Londyński Bulwar – Nie wszystko da się zmieszać

londynski-bulwar-film-plakat(2)Mitchell spędził ostatnie kilka lat w więzieniu i nie ma najmniejszej ochoty tam wracać, gdy w końcu wychodzi na wolność. Niestety przeszłość ciągnie się za nim nieubłaganie. Sprzed zakładu karnego odbiera go kumpel Billy, który jest drobnym rzezimieszkiem i zajmuje się zbieraniem długów dla lokalnej mafii. Życzy sobie przysługi za przysługę i wciąga głównego bohatera w swoje podejrzane interesy. Mitchellem zaczyna interesować boss mafijny Gant, który chciałby widzieć go w swojej organizacji. Mimo starań by trzymać się z daleka od przestępczego światka, przez różne sploty wypadków Mitchell staje się coraz bardziej w niego uwikłany. Druga oś historii kręci się naokoło znajomości głównego bohatera z Charlotte, młodą gwiazdą filmową dręczoną przez paparazzi. Poznaje ją próbując znaleźć sobie uczciwe zajęcie. Jej dom potrzebuje remontu. Dodatkowo przewijają się wątki zabójstwa bezdomnego przyjaciela Mitchella, oraz siostry głównego bohatera, która ma poważny problem alkoholowy.

Każdy z tych wątków zarówno głównych, jak i pobocznych jest sam w sobie ciekawy, pokazują Mitchella jako ciekawą i pełną postać. Problem polega na tym, że nie kleją się one razem, szczególnie dwa główne. Widz ma wrażenie, że scenarzysta miał sporo fajnych pomysłów, które nigdzie mu nie pasowały, więc wrzucił je do jednego filmu i zamieszał. Niestety składniki nie połączyły się, a szkoda, gdyż właściwie każda postać ma sporo potencjału. Mitchell wchodzi w relacje z bardzo różnymi osobami. Widać, że jest równym facetem, ale sympatia, którą okazuje  innym nigdy nie przesłania zdrowego rozsądku. Ma dużo dystansu do bliskich sobie osób, co spowodowało, że wzbudził mój szacunek i sympatię.

Film ma sporo dobrych scen – niestety niektóre są zupełnie wyrwane z kontekstu – oraz ciętych, zabawnych dialogów. Szczęśliwie nie popada w przesadnie „błyskotliwy” bełkot, który jest bolączką filmów Guya Ritchiego, czy innych gangsterskich opowiastek filmowych.

Keira Knightley urzeka w roli rozchwianej emocjonalnie gwiazdy. David Thewlis, świetnie wypada w roli Jordana, jej przyjaciela (opiekuna?). Szkoda, że w sumie nie wiadomo dlaczego zdecydował się zająć Charlotte. Wyważony charakter, głównego bohatera nie pozwala za bardzo na popisy aktorskie, a to groziło stworzeniem kreacji mdłej i nudnej, ale Colin Farrell jest wyjątkowo bezpretensjonalny w roli Mitchella. Duża przyjemność sprawia też oglądanie Bena Chaplina jako Billego. Jakże to odmienna postać od Basila Hallwarda z Doriana Grey’a, ale wypada w niej równie wiarygodnie. Szkoda tej świetnie dobranej obsady i udanych postaci, na historię, która szybko wpływa na mieliznę braku wyobraźni i kończy się w banalny sposób.

Katarzyna Krawczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *