Ja, Bóg

Jest czwarta rano. Wskazówka sekundnika od początku zaczyna przemierzać swoją drogę, którą jeszcze przed chwilą uważała za skończoną. Całe pomieszczenie pogrążone jest w głębokim śnie. Oprócz zegara stojącego na najwyższej półce regału, słychać tylko jednostajny szum komputerowego wentylatora. Tak jakby cały pokój przysuwał swoje wielkie, niewidzialne ucho do morskiej muszli.

Konrad podnosi się z łóżka. Prześcieradło odkleja się od jego pleców zostawiając na nich pajęczynę różowych śladów. Pot spływa mu z czoła forsując masywny nos, gdzie kurczowo trzymając się skóry zostaje jeszcze na krótką chwilę. Pojedyncze krople spadają jedna za drugą na podłogę tworząc pod jego stopami małą kałużę.

— Idę do kuchni. Muszę się czegoś napić.

W odpowiedzi dostaje tylko cichy pomruk wydobywający się z pod kołdry.

Jego stopy z każdym krokiem wydają ciche odgłosy mlaśnięcia gdy odrywają się od terakoty. Zostawia na podłodze ślady, które zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, ulatniają się z mieszkania. Wchodząc do kuchni zapala światło, co nie podoba się siedzącym w zlewie karaluchom. Wiedzione intuicją szybko znajdują drogę ucieczki, by wrócić do swoich domów i stęsknionych żon. Tak przynajmniej myśli gdy próbuje trafić jednego z tych paskudnych sukinsynów gazetą zabraną ze stołu.

Mój dom to moja twierdza, więc wara – to jego dewiza. Szczególnie, gdy koleżanki Agnieszki zasiedzą się u nich zbyt długo. Uśmiechają się wtedy do niego, jakby nie mówił poważnie. On odwzajemnia uśmiech i wraca do swojego biurka, przeklinając je w myślach.

Coś zaczyna go drapać w gardle. Odkrztuszanie nie pomaga. Wydaje się wręcz, że tylko pogarsza sytuację. Sięgając po szklankę by napełnić ją wodą, Konrad czuje cieknącą z nosa krew.

— Super. Tylko tego mi brakowało.

Gardło zaczyna puchnąć. Odruch wymiotny rzuca go na kolana. W przełyku ostry smak wczorajszego jedzenia zaznacza swoją obecność, a po sekundzie cała kolacja ląduje przed nim na podłodze.

Konrad ociera wierzchem dłoni resztki śliny, która zatrzymała się na zębach i wargach. Sięga palcami w głąb gardła i próbuje dosięgnąć czegoś, co ewidentnie spowodowało to całe przedstawienie, ale jedyne co osiąga to kolejne odruchy wymiotne. Następna próba jest już udana i pod opuszkami palców czuje mały plastikowy przedmiot.

Przed oczami ma wtyk 8P8C. Kawałek plastiku z ośmioma kolorowymi pinami na końcu – najpowszechniejszy z możliwych wtyków pozwalający na budowę sieci internetowych. Wtyczka przypięta jest do kabla wystającego mu cały czas z gardła, drażniącego jednocześnie język i podniebienie.

Konrad chwyta za kabel i zaczyna go wyciągać z przełyku. Bardzo powoli i ostrożnie, centymetr po centymetrze z jego wnętrzności wychodzi długi niebieski przewód. Gdyby tylko udało mu się wyciągnąć cały kabel mógłby w końcu odetchnąć. Dłonie ślizgają się po izolacji, która kolorem przypomina teraz, dzięki żółci z żołądka, zieloną dżdżownicę.

Coś wewnątrz gardła blokuje przewód. Oddychanie przychodzi mu coraz ciężej. Obwiązuje kabel wokół dłoni. Odlicza w myślach mając nadzieję, że doda mu to otuchy i zmusi do podjęcia decyzji. Wyciągnąć czy zostawić? Któraś z nich na pewno doprowadzi do jego śmierci.

Raz, dwa, trzy!

Klęcząc i opierając się rękoma na podłodze, pełnej wymiocin pomieszanych z krwią, Konrad przeciera oczy pełne łez. W uszach słyszy tylko szum. Po chwili zaczynają dochodzić do niego inne dźwięki. Krople wody uderzające o metalowe dno zlewu, wiatr potrząsający koronami drzew na placu przed domem, bicie własnego serca.

Kabel ma przynajmniej cztery metry długości, ale to nie jest ważne. Ani to jak znalazł się w jego wnętrznościach. Ważne jest to, że z jednej strony ma końcówkę 8P8C a z drugiej bijące serce.

Jego serce.

Jest czwarta rano. Konrad budzi się o tej godzinie, dzień w dzień, od tygodni. Zlany potem, zły.

— Ja pierdolę. — mówi przykrywając się kołdrą.

Następny koszmar już czeka na swoja kolej.

~gorliwa_katoliczka_1982

Jesteś bezbożnikiem i nigdy nie będzie dla ciebie miejsca wśród dobrych ludzi.     Mam nadzieję że zgnijesz w piekle razem z Hitlerem.

~wesołek

Stare baby nie rozumiejom tego co chcesz im przekazać. Zgadzam się z tobom w 100%. Człowieku jesteś moim bogiem. Pozdro

— Znowu pracujesz? — spytała idąc w stronę łazienki

— Nie mam wyjścia. — odpowiedział.

Stanęła przed lustrem i rozczesywała włosy, gdy on siedział przy stole wpatrzony w ekran laptopa. Agnieszka, odkąd pamiętał mało interesowała się tym co robił. On z kolei nie lubił rozmawiać o pracy. Objęty był tajemnicami i klauzulami, które zakazywały mówienia czegokolwiek o tym czym się zajmuje. Oczywiście jest tylko człowiekiem i zdarzyło mu się kilka razy złamać dane słowo.

— Cały czas jestem pod wrażeniem, że firmy płacą ci za to wszystko co wypisujesz na tym blogu. Jak ja bym była właścicielem jakiejś firmy, to w życiu nie chciałabym żeby jakiś pojeb pisał o mnie na takiej stronie. Bez obrazy kochanie. — powiedziała odwracając głowę od lustra i uśmiechając się do niego.

— Nie ma sprawy. Zwróć uwagę na to jak poczytny jest blog tego pojeba. — powiedział odwzajemniając uśmiech. — Codziennie mam kilkanaście tysięcy wejść. W porównaniu z tym, co płacą za reklamy w telewizji czy na bilbordach, to jestem tani jak barszcz.

Wstał od stołu i udał się do kuchni. Zatrzymał się pośrodku i uważnie przyjrzał płytkom na podłodze. Ani śladu krwi, a tym bardziej resztek serca. Wiedział, że to irracjonalne zachowanie, ale nie mógł się powstrzymać. Przyklęknął i przejechał palcami po powierzchni podłogi. Była chropowata i tak chłodna, że poczuł dreszcz na plecach. Z odrętwienia wyrwał go dźwięk suszarki, którą Agnieszka włączyła w łazience.

Wyprostował się i zaczął przygotowywać herbatę. Pił ją w swoim ulubionym kubku, który kupił za pierwsze zarobione pieniądze jeszcze w podstawówce. Był cały biały z uśmiechniętą ikoną twarzy na środku. Wielkim żółtym uśmiechem. Pozytywny akcent każdego dnia.

— Chcesz kawę? – zapytał przekrzykując dźwięk suszarki.

— Nie, dzięki. Nie mam czasu. W przeciwieństwie do ciebie muszę iść trochę popracować. — odpowiedziała przechodząc do kuchni.

— Kiedyś uduszę cie we śnie jeśli nie przestaniesz się nabijać. — odparł i pocałował ją w czoło.

Uśmiechnęła się i wzięła z lodówki mały jogurt. Do pracy zabierała ze sobą o wiele za dużo niepotrzebnych rzeczy – przynajmniej według Konrada. Wszystko co trafiało do jej torebki znikało, zupełnie jak grubasy wchodzące do McDonald’s i zostające tam na zawsze. W torebce można było znaleźć nie tylko telefon, ale też miniaturową flagę Szwecji, wyjętą z kawałka sera wielkości małej pizzy, czy kapsel po butelce wody Evian.

Konrad wrócił za biurko z herbatą i jabłkiem. Wokół jego laptopa panował porządek, którego pozazdrościć mógł mu największy pedant. Uważał, że utrzymanie czystości determinuje do systematycznej pracy, podobnie jak ból determinuje ludzi do jego zwalczania.

Komputer zdążył przejść w stan uśpienia i na próbę wybudzenia zareagował donośnym jękiem. Gdyby tylko mógł, przeciągnął by się i podrapał po głowie.

Ekran przywitał Konrada tapetą z bohaterami South Park. Lubił oglądać rzeczy nie zmuszające do myślenia, w przeciwieństwie do jego narzeczonej. Dla niej filmy nie wyreżyserowane przez Antonioniego mogłyby nie istnieć. On tolerował tylko „Zawód: Reporter” i to ze względu na  Nicholsona. Reszta go usypiała.

— Przeczytam Ci coś.

—Tylko szybko, zaraz wychodzę.

Konrad odpalił przeglądarkę i przejechał na sam dół swojej strony internetowej. Miał ją ustawioną jako startową. Nie chciał zaczynać dnia od jakichś dołujących informacji, a ostatnio tylko takie znajdywał na portalach informacyjnych.

Szukał wzrokiem charakterystycznego nicku, Jan_437.

— O, mam. Słuchaj. — powiedział i odczekał chwilę, żeby nadać tonowi swojej wypowiedzi odpowiedni dramatyzm – Mojżesz przekazał nam tablice z przykazaniami, nie po to abyśmy je lekceważyli. Dał nam je abyśmy je wypełniali. Idolatria jest twym grzechem. Nadejdzie dzień w którym będziesz musiał odpokutować. I jeszcze jakieś bzdury o drugim przykazaniu.

Wyprostował się na krześle. Agnieszka stała w drzwiach łazienki i patrzyła wprost na niego. Wyglądała na zaniepokojoną. Marszczyła wtedy czoło jakby skupiała wzrok na nieistniejącym przedmiocie. Teraz znajduje się on na głowie Konrada. Musi być wyjątkowo interesujący bo Agnieszka przestała nawet mrugać. Konrad doskonale wiedział co teraz nastąpi. Mógł nic jej nie czytać.

Nie to przynajmniej.

— Powinieneś zgłosić to na policję. — powiedziała. — Nie pierwszy raz ci grozi. Bo to on, prawda?

— No on, on. Ale nie przejmuj się. Przecież mnie nie znajdzie. — uspokajał ją – Jestem przekonany, że to jakiś facet na emeryturze. Wnuczek założył mu internet, żeby gościu się nie nudził i nie dzwonił do rodziny zbyt często. Nie masz się o co martwić.

Agnieszka uspokoiła się, uśmiech pojawił się na jej wpół umalowanej twarzy i wróciła do przerwanego zajęcia. Konrad podniósł się i podszedł do niej, gdy zabierała się do malowania drugiego oka. Stała pochylona nad umywalką z wpółotwartymi ustami, a gorące powietrze z jej płuc ogrzewało lustro. W zaparowanym odbiciu narysował serce, robił tak prawie codziennie odkąd zamieszkali razem. Przez to przyzwyczajenie płyn do szyb zużywał się szybciej niż u przeciętnych Kowalskich. Ale przeciętni ludzie nie zostawiają sobie wiadomości w oddechach.

— Pamiętaj, nakarm Bławatka. — powiedziała dorysowując palcem strzałę przebijającą serce. — Bo znowu coś podrapie albo pogryzie po złości.

— Jasne. — odparł i pocałował ją w policzek. — Nie zapomnę.

Konrad wrócił na swoje miejsce. Podchodząc do biurka mało nie przewrócił się o rozciągnięty na drewnianych panelach kabel internetowy. Wyplątał się z niego mamrocząc pod nosem przekleństwa, których nie powstydziłby się wojskowy z trzydziestoletnim stażem. Od dawna zbierał się, żeby oddać laptopa do serwisu.

Karta WiFi odmówiła posłuszeństwa. Nie pomogły nowe sterowniki, ani reinstalacja systemu. Jego jedyne okno na świat rozciągało się teraz pomiędzy zakurzonym portem komputera, a pożółkłym otworem w ścianie. Tęsknił za czasami gdy cały świat podróżował razem z nim. Nie musiał patrzeć przez brudne okno autobusu na przewrócone śmietniki, obsikane mury i stracone szanse. Na jego kolanach spoczywały piękne kobiety, rozłożone na białych plażach, skuteczniej odciągając zmęczone oczy od szarości ulic.

— Pierwsze, co zrobię jak wypali mi to zlecenie i dostanę pieniądze, to naprawa tego szajsu. — powiedział bardziej do siebie niż do wychodzącej właśnie z mieszkania Agnieszki.

Pomachała mu tylko z korytarza i zamknęła za sobą drzwi. Został sam, a przyzwyczajenie się do tego stanu rzeczy nie przychodziło mu łatwo. Ludzie to zwierzyna stadna, osobniki samotne są eliminowane.

Społeczność to najlepszy wyznacznik wszystkiego co jest: modne, śmieszne, interesujące i warte uwagi. Konrad wiedział o tym doskonale, jego blog jednoczył ludzi – zwolenników i przeciwników technologii. Nieważne, do której grupy przynależysz, to kwestia marginalna, najważniejsze jest to, że przy odrobinie szczęścia znajdziesz sprzymierzeńców, a wrogów zetrzesz w proch. Popiszesz się swoją inteligencją i erudycją, a Twoja nieomylność olśni niepewnych i niezdecydowanych. Przynajmniej tak myśli osoba po drugiej stronie kabla.

Dzień pracy zaczynał od przejrzenia co większych serwisów informacyjnych, pełnych kolorowych reklam atakujących zaciekle z wszelkich stron. Na każdym wiadomości były te same, tylko redagowane w inny sposób, w zależności od preferencji dziennikarza. Raz dowiadujemy się o oszałamiającym sukcesie rządu, żeby za chwilę przeczytać o jego nieudolnych próbach zaistnienia na światowej arenie politycznej. Tragedia, bez kamiennych siedzeń pod naszymi ciałami, której echo dociera do nas, nie przez odbite od skał dźwięki, a poprzez migające ekrany.

Ludzkie losy zamknięte w czterech akapitach, obfitujące synonimami, rażące pośpiechem. Przemoc w najprostszej formie ubrana w szaty cesarza. Morderstwa i gwałty stały się codziennością, łatwo przyswajalną informacją.

Litery nie oddadzą zapachu krwi spływającej po lawendowych kafelkach, wirującej w odpływie śnieżno białej wanny zgodnie z efektem Coriolisa. Żeby wywrzeć wrażenie na kimkolwiek, musisz być mordercą stojącym za plecami. Twoje, jeszcze ciepłe dzieło, część idealnej kompozycji, leży w pomieszczeniu obok. Nienaturalnie wykrzywione.

Bądź artystą.

Inaczej staniesz się tylko komentarzem pod wiadomością, napisany takim samym fontem jak wystawa psów i nowa ustawa o zakazie palenia w miejscach publicznych. Zapomniany wraz z wyłączeniem przeglądarki.

Bądź wydarzeniem.

Konrad spojrzał na dół ekranu, cyfrowy zegar wskazywał 11.11. Zasiedział się nad tak łatwo przyswajalnymi informacjami, klikając z jednego odnośnika na drugi. Za klika minut musi wyjść. Autobusy nie miały w zwyczaju czekać na niego. Nawet gdy widziały go swoimi pomarańczowymi oczyma, mrugającymi do innych przewoźników jakby chciały powiedzieć: „Fajnie było, mały. Szkoda, że nie mamy czasu żeby się lepiej poznać. Do następnego”. I odjeżdżały zostawiając za sobą zapach przetrawionej ropy.

Gdzieś z odmętów łóżka dobiegał cichy odgłos mruczenia. Bławatek był Konradowi z całego serca obojętny. Traktował go jak kolejny mebel w mieszkaniu. Kot całymi dniami leżał w swoim posłaniu, kosztującym więcej niż zestaw pościeli w sypialni. Wpatrywał się tylko jak domownicy przemieszczają się z miejsc tak dobrze mu znanych. Z łazienki, w której miał kuwetę, do kuchni, w której dostawał jedzenie. Nic więcej go nie interesowało.

Zbierając swoje rzeczy do torby, Konrad napotkał wzrok Bławatka. Wyglądało na to że kot nie jest zadowolony z obecnego stanu rzeczy.

— Nakarmię cie jak wrócę sierściuchu. — powiedział zdejmując z regału książkę. — Przeżyjesz, a jak nie, to nie będę płakał.

Miał wszystko czego potrzebował na spotkanie z klientem. Notatnik, pełen niedokończonych tyrad, na wpół wypisane długopisy oraz książkę. Na wypadek gdyby się nudził czekając na zleceniodawcę. Lubił pojawiać się na miejscu spotkania jako pierwszy. Dawał tym do zrozumienia, jak poważnie podchodzi do całej sprawy i że to on ma władzę, choć nie on płaci. Rzadkość w tych czasach.

Zamek zachrobotał jak stary nieużywany mechanizm, choć miał niecały rok. Bławatek poruszył uszami i przewrócił się na drugi bok. Konrad w tym czasie przeskakiwał po dwa stopnie na klatce schodowej, robiąc przy tym hałas porównywalny z upuszczaniem kuli do kręgli na metalową płytę. Na szczęście o tej porze blok jest opustoszałym miejscem. Od siódmej rano do dziewiątej, z parkingu odjeżdżają auta, tylko po to by wrócić w te same miejsca po siedemnastej.

Przystanek autobusowy był prawie pusty. Agnieszka praktycznie codziennie mówi mu jaki panuje ścisk gdy jedzie rano do pracy. Konrad o tej porze spotyka przeważnie tylko staruszków jeżdżących na przemian – na targ i do lekarza.

Jesień zagościła w mieście. Widać ją było na szalikach i w pełnych złości spojrzeniach kobiet z rozczochranymi przez wiatr włosami.

Autobus przyjechał zgodnie z rozkładem, co zdarza się tylko w środku dnia. Konrad zajął miejsce na poczwórnych siedziskach nad tylnym kołem. Już przy ruszaniu z przystanku odczuwał wibracje jak przy jeździe po kocich łbach, choć asfalt wydawał się zupełnie gładki. W pojeździe było tylko kilka osób, siedzących daleko od siebie.

Konrad wyciągnął z torby notatnik i przekartkował go do pierwszej znalezionej strony nie będącej jeszcze zapisaną. Potrząsnął kilkakrotnie długopisem i w górnym rogu kartki napisał datę. Czas popracować – pomyślał.

Moi drodzy parafianie, czcigodni przyjaciele.

Jesteście tutaj wszyscy ze mną od prawie dwóch lat. Przyswajacie informacje bardzo chętnie, jak młode owieczki leżące na zielonych pastwiskach niewiedzy. Mam dla was najnowsze wieści z frontu. Coś co zapewni zbawienie zgubionym duszom o wiele lepiej niż cotygodniowe wystawanie wśród innych zagubionych. Już możecie zacząć swoje wychwalające mnie modły. Oto przedstawiam wam

Brązowy płaszcz przesłania strony notesu, gdy pasażer z kolejnego przystanku siada naprzeciwko. Postawny mężczyzna w kapeluszu, wygląda jakby przed chwilą wyszedł z westernu Clinta Eastwooda, wyprostowany, z rękoma na kolanach. Patrzy na Konrada i na jego zapisaną kartkę.

— Znowu to pan robi.

— Słucham? — Konrad pyta podnosząc głowę. — Mówił pan coś?

— Mówiłem, że znowu pan to robi.

— Acha. Przepraszam, ale jestem zajęty. — odpowiada i wraca do pisania.

W autobusach można spotkać różnego rodzaju dziwaków. Nie jest to nic nadzwyczajnego. W większości przypadków są to ludzie, którzy nie mają z kim porozmawiać. Łapią więc wszelkie okazje żeby nawiązać kontakt. Można ich wysłuchać lub ignorować. Konrad wybrał opcję numer dwa.

— Niech pan przestanie pisać. Zasady dobrego wychowania, które mam nadzieje zostały wpojone panu w wieku szkolnym, nadal obowiązują.

Konrad ostentacyjnie zamknął notes.

— Nie znamy się i nie życzę sobie mówienia mi co i jak mam robić. — mówił stanowczo, starając się jednocześnie nie podnosić głosu zanadto.

— Ależ oczywiście, że się znamy. Nigdy tylko się nie widzieliśmy. Przynajmniej pan mnie nie widział. — wypowiadając ostatnie zdanie uśmiechnął się.

Mężczyzna zdjął kapelusz i przedstawił się.

— Jan Sienot. Ale pan zna mnie pod innym imieniem. Jan_437.

Konradowi zrobiło się słabo. Poczuł jak serce zaczyna coraz szybciej pompować krew, która przepływa przez jego wszystkie żyły z taką prędkością jakby chciała uciec z przepoconego siedziska autobusu jak najdalej. On by tego chciał. Zaczął żałować, że zrezygnował z zajęć samoobrony.

— Ok, ok. Spokojnie. — wydusił z siebie. — Porozmawiajmy.

— Nic innego nie oczekuje od pana. — mężczyzna odparł i założył z powrotem swój kapelusz. — Chciałem tylko chwilę porozmawiać, nic więcej.

— Tu jest pełno ludzi, nie radzę robić nic głupiego. — powiedział siląc się na stanowczy ton.

Mężczyzna nie zareagował na słowa Konrada. Wiedział, że sama jego obecność działa na niego paraliżująco. Nie miał zamiaru nikogo przestraszyć, choć kłamstwem byłoby powiedzenie, że nie jest zadowolony z takiego obrotu sprawy. Odwrócił na chwilę głowę i popatrzył na tworzący się za oknem sznur samochodów.

— Korek. Dobrze się składa. — Jan odwrócił głowę i spojrzał na Konrada. — Będzie więcej czasu na rozmowę.

— Dobra, ok. Może zaczniemy od tego jakim cudem w ogóle mnie znalazłeś.

— W swoich pseudo kazaniach kreuje się pan na inteligentnego. Co się stało? — spytał. — Czyżby stres?

Konrad nie odpowiedział. Cała sytuacja była dla niego jedną wielką abstrakcją. Oto on – zwykły facet, spotyka na swojej drodze prześladowcę. Nie jest przecież sławny, nie występuje w filmach, nie pisze muzyki ani nie rozbiera się w poczytnych magazynach. Pisze artykuły o nowinkach technicznych, kontrowersyjne, ale w kraju gdzie ponad 90% społeczeństwa jest katolikami, wszystko jest kontrowersyjne.

— Wyjmując portfel ze spodni znajdziemy w nim dowód, prawo jazdy, kartę kredytową. Jesteśmy ostemplowani, choć wydaję nam się, że anonimowość jest naszym przywilejem. — powiedział nie odrywając wzroku od Konrada. — Ale wracając do tematu. Sprawdzenie IP czy logów to nic trudnego. Powinien pan o tym wiedzieć.

Autobus powoli ruszył z miejsca, tocząc się w stronę kolejnego przystanku. Zatrzymał się zanim jego koła wykonały pełny obrót. Fałszywy alarm, korki nie ustępują tak łatwo.

— Jestem przekonany, że pan wie. — powiedział spokojnie. — Nie sądził pan tylko, że ktoś zada sobie tyle trudu żeby go odnaleźć. O mnie, zapewne, myślał pan jak o fanatyku religijnym. Klęczącym przed figurką Pana i plującym na siedlisko zła z 3 GHz procesorem.

Jan zaśmiał się i pochylił w stronę rozmówcy.

— Niespodzianka. — powiedział i włożył rękę pod swój czarny płaszcz. — Wiedział pan, że słowo parafianin dawniej oznaczało człowieka niewykształconego, bez ogłady?

— Wiedziałem. — skłamał.

Nie mógł oderwać oczu od ręki Jana. W myślach widział już jak ten wyciąga nóż i wbija mu go pod żebra. Krew ścieka po skórze, gorąca i lepka. Żaden z współpasażerów nie zauważa jego śmierci, a on dojeżdża do zajezdni martwy.

Teraz jest mu zimniej niż w najgorsze mrozy.

— Nie potrzebnie pan się tak denerwuje. Nie jestem kłamcą, a przecież obiecałem, że nic panu nie zrobię. To prezent.

Kończąc zdanie wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza małe zawiniątko. Było trochę większe niż jego dłoń, owinięte szarym papierem. Położył je Konradowi na kolanach i wpatrywał się w niego, jak małe dziecko wpatrzone w kolorowe pudełka pod choinką.

— Proszę otworzyć. — powiedział. — Spodoba się panu.

Konrad powoli oderwał kawałek materiału a pod nim ujrzał czarną skórę. Odpakował całość, gniotąc resztkę papieru i kładąc ją na siedzeniu obok. Na jego kolanach leżała mała Biblia. Otworzył ją i przejechał po stronie tytułowej palcami. Czuł zapach starego papieru gdy przekładał kolejne, pożółkłe karty.

— Piękna, prawda? — spytał Jan. — Dostałem ją od ojca. Mam wrażenie, że panu bardziej się przyda niż mnie. Zresztą, nie mam jej komu przekazać.

Konrad sądził, że już nic go nie zdziwi, teraz wiedział w jak wielkim był błędzie.

Autobus po raz kolejny podjął próbę walki z miejskim korkiem. Wyminął starego Opla, tarasującego jeden z pasów i wjechał na kolejny, przygotowany specjalnie dla niego. Za parę chwil powinien nadrobić stracony czas, radując w ten sposób kilka spóźnionych dusz.

— Eeee. — wycharczał Konrad.

— Wypadałoby podziękować, ale nie jestem małostkowy.

— Po co mi to? — spytał.

— Przyda się panu. Dobrego drogowskazu potrzebuje każdy. — odpowiedział nie odrywając wzroku od spoczywającej naprzeciwko księgi. — Szczególnie wy.

— My?

— Jesteście straconym pokoleniem. Żyjecie w iluzji, świat mami was kolorowymi światłami i barwnymi zapachami, nie dając nic zabiera wam wszystko. Patrzy pan na mnie jak na wariata, ale wiem co mówię.

— Z pewnością, ale wie pan co, zaraz będę wysiadał i…

— Sądzi pan, że wolność słowa istnieje? — przerwał Konradowi i nie czekając aż ten odpowie ciągnął dalej swoją myśl. — Każdy tak sądzi. Ale wszyscy odpowiadają przed kimś. Dziennikarze przed wydawcami, wydawcy przed reklamodawcami i tak dalej. Nie istnieją wolne media, ani wolni ludzie. Każdy ma kogoś nad sobą. Bycie wolnym następuje wtedy gdy nad Tobą jest tylko On, a dokonać tego mogą nieliczni.

Jan odetchnął głęboko, po czym zdjął kapelusz i położył go sobie na kolanach.

— Ludzie tacy jak pan? — spytał drwiąco Konrad.

— Mnie jeszcze wiele brakuje. Dążę swoją ścieżką, nic więcej.

— Ale czego pan chce ode mnie?

— Chciałem pana poznać, zobaczyć kim pan jest naprawdę i czy jest jeszcze nadzieja.

— Nadzieja na co? — spytał Konrad a jego źrenice rozszerzyły się jakby za chwilę miał zderzyć się z rozpędzoną ciężarówką.

— Na poprawę. — odparł — Żeby pańskie życie nabrało sensu. Chociaż widząc jak obszedł się pan z prezentem, nie wróżę sukcesu.

Konrad kątem oka spostrzegł jak autobus podjeżdża pod wyklejony reklamami przystanek.

– To mój. Żegnam. — powiedział i wybiegł na zewnątrz.

W mijającej go szybie dostrzegł Jana podnoszącego się z siedziska, kłaniającego mu się na pożegnanie. Dopiero gdy pojazd zniknął za zakrętem, Konrad podniósł przed siebie trzymaną w ręku Biblię.

— To jakiś ponury żart. — stwierdził wyrzucając księgę do metalowego kosza, pełnego mokrych liści.

Spojrzał na nazwę przystanku i zaklął, wysiadł o dwa za wcześnie. Jeżeli się nie pośpieszy spóźnienie na spotkanie będzie nieuniknione. Korek na drodze nasilał się, wiedział, że czekanie na następny autobus jest bezsensowne. Zaczął więc maszerować w stronę kawiarni, w której miał umówione spotkanie.

Gdy dotarł na miejsce klient dopijał kawę. Wiedział, że stracił swoją pozycję i teraz to nie on będzie dyktował warunki.

— Cholerne korki. – powiedział podchodząc do stolika. — Dobrze, że udało mi się w ogóle dojechać. Konrad.

Mężczyzna podniósł się z metalowego krzesła i uścisnął jego dłoń.

—  Albert Wieżycki. Miło mi.

— Pozwoli pan, że zamówię sobie coś do picia. — nie czekając na odpowiedź udał się do kontuaru, za którym stała młoda baristka.

Po chwili wrócił do stolika z dużą Latte, wylewającą się z masywnego kubka i ściekającą na podłogę. Usiadł naprzeciwko zleceniodawcy i wyciągnął notatnik.

— Czy wiedział pan, że w takiej samej kawiarni na Brodwayu, a dokładniej w budynku, w którym mieści się teraz kawiarnia, urodził się Eugene Gladstone O’Neill? Jeden z najwybitniejszych amerykańskich dramatopisarzy.

— Nie wiedziałem. — odparł klient. — Ale z całym szacunkiem nie przyszedłem tu aby dyskutować o sztuce.

— Wiem, ale wiedzy nigdy za wiele, prawda? — Konrad upił duży łyk kawy i uśmiechnął się do rozmówcy. — Przejdźmy do rzeczy w takim razie. Co dla mnie macie tym razem?

Albert wyciągnął z teczki, dotychczas trzymanej kurczowo na kolanach, małe pudełko. Było podobnej wielkości co Biblia, którą Konrad niedawno wyrzucił do śmieci. Nic nie mogło go już dzisiaj zadziwić, nawet jeżeli będzie to cyfrowa wersja księgi.

Mężczyzna przesunął pakunek ostrożnie po blacie stołu. Można by sądzić, że zawartość zrobiona została ze szkła.

— Widzę, że to coś fajnego. — powiedział Konrad chwytając za opakowanie.

Otworzył je, w środku pełno było miękkiego, białego papieru i mały czarno czerwony telefon.

— Proszę go nie wyciągać z opakowania. — wyszeptał Albert. — On oficjalnie jeszcze nie istnieje. Przynajmniej przez jakieś dwa tygodnie. Wtedy pokażemy światu nasze cudeńko, a pan jako pierwszy je wyniesie pod niebiosa.

— Wszystko fajnie, ale to chyba jakaś pomyłka. To nie ten model.

Konrad odsunął pudełko w stronę Alberta.

— Ten już opisywałem. — powiedział.

Albert zajrzał w głąb opakowania, uśmiechnął się i dokończył swoją kawę.

— Ma zupełnie nowe menu, lepszy aparat i większą kartę pamięci. — powiedział odsuwając paczkę ponownie w stronę Konrada. — Dodaliśmy też parę kolorów na obudowie.

— To wasze pieniądze, jak chcecie to będzie to najcudowniejszy model na świecie. Napiszę o nim poemat lepszy niż wszystkie Ewangelie razem wzięte.

— Niech się Pan rozejrzy. — Albert sam zaczął się rozglądać po pomieszczeniu.

Każdy stolik był zajęty mimo wczesnej pory. Wszędzie siedzieli młodzi ludzie, przed nimi leżały rozłożone laptopy, z których biło światło padające wprost z nadgryzionego jabłka na obudowie. Jedynymi osobami bez sprzętu komputerowego w kawiarni była starsza para siedząca na wielkich czarno szarych fotelach. Wyglądało na to, że nie przejmują się nikim więcej poza sobą nawzajem i rozłożoną na stoliku mapą miasta.

Między krzesłami krążyła obsługa, zabierając brudne naczynia i brązowe papierki po cukrze leżące na podłodze. Jedna z dziewczyn pracujących w kawiarni zbliżała się właśnie do nich. Konrad zamknął pudełko, tak żeby nikt nie mógł zobaczyć co się wewnątrz znajduje, Albert widząc to wyraźnie odetchnął.

— Mogę to zabrać? — spytała wysoka brunetka wskazując na pusty, nie licząc piany, kubek.

— Jasne, dzięki. — powiedział Albert.

— No dobra, siedzą tu sami młodzi i co z tego? — spytał Konrad gdy dziewczyna oddaliła się od ich stolika. — Przecież to jasne, że to właśnie do nich kierujecie swoje produkty.

— Nie do końca o to mi chodziło. Proszę się zastanowić, kiedy ostatnio widział pan osobę czytającą książkę w kawiarni?

— Dawno temu. — odpowiedział. — A wniosek z tego jaki?

— To, że nasz produkt jest praktycznie taki sam jak jego poprzednik nie jest ważne. Liczy się co innego. Liczy się że jest n o w y.

Konrad ponownie otworzył pudełko z telefonem i przejechał po wyświetlaczu palcem wskazującym, zostawiając na nim smugę linii papilarnych.

— A jak to się ma do książek? — spytał.

— Ano tak, że to przeżytek. Po co czytać starą, śmierdzące farbą książkę, gdy możemy wygodnie usiąść i obejrzeć film, lub czytać informację w przeglądarce. I na dodatek za darmo. Powiedzmy. Łatwiej pogodzić się z rachunkiem za Internet niż za paragon z księgarni, który często wynosi więcej.

Albert podniósł z podłogi swoją teczkę, położył ją na kolanach i gruntownie sprawdził każdy z dwóch pozłacanych zamków czy aby na pewno są zamknięte.

— Oszczędność to współczesna filozofia. — odezwał się po chwili. —  My ją po prostu realizujemy. Nowy produkt to iluzja ulepszeń, a co za tym idzie klient sądzi, że wydając określoną kwotę, dodajmy niemałą, w jego kieszeni zostanie więcej pieniędzy. W przyszłości. E—booki, divixy, mp3 to wszystko to oszczędność w pewnym, nielegalnym rzecz jasna sensie.

— I wasz nowiutki produkt to wszystko im da. — Konrad dokończył jego myśl.

— W ich mniemaniu: tak. — odparł.

Konrad schował produkt do swojej torby, razem z notatnikiem w którym nie zapisał ani słowa. Nie potrzebował żadnych dodatkowych informacji.

— Osobiście uważam, że cały ten pęd za technologią spowodowany jest czymś z goła innym.

— A czym jeżeli można wiedzieć? — spytał Albert podnosząc się od stolika.

— Cytując klasyka: „w dupach się poprzewracało”.

— Hahaha. Święta racja. — dopiero teraz można było zobaczyć jak wygląda zrelaksowany pracownik korporacji. — Czekamy na tekst do autoryzacji.

— W przyszłym tygodniu będzie na waszej skrzynce. — powiedział Konrad podnosząc się z krzesła i ściskając dłoń rozmówcy. — Do widzenia.

— Do widzenia.

— Najadłaś się? — Konrad powtarzał to pytanie do znudzenia za każdym razem gdy wychodzili z restauracji.

— Gdybym się nie najadła, to uwierz mi na słowo, wiedziałbyś o tym. — odpowiedziała łapiąc go za rękę. — Jak spotkanie z klientem, bo nawet mi nie powiedziałeś?

— Nie pytałaś to nie mówiłem — odparł — ale bez problemu. Znowu będę pisał o tym samym z nadzieją, że ludzie się nie połapią. Dostaną to samo co zwykle, zawinięte w kolorowy papier.

Agnieszka ścisnęła go mocniej za rękę i pocałowała w policzek.

— Nie masz co się zadręczać. Płacą ci za to, a my mamy co jeść. Przecież nie wciskasz im tego do ręki i nie każesz nic kupować. To ich wybór, ty robisz tylko za drogowskaz.

Konrad nie odpowiedział. Wiedział, że to co mówiła jest prawdą, nie zmuszał przecież nikogo do kupowania produktów, które opisywał. Z drugiej strony diler też nie wstrzykiwał heroiny w niebieskie żyły swoich klientów.

Agnieszka mimochodem przypomniała mu o spotkaniu w autobusie. Jan wspominał o drogowskazie. Konrad był jednak daleki od tego aby stawiać się na równi z Biblią. Przynajmniej na razie, a o tym, że spotkał swojego cichego wielbiciela w komunikacji miejskiej, postanowił nie mówić.

Gdy dotarli do mieszkania samochody przed klatką schodową gęsto pokrywały brukowany parking. Po niewielkim, przyprószonym liśćmi trawniku biegały psy. Gdzieś na odległość krzyku, poruszali się ich zmęczeni właściciele zastanawiając się, gdzie podziała się ich radość życia.

— Będziesz dzisiaj jeszcze pracował? — spytała Agnieszka odwieszając torebkę w korytarzu.

— Sprawdzę tylko parę rzeczy, pięć minut nie więcej. — odpowiedział zdejmując buty.

O jego nogawki otarł się Bławatek.

— Zaraz cie nakarmię sierśćuchu. Daj mi się rozebrać.

Przechodząc do kuchni zerknął na stół ze stojącym na nim laptopem. Brakowało kabla do Internetu. Podszedł bliżej i zobaczył resztki przewodu leżące na podłodze. Był cały pogryziony i poszarpany. Nie miał wątpliwości, kto był winowajcą.

— Zabiję tego kota. — wrzasnął.

— Co się stało?

— Spójrz co zrobił ten cholerny kot. — powiedział podstawiając jej pod twarz rozerwany kabel. – Jak mam pracować bez tego?

— Nie denerwuj się, jutro kupimy nowy. — odparła spokojnie. — Karmiłeś go w ogóle?

— Nie pamiętam — spokorniał — ale chyba nie.

— Więc to twoja wina, a nie Bławatka. Idę się wykąpać a potem może trochę pobrykamy, to na pewno poprawi ci humor

— A co z moją pracą?

— Zapomnisz o niej na trochę, dobrze ci to zrobi. — powiedziała zamykając za sobą drzwi do łazienki.

Konrad przez chwilę nasłuchiwał jak ciężkie krople z ich prysznica rozbijają się o ciało Agnieszki, a następnie założył z powrotem buty i wyszedł z mieszkania.

Dwie ulice od ich mieszkania znajdował się swoisty relikt przeszłości. Kafejka internetowa, która mimo powszechnego dostępu do tego medium nie świeciła pustkami. Konrad miał szczęście, dziś była otwarta. Grupa dzieciaków w spodniach moro rozgrywała ze sobą pojedynek na wirtualnym poligonie, a on dzięki temu mógł zakupić nowy kabel.

Wychodząc z bramy, w której mieściła się kafejka Konrad wpadł na trzech rosłych mężczyzn. Wyglądali na mocno zaciekawionych jego półprzeźroczystą siatką z niebieskim kablem wewnątrz.

— Jak chodzisz, frajerze! — powiedział agresywnie największy z nich, pozostała dwójka w tym czasie wymieniała między sobą jakieś uwagi.

Konrad unikał jego wzroku jak tylko mógł, patrzenie prosto w oczy wzbudza tylko agresję. Podobnie jak u psów.

— Przepraszam. – odpowiedział i spróbował bezskutecznie wyminąć osiłków. Zastąpili mu drogę, starając się otoczyć go w taki sposób aby Konrad stał plecami do kamienicy.

— Nic do panów nie mam, przeprosiłem przecież. — powiedział przepraszająco.

— Za to ja mam do ciebie, koleś. – odparł największy i wyciągnął nóż spod skórzanej kurtki.

Konrad podniósł ręce i spróbował sie cofnąć. Napotkał pod piętami rozkruszone cegły a plecy otarły się o brudną fasadę.

— Mam dla ciebie wiadomość. — powiedział robiąc krok na przód a Konrad nie mógł oderwać wzroku od ostrza, w którym odbijało się świtało latarni. — Wszyscy jesteśmy straconym pokoleniem.

Nóź bez problemu przebił się przez warstwy ubrania, skóry i innych tkanek. Zagłębił się w ciele Konrada po samą rękojeść. Wychodząc zebrał ze sobą części ciała tworząc mozaikę z krwi i skóry.

Do pokoju przez wpół-opuszczone żaluzje wpadało jesienne słońce wprost na sterty raportów i wykresów pokazujących, jak szybko rozwija się firma.

— Robert, skończyłeś ten projekt? — spytała Monika stając nad jego biurkiem, z kawą w jednej dłoni a niezapalonym papierosem w drugiej.

— Dziś skończę. — odparł.

— To dobrze. Idę zapalić, przyłączysz się?

— Jasne, zaraz przyjdę. — powiedział i wrócił do czytania notki na serwisie informacyjnym.

„Mężczyznę znaleziono wczoraj około godziny 21 pod jedną z kamienic na obrzeżach miasta. Policja złapała sprawców morderstwa, znaleziono przy nich 50 zł należących do ofiary. Motywy zbrodni nie są znane. Policja odmawia komentarzy”.

Strach wychodzić na ulicę – pomyślał Robert pisząc odpowiedź pod artykułem:

~ Wesoły_r

Szkoda człowieka [*]

Zablokował komputer, wyciągnął paczkę papierosów z szuflady biurka i udał się do palarni, gdzie czekała Monika z najnowszymi plotkami.

0 thoughts on “Ja, Bóg

  1. Wizja snu z kablem porażająca. 🙂 Tutaj też podobał mi się temat opowiadania: jest na czasie oraz porusza współczesne problemy związane z technologią i pędem do posiadania nowości bez względu na to,czy to rzeczywiście jest nowość, czy tylko podróbka nowości. Kilka usterek stylistycznych,ale wciągająca fabuła i dobrze zarysowane portrety charakterologiczne postaci odwracają od nich uwagę. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *