Licencja na widza

„Koło fortuny” i „Familiada” – to dwa teleturnieje, które jako pierwsze przyciągnęły mą uwagę. Imponowało mi w nich wszystko – świetni, żywiołowi prowadzący, doskonale bawiąca się publiczność, czynnie uczestnicząca w zabawie, efektowne ujęcia kamery… Nie, nie przecierajcie oczu ze zdumienia. Ja naprawdę tak wtedy myślałem, tyle że te dwa programy oglądałem w kablówce – na kanałach niemieckich.

Czasy się zmieniły, zawiało wolnością z Zachodu. Nie tylko w życiu, nie tylko w polityce, ale także w telewizji. Na początku nieśmiało, stopniowo coraz częściej pojawiały się u nas programy, które prezentowały dobry lub słaby (niestety częściej) poziom, nieodmiennie kończyły się jednak zdaniem: „Wyprodukowano na licencji firmy XYZ”.

I oto, jak za skinieniem magicznej różdżki, mogłem sobie oglądać polskie wersje programów, które mnie tak fascynowały. I – jak chyba wszyscy wówczas zauważyliśmy – nie dorastały one do pięt swoim zachodnim odpowiednikom. Szczerze powiedziawszy do dziś nie wiem, czego zabrakło. Wszak były i są to programy „na licencji”, co oznacza, że właściciel praw do danego programu decyduje o formie i scenografii programu. A zatem czysto teoretycznie i u nas, i na Zachodzie powinno to wyglądać tak samo.

A jak to wyszło w praktyce? Nieszczególnie, niestety… Robiący furorę w Ameryce, pełen emocji teleturniej „21”, który przeszedł zresztą do historii za sprawą kuriozalnego oszustwa producentów programu (polecam doskonały film „Quiz Show”) w Polsce okazał się kompletną klapą. Podobnie zresztą jak „Grasz czy nie grasz” czy „Idź na całość”, choć akurat ten zdołał wyrobić sobie wierną publiczność. Choć niestety – popularnością swemu pierwowzorowi nie dorównał.

Co takiego przeszkadza w przeszczepieniu pomysłów na nasz polski grunt? Przyczyn, moim zdaniem, jest kilka.

Wydaje mi się, że główną przyczyną jeszcze do niedawna było zmarginalizowanie roli publiczności. Owszem, w polskich programach widzowie są i czasem nawet ich słychać, w porównaniu jednak z wersjami realizowanymi na Zachodzie i w USA rola widowni jest u nas znacznie zmarginalizowana. Tam twórcy różnorakich „show” tworzą nacisk na to, by widz przed telewizorem czuł się niemalże jak uczestnik programu, co doskonale można odczuć. W Polsce publiczność tylko miała być i reagować na polecenia „cisza” i „aplauz” prezentowane na tablicach przez asystentów. Na szczęście szybko połapano się, że to do niczego dobrego nie doprowadzi, tym niemniej szczerze i dobrze bawiącej się widowni nie widziałem juz dawno w żadnym programie.

Druga z przyczyn – to prowadzący. Dla mnie klasykiem dobrego prowadzącego program jest nieodmiennie Stanisława Ryster. W zasadzie była, bo najlepszy polski teleturniej, czyli „Wielka grę”, zdjęto niestety z anteny. Jakże tu porównać do niej osobę, która prowadzącym została chyba przez pomyłkę, czyli aktorskie nieporozumienie w osobie Karola Strassburgera? Albo gospodarza teleturnieju „Oczko”, Rafała Rykowskiego, który kompletnie do tego typu programu nie pasował? Niestety, płaci się grube miliony za licencję a zapomina o najważniejszej rzeczy – program ma przynieść stacji telewizyjnej zysk, a zysk jest tylko wtedy, gdy uda się przyciągnąć widza. Niegdyś w telewizji Polsat był całkiem fajny teleturniej „Rosyjska Ruletka”. I na przykładzie właśnie tegoż widać, co robi dobry prowadzący – bo o ile Henryk Talar był po prostu świetny, zastąpienie go Krzysztofem Ibiszem skończyło się usunięciem programu z anteny.

No i najciekawszy powód. Otóż uważam, że problemem, którego adaptatorzy obcych programów na nasz, polski grunt nie mogą przeskoczyć jest to, że Polacy lubią myśleć. Dlatego wszelakie durnowate show polegające na wybieraniu bramek czy dostosowywaniu się do kształtu ścian u nas nie przechodzą. Natomiast uwielbiamy „Jeden z dziesięciu”, „Wielką grę”, „Milionerów”… Polak lubi myśleć, popisywać się wiedzą, co jest kompletnie niezrozumiałe w społeczeństwach konsumpcyjno-rozrywkowych (klasyczny przykład – USA).  Czasem – owszem – łapie nowości,  pokroju „Big Brother”, ale akurat popularność tego programu to doskonała robota fachowców od PR. Jednak już kolejne części „BB” okazały się klapą, głównie z tego powodu, że obejrzeliśmy, było fajnie, ale kontynuacja tego samego pomysłu była nie do zniesienia.

Ciągle zastanawia mnie fakt – dlaczego stacje telewizyjne decydują się za to płacić? Czy naprawdę żadna z rywalizujących ze sobą telewizji nie jest w stanie zatrudnić specjalisty, który wymyśli coś swojego, coś oryginalnego? Przecież niektóre z programów na licencji są tak durne, że ich prezentacja na antenie takiej czy innej stacji powoduje, iż zastanawiam się, kto tam pracuje, że nie jest w stanie opracować aż tak prymitywnego, ale autorskiego scenariusza?

Na pocieszenie pozostaje fakt, że nie adaptujemy wszystkiego jak leci, ale jeszcze wybieramy. Jeszcze.

Mam nadzieję, że programy wymagające myślenia nie znikną z ekranów. Że zachowamy ten nasz pociąg do wiedzy i nie damy się ogłupić. Choćby po to, by ktoś z nas w przyszłości wymyślił teleturniej, który będzie tylko nasz – polski i  to my na niego będziemy sprzedawać licencję.

Może kiedyś.

Poczekam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *