Zieleń Allamandy

Nowe sadzonki magnolii doskonale przyjęły się na żyznej, ahańskiej ziemi.

Tubiel z wyraźną dumą podziwiała ich dostojne kwiaty osadzone na powykrzywianych gałęziach. Płatki miały subtelny odcień bladego fioletu, dokładnie tak, jak obcisła tunika Pistis Sophii. To skojarzenie na chwilę oderwało jej uwagę od roślin. Zwróciła wzrok w stronę spokojnej rzeki Gichon. Lekarka powolnym krokiem spacerowała wzdłuż brzegu z bukietem białych tulipanów na rękach. Dziś rano Tubiel ścięła je prosto ze swojego osobistego ogrodu w Enitharmon, poświęcając najdorodniejsze okazy. Pomyślała, że na tle pulsującej zieleni Allamandy, Pistis, odziana w delikatny fiolet magnolii, wygląda naprawdę uroczo. Długie, brzoskwiniowe włosy pozostawiła rozpuszczone. Swobodnie opadały jej na plecy, skręcając się w nieforemne fale.

Tubiel powróciła do zraszania magnolii. Równocześnie zrywała przekwitające kwiaty i podcinała uschnięte gałęzie. Całkowicie oddała się ich dokładnej pielęgnacji i wsłuchana w tajemną mowę roślin, nie usłyszała lekkich kroków Pistis.
-Imponujące. – wzdrygnęła się z przestrachem, gdy głos przyjaciółki zabrzmiał tuż obok jej ucha.
Zerknęła na nią przelotem, nie przestając zraszać kolejnego krzewu. Odnotowała przy tym szczery błysk zachwytu w błękitnych oczach anielicy i ogarnęło ją bałwochwalcze samozadowolenie.
-Nie jesteś zbyt odkrywcza! – zakpiła, wciąż zwrócona do niej plecami.
-Może dlatego, że nigdy nie mogę się nadziwić ogromowi twojej pracy.
-Komplemenciara!
-Zdarza mi się.
-Ojej! Ależ zostałam wyróżniona. Aż mi normalnie nikt nie uwierzy, że wredna Pistis Sophia potrafi zdobyć się na uprzejmość!

Lekarka wymownie prychnęła.
-Zatem cofam, co powiedziałam. Nie chcę cię narazić na bycie nieprzekonywującą!
-Doceniam twoją wspaniałomyślność.
Tubiel zaprzestała magicznego zraszania roślin i wreszcie stanęła twarzą w twarz z Pistis. Przyjaciółka była od niej niższa co najmniej o pół głowy. Przez jedwabną tkaninę tuniki lekko odznaczał się kształt jej drobnych piersi. Westchnęła cicho, odpędzając natrętne, erotyczne myśli. Gustowała w kobietach właśnie z powodu ich wydatnych krągłości, które znacznie wzbogacały jej seksualne doznania. Jako urodzona estetka uważała także, że kobiece ciało jest zdecydowanie bardziej powabne, niż męskie.
-Podobają ci się tulipany?

Sophia skinęła głową.
-Dla zasady – nie podziękuję.
Ogrodniczka roześmiała się, zalotnie przymrużając oczy.
-Pewnie od męża dostajesz dorodniejsze!
Jak zwykle w chwilach, gdy wspominała przy niej Zophiela, Pistis uciekła wzrokiem w bok, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty ciągnąć tego tematu. Tubiel była jednak dzisiaj nieugięta.
-Muszą być niesamowite, żeby przebijać te, które wysyła swoim kochankom!
-Zamknij się. Nic o nas nie wiesz! – Sophia spiorunowała ją spojrzeniem.
Impulsywnie odwróciła się do niej plecami. Na szczęście ogrodniczka zdążyła złapać ją za łokieć, nim zaczęła się oddalać – tak szybko i zawzięcie, jak to tylko ona potrafi.
-Wybacz, ale nie da się zaprzeczyć, że Zophiel zamawia u mnie tony czerwonych róż. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że wszystkie one trafiają w twoje ręce. Poza tym – przecież ty nie lubisz czerwonych kwiatów. Uważasz, że są banalne. Wolisz białe. Po tylu latach małżeństwa, Zophiel powinien to o tobie wiedzieć.
Pistis roześmiała się z przymusem.
-Masz rację. Jest niepoprawny. Ciągle daje mi czerwone, a nie mam serca go za to łajać…
Tubiel powoli puściła jej rękę. Nie widziała wyrazu malującego się na twarzy przyjaciółki, ale wiedziała, że kłamie. Niestety żadnym sposobem nie dało się ją zmusić do obiektywnej oceny jej relacji z mężem. Tubiel nie ustawała w wysiłkach, lecz za każdym razem trafiała na szczelną barierę kłamstw i niedomówień. Wiedziała, że będzie tak dopóki Pistis nie przyjmie do wiadomości oczywistych faktów.
Poznały się za sprawą Allamandy.
Kiedy lekarka przejęła opiekę nad południowym rejonem Emanacji – Ahanią, jej zamek ze złotym dachem otaczały połacie niezagospodarowanej zieleni, tworząc szczelny, nieujarzmiony busz. Zaradna Pistis postanowiła zrobić z tym porządek. Rozkazała więc wyciąć dzikie krzewy i uregulować bieg rzeki tak, że rozwidliła się na kilka mniejszych strumieni, które nawadniały oczyszczony grunt. Wówczas potrzebowała kogoś, kto zaprojektuje dla niej ogrody i wybierze odpowiednie rośliny. Oczywiście, zwróciła się do najlepszej ogrodniczki w Emanacji i mimo, że ta drogo się ceniła i rzadko osobiście pracowała poza granicami Enitharmon, z czystej ciekawości przyjęła zlecenie Sophii.

Już wtedy dużo mówiło się o ambitnym małżeństwie dwóch palatyńskich ministrów: władczego Zophiela i wybuchowej Pistis Sophii. Do tego milady Enitharmon – Koronis, bezpośrednia przełożona Tubiel, zwykła zawistnie komentować wszelkie poczynania minister zdrowia i podsycać niechęć do niej w niektórych towarzyskich środowiskach. Ogrodniczka postanowiła zweryfikować powszechnie krążące opinie, a poza tym zapragnęła zaprezentować swój talent poza Enitharmon. Tym sposobem stworzyła Allamandę, a przy okazji nieco lepiej poznała dyżurną złośnicę Emanacji oraz jej sławnego męża.
Mogła nawet zaryzykować stwierdzenie, że pomiędzy nią a Pistis nawiązała się specyficzna nić porozumienia, coś na tyle znaczącego, że wciąż chętnie odwiedzała ją w Ahanii, żeby skomentować najświeższe wydarzenia, wymienić nowe informacje, albo porozmawiać na znacznie poważniejsze tematy. Jednym słowem – przyjaźniły się. Nikt tak dobrze nie orientował się w małżeńskich ekscesach Sophii, jak Tubiel.
-Usiądziesz ze mną nad rzeką? – zaproponowała w końcu lekarka, przerywając chwilę przykrego milczenia.
Tubiel skinęła głową.
Przeszły w stronę wody i wygodnie usadowiły się na jej brzegu. Na zakręcie rzeka tworzyła wodne tarasy, których dno wyścielały zielone i brązowe kamyczki.
Ogrodniczka lubiła Pistis za jej naturalność i bezpośredni sposób bycia, a także za to, że nie wahała się siadać prosto na trawie w eleganckiej tunice. Większość arystokratycznych anielic nigdy by się na to nie zdobyła.
Sophia położyła tulipany obok swojej ręki i splotła palce na brzuchu. Wystawiła nogi do przodu, podciągając materiał. Tubiel przyjrzała się jej skórzanym sandałom na cienkich paseczkach i szczupłym, smukłym łydkom. Dostrzegła niewielkie zadrapanie poniżej jej prawego kolana i wskazała na nie palcem. W odpowiedzi Pistis wzruszyła ramionami. Tubiel uśmiechnęła się do siebie. Położyła dłoń na kolanie przyjaciółki i przyzwała najprostsze zaklęcie uzdrawiające.

Ranka zniknęła. Sophia roześmiała się, doceniając komizm tej sytuacji: lekarka została wyleczona przez ogrodniczkę. Tubiel najlepiej nie cofałaby ręki, ale wolała nie narażać się na nieprzychylność kapryśnej Pistis.
-Allamanda jest jednym z moich najlepszych dzieł. – wyznała w końcu.
-Przebija ogrody, które stworzyłaś dla Koronis?
-Wbrew pozorom Koronis nie lubi kwiatów. Jej ogrody mają zachwycać innych, wzbudzać zazdrość… Mimo to pracuję dla niej, bo jest ktoś, kto naprawdę docenia mój wysiłek.
-Jeżeli nie Koronis, to kto?
-Jej młodszy brat Gabriel. Słyszałaś o nim?
-Tylko o jego krysztale. I o jego urodzie.
-Czyli dużo słyszałaś. – Tubiel pokiwała głową, szczerze rozbawiona trafnością i nietrafnością stwierdzenia Pistis.
Uroda i kryształ idealnie charakteryzowały Gabriela. Ale tylko z pozoru… Przypomniała sobie jak jej ostatnio docinał z powodu Sophii. Uroczo złośliwy Gabriel zapewnił przyjaciółkę, że nie poderwie filigranowej blond piękności, bo nawet jeśli ona wyzwoli się spod fatalnego uroku Zophiela, raczej nie będzie miała ochoty na związek z kobietą. Zapytała go, czemu jest tego taki pewien, ale on tylko tajemniczo przewrócił oczami, po czym stwierdził, że na kilometr wyczuwa kobiety zainteresowane swoją płcią, bo wykazują wtedy niezdrową ochotę, żeby wpakować mu się do łóżka. Tubiel wyśmiała jego teorię, ale teraz gdy przed oczami stanęła jej mała, kobieca twarzyczka Gabriela, ogarnęły ją wątpliwości. Może jednak wiedział co mówi?

-Widziałaś go kiedyś? – zaryzykowała, posyłając Sophii uważne spojrzenie spod rzęs.
-Kogo? – lekarka wpatrzona w uciekający nurt rzeki zdążyła się już rozkojarzyć.
-Gabriela. A o kim mówimy?
-Ach, Gabriela. Tak, widziałam. Koronis zabiera go czasami na bankiety u Cassielle.
-I co o nim myślisz?
-Nie wiem. Nie poznałam go.
-Chodzi mi o jego wygląd…
-Że niby co?
-Podoba ci się?
-Przecież wygląda, jak anielica! – obruszyła się Sophia – Mogę mu co najwyżej zazdrościć pięknych, grubych loków!
Ogrodniczka zaśmiała się nerwowo.
-Racja.
-No, a poza tym mam już męża, więc z łaski swojej, nie swataj mnie z nim, dobrze? – zakpiła – Lubię silnych, odpowiedzialnych mężczyzn. I męskich dodam! Bardzo męskich!
-Jeśli chodzi o Zophiela zgodzę się, że jest silny i bardzo męski. Ale gdzie widzisz tę jego odpowiedzialność?
-Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, Tubiel. Ani tym bardziej tłumaczyć Zophiela.
-Oczywiście.
-Tak, oczywiście.
Zapadła niezręczna cisza. Sophia nadal obserwowała niezmąconą powierzchnię wody, a ogrodniczka pogrążyła się w zadumie. Jej myśli biegły różnymi torami, rozpaczliwie szukając tematu do podjęcia rozmowy. Nic w miarę neutralnego nie przychodziło jej jednak do głowy. Przeklinała Gabriela za jego zmyślną ekspertyzę, a siebie za nadmierne kierowanie się emocjami.
-A co o układach z demonami sądzi milady Koronis? – zapytała lekarka, zwracając twarz w jej stronę.

Miała mały, okrągły nosek i interesujące, namiętne usta. Dolna warga była znacznie większa od górnej przez co całe jej oblicze nabierało władczego, kapryśnego wyrazu.
-Cóż, demony stały się ostatnio bardzo modne. Właściwie od chwili, gdy Belzebub przegnał Zophiela… A Koronis uwielbia podążać za modą i tak jak większość arystokratycznej śmietanki głośno potępia bezczelność i arogancję margrabiego.
-Zobaczysz, że ona jeszcze osobiście wybierze się do Zoa z zazdrości, że to mój mąż został wyróżniony tajną misją dyplomatyczną.
W ostatniej chwili ugryzła się w język i zaoszczędziła Pistis kolejnej obelgi pod adresem marszałka. Nie umiała jednak odmówić sobie tej przyjemności:
-Którą musi za niego naprawiać Lucyfer.
-Słucham?!
-Lucyfer. Koronis trąbiła o tym całe wczorajsze popołudnie. Chyba zmieniła o nim zdanie, bo nagle wydaje się zachwycona jego osobą i gorąco mu kibicuje.
-Lucyfer ma nas pomścić?
-Zapewne.
Pistis prychnęła.
-A więc Cassielle znowu zwierzyła się tej żmii! Swoją drogą wybiera sobie bardzo zróżnicowanych przyjaciół… Z jednej strony mała intrygantka Koronis, a z drugiej mały intrygant Uriel!
-Przecież ty mimo wszystko lubisz Uriela. – zauważyła, unosząc brew.
-Tylko ze względu na Mikę.
-Cóż, Mice można dużo wybaczyć. – Tubiel ciężko westchnęła – Nawet rozbite fiolki z ziołami. Ja mu wybaczyłam.
-No nie wiem. Raphael wciąż jest tym bardzo zniesmaczony. Skaleczył się wtedy szkłem.
-Skąd wiesz? On tak rzadko okazuje emocje, że trudno stwierdzić, co tak naprawdę myśli.
-A widzisz! Nauczyłam się rozpoznawać stany jego irytacji. Tym razem po tym, że nazwał Mikę nieokiełznanym wariatem.
-Żartujesz? To wręcz nie w jego stylu!
Sophia roześmiała się, z zadowoleniem zacierając ręce.
-Właśnie. Niesforny Mika zdenerwował nawet mojego kamiennego asystenta!
-Bardzo cię to bawi – jak widzę.
-Aha. I zamierzam się temu dokładniej przyjrzeć. Zaprosiłam dzisiaj Mikę na obiad…
-Biedny Raphael… Zaczynam mu współczuć! Jesteś wredna, Pistis!
-Wszyscy tak o mnie mówią, więc musi być w tym ziarno prawdy!
***
Raphael chwilę z oddali obserwował obie kobiety. Był mocno skonsternowany pismem, które właśnie otrzymał z rąk serafińskiego posłańca. Ten zażyczył sobie, by oddał je Pistis Sophii, ale przecież kopertę zaadresowano do D! Co Sophia, a tym bardziej D mają wspólnego z Serafinami? Dziwne.
Ponury, bezwłosy posłaniec Serafinów zastał go podczas sortowania nowej dostawy fiolek z leczniczymi ziołami od Tubiel. Spędził na tym całe popołudnie i choć była to praca żmudna i czasochłonna, sprawiała mu przyjemność. Lubił mieć wszystko pod kontrolą, a porządek na półkach znacznie mu to ułatwiał. Sophia nigdy nie orientowała się, gdzie powinna szukać odpowiednich leków, narzędzi, czy opatrunków. Sprawy organizacyjne pozostawiała swojemu asystentowi twierdząc, że nie ma na to czasu. Raphael wiedział jednak, że czasami po prostu brakuje jej chęci, albo jest zbyt zmęczona, żeby jeszcze zawracać sobie głowę jakimiś fiolkami. Bardziej pochłaniała ją polityka i intrygi wokół palatyńskiego fotela. Przez to rzadko przyjmowała pacjentów. Wybierała się tylko do krytycznych przypadków, ale dość sumiennie nadzorowała pracę ahańskiej kliniki. Pobierała również olbrzymie opłaty za leczenie arystokracji, a zdobyte w ten sposób pieniądze przeznaczała na renowację kliniki oraz na rozbudowę i upiększanie Allamandy.

Osobiście Raphael uważał ogrody za niepotrzebną stratę funduszy, które można by przeznaczyć chociażby na sprowadzenie i przetestowanie nieznanych, zoańskich leków, albo polepszenie transportu chorych do kliniki – w Ahanii brakowało pegazów. Owszem, Allamanda była efektowna, jej spokojna zieleń pomagała rekonwalescentom dojść do pełni sił, ale żeby od razu zatrudniać samą mistrzynię ogrodnictwa i utrzymywać niezmierzone połacie drzew i ozdobnych krzewów? O wiele bardziej podobał mu się poprzedni wygląd ahańskiej okolicy: tajemniczy, wypełniony bujną roślinnością… Wciąż pamiętał strach tutejszych mieszkańców przed zapuszczaniem się w wysokie zarośla. Krążyły bowiem przerażające plotki o dzikich zwierzętach żyjących na tych terenach. Podobno polowały na pegazy, dlatego ich populacja w Ahanii tak drastycznie się zmniejszyła. Niektórzy twierdzili, że bestie rzucały się także na nieuważnych aniołów.

Raphael miał okazję sprawdzić wiarygodność owych pogłosek. Kiedyś zgubił drogę podczas spaceru i zawitał prosto do siedziby „potworów”. Były to uskrzydlone lwy, potocznie zwane gryfami. Okazało się jednak, że zdecydowanie nie są usposobione agresywnie. Wręcz przeciwnie. Nie umiał się od nich odpędzić, kiedy zaczęły się do niego łasić i lizać go po rękach.

Do tej pory jeden wiernie podąża jego śladem i chociaż wiele razy próbował go przegonić, on uparcie powracał. W końcu Raphael skapitulował, w ten sposób stając się szczęśliwym posiadaczem gryfa. Dał mu na imię Leo. Sukcesywnie ukrywał go przed Sophią, niepewny jej reakcji na obecność owej udomowionej bestii.
Raphael został stworzony w Ahanii. Dość prędko zasłynął ze swojego leczniczego talentu, chociaż wrodzona nieśmiałość i małomówność nie przysparzały mu popularności wśród pacjentów. Kiedy Pistis przybyła tutaj z Empireum i otworzyła Akademię Medyczną, postanowił do niej wstąpić, żeby zdobyć potrzebne uprawnienia podnoszące jego rangę z miejscowego znachora do dyplomowanego lekarza. Bardzo szybko opanował materiał, na tyle przewyższał też innych studentów, że Sophia wyróżniła go stanowiskiem swojego asystenta. Powiedziała mu wprost, że jego moc lecznicza jest naprawdę imponująca, dorównuje jej, a może nawet ją przerasta. Brakuje mu jednak wyczucia, jak z niej prawidłowo korzystać, żeby uzyskać najlepsze wyniki, a przy tym nie zrobić krzywdy sobie i pacjentowi. Obiecała mu w tym pomóc podczas jego pracy asystenta.

Wiele osób zazdrościło Raphaelowi tej zaszczytnej funkcji burząc się, że mimo swojego talentu, jest przecież tylko lokalnym znachorem, który nawet poniża się do leczenia zwierząt! Jednakże Pistis wcale się tym nie zrażała. Już dawno nauczyła go kontroli i nadal utrzymywała na stanowisku. Nigdy nie zapominał jak dużo jej zawdzięcza. Poza poznaniem tak odległego dla niego świata arystokracji, dowiedział się również o innych, praktyczniejszych aspektach lekarskiej pracy. Zamierzał w przyszłości wykorzystać zdobyte doświadczenie, gdy wreszcie sam otworzy swoją przychodnię…
Tak, ten dzień na pewno kiedyś nastanie. Skrycie o tym marzył.

Może nie będzie tak słynnym specjalistą, jak Sophia, ale wcale go to nie martwiło. W zupełności wystarczy mu sława „lokalnego znachora”.
Tymczasem Tubiel zauważyła go i pomachała mu ręką. Ruszył w ich stronę, przysłaniając oczy dłonią, żeby ochronić je od słońca. Ogrodniczka siedziała bliżej ścieżki. Miała krótkie, jasne włosy, przycięte do linii podbródka. Za uchem nosiła wpięty kwiat – tym razem była to biała lilia. Kiedyś tłumaczyła mu, że wybiera odpowiedni kwiat do włosów w zależności od swojego nastroju, albo jeżeli zamierza coś przekazać osobie, z którą umówiła się na spotkanie. Raphael bez trudu odczytał jej dzisiejsze intencje. Lilia symbolizowała czystość i szczerość, a jej biała barwa była ukłonem dla kolorystycznych preferencji Pistis Sophii.

Jak zwykle ubrała prowokującą górę od tuniki z krótkim rękawem, którą skracała tak, żeby odsłaniała jej brzuch, oraz długą spódnicę do kostek udekorowaną kwiecistymi wzorami. Spódnica miała odcień rubinowej czerwieni, a góra od tuniki przybrudzonego złota, podobnie jak wzory na spódnicy.
Raphael zatrzymał się obok niej i zerknął na zrelaksowaną, zadowoloną Sophię. Poznał to po lekkich rumieńcach na jej policzkach i figlarnym błysku w zwykle gniewnych, pochmurnych oczach. Teraz jakby chmury się rozeszły, w pełni ukazując ciemny błękit jej spojrzenia.
-W końcu wyszedłeś na światło dzienne? – zakpiła, beztrosko machając obnażonymi łydkami.
Tubiel cicho się zaśmiała, posyłając mu promienny uśmiech. Raphael jedynie skinął głową. Za bardzo nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Pistis zwykła dworować sobie z jego mrukliwego usposobienia i jej zdaniem nadmiernej samotności. Może miała trochę racji, ale on nie odczuwał potrzeby jakichkolwiek zmian.

-Wiem, że nie porzucasz gabinetu bez konkretnego powodu, więc cała zamieniam się w słuch!
Po prostu wyciągnął rękę z kopertą i podał ją lekarce.
-List. Od Serafinów.
Uśmiech na twarzy Pistis przygasł. Przyjęła od niego pismo i zaczęła je obracać w dłoniach.
-Serafin, który przywiózł list kazał ci go przekazać. – dodał, dostrzegając głęboką zmarszczkę na jej czole, kiedy przeczytała do kogo zaadresowano kopertę.
-To chyba jakiś żart! – parsknęła w końcu z nieskrywaną pogardą.
-Co się stało? – zapytała ogrodniczka, przechylając się nad jej ramieniem.
-Serafini wysłali list do D!
-Do D?!
-To jest niemożliwe!
-Ale przecież trzymasz go w dłoniach.

Spokój Tubiel zaczął się powoli udzielać Sophii. Kilka razy głęboko odetchnęła, wachlując się kopertą. Ogrodniczka przyglądała się jej spod przymkniętych powiek. Lubiła robić sobie specyficzny makijaż oczu, wyjeżdżając kreską do ich kącików. W ten sposób podkreślała ich niespotykaną, morelową barwę.
-Po co Serafini adresowali list do D, skoro tak naprawdę jest do mnie?
-Myślę, że powinnaś porozmawiać o tym z D i oddać mu list. – poradziła Tubiel – Bądź co bądź jest zaadresowany do niego…
Pistis milczała, a jej oblicze przybrało zawzięty wyraz.
-A ja myślę, że to kolejna brudna gierka Serafiela!
Raphael powoli wycofał się z towarzystwa pań z poczuciem spełnionego obowiązku. Niespiesznie ruszył w drogę powrotną do kliniki. Nie zdążył jednak zrobić trzech kroków, bo tuż przed nim wylądował ciemnobrązowy pegaz z dziarskim jeźdźcem na grzbiecie. Zamarł z wrażenia, od razu rozpoznając młodszego brata Lucyfera.
Michael zwinnie zeskoczył z konia i stanął z nim twarzą w twarz, nie kryjąc konsternacji na jego widok.
„Pewnie mnie nawet nie pamięta!” – pomyślał ze zdumieniem stwierdzając, że ta ewentualność bardzo mu się nie podoba. Coś w nim drgnęło, zalewając ciało niespodziewaną falą gorąca. Czuł, że zdradliwy rumieniec wypełza mu na policzki i choćby gryzł wargi do krwi, nie zdoła go już powstrzymać.
Michael od razu go zauważył. Jego duże, sercowate usta ozdobił szeroki uśmiech. W mniemaniu Raphaela – upokarzający! Gdyby nie wydał mu się tak zabójczo przystojny w ciemnogranatowej górze od tuniki z wysoką stójką, tradycyjnie spiętą pod szyją broszą z turkusem i czarnych spodniach w pasie przewiązanych turkusową szarfą, już zmierzałby w przeciwną stronę.
-Cześć. – powiedział w końcu Michael, pieszczotliwie głaszcząc rumaka po szyi.
-Cześć… – wcale nie zamierzał się odzywać, zrobił to całkiem impulsywnie.
Uciekł wzrokiem w bok, spoglądając na krystalicznie czyste nurty Gichon.
-Stanowisz bardzo słodki, jednoosobowy komitet powitalny! – zażartował Mika – Cudowny rumieniec!
Spojrzał mu prosto w oczy, chyba z naprawdę ogromną złością, bo zafrasowany Michael aż się cofnął o krok. Raphael wyminął go bez słowa, boleśnie świadomy, że odprowadza go szacującym wzrokiem.
-A tego co ugryzło? – usłyszał jeszcze jak Michael zwraca się do Sophii.
-Zapewniam cię, że Raphael bardzo cię lubi! – odparła lekarka, złośliwie chichocząc.
„Nieprawda! – pomyślał zirytowany – Nie znoszę go!”
***
Ahania wydawała mu się najlepszym miejscem do zaaranżowania spotkania z Urielem. Niezobowiązująca rozmowa na neutralnym gruncie mogła nieco ocieplić ich skostniałe stosunki. Wpadł na ten pomysł zaraz po otrzymaniu zaproszenia od Sophii na obiad. W jej mniemaniu był to pewnie gest pojednawczy po ostatniej aferze z potłuczonymi fiolkami. Nie odzywała się do niego przez dwa tygodnie aż w końcu skapitulowała – zdaniem Michaela – z tęsknoty. Obawiał się jednak, że po tym jak samowolnie wysłał posłańca do Uriela z propozycją zjedzenia obiadu w towarzystwie jego i Pistis, zmienna lekarka znowu się na niego obrazi. Wyczuwał, że była niechętna zacieśnianiu znajomości z enionowskim baronem, którego cięty język i wrodzony cynizm nieraz przyczyniły się do publicznego upokorzenia jej męża.
„Cóż. Trudno. Zaryzykuję. Najwyżej Sophia w ogóle przestanie jadać ze mną obiady. Chociaż z drugiej strony – wielka szkoda! Kucharz Pistis przygotowuje przepyszne potrawy!” – pomyślał, rozkoszując się podniebną podróżą pegazem z Vali do Ahanii.

Specjalnie niewiele zjadł na śniadanie, żeby naszykować się na prawdziwą ucztę. Dużo sobie obiecywał po tym spotkaniu i pogrążony w snuciu lubieżnych planów dotyczących osoby Uriela, nie zauważył mrukliwego asystenta Sophii na swoim lądowisku. Ale by była afera, gdyby go potrącił! Chłopak zdecydowanie nie ma do niego szczęścia! Ani on do niego… Jednakże jego widowiskowy rumieniec wywarł na Mice ogromne wrażenie, a nawet trochę mu pochlebił. Opłacało się całą godzinę wybierać efektowny strój, uwypuklający jego niewątpliwą urodę! Miał nadzieję, że Uriel również nie pozostanie na niego obojętny…
„Swoją drogą, jakie śmieszne, pucołowate policzki ma ten Raphael! Wygląda absolutnie rozbrajająco! – stwierdził i pod wpływem impulsu palnął uwodzicielski komentarz, którym od razu spłoszył ponurego asystenta Pistis.

Przyglądał się jeszcze jego oddalającej sylwetce – drobnej, jakby nieporadnej. Beżowa barwa jego tuniki do kolan, ożywiona ciemnoniebieską lamówką, dodawała mu powagi i posępności.
W końcu wzruszył ramionami i dosiadł się do rozbawionej Sophii. Zrobiła mu miejsce obok Tubiel. Wystawił do przodu nogi obute w długie, żołnierskie oficerki i podobnie, jak przyjaciółka, zaczął nimi machać nad wodą. Natomiast ogrodniczka podciągnęła kolana, otaczając je ramionami. Na chwilę jego uwagę przykuła jej złota bransoleta na ramieniu, skręcona w dwa okrągłe zawijasy.
-Nie, Pistis. On mnie nienawidzi. – odpowiedział na wcześniejszą kpinę lekarki.
-Raphael? – zaśmiała się cicho – On nie jest w stanie nikogo nienawidzić. Raczej go zawstydzasz. Jest wręcz chorobliwie nieśmiały.
-Nie można być aż tak nieśmiałym!
-Można. Naprawdę tego nie dostrzegłeś? Zarumienił się, jak wiśnia! – wtrąciła Tubiel.
-Eee, tam! To dlatego, że jestem taki przystojny, prawda dziewczyny?
Sophia zmierzyła go uważnym spojrzeniem. Jej czoło przecięła podłużna zmarszczka, oznajmiająca zły nastrój, albo, że się czymś martwi. Oczy pozostały jednak figlarne, wręcz niespotykanie frywolne.
-Rzeczywiście wyglądasz dzisiaj oszałamiająco! – przyznała.
-Chociaż wciąż nie jesteś w moim typie. – dodała ogrodniczka z ironicznym uśmiechem.
Michael uznał, że nastał odpowiedni moment, żeby wspomnieć o baronie.
-To dlatego, że może wpadnie tu dzisiaj Uriel…
Błysk w oczach Pistis przygasł. Zacisnęła usta, ale nic nie powiedziała.
-Nie przepuścisz żadnej okazji, co? – za to Tubiel nie oszczędziła mu złośliwości.
-Cóż, mamy chyba coś ze sobą wspólnego. – zripostował, posyłając jej beztroski uśmiech, choć jego spojrzenie rzucało wyzwanie.

Tubiel zrozumiała aluzję. Wybrała milczenie zamiast sprawiania mu satysfakcji zażartą obroną. Uśmiechnął się szerzej.
-Masz coś przeciwko temu, Sophio? – zapytał wprost, zwracając twarz w jej stronę.
-Nie, ale mogłeś mnie wcześniej uprzedzić…
-Mika pewnie nie chciał cię martwić, skoro i tak Uriel ignoruje jego zaproszenia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się w ogóle nie zjawi. – zauważyła Tubiel, nie spuszczając z niego morelowego wzroku.
Zezłościła go.
-Zobaczymy. – burknął.
-Racja. – Pistis ucięła dyskusję – Tymczasem przejdźmy do pałacu. Podam wam przystawki!
***
Tym razem zaproszenie od Michaela wymagało zastanowienia. Przedyskutował je nawet z Metatronem, kiedy pili poranny kielich nektaru na werandzie jego skromnej willi. Zazwyczaj Uriel ignorował nieustanne próby Miki, zmierzające do zawarcia z nim przyjaźni. O ile tylko przyjaźni… Wcześniej wiele razy obiło mu się o uszy, że młodszy brat Lucyfera gustuje zarówno w kobietach, jak i w mężczyznach. Może nigdy nie stał się bohaterem słynnych skandali erotycznych tak, jak generał, czy chorąży Amaimon, ale na ich wzór, nie stronił od seksu i przelotnych romansów. Podobno nie był w tym jednak aż tak wyrachowany i w przeciwieństwie do brata kierował się jakimiś kryteriami w wyborze partnerów.

Niestety Urielowi w ogóle nie uśmiechało się nawiązanie jakichkolwiek stosunków z głośnym, roztrzepanym Michaelem, a już tym bardziej uprawianie z nim miłości. Tak naprawdę sex niebyt go interesował. Nie był w tym bynajmniej odosobniony. Pomimo istotnych zmian zdecydowana większość emanacyjnego społeczeństwa wciąż wykazywała chłodną obojętność wobec erotycznych aspektów życia, traktując je jako ekstrawagancję arystokracji, lub przejściową, demońską modę. Niektórzy nadal chętnie oglądaliby płonące stosy „niemoralnych odszczepieńców”. Uriel nie podzielał aż tak ekstremalnego podejścia, ale fakt pozostawał faktem, że sex nie był mu do szczęścia potrzebny. Dlatego stronił od choćby przelotnych spotkań z Michaelem. Jego niechęć wobec swego niesfornego wielbiciela, potęgował również zimny konflikt z Lucyferem. Doprowadził do niego na swoje własne życzenie, gdyż zwykł dworować z niego prawie tak złośliwie i zawzięcie, jak z Zophiela. Skąd może wiedzieć, czy Mika nie działa w porozumieniu z bratem, planując niezwykle sprytną, wyrachowaną zemstę?

Jednakże w obliczu zbliżającego się wyjazdu Lucyfera do Zoa w imieniu palatyn, Uriel postanowił odłożyć na bok swoje uprzedzenia i wykorzystać afekt Miki do zdobycia przydatnych informacji. Osobiście nadal sądził, że niczego się od niego nie dowie, ale uległ przekonaniom Metatrona, który uważał, że warto spróbować.
Poza tym sytuacja polityczna stawała się ostatnio coraz bardziej napięta. Wizyta Lucyfera w Zoa mogła zaowocować silnym wstrząsem nie ufającego sobie wzajemnie, skłóconego światka arystokracji. W końcu generał nigdy nie krył się ze swoją luźną obyczajowością!
„Założę się, że Lucyfer i Belzebub od razu przypadną sobie do gustu!” – pomyślał, pokonując kolejny odcinek trasy, wiodącej przez park Allamanda do pałacu Sophii. Pozostawił swojego wierzchowca w jednej z ahańskich stajen i przesiadł się do lekkiego, typowo anielskiego powozu bez dachu, zaprzęgniętego w dwa białe pegazy. Zagłębiony w wygodnym, żakardowym siedzeniu, z rosnącym zachwytem obserwował niekończące się połacie kwitnących na biało i różowo drzew, oraz wielobarwnych krzewów magnolii.

W powietrzu unosił się uwodzicielski zapach kwiatów. Wchłaniał go z nieskrywaną przyjemnością. Gorący, piaszczysty Enion nie nadawał się do utrzymania aż tak imponujących ogrodów. W tej chwili Uriel bardzo nad tym ubolewał!
W końcu powóz zatrzymał się na dziedzińcu przed pałacem ze złotym dachem. Wejście do tej smukłej budowli podtrzymywały cztery rzeźbione kolumny. Zdobiące je supraporty, układały się w pozwijane pnącza winorośli. Na progu czekała na niego anielica służebna odziana w długą, błękitną tunikę pod szyją tradycyjnie zapiętą na haftki. Ukłoniła się i wskazała dłonią, by udał się jej śladem. Baron nieznacznie uniósł lewą brew w geście zdumienia. Spodziewał się, że Pistis nie zostanie poinformowana o jego przybyciu. Całą drogę przygotowywał więc zgrabne wytłumaczenie, dlaczego pojawia się na obiedzie bez wcześniejszego uprzedzenia gospodyni, a tym bardziej bez stosownego zaproszenia.
W tym tłumaczeniu zamierzał pominąć wpływ Michaela na jego nieoczekiwaną wizytę w Ahanii, żeby odsunąć od siebie podejrzenia, iż ulega jego kaprysom akurat wtedy, gdy Lucyfer podejmuje się misji w Zoa… Teraz bystra Sophia na pewno dopasuje do siebie elementy układanki, a co gorsza przekaże swoje wnioski mężowi… Skoro już zaryzykował kontratak ze strony Lucyfera – był bowiem przekonany, że Zophiel podzieli się z nim rewelacjami, które usłyszy od żony – musi się przynajmniej postarać odpowiednio na niego zasłużyć! I pomyśleć, że jedyną osobą, która naprawdę na tym zyska będzie niczego nieświadomy Michael…
Uriel uśmiechnął się do siebie, z cynicznym rozbawieniem kręcąc głową. Bo czy na pewno Mika jest niczego nieświadomy? Czyżby rzeczywiście nie doceniał jego intelektu?
Wszedł za służącą do przytulnego salonu na piętrze pałacu. Prowadziły do niego spiralne schody z fantazyjnie wygiętą balustradą wykonane z jasnego, oszlifowanego drewna. Salon również wyłożono takim samym drewnem, zaś pod sufitem ciągnęła się długa faseta z motywem poskręcanej winorośli, który wcześniej zauważył na supraportach przy wejściu. Południową ścianę zajmowało duże, zaokrąglone okno, ukazujące widok zielonych gałęzi drzew, obsypanych białym kwieciem i fragment błękitnego nieba.

W kącie pomieszczenia znajdował się okrągły stolik na trzech nogach rzeźbionych w winorośl. Sophia siedziała dokładnie w kącie pod ścianą. Z perspektywy progu Uriel dostrzegł jedynie jej drobne, blade dłonie położone na blacie i fragment jasnowrzosowej tuniki. Zasłaniał ją kryształowy wazon z dorodnym bukietem białych tulipanów. Bokiem do drzwi usadowiła się ogrodniczka Koronis – lady Tubiel. Bardzo słabo ją znał, ale słyszał o jej powiązaniach z Sophią i wręcz niesamowitym talencie do projektowania ogrodów. Z przekąsem przypomniał sobie, że Tubiel gustuje w kobietach. Chwilę rozważał puszczenie plotki o niej i Pistis na dworze, ale w końcu postanowił zostawić ją sobie na specjalną okazję – gdyby kontratak Lucyfera nastąpił z większą siłą, niż się spodziewa. Zawsze może w ten sposób odwrócić od siebie uwagę…

No i wreszcie Michael. Anielice zajęły miejsca w fotelach obitych jasnym drewnem, a on oczywiście wygodnie rozłożył się na podłużnej kanapie, prowokująco prostując nogi w kolanach i krzyżując je w kostkach. Kanapa i fotele miały turkusową barwę, idealnie harmonizującą z kolorem broszy i oczu Michaela. Właśnie te oczy wpatrywały się w niego z wyrazem radosnej satysfakcji. W połączeniu z jego szerokim, szelmowskim uśmiechem upewniały Uriela, że naprawdę doskonale to sobie zaplanował…
„No, no, kochany! Jeszcze się przekonamy, kto w czyją zagra grę!” – pomyślał.
Zrobił krok do przodu i niefortunnie zahaczył nogą o skraj rubinowego dywanu, który przysłaniał fragment podłogi. Runął do przodu, komicznie wymachując rękami. W ułamku sekundy zobaczył niedowierzanie na twarzy Tubiel oraz, że Michael podrywa się z kanapy, by spieszyć mu z pomocą. Uriel nie uderzył jednak głową o podłogę. Skonsternowany poczuł delikatny dotyk dłoni na swoim ramieniu. Ta dłoń, obdarzona szczupłymi, długimi palcami utrzymała go w pionie. Obrócił głowę i napotkał wrzosowe spojrzenie anioła. Jego lekko pucołowata twarz okolona miękkimi, kręcącymi się włosami koloru szarego z liliowymi refleksami, wydała mu się dziwnie znajoma. Próbował wydobyć jego imię z odmętów pamięci, ale bez rezultatu.
Anioł powoli puścił jego ramię i przeniósł wzrok za niego. Uriel także spojrzał w tym kierunku, krzywiąc się na widok uśmiechniętego Miki.

-To się dopiero nazywa mocne wejście! – zażartował, wyciągając do niego rękę na znak powitania.
Baron spuścił oczy na jego dłoń, a potem powrócił do kontemplowania jego oblicza.
-Zważywszy na nietypowe zaproszenie, nie mogło być inaczej! – odparł, wreszcie zdobywając się na uściśnięcie ręki Michaela.
Ten przytrzymał jego dłoń, może trochę zbyt długo niż wypadało, a następnie odsunął się na bok, by zrobić mu przejście do stolika. Anielice nie ruszyły się ze swoich miejsc. Ogrodniczka posłała mu promienny uśmiech, a Pistis jedynie nieco przesunęła wazon. Jej mała, owalna twarzyczka nie wyrażała żadnych negatywnych emocji, ale też żadnych pozytywnych. Jego obecność była jej zupełnie obojętna. Skinął jej jednak głową na powitanie.
-Witaj, Sophio. – powiedział, sadowiąc się w trzecim, pustym fotelu.
Założył nogę na nogę, nieco podciągając skraj tuniki.
-Witaj, Urielu. – odrzekła – Zapewne znasz Tubiel?
-Owszem, czasem widuję panią na bankietach u palatyn. – kurtuazyjnie zwrócił się do ogrodniczki, starym przyzwyczajeniem przeczesując włosy palcami – Ale nie mieliśmy okazji poznać się osobiście. Baron Uriel.
-Tubiel. – przedstawiła się krótko – Dużo o panu słyszałam.
-Dużo złego jak mniemam?
-Zależy od punktu widzenia.
-A jaki jest pani?

Parsknęła cichym śmiechem, nieco speszona jego szacującym wzrokiem. Coś w sposobie bycia tej kobiety bardzo przypadło mu do gustu. Wcześniej nie zauważył, że ma tak interesujące oczy – morelowe, otoczone zasłoną złocistych rzęs. Podobało mu się jak je mruży. Wówczas jej oblicze nabierało uwodzicielskiego wyrazu.
-Wolałabym go nie ujawniać…
Sophia posłała jej zniecierpliwione spojrzenie i znowu utkwiła je w dwóch osobach, które wciąż stały za plecami Uriela w niezmienionych pozach. Michael przyglądał się szarowłosemu aniołowi, złośliwie marszcząc brwi. On natomiast spoglądał gdzieś w bok, na okno. Nie wiedzieć dlaczego baron pomyślał, że razem wyglądają wyjątkowo idiotycznie!
-A wy czemu nie siadacie? – sarknęła Pistis – Zaraz podadzą obiad!
-Sophio, ja… –  mruknął szarowłosy, ale lekarka nie pozwoliła mu dokończyć.
-Tak, Raphaelu! Ty też z nami zjesz!
***
Siłą woli próbował odgonić czarne myśli. W czasie spożywania obiadu prawie bez przerwy milczała, udając skupienie i uprzejme zainteresowanie poruszanymi tematami rozmów. Uriel ją drażnił, Tubiel wzbudzała irytację tymi swoimi słodkimi spojrzeniami, którymi bez przerwy obdarzała barona, Michael bawił nieudanymi próbami zwrócenia na siebie uwagi Uriela, a Raphaela robiło jej się szkoda ilekroć zerkała na jego wstydliwie spuszczone oczy i trudny do niezauważenia rumieniec. Wiedziała jak on nie lubi towarzyskich spotkań… Albo raczej – towarzystwa w ogóle. Miała wyrzuty sumienia, że mimo to skazała go na tę torturę, choć z drugiej strony sądziła, że dobrze mu zrobi przebywanie wśród jej znajomych. Tymczasem pozwalał im się ignorować, bądź też sam ich ignorował. Zupełnie nie rozumiała jego zachowania. Wiele razy udowodnił jej swoją inteligencję, a nawet to, że potrafi wdawać się w długie, problematyczne dyskusje. Zauważał więcej od innych, dlatego zawsze z ciekawością słuchała, co ma do powiedzenia. Była pewna, że gdyby tylko pokonał paraliżującą nieśmiałość, w paru zdaniach zakasowałby spryciarza Uriela i może także elokwentnego Mikę!

Małomówność Raphaela nie stanowiła jednak najważniejszego problemu Pistis Sophii. List Serafiela schowała do szuflady swojego sekretarzyka i zamknęła ją na klucz. Najlepiej już rozerwałaby kopertę i poznała jego treść. Niestety musiała zachować ostrożność i wstrzymać się z tym do odejścia gości. Wolała, żeby Michael, a tym bardziej Uriel nie dowiedzieli się o owej tajemniczej korespondencji.
Przygryzła wargę. Żałowała, że Raphael i Tubiel mimowolnie stali się świadkami jej gniewu z powodu tego listu. Ogrodniczka była co prawda jej przyjaciółką, ale nigdy nie zwierzała się jej ze swoich politycznych posunięć, gdyż stanowiły sferę życia zarezerwowaną tylko dla Zophiela. Zastanawiała się, czy poprosić Tubiel o dyskrecję. Uważniej przysłuchiwała się jej flirtom z Urielem i doszła do wniosku, że to jednak zły pomysł. Lepiej, żeby nawet nie domyślała się jak bardzo zaniepokoił ją list Serafiela zaadresowany do D. Wolała nie ryzykować, że za sprawą ogrodniczki, Koronis, albo Uriel zainteresują się tą paskudną gierką Serafiela. Miała dość pomówień i plotek na swój temat.
Pozostawał Raphael. Nieznacznie uśmiechnęła się do siebie, pociągając solidny łyk nektaru z kryształowego kielicha. Tak, jemu może zaufać. Nie tylko podzieli się z nim swoimi obawami, ale również zapyta go o zdanie. Tak przez niektórych pogardzany „ahański znachor” istotnie był jej pomocnikiem i wsparciem w różnych, życiowych sytuacjach.
-Zatem radzi mi pani hodowanie kaktusów? – Uriel podniósł widelec do ust z nabitym kawałkiem smażonej ryby.
-Doskonale radzą sobie na suchym podłożu, jakie niewątpliwie przeważa w Enionie… – odparła Tubiel tonem swobodnej konwersacji, chociaż z trudem powstrzymywała uśmiech.

-A co można uprawiać w Vali? – wtrącił znudzony Mika, ze zrezygnowaniem podpierając głowę dłonią.
-Oprócz seksu, Michaelu? – niespodziewanie zaatakowała ogrodniczka.
Raphael zadławił się warzywną sałatką i zaczął kaszleć. Wszyscy zwrócili na niego wzrok.
-Rzeczywiście masz powód do śmiechu! – warknął Mika, źle interpretując reakcję jej asystenta.
Sophia postanowiła przyjść mu z odsieczą.
-Ale jednak kultywujecie w Vali rozwiązłym obyczajom.
-Co ty nie powiesz, Pistis? – wymownie prychnął – Sama też nie jesteś niewiniątkiem. W końcu masz męża!
-Po prostu stwierdzam najzwyklejszą prawdę. Nie musisz od razu brać jej do siebie. Chyba, że masz coś na sumieniu… – nie mogła odmówić sobie tej drwiny i niby przypadkowego zerknięcia na barona.
Michael poczerwieniał na twarzy.
-Odnoszę wrażenie, że owa prawda dotyczy także i mnie… – powiedział Uriel ze zdawkowym, nieszczerym uśmiechem na ustach.
Wytrzymała wyzywające spojrzenie jego oliwkowo- zielonych oczu, odnotowując przy tym, że wygląda całkiem przystojnie w cynamonowej tunice z podłużnym wykrojeniem pod szyją, które obnażało mu ramiona lekko zbrązowiałe dzięki promieniom nadmorskiego, enionowskiego słońca.
-Chcesz się nam zwierzyć, co masz na sumieniu, Urielu? – zapytała z przekąsem.
-Jeszcze nic, Sophio.
-Ale to się wkrótce zmieni. – zripostowała – Valowskie obyczaje szybko się rozprzestrzeniają!
-Będę uważał. Dziękuję za troskę.
Przy stole zapadło niezręczne milczenie. Pistis jakby nigdy nic wróciła do przerwanego posiłku. Składała się na niego solidna porcja marynowanego węgorza, sprowadzonego z Udan- Adan, w sosie cebulowym i warzywna surówka obficie polana śmietaną. Nie była na tyle postępowa, by spożywać mięso, ale też nie lubiła jeść samych warzyw i zieleniny, jak mieszkańcy konserwatywnego Enitharmon. Ryby były rozwiązaniem kompromisowym, a poza tym dobrze przyrządzone trafiały w jej kulinarne gusta.

Michael dolał sobie nektaru i odstawił pusty talerz. Miał nachmurzoną minę. Gniewał się na nią za te małe złośliwości nie dostrzegając, że tak naprawdę wymierza je w barona. Zapewne deser poprawi mu humor. Akurat służące wniosły tace z perfekcyjnie pokrojonym kakaowym tortem ze śmietaną i dorodnymi wiśniami. Od razu oblicze Miki rozjaśnił szeroki uśmiech. Wiele razy powtarzał jej jak bardzo uwielbia wiśniowe słodycze. Anielice służebne wymieniły talerze, podały tort oraz kryształowy dzban wiśniowego soku rozcieńczonego z wodą. Ze smutkiem zauważyła, że Raph prawie nic nie zjadł.
Gdy służące opuściły salon, w końcu odezwała się Tubiel:
-Węgorz był cudowny.
-Przekażę mojemu kucharzowi.
-Kocham to ciasto! – zakomunikował Michael, w błyskawicznym tempie pochłaniając swój kawałek – Chwaliłaś się im, że sama je pieczesz?
-Naprawdę? – zdumiała się ogrodniczka – Kiedy znajdujesz na to czas?
-Wtedy, kiedy urządzam obiad, na który zapraszam gości. – wzruszyła ramionami – To nic wielkiego. Przepis jest prosty i szybki w przygotowaniu.
-Imponujące. – zgodził się Uriel i niespodziewanie spojrzał na Raphaela – A jak panu smakuje? Przepraszam nie pamiętam imienia…

Raph podniósł na niego oczy i powiedział, jakby nagle wróciła mu cała pewność siebie:
-Raphael. Jestem asystentem Pistis. A tort jest zdecydowanie przepyszny. Chociaż moim zdaniem nie przebija jej kruchego ciasta z czerwonymi porzeczkami.
-Zabawne. Przez cały obiad próbowałem sobie przypomnieć skąd się znamy… No i proszę: udało mi się przy deserze! – Uriel uprzejmie skinął głową – Sophio, nie podejrzewałem, że przy wszystkich swoich talentach posiadasz również kulinarny!
Westchnęła zadowolona i pomimo, że wciąż uważała barona za swojego wroga, zapałała do niego odrobiną sympatii.
-Jestem wszechstronną kobietą!
-Mhm. – Michael pochłaniał kolejny kawałek tortu – Leczysz, zarządzasz Ahanią, zmagasz się z polityką, dbasz o ogród, niańczysz męża i w dodatku gotujesz! Zaczynam zazdrościć Zophielowi!
-Czyżbyś szukał sobie żony?
-Dobrze by mu to zrobiło. – sarknął Uriel, sięgając po sok.
-A co? Chcesz nią zostać? – odciął się Mika, bezwstydnie pałaszując trzeci kawałek, Pistis zastanawiała się, kiedy pęknie z przejedzenia.
-Nie słyszałem o legalizacji związków tej samej płci.
-Możemy być pierwsi.
-Śnij dalej, Michaelu!
-Z przyjemnością.
-Zatem – dobranoc!
Tubiel parsknęła śmiechem, a Raph znowu wbił wzrok w talerz. Wyglądał, jakby wiśnia stanęła mu w gardle.
-Pospieszyłeś się, Urielu. – skwitowała Sophia – Nadal mamy popołudnie.
-Aha. W sam raz pora na po obiadową drzemkę. Michael powinien z niej skorzystać. – cięty język barona zaczynał budzić jej mimowolny podziw.
-Wszystkich nas zamierza pan położyć do łóżka? – wtrąciła niewinnie Tubiel.
-Co też nam pani proponuje? Orgię? To chyba raczej obyczaj demoński!
-Nie powiedziałam, że mamy leżeć w tym samym łóżku. Dokonał pan bezczelnej nadinterpretacji, baronie.
-Niestety bezczelność jest nieodłączną cechą mojego charakteru…
-I cyniczna złośliwość. – zakpił Mika, konspiracyjnie zerkając na talerze współbiesiadników.
Wyczerpał dozwolony limit tortu i przymierzał się do podebrania komuś porcji.
-Właśnie. Co ty we mnie widzisz?

Michael obdarzył go szerokim, uwodzicielskim uśmiechem:
-Naprawdę chcesz wiedzieć?
-Naprawdę.
-Powiem ci na osobności. Nie chcę gorszyć kobiet… I świętoszkowatego asystenta.
Pistis i Tubiel wymownie prychnęły. Raph zaś posłał Mice miażdżące spojrzenie, które ten umyślnie zignorował.
-Dobrze. – po prostu rzekł Uriel, z cieniem uśmiechu, błąkającym mu się na ustach.
-Dobrze? – komicznie zdumiał się Michael.
-Dobrze. – powtórzył baron – Chętnie wysłucham, co masz mi do powiedzenia.
***
Tubiel wsiadła do podstawionego powozu, przyjmując pomocną dłoń Uriela.
-Proszę oczekiwać ode mnie zamówienia na kaktusy. – powiedział przy pożegnaniu.
-Wybiorę dla pana najostrzejsze sztuki…
-Będę rozczarowany, jeśli nie dotrzyma pani słowa!

Roześmiała się i skinęła magicznie na dwa brązowe pegazy zaprzężone do powozu. Sophia pomachała jej ręką, a Mika ograniczył się tylko do krzywego uśmiechu. Nie przepadał za aniołami z Enitharmon. Byli napuszeni, konserwatywni i nudni. Może Tubiel nie odpowiadała temu stereotypowi, ale jakoś nie przypadli sobie nawzajem do gustu. Poza tym zainteresowanie, które okazywał jej Uriel doprowadzało go do szału. A tak się zarzekała, że woli kobiety! Jasne! Dobrze, że wreszcie pojechała!

Uriel zwrócił się w stronę Pistis i Michaela.
-Na mnie już czas. Serdecznie dziękuję za wspaniały obiad! – kiedy się uśmiechał robiły mu się śmieszne dołeczki w policzkach.
-Następnym razem zapraszam pana do Enionu. – odparła Sophia z przekąsem.
-Dziękuję, ale sądzę, że marszałek Zophiel straci z mojego powodu apetyt. Wolę nie ryzykować. Ale może pani zaryzykuje odwiedziny w mojej willi?
Lekarka nie kryła zaskoczenia. Otworzyła usta i w końcu ułożyła je w uprzejmy uśmiech.
-Pana propozycja wymaga zastanowienia.
-Oczywiście. Będę z niecierpliwością czekał na odpowiedź.
Podjechał drugi powóz. Baron otworzył drzwiczki zdobione ornamentem winorośli.
-A ty na co czekasz, Michaelu? Obiecałeś obrzucić mnie lawiną komplementów! – Uriel wskazał mu powóz i sam zwinnie wskoczył do środka.
Zostawił otwarte drzwiczki. Mice nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wsiadł do powozu w ślad za Urielem i bezpiecznie usadowił się naprzeciwko niego tyłem do kierunku jazdy. Zamierzał zachować stosowny dystans, żeby go nie wystraszyć. Przynajmniej – na początku.
-Do zobaczenia, Pistis. Szturchnij ode mnie swojego asystenta! – pożegnał lekarkę, posyłając jej całusa na odległość.
Przewróciła oczami.
-Uważaj na siebie, Mika. Do zobaczenia.

Powóz ruszył. Białe pegazy zerwały się do galopu, ale Uriel uniósł dłoń i nieco je magicznie spowolnił. Silniejszy podmuch wiatru odgarniał mu włosy do tyłu i szarpał skraj cynamonowej tuniki. W pasie ściągała ją oliwkowa szarfa, do której dodał delikatny, złoty łańcuszek. Michael przelotnie zerknął na drobną sylwetkę Sophii, która coraz bardziej się oddalała. Zauważył charakterystyczną zmarszczkę, poziomo przecinającą jej czoło. Pistis wciąż była zafrasowana i podejrzliwa. Nie zdążył zapytać, co ją tak bardzo zmartwiło. Szybko jednak o tym zapomniał, upajając się pędem jazdy i nadmorską urodą barona. Chwilę jechali w milczeniu. Uriel zdawał się nie dostrzegać jego płonącego spojrzenia.

Swobodnie rozparł się na siedzeniu z głową lekko zwróconą w lewo. Jego oliwkowe oczy śledziły bieg rzeki Gichon i niewielkie stado różowych flamingów brodzących w płytkiej wodzie.
-Bardzo sprytnie to sobie obmyśliłeś, Michaelu. – odezwał się wreszcie.
-A konkretnie?
-Nie udawaj niewiniątka.
-Nie udaję.
-Wiedziałeś, że skuszę się na ten obiad…
-O, tak. Kucharz Pistis świetnie gotuje!

Uriel milczał, przypatrując się mu z niezwykłym uśmiechem – jakby wyrozumiałym i ironicznym zarazem. Mika odpowiedział na niego swoim szelmowskim grymasem. Nie odwrócił wzroku, chociaż zimna stanowczość w oczach barona nakazywała mu to zrobić.
Powóz niepokojąco podskakiwał, gdy najeżdżał na większy kamień.
Michael odgarnął włosy z twarzy. Wiatr rozwiewał mu je od tyłu. Wykorzystał ciszę na rozważania, ile może przed nim zdradzić i czy Uriel próbuje ugrać coś więcej poza szczegółowymi informacjami o wyjeździe Lucyfera do Zoa.
-Jestem ci winien lawinę komplementów. – powiedział, kiedy milczenie zaczęło się niezręcznie przeciągać.
-No więc?
-No więc jesteś zręcznym politykiem pomimo swojej niepewnej pozycji na dworze. Nie lubisz, gdy ktoś wtrąca się w twoje sprawy bez twojego wyraźnego pozwolenia, a swoją cyniczną złośliwością mógłbyś podzielić się z niejedną osobą i zostałoby ci jej jeszcze wystarczająco dużo, by doszczętnie pogrążyć Zophiela w odmętach morza Udan- Adan.
-I gdzie te komplementy? Wymieniasz same moje wady.
-Nie bądź dla siebie aż taki surowy.

Baron zamrugał. Coś zmieniło się w wyrazie jego twarzy. Po prostu nie umiał ukryć konsternacji.
-Czego ty ode mnie chcesz? – zapytał bez ogródek – Wykorzystujesz wszelkie okazje, żeby się do mnie zbliżyć…
-Co wcale nie jest tak trudne, jak ci się wydaje. – wszedł mu w słowa – Zawsze ruszasz tropem sensacji, które mogą zaszkodzić marszałkowi, albo mojemu bratu. A ja jestem ważną osobą, która może ci ich dostarczyć. Pomimo, że mnie nie lubisz, podświadomie krążysz w moim otoczeniu w poszukiwaniu kolejnego tropu. Dlatego przyjąłeś zaproszenie do Ahanii. Wiedząc, że tak będzie, wspomniałem o tobie Sophii, ale dopiero, gdy już przybyłem na obiad. Postawiłem ją w obliczu faktu dokonanego, żeby wietrzyli w tym jakąś intrygę…–urwał na widok wściekłej miny barona.
-Mam ochotę wyrzucić cię z powozu!
Mika podrapał się w głowę.
-Brzmi uczciwie. Ostatnio zrzuciłem cię z balkonu, pamiętasz? Pewnie marzy ci się rewanż.
-Rozpieszczony braciszku Lucyfera ostatni raz pytam: czego ode mnie chcesz?! – powtórzył twardo.
-Hmm… Zdziwisz się, ale konkretnie nie wiem. Podobasz mi się fizycznie, chcę pójść z tobą do łóżka. Tego jestem pewien. Tego i tylko tego. – bezradnie rozłożył ręce – Naprawdę jestem aż tak mało skomplikowany!
Uriel posłał mu długie, nieprzeniknione spojrzenie.
-Wierzę. Wystarczy trochę z tobą poprzebywać. Ale nie dostaniesz ode mnie tego, czego chcesz.
-Może nie teraz.
-Śnij dalej. – zrobił krótką pauzę i dodał – Michaelu?
-Tak?
-Czym ty się tak w ogóle zajmujesz w wojsku?
-Ha! Nie spodziewałem się, że może cię to zainteresować. Zgadnij!
-Teraz jest to dla mnie oczywiste. Jak również to, czemu ja cię pociągam.
-Nie trzymaj mnie w niepewności! – Mika uśmiechnął się ironicznie.
-Strategia. Zajmujesz się strategią.

Michael parsknął śmiechem. Śmiał się tak długo aż zabrakło mu tchu.
-Brawo! Masz rację! Jestem strategiem. Więc radzę ci mieć się na baczności!
-Tobie też. Może nie pracuję w wojsku, ale jak to pięknie ująłeś: „jestem zręcznym politykiem”!
Kiedy minęli linię ostatnich drzew Allamandy, Uriel wstrzymał konie i zaczął wyhamowywać powóz.
-Tutaj wysiadam. Zostawiłem pegaza w pobliskiej stajni. – wyjaśnił, jednym spojrzeniem wyrażając swoje ukontentowanie.
-Nie zapytasz o wyjazd mojego brata do Zoa? – szczerze zdumiał się Michael.
-Następnym razem. W mojej willi?
-Zapraszasz mnie?
-Dla samej przyjemności oglądania twojej skonsternowanej miny.
-Ale ty też nie dostaniesz ode mnie tego, czego chcesz… – ostrzegł, przyglądając się jak baron wysiada z powozu.

Musiał przybrać bardzo poważną, nietypową dla siebie minę, bo Uriel z wrażenia aż potknął się o stopień. Na szczęście przytrzymał się drzwiczek. Przez moment spoglądali na siebie w milczeniu. Zmarszczone brwi barona oznajmiły mu, że rozważa coś w myśli, nawet jakby się waha. Michael zaś niczego nie rozważał, patrzył na niego i czekał. W końcu pociągłą twarz Uriela ozdobił jego niezwykły uśmiech.
-Może nie teraz. – rzekł.
Mika zaśmiał się cicho.
-Śnij dalej!
***
Rozerwana koperta leżała na biurku. Pistis stała przy oknie i w kółko czytała treść listu. Liczył zaledwie dwa zdania.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Albo raczej do Zoa. Zapomniałaś kto jest adresatem?

S.”

Koniec Rozdziału VII

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *