Podróż poślubna

Powietrze pachniało morską bryzą i intensywną wonią kwiatów callisto. Słyszała, że najlepsze zoańskie perfumy wytwarzano właśnie z karbowanych płatków tych iście królewskich pąków, które obsypywały kuliste kaktusy o ostrych, stożkowatych kolcach. Podczas ich zrywania trzeba było bardzo uważać, żeby nie zrobić sobie krzywdy.

Spacerowym krokiem przechadzała się wąską ścieżką po plantacji callisto, mijając groźne kaktusy, obsypane czerwonym i żółtym kwieciem. W oddali majaczyła ciemnobłękitna toń Zatoki Oothoon. Widok zaiste był czarowny, ale Pistis Sophia odczuwała jedynie postępującą irytację i zniecierpliwienie. Razem ze swoim świeżo upieczonym mężem wybrali gorące plaże Luvah na miejsce ich podróży poślubnej. Problem jednak polegał na tym, że Pistis przyjechała tutaj sama, a szanowny małżonek pozostał w swojej ukochanej Urthonie zatrzymany śmiertelnie ważnymi sprawami!

Miał do niej dołączyć następnego dnia po jej przyjeździe, tymczasem minął już tydzień, a markiz Azazel wciąż nie pojawił się w ich miłosnym gniazdku. A właściwie: jej przymusowej pustelni. Diuk Luvah Asmodeusz użyczył im odosobniony domek usytuowany na plaży na wyspie Oothoon i właśnie w nim Pistis oddawała się rozmyślaniom nad swoją obecną sytuacją. Pół roku temu z rozkazu Metatrona upozorowano jej porwanie z Empireum przez demony. Trafiła w ręce ponurego markiza Urthony – Azazela, mera stolicy Zoa – Beulah. Jednakże jej niewola z czasem przeistoczyła się w coś o wiele bardziej złożonego. Sophia i markiz zakochali się w sobie i kiedy nadeszła chwila powrotu anielicy do Emanacji, obiecali sobie zrobić wszystko, żeby znowu się połączyć. Azazel długo i mozolnie zabiegał o uzyskanie dla niej azylu w Urthonie, a kiedy wreszcie się udało, Sophia porzuciła wszystko, co posiadała w Emanacji, cały swój dobytek i pracę lekarki oraz kierowniczki ekskluzywnych uniwersytetów Ellynitrii i z kilkoma pakunkami przeprowadziła się do Zoa.

Z początku miłość Azazela w zupełności jej wystarczała, była cudowną rekompensatą po jej wcześniejszym, nieudanym małżeństwie. Problemy zaczęły się, kiedy markiz musiał powrócić do swoich obowiązków. Zostawiał ją samą na całe dnie: bez przyjaciół, zajęcia ani  najmniejszego celu. Zawsze była aktywna i pracowita, przywykła do zajmowania centralnego miejsca w politycznych wydarzeniach w Emanacji. Teraz w pełni uświadomiła sobie do czego się posunęła dla uczucia łączącego ją z Azazelem.
Miała czyste konto.
Zaczynała zupełnie od zera.

Już na ślubie naszły Sophię refleksje, jak będzie spełniać swoje nienasycone ambicje w kraju, w którym kobiety uważano jedynie za piękny, acz nieistotny dodatek do mężczyzny?
Sama chciała wziąć cichy, kameralny ślub, ale Azazel musiał urządzić go z pompą, żeby zamanifestować swoje szczęście oraz, że jego decyzja o sprowadzeniu Pistis do Urthony nie była tylko przelotnym kaprysem. Za każdym razem, gdy przypominała sobie wianuszek zoańskiej arystokracji, który swoją obecnością uświęcił uroczystość, dostawała mdłości. Kiedyś słyszała o nich tylko z emanacyjnych plotek, teraz samoistnie stała się częścią tego środowiska. Paradoksalnie marszałek Belzebub, przez aniołów nazywany „skurwielem z Zoa”, z nich wszystkich wydał jej się najznośniejszy.
Zaraz po ślubie, Lucyfer wezwał do siebie markiza w pilnej sprawie. Ten kazał żonie wcześniej udać się do Luvah i od tamtej pory nie dawał znaku życia. Czyżby wyraźnie wskazywał gdzie znajduje się jej miejsce? Jeśli myśli, że pozwoli się ubezwłasnowolnić, albo nagle zapomni kim jest i na co ją stać, to się grubo myli!

Przystanęła przy ostatnim kaktusie na jej ścieżce i wspięła się na palce, żeby sięgnąć po karmazynowy kwiat. Była jednak zbyt niska i tylko skaleczyła się w palec ostrym kolcem. Krew popłynęła jej z niewielkiej ranki, co dało jej pretekst, żeby szpetnie zakląć.

-Markiza Urthony nadal ma niewyparzony język… – usłyszała za sobą chropowaty, ponury głos swojego męża.
Zwróciła na niego wzrok, mimowolnie zmieszana zachwyconym spojrzeniem jego lekko skośnych, ametystowych oczu.
-Sądziłeś, że zmieni się po ślubie? – zadrwiła.
-Bardzo bym nad tym ubolewał…
-Aha. Bo okazałoby się, że zupełnie niepotrzebnie ubiegałeś się o ten słynny azyl!
-Widzisz weszło mi to w krew i dzisiaj też zamierzam ubiegać się o azyl. Azyl w twoich ramionach…
-Przykro mi, markizie. Jest za gorąco.
-Narzekałaś na chłody Urthony, miałem nadzieję, że klimat Luvah choć odrobinę cię rozgrzeje…
-Nie bądź taki cwany, markizie.
-Bo co, markizo? – uśmiechnął się wreszcie: enigmatycznie i zdawkowo.
-Bo zapomniałeś o naszej podróży poślubnej.
-Musiałem coś załatwić dla Lucyfera…
-Ciekawe co. Porwałeś kolejną anielicę? Brakuje wam w Zoa kobiet?
-Nie drażnij się ze mną, Sophio. – poprosił całkiem poważnie – Bądź dzisiaj dla mnie wyrozumiała…

Spoglądał na nią z wyczekiwaniem. W tej chwili wyglądał na zmęczonego, a nawet na rozczarowanego. Jego pociągłe oblicze zawsze nosiło ślady ironii, zblazowania i ponurości. Miał taki specyficzny wyraz twarzy i przez to wielu uważało go za osobę wyrachowaną, uszczypliwą, nawet okrutną. Również ona uległa temu wrażeniu, kiedy po raz pierwszy się spotkali. Teraz  poznała go już na tyle, żeby dostrzec w jego oczach znużenie, a w ułożeniu ostrych rysów subtelny odcień skrywanej rozpaczy.

Objęła go ramionami, jak zwykle odczuwając ich znaczną różnicę wzrostu. Azazel był od niej co najmniej o głowę wyższy. Otoczył Sophię swoją peleryną, jakby chciał uczynić ją częścią siebie. Wsparła czoło na jego piersi i odetchnęła z ulgą.

Kaktusy2

-Nie drażnię się. – powiedziała w końcu – Po prostu jestem zawiedziona, że dopiero teraz przyjeżdżasz.
-Lepiej późno niż później. – zakpił.
-Obyś się nie zdziwił!
-Chcesz powiedzieć, że mam się wrócić do domu i przyjechać za parę dni?
-Za parę dni już mnie tutaj nie będzie.
-Zatem radzisz mi zostać?
-Tylko jeśli dobrze wytłumaczysz swoją nieobecność…

Pochylił się i namiętnie ją pocałował. Chwilę smakowała jego wąskie, spierzchnięte wargi, pozwalając by jego język zabłądził w jej ustach. Zatraciła się w tej przyjemności, zapominając o otaczającej ich plantacji kaktusów, wcześniejszych gorzkich rozmyślaniach, a nawet o niewybaczalnie długiej nieobecności męża. Znowu byli razem i tylko to się liczyło. W końcu jednak chwila minęła i z bolesnym rozczarowaniem powróciła do rzeczywistości.
Markiz z góry spoglądał jej w oczy, a potem z zadumą obrócił wzrok na kwiaty. Przyglądała się jego gładkiemu, odkrytemu czołu, wygiętym brwiom i mocno zaczesanym włosom koloru ciemnego fioletu wpadającego w subtelną czerń. Zaniepokoił ją niezdrowy odcień jego skóry i głębokie cienie pod oczami.
-Nie spałeś. – stwierdziła.
Nieznacznie skinął głową.
-Nie mogę. Znowu dręczą mnie wizje.
Przełknęła ślinę. Swego czasu markiz, obdarzony straszliwą umiejętnością czytania przyszłości w snach zdecydował, że nigdy więcej nie będzie sypiał. Przekazywane obrazy działały na niego bowiem tak destrukcyjnie, że tracił siły i podupadał na zdrowiu, a czasem gdy były wyjątkowo krwawe, sam mógł obudzić się ranny.

Odkąd się poznali, Azazel powrócił do spania i żadne wizje przyszłości już go nie nawiedzały. Sophia podejrzewała, że to zasługa jej medycznego talentu i kojącej aury. Markiz zwykł za to doszukiwać się przyczyny jego spokojnego snu w ich wzajemnej miłości, a akurat z tym uzasadnieniem trudno było jej się sprzeczać.
-Dlaczego więc jak najszybciej nie przybyłeś do Luvah? – spytała – Wiesz jak działam na twoją przypadłość…
Pogłaskał ją po policzku, odgarniając z niego niesforny kosmyk.
-Wiem, ale musiałem przemyśleć co ukazuje przyszłość…
-Czego dokładnie dotyczyła twoja wizja?
-Zoa. Nigdy nie widzę pojedynczych historii danych osób, tylko konkretne wydarzenia i role, które te osoby w nich odegrają… – urwał i niespodziewanie podszedł do kaktusa.

Bez trudu zerwał najwyżej rosnącą żółtą callisto, unikając przy tym zdradliwego kolca. Odwrócił się do niej i wpiął ją w jej włosy tuż nad uchem. Automatycznie przypomniała sobie swoją przyjaciółkę z Emanacji – lady Tubiel, ogrodniczkę rodem z konserwatywnego Enitharmon. Ona zawsze nosiła kwiat za uchem. Ogarnęła ją tęsknota za starymi przyjaciółmi oraz żal, że nie byli obecni na jej ślubie. Tubiel jest pewnie urażona, iż tak po prostu wykreśliła ją ze swojego życia. I pewnie nie tylko ona – również generał Michael i jej były asystent,  obecnie zarządca Ahanii, Raphael. Odeszła z Emanacji w atmosferze skandalu i oburzenia, nie starczyło jej nawet czasu by się z nimi pożegnać.
Westchnęła, odganiając natrętne myśli. Azazel uważnie przyglądał się żonie i jego uwadze nie uszło jej roztargnienie. Pokiwał głową, jakby doskonale wiedział jakimi drogami podążają jej myśli.
-Zabawne. – powiedział – To naprawdę dziwny zbieg okoliczności, że zaraz po naszym ślubie Zoa odwiedzą anioły…
-O czym ty mówisz? – szczerze się zdumiała – Tak wyglądała twoja wizja?
-Niestety nie. Prędzej wizja Lucyfera. Postanowił zwołać konferencję z aniołami w Beulah. Dlatego tak długo zatrzymał mnie w mieście. Musiałem pokierować stosownymi przygotowaniami. – uśmiechnął się drwiąco.
-Żartujesz?! Metatron w Zoa?! – z niedowierzania lekko rozchyliła wargi – Istne szaleństwo!
-Taa… Mnie też przytłacza nadmiar wrażeń! – przyznał, kładąc palec na jej ustach, jakby chciał zmusić ją do ich zamknięcia.

Złośliwie przygryzła mu opuszek palca, ale wcale się nie pogniewał, tylko cicho roześmiał i otoczył ją ramieniem. Wtedy dojrzała, że pod pelerynę ubrał specyficzny, zupełnie dla niego nietypowy strój. Składał się na niego długi, ciemnogranatowy surdut z przewieszoną przez lewe ramię czerwoną szarfą haftowaną wzorami srebrnych gwiazd, a także, o dziwo, długa czerwona tunika do samej ziemi, spod której wystawały spiczaste noski lekkich butów swobodnie wsuwanych na gołe stopy. Z odmętów pamięci wydobyła nazwę tej aksamitnej tuniki – sarong oraz wiedzę, że stanowi nieodłączną część narodowego stroju Luvah. Azazel był obeznany z luvahańskimi zwyczajami dzięki bliskiej znajomości z diukiem Asmodeuszem.
Ruszyli w stronę domku na plaży. Wyczuła, że całe jego ubranie przesiąknął zapach parzonej melongi, a szyja i podbródek pachną ostrą wodą kolońską. Ta odurzająca woń działała na nią podniecająco. Przeszedł ją dreszcz, ale szybko się uspokoiła, z szelmowskim uśmieszkiem stwierdzając w myśli, że wciąż mają przed sobą noc poślubną. Jeszcze trochę zaczeka.

Zeszli z utwardzonej ścieżki na piasek, coraz bardziej oddalając się od plantacji kaktusów. Linię horyzontu pokryła purpurowa łuna zachodzącego słońca. Widok spienionych fal zaczął się przybliżać, podobnie jak smukłe sylwetki trin: morskich smoków o opalizujących łuskach oraz długich, wygiętych szyjach. Sophia nigdy wcześniej nie widziała tych dostojnych zwierząt i na początku bardzo ją wystraszyły. Jeden z jej luvahańskich służących wytłumaczył jej jednak, że triny są zupełnie nieszkodliwe, a raczej wręcz odwrotnie – pożyteczne. Demony używają ich do transportu wodnego, powierzając kierowanie nimi magicznie przeszkolonym kapitanom.
-Chciałabym kiedyś popłynąć triną. – wyznała, zapatrzona w spokojne smoki, leniwie mącące turkusową taflę wodę.
-Popłyniemy. Jutro. – obiecał, delikatnie całując ją w policzek.
Ponownie zapadła cisza. Sophia zerknęła na męża kątem oka. Wciąż był zmartwiony, jakby rozgniewany. Marszczył przy tym nos, a jego ostre rysy wydawały się jeszcze bardziej kanciaste, wyciosane z nierównego kamienia.
-Opowiedz mi swoją wizję. – poprosiła.

Nieznacznie wzruszył ramionami, jak to miał w swoim zwyczaju, gdy nie chciał podejmować tematu rozmowy. Nie dała mu się zbyć.
-Opowiedz, jesteś mi winien przekonywujące wyjaśnienia, pamiętasz?
-Nie dajesz mi zapomnieć.
-No już, już! Nie odwracaj mojej uwagi głupim przekomarzaniem!
Westchnął, rozszerzając usta w cynicznym uśmiechu.
-Ani o tym dlaczego jesteś moją żoną!
Pieszczotliwie położyła dłoń na jego palcach, które ściskały jej nagie ramię.
-Jakoś to przeżyjesz. – sarknęła – A teraz czekam na wyjaśnienia!

Azazel zatrzymał się w pobliżu brzegu, odpiął pelerynę i położył ją na piasku. Gestem wskazał Sophii by usiadła. Przykucnęła, podciągając zwiewną, zielono – błękitną spódnicę także uszytą w stylu luvahańskim. Markiz poszedł w jej ślady i swobodnie wyciągnął przed siebie nogi, krzyżując je w kostkach. Od morza wiał rześki wiatr, nieco ochładzając gorące powietrze. Na szczęście niemiłosierne słońce wreszcie układało się do snu, więc nie musiała obawiać się oparzeń. Azazel pogładził ją po karku, najpierw odrzucając na bok jej warkocz.

-Opaliłaś się. – zauważył.
-Tak, nigdy nie byłam aż tak spalona! Wszystko mnie boli!
-Coś na to zaradzimy. – figlarnie uniósł brwi – Asmodeusz polecił dla ciebie doskonały krem na oparzenia z wyciągiem z wodorostów i liści oleistych, podwodnych krzewów.
-Jestem wdzięczna Asmodeuszowi. – kategorycznie mu przerwała – Ale nie wymiguj się od opowieści!
***
Podziwiał jej stanowczość i niesamowitą zdolność do utrzymania go w ryzach. Rozbrajała go ta jego malutka żonka z zadartym noskiem, kapryśnymi usteczkami i parą dużych, błękitnych oczu, ze złośliwą iskierką spoglądających na niego spod burzy brzoskwiniowych włosów, ujarzmionych dobieranym warkoczem.

Zupełnie niespodziewanie pojawiła się w jego życiu i już w nim pozostała – nie mógł pozwolić jej odejść, więc zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby sprowadzić ją tutaj na stałe. Wiedział, że pochodzenie, maniery i upodobania Pistis znacznie odróżniają ją od typowych, zoańskich kobiet: była dumna, zadziorna i niezwykle aktywna. Azazel przypuszczał, że teraz pewnie cierpi z braku interesującego zajęcia na miarę jej ambicji i niewyczerpanej energii. Miał z tego powodu wyrzuty sumienia. To on pozbawił Pistis ukochanej pracy, szacunku, który ją otaczał w Emanacji i towarzystwa przyjaciół. W zamian ofiarował jej tylko swoją miłość.

Wpatrzony w jej ciemnobłękitne oczy, rozkoszując się dotykiem białego piasku, łagodną bryzą i purpurowym zachodem słońca, zastanawiał się czy jego miłość wystarczy, aby zapewnić jej szczęście. Chciał wierzyć, że tak.
-To był bardzo okrutny sen. – wyznał w końcu – Pełen krwi i cierpienia, a co najdziwniejsze w każdej przerażającej scenie uczestniczył czerwonooki szczur. Ten szczur biegał po zgliszczach, brudnych, zaniedbanych ulicach i stosach trupów, jakby czegoś szukał. Wreszcie sam złapał się w pułapkę zrobioną z drewnianej klatki i wyraźnie zobaczyłem, że jej drzwi zatrzasnął książę Koryu. Wtedy się obudziłem.
-Książę Koryu? Syn Lucyfera? Dlaczego akurat on? – zdumiała się Sophia.
-Nie wiem. Nie mam pojęcia, co to miało znaczyć, ani co symbolizuje ten szczur.
-Albo kogo. – zamyśliła się – Mówisz, że miał czerwone oczy?
-Tak.
-To mi kogoś przypomniało.

Zaintrygowany uniósł brew. Pistis niedowierzająco pokręciła głową.
-Ale to raczej niemożliwe… – wycofała się.
-Mimo to powiedz o kim pomyślałaś.
-O bliźniaczym bracie palatyna Emanacji – Sandalphonie. Słynie ze swoich czerwonych oczu. Anioły twierdzą, że to dowód jego przekleństwa, dlatego został potępiony i znienawidzony przez emanacyjne społeczeństwo. Pogardliwie nazywają go czerwonookim szczurem…
-No proszę! Pasuje, jak ulał! – Azazel z entuzjazmem zatarł dłonie – Podsumowując: z mojego snu wynika, że nad Zoa wisi jakaś katastrofa, która sprowadzi tutaj anielskiego odmieńca i uczyni go niewolnikiem księcia. Gdyby z reguły moje wizje nie okazywały się prorocze, sam uznałbym ten rozwój wypadków za absurdalny!

Na czole Sophii pojawiła się podłużna zmarszczka. Obserwował jak jej ruchliwa twarz zmienia wyraz na zadumany, nawet trochę melancholijny.
-Jestem w Zoa od ponad pół roku i zdążyłam się zorientować, że wszyscy siedzicie na beczce prochu. Wystarczy jeden nieostrożny ruch, żeby wzniecić ogień. – powiedziała, umiejętnie dobierając słowa – Organizuje bale, karnawały i turnieje, podczas których nad stołem stukacie się pucharami z winem, a pod stołem zaciskacie dłonie na rękojeściach sztyletów. Teoretycznie państwem rządzi Lucyfer – praktycznie Belzebub, a ty stoisz pomiędzy nimi jako gwarancja równowagi i pokoju. Ale naprawdę nie znasz Lucyfera. Gdy teraz się mu przyglądam, wydaje mi się być w stanie całkowitego uśpienia. Pamiętam czasy, kiedy uzurpował diament palatyna Emanacji. Wiem do czego jest zdolny. Moim zdaniem twój sen po części ukazuje jego przebudzenie. Wojnę pomiędzy nim a starodemońską arystokracją. Bo ani ty, ani Belzebub nie posunęlibyście się do zamienienia Zoa w połacie zgliszcz i stosy trupów. Mam rację?
Markiz wpatrywał się w nią z zadowolonym uśmiechem, który pewnie i tak wyglądał jak grymas wyrachowanego cynizmu. Zaskoczyła go. Zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy rozmawia z nią na tematy związane z polityką. Jej umiejętność wyczucia kurtuazyjnych niuansów szczerze mu zaimponowała. Chwilę zastanawiał się nad tym, co powiedziała o Lucyferze. Rzeczywiście było bardziej prawdopodobne, że to król, a nie Belzebub dopuści się aktów okrucieństwa z jego snu. Po pierwsze Lucyfer nie cieszył się popularnością wśród poddanych nie tylko dlatego, że spadł na tron Zoa prosto z Emanacji. Zwyczajnie nie przykładał się do rządzenia, lekceważył swój urząd i całe państwo, skupiając się na zaspokajaniu swoich najbardziej prozaicznych potrzeb. Po drugie jeśli Sophia doskonale znała Lucyfera, to on mógł pochwalić się taką samą wiedzą w stosunku do Belzebuba. Dawno temu sam przekonał się jak dużo znaczy dla niego bezkrwawe rozwiązywanie konfliktów. Podczas jednoczenia Zoa, Belzebub zrezygnował z zagarnięcia Urthony siłą mimo, że dysponował miażdżącą przewagą wojskową.

A poza tym Lucyfer nie był „stąd”, w dodatku nigdy szczególnie nie starał się zasymilować, wniknąć w zoańską kulturę. Właściwie jedyną osobą z jego otoczenia, która o tym pomyślała była wiedźma Astarotte. Założyła Thiralathę: prężną szkołę dla młodych demonic, patronowała również rozwojowi łaźni Ethinthus w Beulah, gdzie trafiały absolwentki Thiralathy, by znaleźć sobie godnego męża.
-Tak, masz rację. – odparł – Belzebub pierwszy nie zaatakuje króla. Dzięki jego bierności, może swobodnie podbudować swoją pozycję i autorytet. Prędzej uderzy we mnie, niż w niego.

Sophia potarła usta palcem jak zawsze, gdy się czemuś dziwiła, albo próbowała dociec powody czyjegoś zachowania.
Na tle plaży i niespokojnych fal, które co chwila szarpały brzeg wyglądała, niczym smukła księżna Luvah, odziana w aksamitną spódnicę koloru zielono- błękitnego w talii wykończoną misterną koronką oraz ozdobny, luvahański stanik w takim samym kolorze, co spódnica ozdobiony frędzlami inkrustowanymi małymi kamieniami lapis lazuli. Tymi samymi kamieniami wysadzono złote bransolety połyskujące na jej nadgarstkach oraz jej długie kolczyki.
-Pozostaje pytanie: co obudzi Lucyfera z długiego snu? – zapytała retorycznie.
-Pocałunek księżniczki. – zadrwił markiz.
-Albo księcia…
-Koryu?
Parsknęła śmiechem.
-Nie, mój drogi. Wszyscy wiedzą, kto jest księciem Lucyfera…
Azazel otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nagle z całą mocą dotarł do niego sens słów Pistis i naprawdę się zaniepokoił. Poczuł zimny pot na plecach i wcale nie wyszła mu próba oszukania samego siebie, że to z powodu gorąca panującego na dworze.
Metatron. Ależ tak. Oczywiście!
Do tej pory lekceważył wyimaginowany romans Lucyfera i palatyna Emanacji, skupiony na swoim odwiecznym konflikcie z Belzebubem. Zapomniał o ogromnym wpływie Metatrona na obecne poczynania króla. I jeszcze ta nieszczęsna konferencja w Beulah! Stanowiła doskonały pretekst do rozbudzenia ambicji Lucyfera!
-Musimy usunąć Metatrona z otoczenia króla. – nie spostrzegł, że swoją myśl wypowiedział na głos, w dodatku samoistnie czyniąc Pistis wspólniczką jego poczynań.
Ona uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach pojawiły się figlarne iskierki.
-Co proponujesz, markizie?
-Nie mieszać się do tego bezpośrednio, markizo.
-Hmm… A kto to za nas zrobi?
Azazel zmrużył oczy, unosząc kąciki ust w szczególnym, przebiegłym uśmiechu.
-Belzebub.
-Ha! –  Sophia nie kryła swojego zaintrygowania i podziwu dla zmyślności męża.
-Belzebub znakomicie się do tego nadaje. Uszczypliwe komentarze pod adresem aniołów są jego specjalnością! Nie wiem tylko jak go podpuścić, żeby zaatakował Metatrona na konferencji i co powinien powiedzieć, żeby tak mu dopiec, by przestraszył się dalszych konsekwencji upojnego romansu z Lucyferem.
-A ja myślę, że o uświadomienie mu konsekwencji odpowiednio zadba „ognisty skurczybyk” – przywódca Serafinów, Serafiel. – zakpiła z uroczym uśmiechem, choć zmarszczka na jej czole jeszcze się pogłębiła.
Azazel pokiwał głową. Miała rację. Nawet w Zoa wiedziano o nieoficjalnym wkładzie najpotężniejszego anioła w Emanacji Serafiela do decyzji podejmowanych przez palatyna. Metatron nie zareaguje na polityczne oskarżenia i drwiny. Zapewne Serafiel już zapewnił mu je w nadmiarze!
-Trzeba go obrazić. – zdecydowała Pistis – Uderzyć w jego życie osobiste.
-Czy Metatron ma jakieś słabości? – zwątpił markiz – Wybacz, ale ja nadal twierdzę, że jego łóżkowe ekscesy z Lucyferem to tylko część politycznej gry.
-Nie. Lucyfer nie jest jego słabością, choć on jest słabością Lucyfera. – Sophia posłała mu wyzywające spojrzenie spod rzęs – No pomyśl, Azazelu… Kto może być słabością palatyna Emanacji? Nie bez powodu ci się przyśnił.
-Szczur. – zrozumiał, przepełniony dumą ze swojej inteligentnej żony – Czerwonooki szczur.
-Sandalphon. – zgodziła się – Po tym jak Metatron objął urząd palatyna, od razu wysłał niewygodnego brata do Ulro na stanowisko ambasadora Emanacji. Ale nie tylko jego. Również ich schorowaną matkę.
-Wybornie! Aż dziwne, że wcześniej o tym nie słyszałem!
-Palatyn starał się całą sprawę zatuszować i jak widzisz – udało mu się. Wiadomość o jego bracie nie dotarła do Zoa.
-Dopóki nie pojawiłaś się ty.
-Cóż, nikt nie przypuszczał, że tak polubię moje więzienie i ponurego porywacza…
Ujął jej drobną dłoń, pieszczotliwie przejechał kciukiem po kostkach palców i wreszcie złożył na niej długi pocałunek.
-Wiesz już, że Zoa to nie więzienie, a ja wcale nie jestem ponury…
-Ale wciąż jesteś porywaczem! – cicho się zaśmiała.
-Teraz mnie obrażasz. Oficjalnie zabiegałem o przyznanie ci azylu.
-Wyobrażam sobie jak wyglądało to twoje „oficjalnie”! – drażniła się z nim, kładąc głowę na jego ramieniu.
-Owszem, przyznaję. Musiałem ułożyć się z Belzebubem…
Automatycznie się od niego odsunęła.
-Teraz jeszcze powiesz mi, że to dla mnie dzieliłeś z nim łoże? – zachichotała.
Azazel aż poczerwieniał na twarzy.
-Nigdy w życiu! Choćby był ostatnią osobą na świecie, a ja niemożliwie spragniony seksu!
-Więc przyznajesz, że wolałbyś się dopieścić własnoręcznie?
-Uspokój się, kobieto!
Głośno się roześmiała, objęła go za szyję i przepraszająco pocałowała w usta.
-Wolę własnoręcznie, mając twój obraz przed oczami. – zakpił, ujmując ją w pasie.
-Bardzo mi to schlebia. – prychnęła – Potrafisz prawić kobietom komplementy, Azazelu!

Położył ją na piasku i pochylił się nad jej twarzą.
-Pozostaje kwestia podsunięcia pomysłu upokorzenia Metatrona Belzebubowi…– rzekł, w zamyśleniu przyglądając się jej kusząco rozchylonym ustom – Kiedy marszałek chciał się ze mną ułożyć w sprawie azylu wysłał do mnie swojego kochanka – kanclerza Eblisa.
-Aha! Rozumiem! Sam się z nim nie ułożysz, ale za to ja mogę? – buńczucznie uniosła brew – Przyznaję, przyznaję: Belzebub jest przystojny!
-O nie, kobieto! Będziesz się układać, ale ze mną! – stanowczo uciął dyskusję, swoje zdecydowanie potwierdzając rozpięciem od przodu jej stanika.
Odsłonił jej małe, krągłe piersi i otoczył je dłońmi.

-Wiesz co nie daje mi spokoju? – dodała, przymykając oczy – Ta klatka ze szczurem i książę Koryu. Czy aby nie popełniamy błędu? Koryu zupełnie nie pasuje do naszych planów…
-Będę na niego uważał. A tymczasem wybacz, ale niezbyt mnie on teraz obchodzi!
-Zatem i jego urodę przebijam. Ponoć to bardzo uroczy chłopak.
-Pozwól, że pozostawię zgłębianie jego uroków Belzebubowi, a sam zajmę się twoimi.
-Brzmi uczciwie.

Koniec

kontynuacja „Opowieści z Zoa”:

http://www.apeironmag.pl/opowiadania/darmowy-ebook-opowiesci-z-zoa/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *