Ucieczka w wirtualność

Wirtualną namiastkę świata poznałem stosunkowo niedawno. I nie chodzi mi bynajmniej o gry – te, mimo coraz lepszej grafiki i niekiedy całkiem interesujących scenariuszy są tylko grami. Program (?) Którym się bawiłem pozwalał na stworzenie własnej osoby w innym świecie. Wirtualnym świecie. Tak, chodzi mi o „Second Life”.

Projekt „Second Life” to stworzenie wirtualnego świata, w którym mieszkańcy – czyli my, jako swoje avatary – toczą swoje „drugie” życie. Łatwo jest zatem zamienić swą szarą, codzienną egzystencję na barwne życie w wirtualnym świecie. Wszak spotykamy i rozmawiamy z wieloma osobami, czytamy wirtualne gazety, odwiedzamy wirtualne ambasady, muzea czy bary, za wszystko płacąc oczywiście wirtualną walutą. Możemy nawet upublicznić w wirtualnym świecie swoje dzieła…

Stop!

Dlaczego w wirtualnym? Wszak życie mamy tylko jedno! Co takiego zatem siedzi w człowieku, że bez skrępowania publikuje swe rzeczy przed obliczem wirtualnych znajomych, a brak mu odwagi, by to samo zrobić w świecie rzeczywistym? Wykreowany przez programistów świat zawsze pozostanie sztuczny w przeciwieństwie do tego nas otaczającego. Dlaczego zatem wybieramy ucieczkę?

Świat (rzeczywisty) również się zmienił. Dziś bez problemu można stać się sławnym, nie ujawniając swej tożsamości. Dlaczegóż zatem uciekać w wirtualność? Znacznie lepszym rozwiązaniem jest przekroczyć ten Rubikon i próbować szczęścia w świecie rzeczywistym. Ktoś powie – czy w wirtualnym świecie, czy anonimowo, czy to nie wszystko jedno?

Otóż nie. W wirtualnym świecie pozostaniemy zawsze cyfrowym, anonimowym twórcą. Natomiast w świecie rzeczywistym mamy szansę być zauważonym i docenionym, a co z tym zrobimy, to już nasza suwerenna decyzja. Warto również zauważyć, że wirtualny świat obraca się dookoła pieniądza, ale w tego typu symulacjach to jednak użytkownik płaci za możliwość zwiedzania stworzonego przez programistów świata. A chyba nie ma nic bardziej upokarzającego dla twórcy niż płacenie za wydanie swoich dzieł. Nawet, jeśli chodzi tylko o niewinną symulację cyfrowego świata.

Co innego w świecie rzeczywistym. Tu, zamiast dopłacać, zawsze można pieniądze za swą twórczość zarabiać. I nie tracić nic ze swej anonimowości (skoro już komuś na niej tak bardzo zależy). Wirtualne życie to dla mnie niezrozumiała ucieczka. Niezrozumiała, bo trudno mi pojąć, jak można bać się wykonać jakiejś czynności w świecie realnym, ale wykonywać ją w cyfrowym. Może to przeniesiony z poprzednich lat i okresu Commodore/Atari syndrom trzech żyć? Czyli inaczej – świadomość, że jeśli się nie uda, zawsze można zrobić reset i zacząć od nowa?

Dlatego też podobne strony mnie nie bawią. W realnym życiu nie mamy trzech istnień. Przycisku „reset” też nie. Dlatego troszczyć się o swe życie należy z rozwagą i odpowiedzialnością.

Świat wirtualny tejże odpowiedzialności nas pozbawia. Ot, nie wyszło, nie spodobało się – seret i po krzyku. Nowy login, nowe hasło i zaczynamy od początku.

Czy jesteśmy zatem świadkami narodzin „wirtualnej cywilizacji’?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *