Wizjonerzy

Jedną z cech, które lubię w fantastyce, a zwłaszcza w jej klasycznym odłamie czyli S-F są próby przedstawienia wizji świata przyszłości. Często naiwne, często naciągane do fabuły, takie swoiste przymrużenie oka do czytelnika (kłamię, ale ty, czytelniku wiesz, że kłamię i to akceptujesz).

Fajnie spogląda się teraz na twórczość pisarzy dziewiętnastowiecznych, a także tych z początku dwudziestego wieku. Choć oczywiście korzenie fantastyki sięgają znacznie dalej w czasie.

A jednak trudno odmówić ówczesnym twórcom swego rodzaju wizjonerstwa. Oczywiście w większości przypadków metodą chybił-trafił, ale jednak. Czy są to tylko logiczne wnioski, że „kiedyś coś takiego musi powstać” czy raczej przypadkowa zbieżność, niczym ogromny fallus na obrazie „Madonna wśród skał”  autorstwa Leonardo da Vinci?

Czy Mary Shelley pisząc historię anonimowego stwora, pobudzonego do życia poprzez złożenie ciała z wielu fragmentów, spodziewała się, że transplantacja będzie kiedyś skomplikowaną, ale jednak normą? Czy Juliusz Verne, w swej książce o podróży na Księżyc rzeczywiście przypuszczał, że kiedyś taka podróż będzie możliwa?

A swoją drogą – w książce „Z Ziemi na Księżyc” Verne opisał podróż na orbitę okołoksiężycową pocisku, który w grudniu startował z Florydy, okrążył Księżyc i lądował w Oceanie Spokojnym. Rzecz miała miejsce w roku 1864. 104 lata później, również w grudniu, wystartowała z przylądka Canaveral na Florydzie rakieta Saturn V, która wyniosła w kosmos pojazd kosmiczny Apollo 8. Również i on – podobnie jak w powieści Verne’a, okrążył Księżyc i wylądował w Oceanie Spokojnym.

Nazwiska załogi pocisku w powieści Verne’a? Barbicane, Ardan, Nicholl. A nazwiska załogi Apollo 8? Borman, Anders, Lovell. Oczywiście, zbieg okoliczności. Ale ciekawy, nieprawdaż?

Kolejny przykład jest powszechnie znany, tym niemniej nadal zadziwia. Niezbyt znany pisarz, Morgen Robertson, w swej powieści „Futility” opisuje historię statku „Titan”, który wyrusza z portu w Southampton, po czym po zderzeniu z górą lodową tonie gdzieś w mroźnych wodach oceanu atlantyckiego.

Brzmi znajomo? Oczywiście, że brzmi znajomo. Wszak to historia Titanica. Tyle, że opisana znacznie wcześniej. Cieniem na historii tejże książki kładzie się fakt, iż drugie wydanie „Futility”, nakręcone katastrofą Titanica, ukazało się jednak już po jego katastrofie. A to mogło wpłynąć (i zapewne wpłynęło) na wizjonerską legendę o niezatapialnym Titanie-Titanicu. Choć to również Robertson – o czym mało kto pamięta – jako pierwszy w swej powieści użył przyrządu, który znalazł zastosowanie na łodzi podwodnej i służył do obserwacji obcych jednostek. Przyrząd ten nazywał się peryskop. Brzmi znajomo?

I jak teraz podejść do tematu w kontekście naszych, dwudziestopierwszowiecznych twórców? To, co kiedyś wydawało się futurystyką, dla nas jest normą. Podróże na Księżyc? Były. Peryskop? Jest. Teraz czas chyba na bazę na Marsie, podróż na Wenus, nawiązanie kontaktu z obcymi…

Życie weryfikuje plany. Baza na Marsie (i Księżycu oczywiście) powstanie – jestem ciekaw, jak będzie się to miało do rzeczywistości? Jak będzie się różniła pierwsza stacja kosmiczna, dostępna dla osób cywilnych i czy rzeczywiście wzbudzi to konflikt między Nami a Nimi? Czy zbudujemy kiedyś habitat, który całą ludzkość wyśle na pokładzie gigantycznego, ale jednak sztucznego tworu w poszukiwaniu nowego Słońca?

Jestem ciekaw, czy nasi współcześni wizjonerzy popuścili wodze fantazji, czy raczej przeciwnie, są czarnymi kotami, perwersyjnie przebiegającymi przez drogę naszej cywilizacji?

Kiedyś, za kilkadziesiąt lat, ktoś zapewne napisze taki artykuł o Saganie, Arthurze C. Clarku,  Orsonie S.Card czy Haldemanie, zadając sobie pytanie – jak oni to przewidzieli? Ciekaw jestem ich wniosków – czy uznają naszych idoli literackich za wizjonerów?

Tak czy inaczej, Heraklit ujął to chyba najlepiej.

Panta rhei.

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *