Kalejdoskop

1

Na ekranie ona zbliżyła się do niego, on zbliżył się do niej. Bez słów, w milczeniu—bo wszystkie potrzebne słowa zostały już wypowiedziane—za to z muzyką w tle. Romantyczną. Budującą nastrój zbliżenia, zbliżającego się gorącego pocałunku. Już zaraz, zaraz, kilka centymetrów i wilgotne zwarcie pary aktorów z całej siły udających, że coś ich ze sobą łączy.

Joli nie obchodziło to udawanie. Siedziała na swojej kanapie, pogryzała popcorn i rozkoszowała się nie-swoim zbliżeniem ze zmysłowymi ustami samego, kiedy – łup-łup-łup! – od strony drzwi dobiegł łomot, jakby brygada antyterrorystyczna przymierzała się do aresztowania kolejnego doktora śmierć. Jola odwróciła się, przerażona, i straciła ten romantyczny moment.

Na palcach, przygarbiona, podbiegła do drzwi i wyjrzała przez judasza. Na zewnątrz stał młody mężczyzna, na oko kilka lat młodszy od niej, całkiem przystojny, na swój specyficzny sposób. To było pierwsze, na co zwróciła uwagę Jola, panna, lat trzydzieści osiem; nie będziecie chyba jej tego wytykać? Drugą rzeczą było jego zdenerwowanie, każące mu bębnić w jej drzwi, krzywiące jego twarz w groteskowy grymas.

Upewniwszy się, że łańcuch był na swoim miejscu, Jola uchyliła drzwi.

– Słucham? – nieśmiało zagadnęła nieznajomego, jednocześnie zauważając dziwną, ciemną substancję pokrywającą jego dłonie. Nie mogła być pewna, nie w tym świetle, ale pomyślała, panicznie odganiając tę myśl, że to była krew.

– Muszę zadzwonić! – nieznajomy nie krzyczał, ale też nie mówił spokojnie. – Wypadek… tam, zaraz…po karetkę…

Jola cofnęła się pół kroku, przez szparę przypatrując się obcemu. Widziała taką scenę w jakimś starym filmie, nie pamiętała teraz tytułu (to była „Mechaniczna pomarańcza” Kubricka), facet prosił o pomoc, bo wypadek wypadek wypadek, a gdy tylko biedna naiwna kobieta wpuściła go do środka, rzucił się na nią ze swoimi kolesiami i poużywał za wszystkie czasy. Nie, ona nie będzie tą biedną naiwną kobietą, nie zostanie kolejną ofiarą na okładkę SuperExpressu.

– No, szybciej, niech pani otworzy! Ona się tam kurwa wykrwawi na śmierć! – głos nieznajomego stał się mocniejszy, bardziej natarczywy.

Jak by nie próbowała, nie potrafiła znaleźć w nim ziarna fałszu. Albo świetny z niego aktor, jak sam ten-jak-mu-tam, całujący panienkę piętnaście metrów w głąb domu, albo tam naprawdę ktoś, jakaś ona, wykrwawiał się na śmierć.

Ciężar odpowiedzialności popchnął ją jeszcze metr wstecz. Jeśli, jeśli, jeśli… Nic pewnego, same domysły. I konsekwencje, których nie mogła przewidzieć, a które mogły zaważyć na całym jej życiu. Mogłaby w takiej sytuacji powiedzieć nie?

2

Przez próg Adam praktycznie przebiegł. Nie miał zamiaru zostać w jej obecności ani sekundy dłużej.

Co za bezczelność! Jaki chory umysł mógłby wpaść na taki pomysł i jeszcze do tego go zrealizować! Sam by w to nie uwierzył, gdyby przytrafiło się to komuś innemu, jednemu z jego kolegów, komukolwiek. Jeszcze na ulicy gotowała się w nim krew, trząsł się, mruczał do siebie wszystkie znane mu przekleństwa po kolei, w porządku nie do końca alfabetycznym.

Chodnik, lekko wilgotny po popołudniowym deszczu, był pusty, jak to po dziesiątej w tym pieprzonym mieście. Nie musiał martwić się, że zderzy się z jakimś przypadkowym przechodniem. Chodnik, jak i całe jego pieprzone życie, należał tylko do niego, tylko i wyłącznie do niego.

Kurwa!

I od nowa, jak ona mogła, jak ona mogła?! Pierdolona suka. Jebnięta kurwa. Niedorozwinięta dziwka. I wszystkie kombinacje powyższych. Z powtórzeniami, bo arsenał u tego nienawykłego do rzucania mięsem faceta wyjątkowo ubogi.

Myślał, że rześkie wieczorne powietrze nieco go ostudzi. Ale nie. W dalszym ciągu trząsł się ze złości i złorzeczył całemu światu, a jej w szczególności.

I znowu te durne pytania bez odpowiedzi. Jakjakjak. Mógł być tak głupi? Ona tak przebiegła?

Chcąc, nie chcąc, w połowie drogi między jej mieszkaniem, a cholera-wie-gdziem (wyznaczającym cel jego spaceru), wrócił do tej bolesnej scenki.

Najpierw ona, wyglądająca zjawiskowo, w krótkiej czarnej sukience i kolczykach, które dał je na urodziny. Zaraz potem jednak stół i trzy nakrycia na nim. Trzy! Dla niego, dla niej i… dla kogo? To pytanie akurat z odpowiedzią: dla Mirka.

Mirka zaraz poznasz Mirek zaraz przyjdzie dopiero przysłał esemesa o już jest poznajcie się Mirek Adam Adam Mirek od dawna chciałam ci opowiedzieć o Mirku ale jakoś nie było jak co no wiesz ja i Mirek spotykamy się od jakiegoś czasu nie no co ty przecież to wszystko da się jakoś pogodzić jesteśmy przecież dorośli może jakoś się dogadać no Adam co robisz no nie bądź taki gdzie idziesz stój

Ale się nie zatrzymał, nie mógł. Pokonywał kolejne metry, wydostał się z jej osiedla, przeszedł przez park i znalazł się w dzielnicy domków jednorodzinnych, które naprawdę niewiele różniło się od blokowiska. A przynajmniej on nie zauważał żadnych różnic, zatopiony we własnych myślach, wściekły.

Dopiero ryk opony drącej o asfalt wyrwał go ze świata niewiernych kochanek i frajerów kupujących im kolczyki na urodziny. Spojrzał przed siebie, lecz zanim cokolwiek ujrzał, rozległ się następny odgłos, tym razem głuchy, ciała rozbijającego się o maskę samochodu. Samochód, czarny Volkswagen Golf, zatrzymał się trzy metry dalej.

Adam popędził w kierunku ofiary, która odbiwszy się od auta wylądowała na chodniku. Jednocześnie, zbyt gwałtownie, zbyt nerwowo, wyciągnął z kieszeni komórkę, która wyślizgnęła mu się z ręki i rozbiła o płytki chodnika. Zatrzymał się, podniósł ją, ale nie dawała już oznak życia. Jego srebrzysta Nokia zginęła na miejscu.

– Kurwa! – warknął, bo telefon był nowy i wyjątkowo mu odpowiadał.

To nie był jego dzień. Ani wieczór. Ani—jak się na to zapowiadało—jego noc. Schował rozbity telefon z powrotem do kieszeni i podbiegł do dziewczyny leżącej ledwie kilka metrów dalej. Jęczała coś pod nosem, kręcąc przy tym głowę w prawo i w lewo, w prawo i w lewo. Jej nogi powyginane były pod dziwnymi kontami, jakby była postacią z kreskówki albo komiksu. Gdyby nią była, Adam na pewno by się na taki widok uśmiechnął. Ale nie była. Była żywą dziewczyną leżącą na wilgotnym chodniku, obficie krwawiącą z rany na czole.

Była żywą dziewczyną, którą znał.

Kierowca Golfa, kiedy Adam podniósł głowę, by się mu przyjrzeć, gapił się w lusterko wsteczne. Kręcił głową jak jego ofiara, w prawo i w lewo, w prawo i w lewo. Zupełnie jakby oboje nie chcieli przyjąć do wiadomości tego wypadku. Jakby prostym ruchem głowy mogli go wymazać z rzeczywistości. Jemu to zaklinanie rzeczywistości najwyraźniej wyszło dużo lepiej, bo nadepnął na pedał i odjechał.

Notując w pamięci numery Golfa (ST 44972, ST 44972, ST 44972…), Adam próbował zatamować krwotok. Zdjął swoją koszulę, rozerwał ją na pół, zwinął i obwiązał nią głowę dziewczyny. Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem, coś szepnęła. W odpowiedzi uśmiechnął się do niej uspokajająco, choć tak naprawdę zrobił to bardziej dla siebie niż dla niej. Drugą połową koszuli otarł krew z jej twarzy, która nagle, w trupim świetle latarni wydała mu się piękna jak nigdy przedtem.

Uśmiechnęła się do niego i wtedy zauważył, że pod jej głową tworzyła się ciemna kałuża. Nachylił się nad nią, na jej szyi szybko odnajdując drugą, dużo poważniejszą ranę.

Dopiero teraz naprawdę się wystraszył, w pełni świadomy, że jeśli wkrótce nie zjawi się pomoc, ona umrze. Tak po prostu, wpół do jedenastej w nocy, na środku wilgotnego chodnika w otoczeniu brzydkich, parterowych domków.

3

Michał rozejrzał się po pokoju; sam widok—stół zastawiony po brzegi, roześmiane czerwone gęby jego krewniaków, sześć butelek wódki stojących w nierównym szeregu—sprawił, że go zemdliło.

– Siadaj, siadaj, co się tak gapisz? – odezwał się jego obchodzący właśnie pięćdziesiąte urodziny ojciec. – On taki od małego – zwrócił się do pozostałych biesiadników – do wszystkiego trzeba go zapraszać, bo sam nie weźnie. Jak poszlimy z nim pierwszy raz do szkoły to musiała go sama wychowawczyni posadzić, bo by całą lekcję przestał w drzwiach, co nie, matka?

– Tak było – przytaknęła matka, której wkład w rodzinne dyskusje zwykle sprowadzał się do tych dwóch krótkich słów.

Nieco zażenowany, choć—siła przyzwyczajenia—nie tak bardzo jak kiedyś, Michał usiadł pomiędzy ciotką Józefiną, a wujem Stanisławem. Oboje zdrowo odżywieni, kiwający się lekko na boki, zadowoleni i z poczęstunku, i z napitku.

– To jak tam u tej twojej narzyczonej, czemu jej tu nie przyprowadziłeś?

Ach, jego ulubione pytanie. I do tego wspomnienie jak dźgnięcie nożem między żebra. Wspomnienie sprzed siedmiu dni, Ania wypowiadająca popularne wśród jego „narzyczonych” słowa. Wiesz, Misiek, to do niczego nie prowadzi, już lepiej skończmy to zanim zrobi się naprawdę nieciekawie.

– Po pierwsze, to nie jest moja narzeczona, po drugie, zerwaliśmy w zeszłym tygodniu, a po trzecie, to chyba miała być impreza rodzinna, nie? – wybuchł, ale wybuchem kontrolowanym, jakby wyburzał budynek w środku miasta, upewniając się, żeby nikogo nie trafiła zabłąkana cegła.

– Te, no i widzisz, matka, opłacało się go na te korepetycje z matmy posyłać trzy lata – parsknął ojciec i zaniósł się gardłowym śmiechem.

Michał przymknął oczy, żeby nie musieć patrzyć na jego trzęsący się brzuch. Miał straszną ochotę się napić. Ale nie tu, nie z nimi, nie zostanie jednym z nich. Nigdy.

– No napij się chłopak – wuj Stanisław jakby czytał w jego myślach.

Odwrócony do góry dnem kieliszek w tej rodzinie na nikim nie robił wrażenia, więc Michał postanowił użyć najstarszego usprawiedliwienia świata.

– Nie mogę, prowadzę.

Chociaż w tej rodzinie skuteczniejsze byłoby: nie mogę, mam wszyty esperal.

– E, tam, przecież nie będziesz jechał po nocy do siebie? Matka rozłoży ci kanapę i się tutaj prześpisz…

Nie chciał. Ani z nimi pić, ani spać na kanapie, ani nawet oglądać ich dłużej niż było to konieczne. Ale uległ, uległ, jak zwykle.

Na tym polegał jego problem (jak wytłumaczył mu jego kolega po psychologii): uległość. Przymilanie się do wszystkich. Głęboko zakorzeniona potrzeba akceptacji, jakkolwiek absurdalna nie była jego aktualna sytuacja. Zawsze i wszędzie gładko i bezkonfliktowo. Diagnoza—skądinąd słuszna—jednak nijak nie zbliżyła go do rozwiązania problemu. Ulegał, ulegał dalej.

Po dwóch trzydziestkach (a przed trzecią, już czekającą przy jego talerzu) rozpoczęło się rytualne wyciąganie zawstydzających epizodów z jego przeszłości. Zniósł pierwsze cztery bez słowa sprzeciwu. Przy piątym (tak, te korepetycje z matematyki rzeczywiście się zwróciły!) zaczęły mu się trząść ręce, przy szóstym już drżał na całym ciele. Siódmego by nie wytrzymał.

Raptownie wstał od stołu i, rzucając tylko krótkie „muszę iść”, uciekł.

Przez całe siedem dni, odkąd zostawiła go Ania, rosła w nim niechęć do swojego życia. Złość, że dawał się innym prowadzić jak piesek na smyczy, cieszący się z rzucanych mu ochłapów. Ile to mogło jeszcze potrwać? Rok? Dziesięć? Do końca? Jak się z tego wyrwać? Jak uświadomić całej reszcie, że nie będzie więcej łykał ich gówna?

Wyrwanie się z tej pieprzonej imprezy mogło być pierwszym krokiem, ale nie musiało. Świetnie o tym wiedział, czując, że następnego dnia rano zadzwoni z wylewnymi przeprosinami za swoje nieodpowiednie zachowanie.

Wsiadł do samochodu, ruszył. Nawet nie chciało mu się włączyć radia. Jego uszy wypełniał miarowy warkot silnika, cztery cylindry rytmicznie poruszające się w górę i w dół, przenoszące energię spalanej benzyny przez wałki paski półosie na koła. Minął swoje skrzyżowanie, nie przejmując się, że powinien był skręcić w lewo. Nie jechał do domu. Jechał…

Ciemna postać na tle ciemnej ulicy. Hamulec. Uderzenie. Pajęczyna na przedniej szybie. Krew.

Całkowicie bezmyślnie patrzył w lusterko wsteczne na rzuconą na chodnik sylwetkę młodej kobiety. I na faceta biegnącego ku niej, gubiącego po drodze telefon, schylającego się, biegnącego dalej. Nie mógł się ruszyć. Ani w jedną, ani w drugą stronę. To było jak film oglądany w zwolnionym tempie, bez dźwięku. Jak koszmar na jawie. Przerażający. Paraliżujący.

Dopiero wzrok faceta klęczącego przy dziewczynie wyzwolił go z zaklęcia.

Myśl jak fragment rozbitego lustra błysnęła w jego umyśle: te dwie trzydziestki, które przełknął pod czujnym okiem dobrze naoliwionych już krewniaków. Ile to mogłoby być promili? Za dużo, ilekolwiek by to nie było. Nie mógł tam zostać, nie mógł dać się zamknąć, bo jakaś idiotka wpieprzyła mu się pod koła.

Z zaciśniętymi ze złości ustami, Michał wrzucił jedynkę, nacisnął gaz, popuścił sprzęgło. Horror w jego lusterku wstecznym zmalał i zniknął bez śladu. Jego miejsce wypełniły anonimowe budynki drzewa samochody, nie zasługujące na dokładniejszy opis, zapominalne.

Jechał coraz szybciej, sześćdziesiąt, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt. Dopiero teraz, ironia losu, stanowił prawdziwe zagrożenie na drodze. Gdyby ktoś—jak ta idiotka, jak ta idiotka—wyskoczył na drogę przed niego… Ale nikt. Opatrzność czuwała nad frajerami krążącymi wzdłuż trasy Michała i w krytycznych momentach trzymała ich (w przeciwieństwie do tej idiotki) z dala od krawężników.

Pędził, jego głowa pełna cyfr, liczb, numerów (prędkość: 93, obrotów na minutę: 3200, przebieg: 74598, kilometrów od ostatniego tankowania: 438—a to tylko te, które miał przed oczami, bo głębiej aż się od nich roiło, wymiary, daty, numery telefonów, PINy, ceny, ilości…). To z nich składał się jego świat, w ten sposób go pojmował. Liczył, mierzył, szacował, kalkulował, rachował, aproksymował.

A teraz stawiał czoła dużo mniej precyzyjnej sumie, układającej się w kopniętą ósemkę nieskończoności…

Harcerska, którą właśnie jechał, tuż za speluną nazywaną przez miejscowych pijaczków „Manhattanem” skręca w prawo. Michał puścił kierownicę; prawą ręką zwolnił zatrzask pasa. Rzucił okiem na deskę. Jego ostatnią myślą—zanim czarny Golf owinął się wokół trolejbusowego słupa—była liczba: 101.

101.

4

Jędza w monopolowym popatrzyła na Ewę z nieukrywaną pogardą. Jej wysmarowane ciemnofioletowym cieniem powieki przykrywały połowę oczu, jakby uginały się pod ciężarem użytego w nadmiarze kosmetyku.

Stara zdzira, pomyślała Ewa i posłała jej spojrzenie, które było lustrzanym odbiciem tego, którym potraktowała ją sprzedawczyni. Nie był to, delikatnie mówiąc, początek wspaniałej przyjaźni.

– Osiemnaście pięćdziesiąt – oschle powie ekspedientka, stawiając butelkę na ladzie. Nie miała zamiaru owijać jej w papier ani tym bardziej obdarowywać tej młodej pijaczki darmową reklamówką.

Ewa położyła na ladzie banknot dwudziestozłotowy.

– Reszty nie trzeba – rzuciła z jadowitym uśmiechem.

Uśmiechy nie zdarzały się jej ostatnimi czasy zbyt często, nawet te jadowite.

Na zewnątrz odkręciła butelkę i pociągnęła dwa małe łyki. Alkohol rozlał się po jej przełyku, rozpalił żołądek, dodał sił do  dalszej drogi. Impreza na jej końcu zapowiadała się wprawdzie mizernie, kilkanaście osób w stanowczo zbyt małym mieszkaniu, wliczając w to paru obleśnych kolesi liczących na to, że któraś z dziewczyn upije się  na tyle, że spełni ich wszystkie trzy życzenia.

Jak bardzo zmieniło się jej życie przez ostatnie miesiące! Przeszła od opinii pruderyjnej snobki, która nie pozwalała swojemu chłopakowi uszczypnąć się w tyłek w miejscach publicznych do reputacji ostatniej zdziry, potrafiła raczyć się walorami dwóch facetów jednocześnie. Jasna sprawa, oba ekstrema były mocno przesadzone, przeskalowane lupą plotkarskiej winorośli, ale nie wzięły się znikąd. A obrazki typu posuwanie wódy z gwinta tylko pomagały im rosnąć.

Winny był jeden; winny zawsze jest jeden, choćby od współsprawców aż roiło się na ławie oskarżonych. Adam. Adam w tle ze swoją nową suką. Uśmiechnięci, wpółobjęci. Kolega Michała (ten po psychologii) powiedziałby zapewne, że użyła go jako pretekstu, by sobie odpuścić, a jednocześnie próbowała wzbudzić w nim poczucie winy i w ten sposób go ukarać. Popatrz – wołała jej degrengolada – to wszystko przez ciebie!

Ale Adam nie oglądał jej degrengolady, nie słyszał jej wołań. Ze swoją suką obracał się w innych kręgach, spacerował po innej części miasta. Ewa staczała się niezauważona.

Po Adamie było już trzech facetów, to prawda. Żaden z nich jednak nie miał imienia tak do niej pasującego; nawet takiego, którego miałaby ochotę zapamiętać. Rozwiali się dni po tym, jak z nimi kończyła, jeden po drugim. Bez śladu. Zlali się w jedną, bezkształtną masę, wyrób adamopodobny, nędzny substytut, ersatz, który wstyd nawet wspominać.

Przeszła trzysta metrów chodnikiem, ciesząc się z samotności tej nie tak późnej znowu godziny. Mogła spokojnie łyknąć jeszcze trochę na rozgrzewkę. Ostatni raz już na ulicy, między dwoma zaparkowanymi przy niej samochodami. Do przejścia na drugą stronę potrzebowała przecież trochę wydestylowanej energii prosto ze szkła.

Ruszyła, nie patrząc ani w lewo, ani w prawo.

Następną rzeczą, jaką zobaczyła, była wykrzywiona twarz nachylającego się nad nią Adama. Próbowała mu powiedzieć, że wiedziała, wiedziała, że do niej wróci. Tylko że brakowało jej sił, żeby słowa stały się czymś więcej niż jękliwymi szeptami.

5

Jola cofnęła się jeszcze krok. Jej plecy dotknęły ściany, a pamięć natrafiła na okładkę jednego z brukowców—sfabrykowaną na poczekaniu przez jej rozpaczliwie poszukujący argumentów, przestraszony umysł—krzyczącą czarnymi literami o gangu napadających na samotne kobiety bezwzględnych przestępców. Wykorzystywali oni—ostrzegał wstęp do fikcyjnego artykułu—ich naiwność, a potem okradali bili gwałcili całe godziny z przerwami na odpoczynek. Szczegóły na stronie czternastej.

Nie, nie mogła zostać jedną z tych naiwnych. Tyle że upiorna myśl, że jeślijeśli, nie odpuszczała. I tak, z plecami przy ścianie i ochotą, by uciec poza zasięg wzroku szalejącego przy drzwiach intruza, stała.

(Intruz, z krwią na rękach i morderstwem w głosie, coś wrzeszczał. Jednak jego słowa rozmazywały się w drodze do uszu Joli, wyginały, zmieniały w bezrozumny bełkot. W jej oczach niewiele różnił się już od rannego zwierzęcia, godnego litości, ale i niebezpiecznego.)

Nagle—zupełnie znikąd—pojawiło się w jej głowie rozwiązanie dylematu. Metoda na połączenie ognia z wodą tak, by nie zasnuć okolicy kłębami pary. Oderwała się od podłogi, wbiegła do dużego pokoju. Zatrzymała się przy stoliku do kawy, na którym stał przenośny telefon Panasonica. Podniosła jego słuchawkę i po chwili ostrożnie wręczyła ją obcemu.

1-5/05/2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *