Magia białego ekranu

Kiedy w latach osiemdziesiątych zamykano u nas kino, jedyne w trzydziestoparotysięcznym mieście, był mi smutno. Odchodziła w siną dal pewna epoka, pewna magia, jaka daje biały ekran. I choć byłem wtedy kilkunastoletnim szczylem, którego znajomość filmów sprowadzała się do „Gwiezdnych wojen” czy „E.T.”, to jednak w tych naiwnych czasach byłem pewien, że co jak co, ale kina będą zawsze.

Kilka razy zdarzyło mi się nawet wejść do sklepu meblowego, który utworzono w miejsce „Orła”. Z żalem spoglądałem na wypasione meble, które zastąpiły małe, składane krzesełka, przyjemnie skrzypiące podczas seansu. Na pomalowaną ścianę w  miejscu, gdzie znajdował się przybrudzony ekran. Na puste miejsce po projektorze…

A potem była wycieczka na giełdę do Katowic. Pojechaliśmy, by stanąć twarzą w twarz z wrogiem, który zaatakował kina. Wrogiem, którego musieliśmy polubić i do niego się przyzwyczaić. Czyli z pospolitym magnetowidem.

Pamiętne czasy! Dziesiątki handlarzy, mających w ofercie niezliczoną liczbę filmów, obowiązkowo dwa na jednej kasecie. A każda kopia przegrywana po raz n-ty, szumiąca, z ledwo słyszalnym głosem, czasem bez lektora, czasem z uciętą końcówką. Do dziś pamiętam pytanie mojej babci, która miała przyjemność spotkać się ze zjawiskiem niespotykanym w tamtych czasach, czyli oryginalną kasetą. Kiedy skończył się film, który jej się nie spodobał i kaseta wyszła z kieszeni ze zdumieniem zapytała – „A dlaczego nie ma drugiego filmu?” Miała nawet chyba ochotę iść do wypożyczalni i wyzywać właściciela, że trefne filmy wypożycza, bo tylko jeden na kasecie.

I ten oto wynalazek doprowadził kina do poważnego kryzysu. Dlaczegóż bowiem ktoś miałby iść i płacić, skoro może sobie obejrzeć film w zaciszu domu, po kilka razy, przyspieszyć i zwolnić dowolne sceny… Zachłysnęliśmy się wolnością, możliwością decydowania, co chcemy obejrzeć, a nie co akurat jest w repertuarze, dostępnością i rozległością oferty, bo przecież pan z mnóstwem kaset był niemalże na każdym rogu…

Wydawać by się mogło, że to śmierć dla kin. Tymczasem, zupełnie niespodziewanie, one zaczynały się odradzać. Ludzie bowiem zaczęli zauważać, że oglądanie filmów w zaciszu domów wcale nie jest takie przyjemne. Czegoś brakowało – może tego dreszczyku emocji, kiedy na ścianach kina pojawiały się plakaty, zapowiadające film, na który oczekiwaliśmy. Może tych wspólnych salw śmiechu, oklasków, wzruszeń czy łez towarzyszących większości projekcji. Wspólnych rozmów po seansie, kiedy gdzieś w knajpce, przy piwie toczyły się gorące dyskusje na temat filmu.

Magia białego ekranu zadziałała. Ale nie tylko magia – kina musiały wyjść naprzeciw widza. Już wkrótce bowiem pojawił się kolejny wróg – DVD. Nie było miejsca na zaszumione, niewyraźne filmy. Za cenę biletu kinowego (a czasem i mniej) dostawaliśmy legalne, doskonałe kopie. Gazety, wietrząc koniunkturę, zaczęły bombardować nas dodatkami w postaci „gratisowych” krążków z filmami. A kina?

Tym razem, wyciągnąwszy wnioski z epoki magnetowidów, nie pochowały się z podkurczonymi ogonami ale wyszły naprzeciw. Dzisiejsze kina to już nie pojedyncze salki ze skrzypiącymi krzesłami – to potężne kombinaty, oferujące nie tylko szeroki wybór filmowy, ale także rozrywkę innego rodzaju. Miejsca zabaw dla dzieci i dorosłych, lokale, w których można posiedzieć i porozmawiać, sklepy… Wszystko po to, by widz poczuł się wyjątkowo.

Wojna toczy się nadal. Powszechne (niestety) piractwo, wszechobecność internetu i związana z tym łatwość dostępu do najnowszych hitów. W odpowiedzi – filmy 3D, które w warunkach domowych wyglądają jak Kopciuszek po północy…

Ale przecież, mimo wielofunkcyjności, najważniejsze i niezmienne jest tylko jedno:

Duży, biały ekran, rozkładane krzesełka i ten dreszcz, kiedy w końcu gasną światła…

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *