj wszyscy zapragnęli złożyć mi wizytę!
-Zauważyłem. – odparł flegmatycznie i usiadł, odkładając na bok żakardową poduszkę; pozostały na niej ślady magicznej aury Zophiela.
-Sądząc po pańskiej swobodnej pozie, kiedy tu wszedłem, mojej wizyty się pan nie spodziewał! – dodał w odpowiedzi na wyczekujące spojrzenie Lucyfera, który z powrotem usadowił się w fotelu.
-Nie, ale wybaczam to panu. – w jego głosie zadrgała subtelna drwina – Wszyscy wiedzą, że nie ma pan w zwyczaju umawiać się na spotkania! Nektaru?
-Poproszę.
Anioł podstawił mu kryształowy kielich wypełniony złocistym napojem.
„Wygląda prawie, jak demońskie piwo! – pomyślał – A Lucyfer w tej czarnej tunice i ze swoimi bursztynowymi oczami już prawie, jakby zamienił się w czarnego jednorożca! Tylko mu rogu brakuje!”
-A więc co też pana do mnie sprowadza? – generał konkretnie przystąpił do rzeczy – Jakiś skandal, czy też może pożary w valowskich lasach?
-Czy panuje u was aż taka susza? – pociągnął łyk nektaru i sięgnął po czekoladkę z etażerki.
-Na szczęście nie.
-Jeszcze nie.
-Pan mi grozi? – Lucyfer powstrzymał wybuch gniewu, ale powietrze wokół niego zafalowało od mściwych myśli.
Były tak wyraźne, że Serafiel nie musiał zadawać sobie trudu, żeby włamać się do jego umysłu. Zresztą nie zamierzał próbować tego z generałem. Zophiel miał rację, gdy stwierdził, że na małą odległość telepatyczne zabawy ze świadomością arystokratycznych aniołów obie strony kosztują bardzo dużo wysiłku. Nie zamierzał dawać Lucyferowi powodów do niepotrzebnej wesołości, tryskając krwią z nosa!
-Agresja jest często dowodem strachu. – zrewanżował się z niewinnym uśmiechem na ustach – A pan wręcz nią emanuje! Pyszne czekoladki. Z Enitharmon?
-Czekoladę wyrabia się jedynie w Enitharmon! Nie rozumiem więc zasadności pańskiego pytania!
-Rzeczywiście skończony głupiec ze mnie! Ale nawet w Palambronie doszły mnie słuchy, że bardzo pan sobie tej rejon upodobał…
-A co? Uriel wydał książkę o swoich niewydarzonych fantazjach? – sarknął zniecierpliwiony – Czy może spowiadał pan Koronis? Nie wierzę, że przebiegły Serafiel przebył tak długą drogę do Vali, by zorientować się w moich sprawach sercowych!
-Ja przebiegły? Jestem tylko oddanym sługą Boga…
Lucyfer wymownie prychnął, ale Serafin go zignorował i ciągnął dalej tym samym nabożnym tonem:
-… któremu pewnie niezbyt się podoba, że szalona palatyn posyła swojego generała do Zoa, by błagał o łaskawe przebaczenie demona Belzebuba!

Chwilę mierzyli się wzrokiem. Lucyfer w zastanowieniu przygryzł paznokieć kciuka, a przez jego oblicze raz po raz przebiegały ponure cienie. Wahał się co ma odpowiedzieć i Serafiel postanowił mu w tym trochę pomóc.
-Cassielle kompletnie straciła zdolność jasnego myślenia…– teatralnie westchnął, kiwając głową – Wiem, że pan nie podziela jej zdania na temat zawierania przymierza z demonami. Nie potrzebujemy ich, a oni nie potrzebują nas! Nawet Belzebub szybciej zdał sobie z tego sprawę od naszej palatyn i wyrzucił Zophiela z formalnego obiadu! Chce się pan tak samo upokorzyć i pójść w jego ślady?
Generał dumnie odchylił się w fotelu i posłał mu pogardliwe spojrzenie.
-Ja miałbym dać się upokorzyć?! Demony będą jadły mi z ręki! – odparł chłodno, wykrzywiając usta w okrutnym uśmiechu – A ty przyjmij do swojej wiadomości, bezczelny Serafinie, że jak na razie to Cassielle jest palatynem Emanacji, a twoje marzenia o obsadzeniu na jej miejscu małego Metatrona i całkowitej kontroli państwa nigdy się nie spełnią!
-Dlaczego? – sprowokował, żeby mieć pewność – Bo ty wcześniej zagarniesz palatyński diament dla siebie?
-Jeśli w ten sposób cię powstrzymam…
Serafiel wstał z udawanym oburzeniem. Miał ochotę odtańczyć triumfalny taniec na środku apartamentu i przytwierdzić Lucyferowi okazały róg do czoła! Zamiast tego gwałtownie się odwrócił i bez słowa ruszył do wyjścia.
Lucyfer odprowadził go ironicznym wzrokiem.
-Popełniasz wielki błąd, generale! – rzucił na progu dla wzmocnienia efektu.
-To ty popełniłeś błąd przychodząc tutaj, Serafinie! – zripostował, ponownie kładąc nogi na stole – Żegnam pana! Ufam, że zbyt prędko się nie zobaczymy!
Serafiel pokornie się skłonił, wyrzucając sobie w myśli, że może zbytnio przesadził z łagodnością, ale Lucyfer najwyraźniej połknął haczyk i to z całą wędką!
Serafin wyszedł na korytarz i ku swojemu rozczarowaniu odnotował, że Donkuel nie leży już na ławie. No cóż. Trudno. I tak załatwił dzisiaj więcej niż zamierzał! Jakiż ten Lucyfer prosty! Takiemu nie trzeba nawet zaglądać do umysłu!
***
Michael przyglądał się fioletowym, rajskim ptakom z długimi, opalizującymi ogonami, które siedziały na gałęzi pobliskiego drzewa. Ostry fiolet ich upierzenia kontrastował z czerwono- zielonymi liśćmi. Stał tyłem do zamku, opierając się o ścianę stajni. Za jego plecami wysokie, strzeliste wieże Vala górowały nad okolicą, niczym cztery samotne, białe kry na oceanie złożonym z lasów, których różnokolorowe liście tworzyły niezwykłą feerię barw.
Lucyfer chwilę podziwiał masywny zarys budowli zamku ze srebrnym dachem, mrużąc oczy od słońca. Wystające z bryły budowli schody prowadziły na dwukondygnacyjną galerię z malowniczymi arkadami. Wysoki namiotowy dach o spiczastym zakończeniu, z czterech stron otoczony okrągłymi wieżami, składał się z pierścieni cegieł, które wraz ze wzrostem wysokości przesunięto coraz głębiej do wnętrza. W każdej z wież znajdowały się pomieszczenia dla strażników, obserwujących okolicę. Generał musiał mieć wszystko pod kontrolą!
Odwrócił się od zamku i ruszył w stronę stajni. Właściwie z tej odległości nie widział brata, bo był pogrążony w cieniu, ale o jego obecności upewnił go widok anielicy schowanej w pobliskich krzewach. Podziwiała przystojny profil Michaela z prawie tak wielkim zachwytem, jak on rajskie ptaki.

Lucyfer uśmiechnął się do siebie. Od razu rozpoznał tę tak sprytnie zakamuflowaną dziewczynę. Amitiel była jedną z kobiet, służących w anielskim wojsku. Specjalizowała się w rekonesansie i szpiegostwie, a ostatnio swoje zdolności testowała na mało spostrzegawczym Michaelu. Całe Vala wiedziało, że dyskretnie się w nim podkochuje, choć tak naprawdę o żadnej dyskrecji nie mogło być mowy skoro wszyscy o tym mówili.
Generał był natomiast święcie przekonany, że jego brat nie ma o tym zielonego pojęcia! Na dobrą sprawę cały czas ugania się za baronem Urielem z Enionu, nie zważając na jego aż nazbyt widoczną niechęć i rozsiewanie kłamliwych plotek o Lucyferze. Ten do tej pory traktował to z przymrużeniem oka, lecz po rozmowie z Serafielem i wcześniejszej kłótni z Cassielle, które upewniły go o sile oszczerstw barona postanowił, że powinien odbyć poważną rozmowę z bratem i raz na zawsze wybić mu Uriela z głowy! Niech lepiej wyciągnie Amitiel z krzaków, bo jak tak dalej pójdzie, biedaczka poważnie podupadnie na zdrowiu! Kto wie, czy również nie odbije się to na jej psychice?!
Powietrze pachniało słodkim lenistwem valowskiego popołudnia.

Poprawił skraj swojej czarnej tuniki. Sięgała ziemi i właściwie bardziej przypominała długi, demoński płaszcz. Niespiesznie podszedł do Michaela i oparł się obok niego o ścianę.  Brat nie spuszczał oczu z fioletowych ptaków. Lucyfer zmierzył go uważnym wzrokiem. Chociaż byli do siebie bardzo podobni, osobiście uważał, że Michael jest od niego przystojniejszy, dzięki dużym ustom i szlachetnemu rysunkowi nosa. Miał również ciemniejszy kolor włosów wpadający w odcień przedojrzałej wiśni. Czasami myśl, że są jedynymi rudymi mężczyznami w Emanacji była dla niego deprawująca i nie rozumiał, dlaczego Bóg nadał im taki wygląd, pasujący raczej do demonów!
Rozmawiał o tym kiedyś z Izrafiel, archanioł muzyki, jedyną kobietą w Emanacji obdarzoną rudymi włosami. Ona traktowała to jako atut, gdyż dzięki swoim włosom przyciągała szerszą widownię na koncerty Anielskiego Chóru. Jeśli nawet niektórzy nie interesowali się muzyką, przychodzili by zobaczyć egzotyczną śpiewaczkę.
Lucyferowi ogniste włosy raczej przeszkadzały w dworskiej karierze niż pomagały, zaś Michael zadawał się w ogóle tym faktem nie przejmować. Tak samo jak stanem swojego wyglądu, czy też dobraniem eleganckiej garderoby. Mimo to jego dzisiejszy strój był dobrze zgrany kolorystycznie i tylko srebrna brosza z turkusem, niezbyt pasowała do szmaragdowej góry od tuniki z długim rękawem i nieco już podniszczonych spodni barwy antracytu. Ich nogawki znikały w cholewkach długich butów wiązanych na krzyż zielonymi sznurówkami. Za to brosza bez wątpienia współgrała z turkusowym kolorem jego oczu. Właśnie dlatego Lucyfer podarował mu ją w prezencie kilka lat temu. Od tamtej pory Michael prawie nigdy się z nią nie rozstawał.
Generał pomyślał, że to wzruszający objaw braterskiej miłości i pod wpływem nagłej emocji położył dłoń na ramieniu Michaela.

-Widziałem Serafiela. – powiedział wtedy Mika, wreszcie obdarzając go swoim jasnoniebieskim spojrzeniem – Przyjechał do nas na jednorożcu.
-A ja widzę ponętną, młodą kobietę ukrytą w krzakach! – zripostował, wskazując głową w stronę kryjówki anielicy.
-Jaką ponętną kobietę? To przecież tylko Amitiel! – Michael obojętnie wzruszył ramionami – Ćwiczy przed zajęciami ze szpiegostwa!
Lucyfer poczuł, że robi mu się słabo. Skąd, u licha, bierze się ta jego rozbrajająca naiwność?!
-Żartujesz?
-Nie rozumiem o co ci chodzi, Lucyferze. Czy wyglądam, jakbym żartował? – oczy Miki rozszerzyły się ze zdumienia.
-To może zapytam inaczej. Co myślisz o kobiecie, która bez przerwy ugania się za jakimś mężczyzną, stara się przebywać w jego towarzystwie i nawet podgląda go z krzaków?
Michael podrapał się w głowę.
-Co ty mi takie trudne pytania zadajesz?
-Mika, proszę cię! Rusz zastałe, szare komórki!
-No nie wiem… Ma do niego jakąś sprawę?
Brat spoglądał na niego z wyczekiwaniem, a on stwierdził, że się poddaje i nie będzie się zmagał z tak ciężkim przypadkiem emocjonalnego niedorozwoju!
-To znaczy, że się jej ten facet podoba i chciałaby zawrzeć z nim bliższą znajomość! – parsknął.
-Przecież my się już znamy z Amitiel!
-O nie! Mika przegiąłeś!
-No co?! Czego się rzucasz?! – obraził się Michael i powrócił do obserwacji ptaków – Może lubi siedzieć w krzakach!
-A może ma ochotę na sex!
-Z kim?
-Cholera jasna! Z tobą!!!

Mika zamrugał z dezorientacją i chwilę milczał, analizując otrzymane informacje. Lucyfer przyglądał się procesowi myślowemu, który zachodził na jego twarzy, z niedowierzaniem kiwając głową.
-Ty wiesz co? Chyba masz rację…
-Brawo dla tego pana! – generał bezgłośnie zaklaskał w dłonie – A teraz idź, wyciągnij ją z krzaków i posiądź na kilka, różnych sposobów! Powodzenia!
Odwrócił się z zamiarem odejścia, ale brat złapał go za rękaw.
-Gdzie ty idziesz?
-Nie będę ci przecież przeszkadzał!
-Ale mnie się Amitiel nie podoba!
-Nie? Przecież to ładna dziewczyna! – Lucyfer ciężko westchnął.
Już miał nadzieję, że uda mu się uniknąć drażliwego tematu rozmowy. Jak on nie znosi Uriela! Najlepiej urwałby mu głowę!
-Owszem ładna, ale wolę Uriela…
„Wiedziałem! Po prostu wiedziałem!” – jęknął w myśli.
-Michael, posłuchaj…
-Gdyby Uriel siedział tu teraz w krzakach, to bym go posiadł na kilka różnych sposobów! – przerwał mu z dziwnym błyskiem w oczach.
-Nie wytrzymam tego! – zniecierpliwił się Lucyfer – Powiem to tylko raz! Zabraniam ci jakichkolwiek kontaktów z tym kłamliwym intrygantem!
-Uriel nie jest kłamliwym intrygantem!
-Jest! – krzyknął tak głośno, że aż spłoszone ptaki zerwały się do lotu – I nie przerywaj mi, kiedy mówię!
Michael poczerwieniał na twarzy. Odbiła się na niej złość, którą już wcześniej dostrzegł u niego podczas spaceru głównym placem Empireum.
-Posłuchaj…– Lucyfer złagodził ton i delikatnie ujął jego dłoń – Wiem, że nie rozumiesz pewnych, politycznych rozgrywek i ja również nie chcę cię w nie mieszać. Musisz jednak wiedzieć, że Uriel jest moim wrogiem i może… twoją sympatię do niego wykorzystać przeciwko nam obu. Przynajmniej się nad tym zastanów!
Krótką chwilę spoglądali sobie w oczy i w końcu to Michael pierwszy spuścił wzrok.
-Źle wszystko pojmujesz. – burknął – Chcę po prostu iść z nim do łóżka! Sex ma niewiele z polityką wspólnego!
-Żebyś się nie zdziwił! – generał kategorycznie uciął dyskusję – Mika, masz tylu adoratorów w Vala… Tutaj się za kimś pociągającym rozejrzyj!
-No dobra. Ale ja lubię przełamywać opory, co to za przyjemność, gdy ktoś od razu jest gotowy na każde moje skinienie? – Michael wciąż był naburmuszony.
-A więc o to chodzi? Jeśli wszyscy w Vala są na twoje skinienie, to może spróbuj szczęścia w Ahanii u Pistis? – zaproponował, nie mogąc już powstrzymać uśmiechu, który od paru minut cisnął mu się na usta.

O niczym innym nie marzy, jak tylko słuchać o seksualnych upodobaniach swojego brata!
-Eee… Lekarze są nudni! – obruszył się – Co jest ponętnego we wkuwaniu anatomii i doskonaleniu lekarskiej magii? Na przykład ten pomocnik Pistis… Ładna buźka, ale jest totalnie aseksualny! Wręcz przerażający! Brr!
-A więc posłuchaj mojej rady i wyciągnij Amitiel z krzaków! – westchnął Lucyfer – Od biedy powinna wystarczyć!
-To chyba tak zrobię…
-Słusznie! I pamiętaj! Trzymaj się z daleka od Uriela!

KONIEC Rozdziału VI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *