Zbrodnia Herculesa P.

Nie pamiętam, szczerze mówiąc, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z twórczością mistrzyni. Wiem jednak, że było to dla mnie zupełnie wyjątkowe przeżycie.  Zaskakująca, wręcz pajęcza łatwość, z jaką snuła swe intrygi, płynność stylu i przede wszystkim niebanalne zagadki połączone we wspaniały sposób z grą z czytelnikiem.

Zapewne od razu domyśliliście się, kogo mam na myśli. Tak, chodzi mi o Agatę Christie. Osobę, która napisała pyszne zdanie: „To przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą…”

W czasach, kiedy tworzyła, obowiązywały dość proste zasady pisania kryminałów. Świetnie opisała je Connie Willis w swej rewelacyjnej książce „Nie licząc psa” (nawiasem mówiąc jedna z nielicznych książek, podczas której czytania śmiałem się w głos). Zasady, a w zasadzie jedna zasada sprowadzała się do zdania – „zawsze winien jest kamerdyner”.

Agata Christie była mistrzynią. Po raz pierwszy na scenie literackiej pojawiła się osoba, która łamała wszelkie niepisane zasady, obowiązujące w literaturze kryminalistycznej. Dość powiedzieć, że została usunięta z prestiżowego „Klubu detektywów” (organizacji pisarzy zrzeszających autorów powieści kryminalnych) za zastosowanie zabiegu na który nie odważył się dotychczas nikt. Otóż w powieści „Zabójstwo Rogera Ackroyda” mordercą okazał się… narrator powieści. Dziś taka książka uznana zostałaby zapewne za literacki majstersztyk, wtedy było to czymś szokującym.

Ale do szokowania Agata Christie przyzwyczaiła. Miała wręcz nieprawdopodobny zmysł do wymyślania fabuły, która z jednej strony wydawała się wręcz nieprawdopodobna, z drugiej, po rozwiązaniu zagadki okazywała się tyleż zaskakująca, co prosta.

W zdecydowanej większości jej powieści występują trzej bohaterowie (no, czterej…) – staruszka, panna Marple, porównująca wszelakie zbrodnie do banalnych sytuacji występujących w małej miejscowości St. Mary Mead. Herkules Poirot, zarozumiały bufon, którego cechą rozpoznawczą były czarne, starannie wypomadowane wąsy. A jednocześnie jeden z najtęższych analitycznych umysłów ówczesnej Europy. Oraz – występujący w pięciu powieściach – Tommy i Tuppence Beresford. W mojej ulubionej powieści Agaty Christie nie występuje jednak żadne z nich.

„Dziesięciu małych murzynków” to majstersztyk literacki. Oto na wyspę przybywa dziesięć osób, zaproszonych przez nieznajomego pana Owena. Giną po kolei wraz z kolejnymi wersami dziecięcej wyliczanki o dziesięciu murzynkach. Napięcie narasta, by w ostatniej części książki ukazać dramatyczny koniec trojga pozostałych przy życiu osób. Policja, przybywająca na wyspę, ma nie lada dylemat – wszystkie osoby zginęły, na wyspie nie było nikogo obcego, nikt nie mógł przypłynąć i odpłynąć. Ostatnia osoba, która zginęła, podejrzewana jest o to, że popełniła samobójstwo. Ale krzesło, na którym stanęła, by się powiesić, stoi pod ścianą…

Zbrodnia, która teoretycznie nie miała prawa być popełniona. A jednak…

W wymyślaniu zagadek Agata Christie nie miała sobie równych. We wciąganiu czytelnika w pułapki – również. Potrafiła świetnie wkomponować w swoje powieści nabyte umiejętności – m.in. znajomość trucizn, którą często wykorzystywała, oraz realia ówczesnego Bliskiego Wschodu, który zwiedzała wraz z drugim mężem, archeologiem Maxem Mallowanem.

W czasie drugiej wojny światowej pisarka zrobiła coś, co było (i jest) zupełnie wyjątkowe w literaturze. Napisała dwie powieści, kończące cykl przygód zarówno panny Marple („Uśpione morderstwo”) oraz Herkulesa Poirot („Kurtyna”). Z zastrzeżeniem jednak, że mają się ukazać one dopiero po jej śmierci. Dwie powieści, które zakończyły kariery największych literackich detektywów dwudziestego wieku. Jakże inaczej jednak się kończą!

Panna Marple od początku była miłą staruszką, rozwiązującą jakby od niechcenia zagadki pozornie nie do rozwiązania. Po rozplątaniu (jak zawsze) intrygującej zagadki wraca do siebie na wieś. Symboliczny powrót do domu starszej pani, nieprzystającej do realiów świata, a jednocześnie doskonale ten świat znającej. Zawsze w powieściach przedstawiana jako osoba będąca na progu zmierzchu życia panna Marple jednak pozostaje w naszej pamięci jako osoba żywa.

Paradoksalnie – przedstawiany w każdej powieści jako starszy, ale pełen energii mężczyzna Herkules Poirot, stojący zawsze na straży prawa, uważający, że każdą zbrodnię potrafiłby rozwiązać nie ruszając się z domu, umiera. Ale umiera w wielkim, zaskakującym nawet dla niego, stylu. Umiera, popełniając zbrodnię doskonałą.

„Kurtyna” wzrusza. Tak po prostu. Każdy fan twórczości mistrzyni zżył się z bohaterami jej powieści, więc mimo iż zaletą literatury jest między innymi to, że do treści książki  można powrócić wielokrotnie, śmierć postaci, z którą spędziliśmy wiele czasu i przeżyliśmy wiele przygód potrafi wstrząsnąć. A w przypadku tej książki potrafimy wybaczyć Herkulesowi nawet tę zbrodnię. A także impertynencję, zarozumiałość, wywyższanie się….

Bo przecież powiedzcie szczerze – któż nie lubił Herkulesa Poirot?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *