Chińcyki trzymajo się mocno

– Chińcyki trzymajo się mocno – parsknął Kuba, odwracając na sekundę oczy od telewizora.

Na ekranie chiński pogranicznik – nie, niewyraźna plama zarejestrowana amatorską kamerą, o której spiker powiedział, że była chińskim pogranicznikiem – oddała zaskakująco celny strzał do tybetańskiego uchodźcy – innej plamy, jednej z kilkunastu poruszających się gęsiego wzdłuż sobie tylko widocznej drogi wśród niekończącego się śniegu. Plama-Tybetańczyk upadła w śnieg.

Rechot – Kuba, Michał, Sabina. Ani – samotnie milczącej na skraju kanapy – trudno było stwierdzić, co wywołało tę salwę śmiechu, tę lawinę wesołości. Aluzja Kuby? Widok przewracającej się postaci?

Ale to był człowiek, człowiek!, myślała, nagle widząc między sobą, a swoimi przyjaciółmi gruby, szklany mur. Jak oni mogli tak zlewać z czyjegoś nieszczęścia? To przecież takie podłe, podłe. Ale – znowu „ale” – czy odważyłaby się powiedzieć to nagłos? Otwarcie sprzeciwić się tej od lat zgranej paczce? Postawić siebie, samą, naprzeciwko nich i rzucić im w twarz swoje oburzenie?

Zaplotła ręce na piersi; patrząc to na nich, to na szybko zmieniające się obrazki „Faktów”, burknęła kilka gniewnych słów. Na tyle cicho, by nie zrozumieli ich sensu, lecz na tyle głośno, by wiedzieli, że otworzyła usta.

– Co? Mówiłaś coś? – zapytała Sabina, bezustannie, kompulsywnie przeczesująca palcami długie, czarne, kręcone włosy. Ona i Ania były kumpelkami od pierwszej klasy podstawówki, nierozłączne jak siostry syjamskie.

Coś. Coś, co poruszyło Anię, zmusiło ją do wymamrotania swojego niezadowolenia, podniosło wyżej głowę. Lęk przed konfrontacją ulotnił się, nie pozostawiając po sobie nawet śladu.

– Powiedziałam – głośno, wyraźnie, z godną pozazdroszczenia dykcją – że to podłe tak śmiać się z cudzego nieszczęścia.

Wargi Kuby rozchyliły się ze szczerego zaskoczenia. Nie przedostał się przez nie żaden dźwięk. Sabina podniosła brwi tak, że jej czoło poryły bruzdy głębokości polodowcowych dolin. Tylko Michał zachował władzę nad strunami głosowymi.

– Wyluzuj, mała, co ci zależy, co się tam dzieje pięć pieprzonych tysięcy kilometrów stąd?

Prostacka bezczelność tego pytania wybiła Anię z toru jej rozumowania. Chwilę zastanawiała się, jak powinna zareagować; każda jednak sekunda oddalała ją od właściwej odpowiedzi. Do jej umysłu niepostrzeżenie wkradała się cyniczna konstatacja, że tak naprawdę, to nic. Nic. NIC. Czy płonęłaby na swoim miejscu świętym oburzeniem, czy rechotała z całą resztą, nie zmieniłoby losu tych nieszczęsnych Tybetańczyków ani na jotę. Po co więc się rzucać? Po co robić kwasy w sobotni wieczór? Za pół godziny wyjdą razem do kina i na pizzę, będą rozmawiać torsie Brada Pitta i dupie Angeliny Jolie, cieszyć się swoim, przecież niełatwym życiem.

Wzruszyła ramionami. Duma nie pozwalała jej przyznać racji Michałowi. Niech ten wątek sam zdechnie, najlepiej z głodu. Na ekranie i tak zupełnie nowy nius, pożar w jakiejś podkieleckiej wsi, troje dzieci w plastikowym worku. Może na ten temat Kuba wymyśli jakieś dowcipne hasełko?

– Widzieliście tę nową reklamę na MTV? Tę z małpą przebraną za księdza…

Ania przymknęła oczy i wyobraziła sobie tę małpę przebraną za księdza. Powoli, bezszelestnie, obraz rozmazanej plamy upadającej na śnieg odpłynął z jej pamięci.

15/10/2006

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *