Wehikuł czasu

Pierwszą płytą, która tak naprawdę zachwyciła mnie od początku do końca, była legendarna „Keeper of the Seven Keys” Helloween. Miała wszystko to, co powinna mieć dobra płyta – świetne teksty, power połączony z melodią, absolutny brak słabych punktów no i oczywiście przepiękną balladę, którą zresztą do dziś uważam za najlepszą jaką kiedykolwiek usłyszałem (oczywiście „A Tale That Wasn’t Wright”). Rok później usłyszałem „Keeper of the Seven Keys II” i… ponownie odpłynąłem. Choć już nie tak dobra (zapewne połowa fanów Helloween powie coś dokładnie odwrotnego) to jednak nadal miażdżyła. Obie części już od ponad dwudziestu lat okupują pierwsze miejsce na liście moich ulubionych płyt.

Czas mijał… Kolejną płytą Helloween był „Pink Bubbles Go Ape”. Płyta absolutnie nijaka, jednakże miałem nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy. Ale potem ukazał się w pełnej krasie kameleoni charakter zespołu, czyli koszmarny album „Chameleon”. Zapomniałem o tej kapeli stwierdzając, że po odejściu motorów napędowych, czyli Kai Hansena i Michaela Kiske ten zespół nic już ciekawego nie nagra.

A jednak całkiem niedawno ponownie natrafiłem na tę nazwę – Helloween. Co się okazało: zespół odrodził się niczym feniks z popiołów. Nie, klasy „Keeperów…” nie osiągnął, ale już zespołem grającym na światowym poziomie się stał. I oto ogłosili, wszem i wobec, że pracują nad albumem, który roboczo zwie się…

„Keeper of the Seven Keys III” !!!

Momentalnie odżyły wspomnienia… I oczywiście nadzieje, że stało się to, o czym marzą fani dobrej muzyki…

No właśnie – i teraz przejdę do pytania, które nurtowało mnie nie raz. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak brzmiałyby płyty Waszego ulubionego zespołu, gdyby udało się je nagrać? Z grubej rury waląc – jak wyglądałaby kolejna płyta Queen z Freddym, gdyby nie odszedł? Solowy album Jima Morrisona? Kolejne dzieło Hendrixa?

Niestety, często się to zdarza. Zespół, będący na topie, traci jednego ze swych liderów. Próbuje się podnieść, dokooptować nowego członka ale zazwyczaj jest to już tylko odcinanie kuponów. Oczywiście nie w każdym przypadku.

Czasem umiera osobowość, człowiek będący ikoną zespołu i mimo iż nie jest główną postacią tworzącą muzykę to jednak nazwa grupy kojarzona jest bezpośrednio z nim. No bo z ręką na sercu: poza zagorzałymi fanami – ilu z nas potrafi podać nazwisko perkusisty Queen czy klawiszowca Dżemu? No właśnie. Czy Queen bez Freddiego Mercury potrafiłby nagrać podobne hity, jakie stworzył? Potrafiłby. Czy Dżem bez Ryśka Riedla potrafiłby stworzyć kolejne hity? Potrafiłby. I być może nawet stworzyli.
Tylko kogo to obchodziło?

Charyzma lidera zespołu powodowała, że to właśnie jemu przypisywano całkowity sukces i to jego utożsamiano z twórczością kapeli. Tragiczna śmierć powodowała odejście większości fanów od zespołu – no bo z całym szacunkiem, ale The Doors bez Morrisona? Wolne żarty…

Znacznie częściej jednak zespół traci członka, który nie jest postacią pierwszoplanową, ale wyrobnikiem. To on jest osobowością odpowiedzialną za całokształt twórczości i to jego strata odbija się na tym, co nagrywa zespół. Pierwsze z brzegu przykłady – Metallica (nie nagrała nic ciekawego od czasu śmierci Cliffa Burtona), Def Leppard – ten od „Love Bites” (Steve Clark przedawkował narkotyki w wieku zaledwie 31 lat, po jego śmierci grupa nagrała nawet kilka płyt, ale żadnej choćby przyzwoitej) czy modelowy wręcz przykład – Guns’n’Roses i tyleż długo wyczekiwany, co koszmarnie nudny album „Chinese Democracy”.

Jednym z moich ulubionych albumów jest „Closer” Joy Division. Zimny, surowy, minimalistyczny ale jednocześnie przepełniony cierpieniem. Nic zresztą dziwnego – wokalista i autor tekstów, Ian Curtis był chory na padaczkę i cierpiał na depresję. Niezależnie od tego, czy ktoś lubi taki styl muzyki, ta płyta nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Joy Division kojarzony jest przez większość z kawałkiem „Love Will Tear Us Apart”. Utwór – w porównaniu z poprzednim albumem – niesamowicie melodyjny. Chciałbym, cholernie chciałbym usłyszeć następcę „Closer” pilotowaną przez ten właśnie kawałek. Wiem, że to byłoby muzyczne arcydzieło. Połączenie punk rocka, mroku, niesamowitych tekstów, wokalnej charyzmy Curtisa doprawione promykiem nadziei. To byłoby ekstatyczne przeżycie – świadomość, że słyszę jedną z najlepszych płyt w historii rocka. Bo taką niewątpliwie by była.

Ale nie będzie… Osiemnastego maja roku 1980 Ian Curtis przegrał z chorobą, popełniając samobójstwo. Zastanawiam się, co by było gdyby…

Choć może ta płyta nie byłaby tak doskonała? Może byłaby moim największym rozczarowaniem?
Bo – wracając do płyty, od której zacząłem, czyli od „Keepera III…” Helloween – ta akurat płyta się ukazała (choć pod nazwą „Keeper of the Seven Keys – The Legacy”). Można powiedzieć – dowiedziałem się, co by było, gdyby…

I choć pierwszy utwór z kontynuacji „Keepera…” wbił mnie w fotel i spowodował, że wspomnienia wróciły (jest po prostu DOSKONAŁY) to jednak płyta się nie obroniła. Nie ma w niej nic z przeszłości. Nic z tego, co tak kiedyś mnie fascynowało w Strażniku Siedmiu Kluczy.

Ale z drugiej strony – kto miał go stworzyć? Hansen miota się muzycznie i próbuje tworzyć jakieś projekty, które nie mogą się przebić. Kiske gdzieś zaginął, Igo Schwichtenberg przegrał z depresją, kończąc swe życie pod kołami wagonu metra…

Chwała zespołowi, że spróbowali…

Ale – tak już pisząc o zespołach, które na siłę próbują ciągnąć swój żywot, może jednak rzeczywiście, jak to śpiewał Perfect, „warto ze sceny zejść niepokonanym”?

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *