Naturalizm czy wyobraźnia?

Wielkanoc w telewizji, od pewnego momentu, to sadomasochistyczne przedstawienie męki pańskiej, jak uważają jedni, albo śmierci żydowskiego rebelianta Joshui, jak twierdzą inni. Tak czy inaczej „Pasja” Mela Gibsona prowokuje do dyskusji. I nie chodzi tu o czepianie się historycznych szczegółów, jak choćby fakt, iż skazańców uśmiercano, wbijając gwoździe w nadgarstki, a nie dłonie. Bardziej mam tu na myśli inną rzecz.

Co bardziej działa na widza przed ekranem? Naturalne, z brutalną dokładnością odwzorowanie zbrodni, czy jednak sceny ledwie zarysowane, obliczone bardziej na uruchomienie wyobraźni widza niż wzbudzenie w nim obrzydzenia?

Innymi słowy – „Piła” czy „Inni”? „Pasja” czy „Ostatnie kuszenie Chrystusa”?

Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem gry reżysera z widzem. Sceny naturalistyczne, zwłaszcza te brutalne, wzbudzają we mnie niechęć. Bo i gdzie tu margines dla inteligencji odbiorcy? Naturalizm nie pozostawia żadnych szans na pytania, na wątpliwości. Na pewne niedopowiedzenia, stanowiące esencję filmu.

W realizmie jest wszystko podane jak na tacy. Jeśli ma płynąć krew, to płynie krew. Jeśli ktoś kogoś zabija, ekran ocieka brutalnością i dosłownością pokazywanych scen. Widz jest niewątpliwie wstrząśnięty, tyle że po wyjściu z kina z reguły ten wstrząs przechodzi. Pół biedy, jeśli jeszcze film jest ciekawy, ale wszelakie slashery pokroju właśnie „Piły” raczej szczególnych wspomnień nie budzą. Ot, byłem, obejrzałem, wyszedłem. Co najwyżej mam koszmary w nocy.

Sugestie, niedomówienia i wszelakie smaczki są tym, co lubię w filmach znacznie bardziej.  Zauważył to zresztą już mistrz Hitchcock. A także, tak nieco offtopowo pisząc, inny mistrz (aktorstwa) , który stwierdził do swego ucznia w najgenialniejszym skeczu wrzechczasów:

„Jasiu, jeżeli używasz zwrotu, że pan może pana majstra w d… pocałować, zawsze zostawiaj takie niedomówienie, tak więcej inteligentnie”.

Czy to akurat więcej inteligentnie? Można i tak ująć, choć niewątpliwie to dość kontrowersyjne stwierdzenie. Akurat w przypadku „Pasji” i „Ostatniego kuszenia Chrystusa” całkowicie się z nim zgadzam, choć drugi tytuł znam tylko z wersji książkowej. Znakomitej zresztą.

Nikos Kazantsakis znacznie bardziej przekonująco przedstawił sens śmierci Chrystusa na krzyżu, niż Mel Gibson w swej krwistej miazdze. Sensem śmierci Jezusa nie było bezproduktywne cierpienie. Sens śmierci Chrystusa ukazał się w wizji, jaką ma konający Mesjasz na krzyżu, w chwili, kiedy widzi iluzję życia z Marią Magdaleną i dziećmi i zastanawia się, co było tak ważnego, że z takiej przyszłości zrezygnował. A po chwili dostaje cudowną odpowiedź….

Wolę używać wyobraźni. Choćby i dlatego, że dzięki niej mogę sobie wykreować własna wizje tego, co autor miał na myśli. Nawet, jeżeli okazuje się, że autor chciał przekazać coś zupełnie innego. Ale to świetny początkowy etap poszukiwań i wzajemnego odnajdywania sensu dzieła. Realizm zabija zabawę w poszukiwanie – podaje nam rozwiązanie na tacy, często w ohydny sposób. To tak jakby na początku kryminału zdradzić, kto jest mordercą. Owszem, książkę można potem przeczytać, ale czy można odnaleźć w niej przyjemność?

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *