Piractwo Niosące Światło

Ze zdziwieniem obserwuję aferę, która ostatnio wybuchła. Choć niezupełnie dotyczy ona tego, o czym chciałem napisać, związana jest jednak z osobą, która przyszła mi na myśl wraz z pomysłem na ten felieton. Chodzi mi dokładnie o mego idola z lat, powiedzmy, młodzieńczych, czyli Kazika Staszewskiego.

W skrócie – artysta zażądał od administratora nieoficjalnej, ale bardzo popularnej strony internetowej Kazika usunięcia reklam z serwisu, motywując to tym, iż Kazik Staszewski nigdy niczego nie reklamował. Niby racja, ale po pierwsze, reklamy są integralną częścią każdego chyba serwisu internetowego i nie znaczy to, że dany artysta je reklamuje, po drugie i ważniejsze – sam widziałem swego czasu na Juwenaliach występ Kazika z balonami reklamowymi w tle. Czyli sytuacja niemalże identyczna.

Sam Kazik przyznaje, że nie porusza się zbyt dobrze w sieci i nie zna wad i zalet Internetu. Oczywiście ma do tego święte prawo. Tym niemniej to kolejne kontrowersyjne (co nie znaczy, że niesłuszne) posunięcie tego artysty.

Bo w sumie pisać miałem o piractwie. Komputerowym, filmowym, muzycznym. A któż to zjawisko ujął najbardziej dosadnie, jak nie właśnie Kazik? To on, po wycieku jego najnowszej płyty do sieci, napisał krótkie, lapidarne zdanie:

„Każdy kto podniósł kradzione jest dla mnie kurwą.”

Brutalne? Oczywiście. Prawdziwe? Jak najbardziej.

W końcu to on jest artystą, twórcą i autorem tekstów. Skoro wykonuje pracę, oczekuje za to wynagrodzenia. To normalne. Tyle, że świat poszedł do przodu, niestety dla artystów aż za bardzo.

Kiedyś, w czasach, kiedy czerwone świnki odeszły na pewien czas w niepamięć, zdobycie kasety z nagraniem ulubionego artysty nie było specjalnie trudne. Prawa autorskie? A kto to słyszał o takich pomysłach! Szło się do sklepu czy nawet budki na kółkach, oblepionej od góry do dołu kasetami i kupowało za grosze. Fakt, czasem człowiek ze zdumieniem odkrywał, że jakość kasety (przegrywanej kilkukrotnie) jest… hmm… średniosłyszalna, a w dodatku piosenki na różnych wersjach kastety miały niekoniecznie te same długości.

Pamiętam, jak kupiłem niesamowitą płytę „Keeper of the Seven Keys II” zespołu Helloween. Dopiero kilka ładnych lat później dowiedziałem się, że przecudowny utwór tytułowy nie trwa cztery minuty, ale ponad trzynaście…

Ale to było kiedyś. Potem przyszedł czas oryginałów. Złoty czas studiowania, kiedy dzięki sklepikowi na ulicy Świętego Jana w Krakowie miałem całą ścianę w akademiku wyklejoną plakatami, dodawanymi do kaset w dniu premiery. To był chyba ten czas, kiedy wszystko pozornie podążało do normalności. Ale później rozpowszechnił się Internet…

I w zasadzie rynek powinien się załamać. Muzyczny, filmowy, komputerowy. Potrzebujemy jakiejś płyty? Przy dobrym łączu – minuta. Film? Nawet w niecałą godzinę się ściągnie. Gra? No, trochę dłużej, ale w jeden dzień da radę.

Dlaczego zatem muzycy nadal ochoczo nagrywają, powstają kolejne firmy produkujące niesamowite gry, dlaczego inwestuje się w film kwoty sięgające już setek milionów dolarów?

Czy powszechny dostęp do nawet najbardziej niszowych płyt jest przekleństwem, czy dobrodziejstwem? A może właśnie jesteśmy świadkami przełomu, w którym artyści nie zarabiają na wydaniu albumu, ale na tantiemach i koncertach? A tantiemy dostaje się wszak za jak najczęstsze granie utworów danego zespołu w radiu czy TV, a żeby na koncerty przyszli fani, ktoś musi zespół znać…

Czy to przyszłość muzyki? Płyty, wydawane na zasadzie free- albo donationware, czyli albo darmowe, albo za dobrowolną opłatą dla artysty?

Bo biorąc pod uwagę fakt, że twórca (no, przeciętny twórca) dostaje jakieś 5-10% ceny płyty – to jest to kwota, powiedzmy, między 3 a 5 zł z jednego albumu. A zatem lepiej chyba ściągnąć płytę (w minutę czy dwie), wypalić (nagrywarkę ma już chyba każdy) przelać artyście na konto te pięć złotych i cieszyć się legalną kopią niż zapłacić w sklepie 50 zł i zastanawiać się, do czyjej kieszeni 90% ceny płyty trafia.

Czy tak będzie przyszłość muzyki w świecie Internetu? Pozbycie się wszystkich hien i zarabianie na bezpośredniej łączności klient-artysta, wykorzystując popularne środki przekazu internetowego, czyli youtube i portale społecznościowe typu facebook?

Dokąd zmierza zero – jedynkowy świat muzyki?

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *