Bezimienność

Odczłowieczenie. Sprowadzenie istoty ludzkiej do postaci elementu, klocka puzzle, które układają jakieś wyższe siły. Koszmar dla człowieka i pożywka dla pisarzy, którzy z zapałem opisywali degrengoladę ludzkości, sprowadzenia homo sapiens do roli bezwolnej marionetki, kukiełki pociąganej za sznurki przez mniej lub bardziej tajemniczych władców. Jednostki, która ma żyć, wypełniać funkcje i podlegać. Anonimowego członka anonimowej, monolitycznej społeczności, trybika w maszynie bez własnego JA.

Dotychczas wydawało mi się, że takie bezmózgie stworzenia można było zaobserwować li tylko w książkach apokaliptycznych, choćby w „Roku 1984” Orwella. Jednostki, które żyją , bo żyć muszą, ku chwale Władców Marionetek. Jednostki, pozbawione własnego zdania, własnych myśli, Osobnicy żywi, a jednocześnie przypominający bezwolne roboty.

Pisarze przyzwyczaili nas do swych wizji. Niektórzy obwołani zostali nawet wieszczami. I choć póki co Marsjanie nas nie zaatakowali (nawet ci niewidzialni), zarazy nie wygubiły życia na Ziemi, to jednak wiele z koszmarnych wizji literackich się sprawdziło. Niestety, sprawdza się też wizja mojego ulubionego autora, czyli Stanisława Lema. Niestety…

„Dzienniki gwiazdowe” to jedna z najlepszych pozycji serwowanych przez Lema. I według mnie – jedna z najlepszych książek, jaka powstała w dwudziestym wieku. Niestety, żeby dobrze się przy niej ubawić, niezbędne są dwie rzeczy – znajomość fizyki i astronomii (o co statystycznemu Polakowi łatwo) i znajomość polityki z uwzględnieniem systemu politycznego obowiązującego w Polsce i innych stalinowskich sierotkach powojennych. Jedną z moich ulubionych podróży, zawartych w tym arcydziele, jest wyprawa numer trzynaście.

O ile część pierwsza to krytyka stalinizmu, część druga to już mała rozprawa filozoficzna na temat dość drastyczny – czyli utraty człowieczeństwa i indywidualizmu na rzecz równości społeczeństwa. Posunięte do granic absurdu zasady istnienia zbioru ludzi przerażają. Anonimowa jednostka dziś jest ogrodnikiem, jutro ojcem, pojutrze prezydentem a za tydzień matką. Absurd? oddajmy głos mistrzowi:

„W każdej chwili istnieje w społeczeństwie określona ilość funkcji, czyli, jak mówimy, etatów. Są to etaty zawodowe, więc władców, ogrodników, techników, lekarzy; są też etaty rodzinne – ojców, braci, sióstr i tak dalej. Otóż na każdym takim etacie Pantyjczyk działa tylko przez jedną dobę. O północy odbywa się w całym naszym państwie jeden ruch, jak gdyby, mówiąc obrazowo, wszyscy czynili jeden krok – i w taki sposób osobnik, który wczoraj był ogrodnikiem, dziś zostaje inżynierem, wczorajszy budowniczy staje się sędzią, władca – nauczycielem, i tak dalej. Podobnie ma się rzecz z rodzinami. Każda składa się z krewnych, więc ojca, matki, dzieci – tylko te funkcje pozostają niezmienne – istoty, pełniące je, zamieniają się każdej doby. Tak więc niezmienna pozostaje jedynie zbiorowość, uważasz? Wciąż tyle samo jest rodziców i dzieci, lekarzy i pielęgniarek, i tak we wszystkich dziedzinach życia. Potężny organizm naszego państwa trwa od wieków niewzruszony i niezmienny, trwalszy od skały, a trwałość tę zawdzięcza temu, że raz na zawsze skończyliśmy z efemeryczną naturą jednostkowego istnienia. […]

Pewnym zakłóceniem naszego systemu – odparł mój rozmówca – była dawniej okoliczność, kiedy osobnik na etacie ojca rodził dziecko, albowiem może się zdarzyć, że etat ojca obejmuje akurat kobieta w dniu swego rozwiązania. Wszelako trudność ta znikła, odkąd określone zostało w ustawach, że ojciec może rodzić dzieci. Co się zaś tyczy uczuć, to zaspokoiliśmy dwa, z pozoru wykluczające się głody, żyjące w każdej istocie rozumnej: głód trwałości i głód zmiany. Przywiązanie, szacunek, miłość były niegdyś podgryzane nieustannym niepokojem, obawą przed utraceniem istoty ukochanej. Ten lęk myśmy przezwyciężyli. W samej rzeczy jakiekolwiek wstrząsy, choroby, kataklizmy nawiedzałyby nasze życie – każdy z nas ma zawsze ojca, matkę,, małżonka i dzieci. Nie dość na tym. To, co niezmienne, zaczyna po niejakim czasie nużyć, bez względu na to, czy zaznajemy dobra, czy zła. Zarazem jednak pragniemy trwałości losu, chcemy uchronić go przed zakłóceniami i tragediami. Chcemy istnieć, a nie przemijać, zmieniać się, a trwać, być wszystkim, nie ryzykując nic. Te sprzeczności, zdawałoby się, nie do pogodzenia, są u nas rzeczywistością. Znieśliśmy nawet antagonizm szczytów społecznych i nizin, bo każdy każdego dnia może być najwyższym władcą, bo nie ma takiego rodzaju życia, takiej sfery działania, która byłaby przed kimkolwiek zamknięta.”

[Stanisław Lem, Dzienniki Gwiazdowe]

Makabryczna wizja, zawarta w ustawach…

Niestety, wizja ta zaczyna się realizować. W Ameryce, w którymś ze stanów, nie ma już mamy i taty. Jest rodzic numer jeden i rodzic numer dwa (i zapewne rodzic numer trzy, jak zajdzie potrzeba). W Szwecji otwiera się przedszkole, w którym nie ma chłopców i dziewczynek – są tylko bezosobowe postacie. „ONO” – a nie „ON” i „ONA”. Powoli, nieśmiało buduje się Lemowskie odczłowieczone społeczeństwo – bez płci, bez twarzy (bo jakże w idealnym społeczeństwie mieć różne twarze?), bez uczuć, bez zainteresowań. Społeczeństwo doskonałe, w którym nie ma miejsca na kobiecość i męskość.

Przykro mi, ale nie zgadzam się z tym. Nie jestem rodzicem numer jeden, dwa, trzy. Jestem – na przekór wszelkim chorym umysłom – tatą. Moja żona jest mamą. A moje dziecko jest synem. I niezależnie od tego, co wkrótce zapewne wymyślą Orwellowsko poprawni inaczej – nie będziemy żadną dewiacją. Będziemy mamą, tatą i synem.

Czyli rodziną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *