Dobranoc, Europo…

Nie wiem, jakie stacje muzyczne lubicie. Ja puszczam neutralnie Vivę, bo choć gdy mam okazję, muzyki słucham raczej ekstremalnej (a nawet bardzo ekstremalnej – bo chyba fanów Aghast czy Hexentanz raczej tu mało lub nie ma wcale?) to jednak na co dzień, do książki czy sprzątania ujdzie. Chyba, że słucham radia, wtedy obowiązkowo Trójeczka. Ale wracając do tv muzycznej – rzuca się w oczy pewien brak. Brak muzy polskiej, której ktoś na świecie czy choćby w Europie chciałby słuchać.

Oczywiście, uprzedzając wątpliwości, polskie teledyski na Vivie są. Ale tylko dla Polaków, a nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby na zagranicznych listach popularności można było przeczytać nazwę naszej rodowitej kapeli, plasującej się w pierwszej dwudziestce. Czy – brutalnie rzecz ujmując – nawet poczekalni. Nawet pierwszej setce.

A tu nie ma. I mogę sobie oglądać, czekać… Nie ma. I chyba długo nie będzie.

Dlaczego?

No bo tak słuchając tych naszych gwiazdek – czym różni się Edzia Górniak od innych, podobnie śpiewających kobiet, które jednak są ogólnoświatowymi gwiazdami? Według mnie niczym. Czy Górniak głos ma? Ma i to jaki! Czy ma dobry repertuar? Ma! Czy ma ciekawe teksty? No, mieszczące się w normie. Czy ma prezencję? Jak najbardziej! Wiem, że w muzyce to nie najważniejsze, ale wiele pseudogwiazdek bardziej słynie z dużego cycka albo wywijania kuperkiem niż z umiejętności wokalnych. Sad but true.

Czego zatem brakuje?

Potencjalne gwiazdy mamy. Wszak popatrzmy na tak popularne sztancowe programy, w których uczestnik występuje, a jury ocenia. Różne jury, z reguły gwiazdorskie, elokwentne i szpanersko-pozerskie w przeciwieństwie do uczestników. Ale jednak czasem udaje się komuś wzbudzić zachwyt jury – zachwyt  kontrolowany, wymuszony przez firmę mającą licencję na program, ale zawsze. I ktoś taki staje się minigwiazdeczką.  Surowym diamentem do obróbki.

Czy ktoś nad nimi pracuje, by coś z niego wykrzesać? Moda na różne live-show trwa u nas od jakiegoś czasu, ale tak naprawdę żaden ze zwycięzców nie osiągnął za wiele, a większość – poza nagrodą i chwilą popularności – nic. Nie ma u nas agentów, łowiących perły i czyniących z nich gwiazdy choćby rodzimej sceny. Ktoś pamięta Alę Janosz, Zalef-a, Maćka Silskiego, Paulinę Lendę czy Jakuba Kęsego? Jak wykorzystano ich potencjał i czy ktokolwiek nad tym w ogóle pomyślał?

Nie tylko brak menedżerów nam doskwiera. Niedawno oglądałem teledyski, kandydujące do festiwalu kiczu, czyli konkursu Eurowizji. Wydawać by się mogło, że co jak co, ale tandetę muzyczną robić umiemy. Nic bardziej błędnego! Po obejrzeniu wszelkich propozycji stwierdziłem, że my to nawet porządnego g**na zrobić nie potrafimy. Wszystko to jakieś mdłe, bez melodii, bez wyrazu, nieudolne kalki zachodnich kapel klasy C i D. Ogólnie nuda do kwadratu.

Próbowało na Zachodzie karierę zrobić wielu. Gdzieś tam na topliście w portugalskiej pipidówce widziano panią G. Gdzieś tam w Japonii ktoś zauważył TCIOF. Na jakimśtam amerykańskim zadupiu zagrała KZWW. I co? I nic… W Portugali nie wiedzą, kto zacz pani G. W Japonii zapomniano już dawno o TCIOF. W Ameryce parę polonusów zapewne wspomina KZWW. I tyle. Celowo pomijam tu polskie mega-gwiazdy (Vader i Behemoth) ze względu na niszowość targetu. Choć oczywiście mam dla nich olbrzymi szacunek ze względu na to, co osiągnęli. I za pracę, którą wykonali, by to osiągnąć.

A może sekret jest prosty? Kiedy widzę polskie kalki zachodnich gwiazdorów i gwiazdorek dochodzę do wniosku, że gwiazdy polskiego rynku muzycznego popełniają jeden błąd. Wystarcza im to, że są równie dobrzy jak ci, których kopiują. A zeby cos w muzycznym światku osiągnąć, nie wystarczy być równie dobrym.

Trzeba być lepszym. Mieć wole walki i być choćby o kroczek, ale lepszym.

Może właśnie tego naszym gwiazdkom brakuje?

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *