Róża Jakobsze

Historia jest tylko sposobem wyrażenia bohaterów. Nie sama akcja jest najważniejsza, tylko właśnie ci bohaterowie.

zdjR

Róża Jakobsze: Rocznik 1988. Zachwycona prozą Marqueza i geniuszem budowy ludzkiego ciała studentka medycyny Collegium Medicum UJ. Jej przygodę z czytaniem rozpoczął Biały kieł Londona i książki J.O. Curwooda, z pisaniem – wstrząsające historyjki i komiksy, uwieczniane w dzieciństwie w cienkich zeszytach, spalonych podczas któregoś sprzątania. Nie licząc krótkiego okresu, gdy postanowiła zdobyć Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii, zawsze chciała zostać pisarką. Oprócz tego, jej celem jest zamieszkanie w domu pod lasem, z ogromną biblioteką i salonem w stylu retro, gdzie zawiśnie zegar pradziadka, a z gramofonu będzie płynął blues i jazz.

Magdalena Pioruńska: Skąd u studentki medycyny wzięło się literackie zacięcie?

Róża Jakobsze: Można powiedzieć, że w zasadzie to było na odwrót. Moje życie literackie rozwijało się od dawna, dużo wcześniej nim jeszcze pomyślałam o medycynie. Już od dzieciństwa bardzo lubiłam czytać i zawsze chciałam zostać pisarką tyle tylko, że nigdy nie uważałam, że dam radę się z tego utrzymać. Postanowiłam więc iść na studia, które dadzą mi jakąś pewną pracę. A, że medycyna akurat mnie interesowała, to na razie zajmują mnie studia, a potem mam nadzieję, że przyjdzie praca. Liczę, że kiedyś też to wykształcenie medyczne pozwoli mi udoskonalić moje pisanie. Może napiszę również jakiś inny rodzaj książki – też fantastykę, ale taką troszkę z gatunku medycznego. Ale to dopiero za parę lat, kiedy będę mieć więcej doświadczenia, bo na razie studiuję.

M.P.:W jaki sposób godzi pani te dwie dziedziny?

R.J.: Bywa ciężko. Tak naprawdę pierwszą część „Rhezusa” napisałam jeszcze przed studiami. W czasie studiów okazało się, że mam coraz większy problem, żeby wygospodarować sobie czas na pisanie. Poza tym dużo wolniej mi to idzie, bo nie skupiam się tylko na tym. Miałam nadzieję, że te studia okażą się nieco lżejsze i będzie można więcej czasu przeznaczyć na swoje zainteresowania, ale niestety rzeczywistość okazała się odmienna od mojego wyobrażenia. Co najgorsze akurat wtedy, kiedy przychodzi sesja i jestem zestresowana jakimiś egzaminami, przychodzą mi do głowy pomysły na opowiadania i książki, które chciałabym napisać.

M.P.: Świat przedstawiony w „Rhezusie” jest brutalny, pozbawiony złudzeń, ocieka krwią, a bohaterowie mają twarde osobowości. Co sprawiło, że właśnie tak skonstruowała pani ten świat? Co panią do tego zainspirowało?

R.J.: Wszystko zaczęło się od tego, że najpierw wymyśliłam bohatera, czyli Rhezusa, a dopiero później stworzyłam cały świat dla niego i chyba ponieważ od początku planowałam, że Rhezus będzie kimś nieśmiertelnym, kto będzie chciał umrzeć, to zastanawiałam się jak wytłumaczyć tę jego chęć popełnienia samobójstwa. Wydaje mi się, że żeby człowiek chciał rozstać się z życiem, muszą istnieć naprawdę ważne powody i właśnie obrazem świata, jaki opisałaś, starałam się to umotywować w przypadku mojego bohatera. Rhezus żyje bardzo długo w tym świecie i ma już dość reguł tam panujących. Tego jacy muszą być ludzie z powodu warunków, w jakich żyją. Nie ukrywam, że nie chciałabym żyć w takim świecie, ale to jest właśnie jeden z motywów, dlaczego on z takim zapałem i zaangażowaniem szuka sposobu, żeby popełnić samobójstwo.

M.P.: Skąd wziął się pomysł na narrację z kilku perspektyw? Co chciała tym pani pokazać?

R.J.: Ja ogólnie lubię pisać w pierwszej osobie. Na razie wyłącznie tak piszę. Nawet jeśli chodzi o rzeczy, których nie planuję wydać – jakieś krótkie opowiadania, które piszę tylko po to, żeby się trochę rozerwać. Zawsze piszę w pierwszej osobie, dlatego że wydaje mi się, że nigdy narracja trzecio- osobowa nie odda tego tak dobrze co myśli i czuje bohater, jak narracja pierwszo- osobowa. Dlatego od początku planowałam tę książkę napisać właśnie tak. Zwłaszcza, że tutaj najważniejszą rzeczą, którą chciałam pokazać to właśnie Rhezusa jako bohatera, nawet nie tyle to, co on robi, ale to dlaczego to robi i co myśli w tym momencie. To, że wielu bohaterów jest narratorami w dodatkowych rozdziałach opowiadających historię poszczególnych postaci ma podobną funkcję. To znaczy chciałam ich również przybliżyć czytelnikowi w jak najbardziej dokładny sposób. Dlatego oni sami opowiadają swoje historie. Myślę, że niektórym może się to nawet wydawać niepotrzebne – takie rozwodzenie się nad tymi, którzy nie grają tak wielkiej roli, jak główne postacie. Ale ponieważ ja sama czytając książki lubię jak najwięcej wiedzieć o bohaterach, więc chciałam też napisać książkę, w której czytelnik będzie mógł poznać ich lepiej, nawet jeżeli teraz nie mają aż tak dużego wpływu na przebieg wydarzeń. Chciałam, żeby czytelnik wiedział, dlaczego oni się w taki, a nie inny sposób zachowują i poznał ich przeszłość jeżeli nie od dzieciństwa, to chociaż parę lat wstecz. Historia jest tylko sposobem wyrażenia bohaterów. Nie sama akcja jest najważniejsza, tylko właśnie ci bohaterowie.

M.P.: Dlaczego Rhezus? Proszę przyznać, że to imię kojarzy się dość jednoznacznie…

R.J.: To imię może być mylące i rzeczywiście kojarzyć się z religią katolicką. Jednak jego geneza była zupełnie inna. Na biologii w liceum uczyliśmy się o grupach krwi. Ich oznaczenia Rh-, Rh+ wzięły się właśnie z tego, że przeprowadzano doświadczenia na małpach z gatunku rhezus. To hasło bardzo mi się spodobało i pomyślałam, że jeśli kiedyś napisałabym książkę, to właśnie mogłabym dać takie imię mojemu bohaterowi. Dopiero dużo później pomyślałam, że niektórzy mogą mieć skojarzenia religijne. Ponieważ wszystko już było gotowe, musiało tak zostać. W dodatku Rhezus ma te tatuaże cierniowe, które same w sobie są już dość sugestywne. Na samym początku, kiedy pisałam tę powieść nazywałam je koronami cierniowymi, ale potem pomyślałam, że w ten sposób daje już wyraźny sygnał, jakbym wzorowała mojego bohatera na Jezusie. Zmieniłam więc tę nazwę na bodajże cierniowe obręcze. Nie chcę, żeby Rhezus kojarzył się z religią, ponieważ nie takie było moje założenie. Wyszło to po prostu przypadkowo.

M.P.: Skąd wzięła się koncepcja głównego bohatera, który dąży do destrukcji mimo swojej nieśmiertelności?

R.J.: Zawsze kiedy oglądam jakieś filmy, czy też czytałam jakieś książki, gdzie bohater był nieśmiertelny, to zauważam tendencję do pokazywania jego przypadłości w pozytywny sposób. Bohater żyje bardzo długo i wszystko jest w porządku. Jest zadowolony z życia, co mnie bardzo dziwiło, bo kiedy się nad tym zastanawiałam wiedziałam, że nie chciałabym być nieśmiertelna i nie rozumiałam pędu postaci, żeby osiągnąć coś, czego potem nie będą w stanie cofnąć. Zaczęłam tę opowieść w innym momencie, nie wtedy kiedy Rhezus zyskuje nieśmiertelność, ale po pewnym czasie, po kilkuset latach, kiedy mija już okres jego radości z powodu posiadanego daru. Wówczas przychodzi ten moment, w którym on sobie zdaje sprawę, że to coś mu jest jednak narzucone, że to jest coś, na co nie ma żadnego wpływu i co tak naprawdę go zniewala, dlatego próbuje z tym walczyć. Rhezus już przeżył swoje życie.  Ludzie, na których mu zależało nie żyją, a sam już nie jest fizycznie tak sprawny, jakby chciał. W dodatku nie posiada jakichś super mocy, nie jest w stanie się przez to skutecznie obronić przed niebezpieczeństwami. Sam dochodzi do wniosku, że jego życie powinno się wreszcie skończyć. Chciałam pokazać, że nieśmiertelność naprawdę nie jest czymś kuszącym, tylko raczej pułapką.

M.P.: Czym jest dla pani pisanie? Wytchnieniem od codzienności, sposobem na życie, pragnieniem wyrażania swoich emocji i obaw, czy jeszcze czymś innym?

R.J.: Na pewno wytchnieniem od codzienności. Nie jest jednak sposobem na życie, bo jak wspomniałam wcześniej z pisania nie da się raczej utrzymać. Poza tym nie zawsze ma się pomysły i gdybym ich akurat nie miała, a musiałabym pisać pod termin, mogłoby wyjść z tego coś z czego nie byłabym zadowolona. Wtedy pisanie na pewno nie sprawiałoby mi radości. Dlatego nigdy nie chciałam się utrzymywać z pisania, ale to nie znaczy, że nie jest dla mnie ważne. Bo jest i to bardzo. Cieszę się, że mam takie zainteresowanie, bo jest jedyną rzeczą, która potrafi mnie zupełnie odstresować. Tego uczucia nie da się opisać słowami. Na chwilę pozwala ono się oderwać od rzeczywistości, zapomnieć o wszystkim, co się dzieje. Poza tym nad stworzonymi światami i własnymi postaciami ma się pełną kontrolę.

M.P.: Co chciałaby pani wnieść do konwencji fantasy? Czy pisze pani w ten sposób, bo właśnie tego brakuje pani w literaturze?

R.J.: Jeśli chodzi o „Rhezusa” to jest to raczej klasyczne fantasy. Mamy bowiem głównego bohatera, który posiada wyjątkowe zdolności, które go odróżniają od pozostałych ludzi. Zawsze chciałam napisać coś klasycznego na mój własny sposób. To co mogłabym i chciałabym wnieść to właśnie większą koncentrację na bohaterach. Wiadomo, że fantastyka skupia się bardziej na akcji, fabule, realiach świata przedstawionego, a ja jak już wspomniałam wolę książki, które w sposób bardziej szczegółowy podchodzą do postaci. Dlatego ja staram się, żeby w moich powieściach zawsze bohater był w centrum, a nie historia. Właśnie tego mi brakuje w książkach fantasy, ale nie wiem, czy innym też. Kiedy czytam jakieś książki autorów z Ameryki Południowej, gdzie zupełnie inaczej się pisze o uczuciach odnoszę wrażenie, że nawet pisarze mężczyźni nie boją się bardzo dokładnie pisać o stanach swojego ducha. U nas raczej unikają takich tematów. Tymczasem odnoszę wrażenie, że w niektórych książkach bohater jest tylko imieniem. Nie potrafię go sobie wyobrazić, ani się do niego przekonać.

M.P.:  Jacy są pani ulubieni autorzy i czy w jakiś sposób wpływają na pani twórczość?

R.J.: Nie mam wielu autorów, których twórczość znałabym od deski do deski. Moim ulubionym pisarzem jest Gabriel Garcia Marquez, autor „Stu lat samotności”. Czytałam większość jego książek, bo bardzo podoba mi się sposób w jaki on pisze. To mój niedościgniony wzór i nie sądzę, żebym pisała kiedyś tak, jak on. Zresztą nie wiem, czy taki sposób pisania sprawdziłby się w fantastyce. W podstawówce czytałam głównie książki Jamesa Olivera Curwooda, trochę mniej Londona, dużo Aleksandra Minkowskiego i Siesickiej. Później przyszedł czas na „Władcę Pierścieni”, „Wiedźmina”, wampirzą serię Anne Rice, „Diunę” Herberta. Duże wrażenie zrobiły na mnie też książki Dostojewskiego czy Carlosa Fuentesa, ale czytałam ich za mało, żeby móc mówić o nich jako o ulubionych autorach. A na przykład jeśli chodzi o Łukjanienkę, niektóre jego książki podobają mi się bardzo, inne mniej. Przy okazji, jeśli mogę powiedzieć o tych, których nie znoszę, to wysoko na mojej liście jest „Pan Tadeusz” i „Cierpienia młodego Wertera”. Chętnie osobiście odstrzeliłabym Werterowi głowę, tylko porządnie, a nie tak jak on to zrobił, że umierał przez pół doby. Ale ogólnie jako gatunek zawsze najbardziej lubiłam fantastykę. Autor może stworzyć sobie dokładnie taki świat, jak mu pasuje, nie musi odwzorowywać rzeczywistości, w której żyjemy. To jest bardzo duży komfort dla pisarza. Zwłaszcza dla tak młodego autora, jak ja, który nie ma jeszcze dużego życiowego doświadczenia. Osobiście trudno by mi było napisać książkę realistyczną z wielkim przesłaniem. W fantastyce wystarczy tylko wyobraźnia i pomysł.

M.P.: Lubi pani uśmiercać swoich bohaterów. Czym jest to spowodowane? Czyżby medyczną pasją?

R.J.: Nie, tak nigdy nie powiem, bo nikt do mnie nie przyjdzie jak już zostanę lekarzem. Lubię uśmiercać, ale tylko bohaterów książkowych. Jest to spowodowane tym, że chcę pokazać ich życie do ostatnich chwil. Każdy bohater opowiada jakiś fragment ze swojej przeszłości, widzimy go podczas trwania fabuły i obserwujemy go również w obliczu śmierci. Wiadomo, że wszystkich nie mogę uśmiercić i część bohaterów pozostanie żywych, co sprawia jednak, że czytelnik może się zastanawiać, co się z nimi później stało. Sama lubię być z bohaterem do samego końca i nie musieć się martwić, czy on za jakiś czas nie zmieni się w kogoś zupełnie innego. Dlatego też ci, którzy w tej części zginęli, to byli bohaterowie, których chciałam przedstawić w jakiś konkretny sposób, na co składały się również okoliczności, w jakich umarli.

M.P.: Czy planuje pani kontynuację przygód „Rhezusa”?

R.J.: Od początku planowałam dwa tomy. Pierwszy tom jest już wydany w formie dwóch książek i myślę, że drugi tom też zostanie wydany w tej formie. I na tym zakończę historię Rhezusa. Brałam pod uwagę, że wydawnictwo może nie będzie zainteresowane wydaniem drugiej części, kiedy na samym początku wysłałam im pierwszy tom. Wtedy pierwszy tom byłby jedynym i byłoby to zakończenie otwarte. Osobiście nieszczególnie podoba mi się, żeby pisać książkę, sprawdzać czy jest popularna i wtedy kontynuować i kontynuować, nie próbując stworzyć nic innego. Od początku planowałam dwa tomy i nie zamierzam dopisywać dodatkowych historii, co było 10 lat wcześniej, albo na początku, albo o jakimś bohaterze, co się pojawił przez chwilę.

M.P.: Czy ma pani zatem pomysł na zupełnie nowy projekt?

R.J.: Tak. W zasadzie zaczęłam teraz pisać aż trzy nowe rzeczy. Mam zapisany kawałek każdej z nich i niestety brakuje mi czasu, żeby kontynuować. Przez chwilę myślę o jednym projekcie i wtedy coś dopisuję, potem przychodzi mi do głowy coś na temat tego drugiego i tam coś dopisuję także żaden jeszcze nie jest skończony. Myślę też, że minie trochę czasu zanim „Rhezus” zostanie do końca wydany. Nie wiem co pierwsze skończę, pomysły znacznie się od siebie różnią. Jeden z tych projektów to dalej fantasy w zupełnie innym świecie, w czasach przypominających nasz parę wieków do tyłu. Akcja drugiego toczy się w teraźniejszości, na mojej uczelni medycznej, ale to wciąż będzie fantastyka. Trzeci pomysł też współczesny, ale w stylu powieści detektywistycznej. Ale niezależnie od tego, co uda mi się skończyć i co uda mi się wydać, wciąż będę się starać, żeby to bohaterowie byli najważniejsi. Nadal będę więc pisać w narracji pierwszoosobowej i w czasie teraźniejszym.

Z Różą Jakobsze rozmawiała Magdalena Pioruńska

Zdjęcie autorstwa Róży Jakobsze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *