Thor – mitologia w wersji podwójnie pop

1297748724_470x353_thor-2011-backgroundThor to imię jednego z głównych bogów panteonu nordyckiego i do niego właśnie odnosi się tytuł filmu. Nie mamy jednak do czynienia z ekranizacją Eddy, ale komiksu należącego do uniwersum tworzonego przez sztandarowe tytuły Marvela, jednego z dwóch największych amerykańskich wydawnictw publikujących właśnie historie obrazkowe.

Dlatego wątki mitologiczne są potraktowane dosyć luźno, a gdy Thor zostaje wygnany z Asgardu musi oczywiście trafić na pustynię w Stanach Zjednoczonych. Fabuła filmu przypomina zgrabną i prostą bajke o dojrzewaniu i nauce odpowiedzialności, która rozgrywa się w pięknych niebiańskich pałacach lub słonecznych okolicach w Nowym Meksyku.

Przy całej mojej miłości dla komiksów nigdy nie potrafiłam się wciągnąć w serie Marvela lub DC Comics o najróżniejszych Manach i Womanach obdarzonych nadprzyrodzonymi umiejętnościami. Na pewno jednym z powodów jest fakt, że raczej odrzucają mnie faceci, obdarzeni bicepsami dwa razy większymi niż czaszka. Jednak brzydkie (w moim odczuciu) rysunki nie są najgorsze. Najbardziej zniechęca mnie fakt, że owe historie o superbohaterach nie mają końca. Nie tworzą zamkniętych fabuł. O jednej postaci powstaje mnóstwo przydługich serii, które wielokrotnie od początku opowiadają jej historię, dzieją się w alternatywnych rzeczywistościach, albo przenoszą ją w czasie. Dlatego w moim prywatnym odczuciu bajki o herosach ratujących (prawie zawsze) Amerykę dużo lepiej sprawdzają się na srebrnym ekranie. Film ma 2 godziny i w tym czasie trzeba zawrzeć całą historię od początku do końca. Nawet jeżeli powstaje seria filmów, to ze względu na koszty produkcji i potrzeby rynku, nie ciągnie się ona w nieskończoność.

Dodatkową zaletą ekranizacji są aktorzy. Nie tylko nadając mniej karykaturalnych kształtów postaciom, ale również dostarczając im dodatkowych cech, których brakuje im w komiksach – zazwyczaj z powodu ograniczonej mimiki jaką rysownicy obdarzają kwadratowe twarze herosów. Thor nadal jest umięśnionym głupkiem, ale przestaje być prostakiem, którym jest w komiksie. Ma sporo osobistego uroku i ciepła. Potrafi powiedzieć coś do rzeczy, gdy rozmawia z czarującą panią fizyk, dlatego ich kiełkujące uczucie nie wydaje się być jedynie reakcją Jane na imponującą rzeźbę dziwacznego nieznajomego. Ciekawie pokazany jest również przeciwnik Thora, jego brat Loki. Ma bardzo łagodną twarz i smutne oczy. Mimo, że bardzo skutecznie zwodzi wszystkich, jego słowa wydają się zawsze być prawdą przeplecioną kłamstwami, a nigdy po prostu kłamstwem.

„Thor” jest solidnie wyprodukowanym i zagranym filmem. Dla wielu może być szokiem, że wyreżyserował go mistrz pretensjonalnych gniotów Kenneth Branagh. Jego teatralne zacięcie zazwyczaj prowadziło do powstawania groteskowych karykatur filmów, gdyż sztuka sceniczna nie przekłada się prosto na sztukę filmową. Pompa i patos, które zupełnie nie pasowały do często cynicznego lub rubasznego dowcipu Szekspira, świetnie się sprawdzają w nadętej, do szpiku kości  przesiąkniętej amerykańskością bajce.

Niestety część przyjemności z oglądania tego filmu zabrało mi 3D. Zawsze boli mnie od tego głowa. Do tego mam wrażenie, że filmy tracą przez to na jakości, zamiast zyskiwać. Być może chodzi o okulary wydawane w kinie, które są przyciemniane i porysowane od częstego użytkowania. Piękny, złoty Asgard i soczyste kolory pustyni wydawały się przytłumione i brudne. Nocne sceny stawały się za ciemne i niewyraźne, czasami trudno było rozróżnić co się dzieje, albo umykały szczegóły. Na przykład, gdy Odyn pojawia się na koniu obraz był tak rozmazany, że nie udało mi się dostrzec, czy to na pewno Sleipnir. Trochę szkoda czasu i budżetu na bogate wnętrza i efekty specjalne, gdy ich później prawie nie widać.

Pomimo, że dobrze bawiłam się na tym filmie mam wrażenie, że lepiej poczekać aż wyjdzie na DVD i obejrzeć go na porządnym telewizorze, a nie męczyć się i wydawać pieniądze na wątpliwe 3D. Ostrożnie powinni podchodzić do tego filmu fani mitologii skandynawskiej, gdyż ich ulubieni bogowie są potraktowani w podwójnie popkulturowy sposób. Najpierw przerobiły ich na swoją modłę komiksy o superbohaterach, a teraz dodatkowo jeszcze Hollywood. Na koniec szczerze polecam ten film miłośnikom Kennetha Branagha, gdyż to zdecydowanie najlepszy film w jego dorobku.

Katarzyna Krawczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *