II miejsce w konkursie „Gdy demonem jest kobieta” – Czarownica

– Nie pali się. – Warknął Wielebny przez zaciśnięte zęby, starając się zachować spokojny wyraz twarzy.

Wielebny się nie mylił, mimo iż stos obłożono zgodnie z wytycznymi zawartymi w Malleus Maleficarum, czarownica nie chciała się palić. Nawet jej kręcone blond włosy nie zajęły się od ognia. Całe szczęście, że udało mi się przekonać Wielebnego, by egzekucję wykonać nie ku uciesze tłumu, ale potajemnie, o świcie na tyłach klasztoru Dominikanów.

Mogłem sobie wyobrazić, co też działoby się ze statecznymi, toruńskimi mieszczanami, gdyby ich udziałem stał się taki widok, jaki nam przyszło oglądać. Czarownica stała wciąż przykuta do drewnianego pala, stanowiącego serce stosu. Ubranie na niej dawno już spłonęło, zatem przez płomienie podziwiać można było jej zgrabne, nagie ciało.

Kto to widział, by czarownica miała anielsko kręcone, blond włosy?

Dominikanie wezwali mnie do tego przypadku listem, który sprawił, że porzuciłem swoje sprawy w Gdańsku i ruszyłem jak mogłem najprędzej do Torunia.

Patrzyłem wraz z Wielebnym na płonący stos, aż w końcu wydałem polecenie, by go ugasić. Gdy to się stało podszedłem do czarownicy, odpiąłem kajdany mocujące ją do drewnianego pala, nakryłem mnisim habitem (tylko to miałem do dyspozycji) i zaprowadziłem ją z powrotem do celi, mocno trzymając ją za skute z tyłu dłonie. Starałem się nie patrzeć jej w oczy, ale odetchnąłem dopiero, gdy zostawiłem ją samą w celi. Nie ma co, piękny początek dnia.
Sprawa z czarownicą Małgorzatą zaczęła się, jak dziesiątki innych tego typu spraw. Polska to nie Hiszpania, my swoich Dominikanów trzymamy tam gdzie ich psie miejsce- w budzie. Nie dajemy im zanadto szaleć, nie pozwalamy, by rozpętali histerię procesów i stosów, a większość sądów kończy się u nas uniewinnieniem. Jednak czasem pomiędzy pomówieniami zazdrosnych kochanków, czy zdradzanych mężów, pomiędzy znachorkami i wróżbiarkami trafia się ktoś taki, jak Małgorzata.

Mieszkała w mieście od dawna, prowadziła aptekę, w której można było kupić medykamenty, oraz niewielki zamtuzik. Właśnie ów drugi interes był solą w oku pewnego człowieka interesu, który w końcu przekupił kogo trzeba, by aresztować piękną Małgorzatę. Poszło o małpi gaj, czyli ten fragment lewego brzegu Torunia, gdzie wyrzucano pozbawione odzienia kobiety, uznawane za wszeteczne. Od dawien dawna był to dla toruńskich alfonsów teren, z którego wyłapywano bezbronne kobiety i zmuszano je do pracy dla nowych opiekunów.
Jednak nagle łapacze zaczęli wracać z niczym. Okazało się, że jakimś cudownym zbiegiem okoliczności wyrzucone kobiety zaczynały pracować dla panny Małgorzaty.
Właścicielkę apteki aresztowano, oskarżając ją o czary.

Trzeba przyznać, że przeor klasztoru Dominikanów, zwany przeze mnie Wielebnym, doskonale wiedział, co jest przyczyną pomówienia. Z tego co udało mi się ustalić zaproponował Małgorzacie, odstąpienie od oskarżenia, pod warunkiem, iż zamknie zamtuz. Był nawet na tyle miły, że obiecał jej pozostawienie w spokoju apteki. Jakież było jego zdziwienie, gdy Małgorzata odmówiła. Kiedy nie dało się sprawy załatwić po dobroci, Wielebny podpisał pergamin zalecający tortury. Nie dlatego, że popierał tezę iż Confessio est regina probationym . Zapewne myślał, że wystarczy blond aptekarce pokazać katowskie narzędzia, by zmiękła i ustąpiła.
I wtedy się zaczęło.
Małgorzata, wtedy jeszcze aptekarka Małgorzata, wyśmiała Wielebnego i towarzyszącego jej kata zbluzgała obu czym świat stoi, przepowiedziała im rychłą i bolesną śmierć, poczym napluła na krucyfiks.
Gdy zaczęto ją torturować początkowo kat myślał, że jest po prostu twarda, twardsza niż ktokolwiek inny. Jednak gdy śruba w Hiszpańskim Trzewiku pękła, a na stopie Małgorzaty nie było znać żadnej rany kat przeraził się nie na żarty. Wielebny zza swojego biurka był bardziej odważny, zalecając kolejne tortury. Może po prostu nie do końca rozumiał, co też właściwie przekazują mu kolejni, wysyłani przez kata, posłańcy.

Przypalanie nie zostawiało żadnych śladów na bladej skórze Małgorzaty, posadzona na krześle inkwizytorskim siedziała nań wygodnie, naśmiewając się z torturującego ją oprawcy. Kolce w ogóle nie raniły kobiety, gdy na dokładkę żadną ludzką siłą nie dało się nawet zadrasnąć jej skóry, kat wpadł w panikę.
A po dwóch dniach został zamordowany w jakiejś nożowej rozprawie.
Na Dominikanów padł blady strach. Wtedy wezwano mnie na pomoc.
Głupcy! Uważali mnie za rodzaj amuletu, którego w towarzystwie nic im nie grozi. Gdy tylko się pojawiłem, wbrew mojej opinii bez dalszych przesłuchań, zatwierdzili wyrok śmierci poprzez stos. Dobrze, że udało mi się ich powstrzymać przed publiczną egzekucją.

Czarownica Małgorzata leżała teraz w swojej celi, a mnie czekało ponowne czytanie akt sprawy. Jeśli czegoś w moim fachu nie lubię, to siedzenia za biurkiem. Nie jestem pióroktratą, za jakiego uważają mnie moi przełożeni. Całą piórokrację uważam za zło gorsze nawet niż czary i powiem wam szczerze, uważam, że ludzie dożyją takich czasów, gdy czarownic i czarowników już nie będzie, a piórokracja pozostanie. I wierzcie mi, będzie nas kosztować więcej. niż wszystkie czarownice.

Oskarżenie było powodowane niskimi pobudkami, jednak pewne poszlaki zebrane na początku procesu wskazywały na powiązania ślicznej aptekarki z mocami piekielnymi. Pierwotnie były one tuszowane przez Wielebnego, który najwyraźniej miał na sprawę własny pogląd. Nie chciał skazywać Małgorzaty, a jedynie zamknąć jej interes.
Interesujące były zeznania głównego świadka, który oprócz standardowych opowieści, o lataniu nago na miotle i zjadaniu noworodków, wspomniał też o malowaniu ciała dziegciem. A to już poważniejsza sprawa, bo w przeciwieństwie do poprzednich – prawdziwa. Cóż, nie musiałem być geniuszem, by zrozumieć, że akta tej sprawy są w dużej mierze zakłamane, między innymi po to, by zmylić takich jak ja.

Czy ludzie nie potrafią pojąć, że czary to realne zagrożenie i nie można sobie z nimi igrać? Wielu prowincjonalnych łowców, jak nasz Wielebny, uważało, że oto ktoś dał im w ręce władzę, pozwalając skazywać za czary kogo popadnie. Może w Hiszpanii, ale nie tutaj. Nic dziwnego, że gdy jakimś zbiegiem okoliczności trafiali na prawdziwych popleczników diabła gubili się, nie wiedząc co robić.
Zostawiłem te dokumenty dzień był jeszcze wczesny. Ubrałem na kolczugę czarny płaszcz, pod którym ukryłem jednoręczny miecz. Tyle jeśli chodzi o obronę ciała, teraz należało zabezpieczyć ducha, założyłem wielki krucyfiks na szyję, na rekonesans w aptece i znajdującym się nad nimi mieszkaniu Małgorzaty powinno to w zupełności wystarczyć.

Zwłaszcza, że krucyfiks wpadał w rezonans i inne amulety stawały się przy nim niestabilne.
Wiem, że w Malleus Maleficarum zapisano, iż krzyż jest najpotężniejszą ochroną przeciw siłom nieczystym, była to jedna z wielu bredni znajdujących się w tej księdze. Prawdziwą wiedzę zdobywa się w terenie. Jeśli chciałem dowiedzieć się co tak naprawdę się działo musiałem ruszyć się zza biurka.

Apteka znajdowała się zaledwie ćwierć wiorsty od klasztoru Dominikanów, zaiste najciemniej pod latarnią. Wprawdzie wśród zabezpieczonych w toku procesu rzeczy Małgorzaty znajdowały się również klucze od apteki, jednak by je wydostać z klasztornego deficytu musiałbym wypełnić cały stos piórokratycznych dokumentów i odpowiedzieć na wiele niewygodnych pytań. Zresztą zamek był tak banalny, że wygodniej było go otworzyć wytrychem.

Wnętrze apteki prezentowało się nad wyraz okazale, aż dziw, że poplecznicy Wielebnego nie rozkradli jeszcze znajdujących się tu specyfików. To co znalazłem w pierwszej sali świadczyło o prawdziwym kunszcie aptekarki. O kunszcie tak, o wykorzystaniu mocy, nie. Nawet wysilając umysł do granic możliwości nie wyczuwałem magii. Ruszyłem do następnego pomieszczenia. I wdepnąłem w, za przeproszeniem, pentagram.
A ja się uważam za specjalistę. Pułapka była tak banalna, że złapać się mógł w nią jedynie nowicjusz, albo taki zadufany w sobie skurczybyk, jak ja. Pentagram wymalowano pod niewielkim dywanikiem, o który najpewniej goście mieli wycierać nogi, a ja wierzcie, lub nie nim się zorientowałem, że stoję w pentagramie sam grzecznie wytarłem obuwie.
Ostrożnie wyciągnąłem krucyfiks i w jego świetle obejrzałem pentagram. Przez leżący na podłodze chodnik nie dało się zrobić tego dokładnie, ale rysunek był bardzo precyzyjny. Zatem zniknęła jedna wątpliwość. Więziona Małgorzata była czarownicą, a nie świętą.

Takie pomyłki się zdarzają. Nie zawsze są to pomyłki. Joanna D’arc też nie chciała płonąć i finalnie zamknięto ją w klasztorze, w jej miejsce paląc jakąś wieśniaczkę. Ale tam to była wielka polityka, a tutaj?
Odpędziłem natrętne myśli, pentagram to nic innego, jak uśpiony czar. To czy przeżyję zależało teraz od tego co to był za czar i jak był silny. Złożyłem palce w znaki ochronne, jednak atak nie nadchodził. Zamiast tego najdalsza ściana pomieszczenia zaczęła jarzyć się dziwnym światłem. Najpierw dostrzegłem płomienie i przez ułamek sekundy opanowała mnie panika, jednak płomienie nie były rzeczywiste. Czar w pentagramie nie było niebezpieczny, dlatego go nie zauważyłem. Ściana przede mną wypełniła się obrazem, żywym obrazem, wyraźnym choć lekko rozmytym.

Obrazem dzisiejszej egzekucji.

Gdy minął strach zacząłem wyłapywać drobne nieścisłości. Na przykład ja byłem ubrany w czerwony, inkwizytorski płaszcz, a na dzisiejszą ceremonie przyszedłem po cywilnemu. To nie był obraz dzisiejszej egzekucji, ktoś go stworzył na podstawie czyjejś wizji. I zrobił to już po tym, jak Dominikanie przeszukali pracownię Małgorzaty. Patrzyłem się wciąż na zmieniający się obraz, teraz w całości wypełniała go moja twarz. Potem obraz powędrował na Wielebnego, który przekazał jakiś pakunek stojącemu za nim mężczyźnie. Mężczyźnie, którego nie było na dzisiejszej egzekucji. Następnie obraz skupił się na twarzy tego mężczyzny, by zgasnąć. Poczułem, jak czar uwięziony w pentagramie, wypala się do reszty. Byłem wolny.

Ten czar to była starannie przygotowana wizja, wizja przeznaczona właśnie dla mnie. Ktoś chciał mi coś przekazać, lub mną zmanipulować.

Przeszukałem zaplecze apteki, ale niewiele tutaj znalazłem poza aparaturą do tworzenia pierwszej esencji, będącej podstawą wielu trudnych do sporządzenia lekarstw. Pierwsza esencja to alkohol w najczystszej postaci.
Z apteki udałem się do znajdującego się nad nią mieszkania Małgorzaty i starannie przetrząsałem każdy jego centymetr. W końcu mój trud został nagrodzony.
Za obrazem z najświętszą panienką, znajdowała się niewielka półeczka, nie do dostrzeżenia bez użycia magii. Odnajdowanie takich skrytek to element mojego treningu.

W skrytce znalazłem pieniądze, dużo pieniędzy. I list, adresowany do mnie, w którym zapisano bym strzegł się idów marcowych.

Byłem wściekły, ktoś najwyraźniej bawił się moim kosztem. Wyszedłem z apteki i udałem się do drugiego miejsca, w którym Małgorzata prowadziła swoje interesy. Tutaj również posłużyłem się wytrychem. Wygląd wnętrza pomieszczenia był zgoła odmienny niż apteki. Zamtuzik został przetrząśnięty i zdemolowany. Przez szpary w okiennicach dostawało się tu dość światła, by ukazać niegdyś bogato wyposażone wnętrze poczekalni. Teraz wypełniały je potrzaskane meble. Wszędzie unosiło się pierze. Panienek oczywiście nie było, gdy tylko zatrzymano Małgorzatę jej interes został rozkradziony przez konkurencję. Wyraźnie widać było, że ktoś czegoś szukał, zatem i ja zabrałem się za poszukiwania.

Znowu magiczna skrytka, ukryta za półeczką, w której znalazłem starannie wyprawione jelita pozwalające dziewczynkom Małgorzaty unikać niechcianych dzieci. Tym razem w skrytce znalazłem notes oprawiony skórą ze stronnicami z czerpanego papieru. Zawierał spis klientów.
Usłyszałem jakiś odgłos i odwróciłem się.
Bandytów było ich dwóch. W dłoniach trzymali długie tasaki. Byli ubrani w przeszywanice, niewątpliwie nie znaleźli się tutaj przypadkiem.
– Witamy wielebnego ojca. – Powiedział wyższy z nich, pewnie zmylił go mój płaszcz w tym niezbyt jasnym pomieszczeniu przypominający habit.
– Wydaje się nam, że znalazł Pan naszą własność, wielebny ojcze, naprawdę będzie lepiej jeśli zwróci ją pan, że tak się wyrażę, po dobroci. – tym razem odezwał się niższy z nich, podchodzili dość pewnie, zatrzymali się jednak, gdy wyciągnąłem ukryty do tej pory miecz.
– Aha, – powiedział ten niższy. – Znaczy się wybieramy bardziej bolesną metodę.

Nie podobał mi się sposób, w jaki się wysławiał, świadczył o wykształceniu.
Ruszyli na mnie z wprawą zdobyta w wielu podobnych sytuacjach. Starali się wykorzystać przewagę liczebną i jeden z nich, ten wyższy usiłował zajść mnie od tyłu.

Zginął trafiony w szyję.
Niższy nie był idiotą. Nie chciał pomścić towarzysza. Błyskawicznie ocenił swoje szanse i próbował zwiać. Pozwoliłem mu na to, naznaczając go jednak runem tropienia. Byłem prawdziwie zdziwiony, gdy obserwując drogę jego ucieczki uświadomiłem sobie, że skierował się prosto do klasztoru Dominikanów.
Trzeba przyznać Małgorzacie, że miała nietypowe podejście do interesów. Szła w jakość nie w ilość, i choć jej zamtuz nie miał wielu klientów, to zebrała się tutaj cała śmietanka towarzyska Torunia. Wielebny był wśród klientów Małgorzaty.

Opuściłem wnętrze zamtuza nie przejmując się zanadto leżącym na podłodze trupem, oczywiście mogłem całe zdarzenie opisać w raporcie. To jednak pociągałoby za sobą tak wielką dozę piórokracji, że wolałem zostawić sprawę strażnikom miejskim, by sami poprowadzili śledztwo i zamknęli je z powodu braku podejrzanego. Jeśli jakimś niezbadanym wyrokiem boskim strażnicy trafiliby do mnie, po prostu wyłgam się, że zapomniałem wpisać tego trupa do raportu.

Miałem większe zmartwienia na głowie. Wielebny najwyraźniej nie był aż tak wielebny, za jakiego chciał uchodzić. Pal licho to, że odwiedzał zamtuz, w końcu wszyscy to robili. Może nawet lepiej, że jest normalnym mężczyzną, a nie sodomitą. Gorzej, że najwyraźniej był znacznie bardziej zamieszany w całą sprawę, niż pierwotnie sądziłem. Mógłbym przymknąć oko na to, że rozkazał aresztować Małgorzatę najwyraźniej na czyjeś zlecenie. W końcu dzięki temu zupełnie niechcący pochwycił naprawdę wykwalifikowaną wiedźmę, nie jakąś tam wiejską czarownicę, mozolnie klecącą nad kociołkiem proste uroki.
Jednak wynajęcie zabójców, czekający na kogoś wystarczająco sprytnego, by odnaleźć notatnik Małgorzaty, to już była inna sprawa.

Być może się myliłem i Wielebny po prostu spanikował chcąc odzyskać ten notatnik.
Jasne przecież na pewno rozmawiał z Małgorzatą w cztery oczy, wtedy mu zagroziła, że ktoś odnajdzie ten notatnik i rozgłosi… Właściwie co rozgłosi, że przeor klasztoru Dominikanów chadza do zamtuza? Ktokolwiek to usłyszy najwyżej wzruszy ramionami, nawet jeśli uwierzy słowom, zapisanym w tym notesie.
Ruszyłem prosto do klasztoru, musiałem poważnie porozmawiać z Wielebnym. W takich chwilach wybaczcie mi, często działam instynktownie, zdając się na intuicję. Może powinienem przygotować sobie listę pytań, jednak moim zdaniem takie działania usypiają w nas intuicję.

W komnacie Wielebnego zastałem dwóch innych mnichów wyprosiłem ich jednym gestem dłoni.
-Panie przeorze, uważam, ze musimy porozmawiać. – nie lubię długich wstępów, mówiąc to po prostu rzuciłem notatnik wiedźmy Małgorzaty na jago biurko. Zareagował tak jakbym rzucił na jego biurko koński nawóz. Z wyraźnym ociąganiem podniósł notatnik.
-Jest tam kilka interesujących wpisów, panie przeorze. – powiedziałem, patrząc się na niego z góry.
-Chciałbym się wyspowiadać. – powiedział powoli, jakby ociągając się.
-I to koniecznie, jednak ja nie będę pańskim spowiednikiem przeorze, to by mi zamknęło usta tajemnicą spowiedzi. A ja nie potrzebuję spowiedzi, a szczerości, co jeszcze ukrywacie przeorze? – przeor zaczął się bać, wiem bo ćwiczą nas w ocenianiu ludzkich zachowań.

-Nic więcej nie wiem.- skłamał przeor.
-Wierzę – odparłem, przeor kogoś ochraniał, kogoś kogo bał się bardziej niż mnie. Muszę przyznać, że poczułem się nieomal urażony. Jakim to cudem ja, Inkwizytor Papieski wzbudzałem w Przeorzynie prowincjonalnego toruńskiego klasztoru strach mniejszy niż… Właśnie niż kto?
To nie był czas na zgadywanie. Pożegnałem Wielebnego i ruszyłem do celi do której dziś rano odprowadziłem czarownicę Małgorzatę.
Wiele się mogłem spodziewać, ale nie tego, że zastanę ją modlącą się. Zwłaszcza, że gdy ją odprowadzałem do celi miała dłonie skute za plecami.

Odwróciła się w moją stronę. W mnisim habicie, ze związanymi włosami wyglądała jak uosobienie niewinności.
-Kajdany – powiedziałem patrząc się na nią uważnie.
-Zdjęłam je, przeszkadzały mi w modlitwie
Jakim cudem je zdjęła, o co u licha chodziło z tą modlitwą?
-Wiesz kim jestem? – spytałem.
-Jesteś Jan Koropirston, inkwizytor papieski, czekałam na ciebie. – wstała z klęczek i ruszyła w moją stronę, ale zatrzymała się gdy świsnął wyciągany z pochwy miecz, a jego czubek znalazł się przy jej szyi. Jednak jej spojrzenie mówiło mi, że i ona się mnie nie boi. Co za miasto ten Toruń, że papieski inkwizytor nie jest otaczany należytym szacunkiem i… strachem.
-Co masz na myśli, mówiąc, że na mnie czekałaś? – pożałowałem nagle, że przyszedłem tutaj jedynie z krzyżem na szyi, moje amulety ochronne bardziej by mi się teraz przydały.
-Widzisz, my czarownice też się czegoś uczymy, na przykład tego jak nie dać się zabić. Obcujemy z siłami nieczystymi, ale to nie oznacza, że jesteśmy szalone. Przynajmniej nie wszystkie. – uśmiechnęła się delikatnie, oj zdecydowanie przydałby mi się amulet od uroków.
-Do czego zmierzasz?

Powinienem był powiedzieć „Do czego zmierzasz Wiedźmo?!” potem zawołać kilku rosłych mnichów, by ją skrępowali. Przynajmniej tak mnie uczono na szkoleniach. Jednak już wam mówiłem, że nie lubię postępować książkowo, niektóre nasze poradniki powinny płonąc na stosie, razem z czarownicami.
-Wiesz dobrze, że papiestwo dużo bardziej od wyznawców szatana zwalcza tak zwanych heretyków. Odstępstwo od dogmatów jest dla Papieża dużo większym zagrożeniem, niż działanie czcicieli diabła. My mamy podobnie, o czym zapewne również wiesz. – Zdecydowanie starała się mnie oczarować, na szczęście byłem uodporniony.
-Do czego zmierzasz? – Schowałem miecz do pochwy, a ona usiadła na podłodze ze skrzyżowanymi nogami.
-My też mamy swoich inkwizytorów, choć najczęściej, to wam pozwalamy wykonać wyrok. Wy się cieszycie, że złapaliście prawdziwego sługę szatana, my pozbywamy się czarnej owcy z naszego stada. – uśmiechnęła się.
-Chcesz mi wmówić, że sterujecie poczynaniami inkwizycji?
Wiele łgarstw słyszałem w salach podobnych do tej, jednak to było chyba najbezczelniejsze.
-Osądzić jest znacznie łatwiej niż odnaleźć. Zresztą doskonale o tym wiesz, gdy już znajdziecie sługę szatana, sąd i znalezienie dowodów winy nie jest sprawą trudną.
-Do rzeczy panno Małgorzato, nie mam całego dnia. – właściwie w jej opowieściach mogło się kryć ziarno prawdy. Niezwykle rzadko udawało nam się wyciągnąć od skazanego jakieś bardziej użytecznie informacje. Nie, żeby nie chcieli mówić, każdy z nich zaklinał się na wszelkie świętości, że po prostu nie pamięta. Że nie wie, z kim latał na sabaty przez pięćdziesiąt, sto, lub więcej lat. Że nie zna innych, że praktykował zawsze sam.

-Ja jestem takim twoim odpowiednikiem w naszej instytucji. Szukam tych, którzy odstępują od tego, co można by nazwać głównym nurtem. Takich, którzy przekraczają granice, których przekraczać nie należy. Zbyt zachłannych wiedzy, zbyt chorych na władzę, nadto nienawistnych, ponad wszelką miarę złych. – powiedziała czarownica i nabrawszy powietrza kontynuowała.

-Bo widzisz Inkwizytorze, są na tym świecie rzeczy o których nie śniło się filozofom. Nie sądziłam na przykład, że kiedykolwiek będę wprost prosić inkwizytora papieskiego o pomoc, a ty inkwizytorze nie sądziłeś pewnie nigdy, że pomożesz czarownicy.
Znowu uśmiech i spojrzenie chabrowych oczu, byłem pewny, że każdy inny na moim miejscu uległ by samemu jej wyglądowi. Jednak nie ze mną te numery czarownico!
-Nigdy nie powiedziałem, że ci pomogę, co więcej nie mam najmniejszego zamiaru. Jesteś czarownicą, popleczniczką Lucyfera. Z samej definicji jesteś zła. – nie mogłem się powstrzymać i teraz to ja uśmiechnąłem się do niej.
-Lucyfer był kiedyś bardzo ważna osobą w niebie. Pamiętaj o tym, gdy będziesz chciał mnie oceniać. Rozważając pojęcie zła, zawsze dochodzimy do wniosku, że istnieje zło mniejsze i większe. Ja jestem mniejszym złem. Prawdę powiedziawszy nie jestem taka zła jak mnie malują. Mieszkam w tym mieście i staram się nikomu nie robić krzywdy.

Owszem, rzucam czasem uroki, ale nie robię tego za darmo. Jestem zatem jedynie narzędziem w czyimś ręku. Czy to wina miecza, że jest ostry?
-Nie jesteś Małgorzato, mieczem, miecz nie ma woli, a tobie dane jest wybierać. Nie zrzucaj winy na tych, którzy płacą ci za uroki , bowiem gdybyś nie świadczyła swoich usług nikt by z nich nie korzystał. – wycelowałem w nią oskarżycielski palec.
-Gówno prawda, panie Inkwizytorze! Ten który zamawia urok jest tak samo winny, jak czarownica. Mówisz teraz jak wszyscy mieszczanie, których żony przyłapały na kurwieniu się. Ileż razy to już słyszałem, że to wszystko wina ladacznicy, że omotała, że zwiodła.
-Zapomniałem, że mam do czynienia nie tylko z czarownicą, ale burdelmamą i nierządnicą.
Szarpała bolesną strunę, przy wielu procesach o czary, nagle okazywało się, że należałoby skazać jakiegoś znacznego mieszczanina czy szlachcica, bogatego kupca lub dziedzica znamienitego rodu. Nawet koronowane głowy chętnie korzystały z pomocy czarów. Wszem i wobec wiadomo było, że niejeden zamawiający uroki nie kończył swego żywota tak jak czarownica, oczywiście wcześniej uiściwszy szczodry datek na święte cele.
-Nie jestem nierządnicą, moje ciało jest moją własnością. Po prostu roztoczyłam opiekę nad kilkoma dziewczętami. A ty nie broń swoich świętoszków! Wiedz, że gdyby dano im szansę, to drzemią w nich pokłady bestialstwa, jakich nie zaznasz u nas czarownic. Myślisz, że ludzie działają z podkuszenia diabła? O, nie! To właśnie oni mają wolną wolę!

Zostawmy te pożałowania godne dyskursy. Wiesz zapewne, że mogłam po prostu zamknąć zamtuz i wyjść wolna. Zastanowiło cię dlaczego tak nie zrobiłam? – właśnie to chciałem wiedzieć, właśnie dlatego przyjechałem do Torunia.
-Mów zatem czarownico, dlaczego nie zwiodłaś czujności naszych dominikańskich przyjaciół i dlaczego zdecydowałaś się ujawnić?
Popatrzyła na mnie i westchnęła ciężko.
-Bo cię potrzebowałam Janie Koropirston, Inkwizytorze Papieski. Mówiłam ci, że są wśród nas tacy, których nawet my chcemy się pozbyć. Miesiąc temu ze słomianym wieńcem na głowie wygnano z Torunia wprost na Kępę Bazarową, niejaką Angelikę Kieler. Owa młoda dama mimo anielskiego imienia trudniła się zawodem iście nie anielskim. Jednak oprócz niewątpliwego talentu do zabawiania mężczyzn, posiada również inne ciekawe umiejętności. Jest wieszczką o fenomenalnym wręcz ilorazie zgodności, znasz to pojęcie?

-Iloraz zgodności, czyli stosunek trafnych wieszczb do wieszczb wygłoszonych – odparłem czując się, jak na zajęciach.
-Właśnie. U niej był bliski jedności, jednak Angelika zupełnie nie chciała się zajmować wieszczbami. Zamiast tego z niemałym oddaniem uprawiała swój zawód. Nie miałam wyjścia, zorganizowałam jej wygnanie do małpiego gaju i stamtąd ja pochwyciłam. I wtedy pojawił się renegat –  czarownik potężniejszy, niż niejeden mistrz. Jak się okazało sprzątnęłam mu Angelikę sprzed samego nosa.
-Skoro miałaś w swej mocy wieszczkę o tak wysokim współczynniku zgodności, to jakim cudem dałaś się przechytrzyć? – zapytałem.
Nagle odniosłem wrażenie, że przestała na mnie używać swoich kobiecych sztuczek. Stała się bardziej rzeczowa, oszczędniejsza w gestach.
-Angelika, jak każda wieszczka, ma swoje fatum. Dla niej jest to kolor niebieski. Gdy zaczyna dominować w przepowiedni, znaczy to, że wieszczba jest fałszywa. Nie dziw mi się zatem, że gdy wywieszczyła mi dwunastu inkwizytorów w niebieskich habitach, uznałam to za kolejną chybioną wizję. Tymczasem oni dokładnie tak po mnie przyszli, w niebieskich habitach zawlekli mnie do niebieskiego wozu więziennego. – powiedziała.
W raporcie nie było o tym ani słowa.
-Co zatem chcesz bym uczynił? – zapytałem.
-Nie potrafiłam go wytropić, wiedziałam, że gdzieś krąży dookoła. Jednak był zbyt silny i to on zaatakował pierwszy.

Musisz go znaleźć inkwizytorze i odebrać mu Angelikę. Nie potrafię sobie wyobrazić jak potężny się stanie, gdy zacznie wykorzystywać jej moc. – rzeczowa czarownica, zamiast starającego się uwodzić wampa, zdecydowanie było jej z tym do twarzy.
-Mam wytropić i zgładzić czarnoksiężnika? – upewniłem się.
-Przecież podobno to twój zawód. – odrzekła uśmiechając się do mnie – Szukaj Angeliki, szukaj tego, kto roztoczył opiekę nad moimi dziewczętami. Czarnoksiężnik będzie gdzieś w jego pobliżu.
-Jest niebezpieczny? – zapytałem, a Małgorzata odparła z uśmiechem:
-Poplecznicy przeora nawet nie zdołali zadrasnąć mojej skóry. On jest bardziej niebezpieczny niż ja. – cóż, nikt mi w seminarium inkwizytorskim nie obiecywał, ze będzie łatwo. Wyszedłem z celi nie trudząc się z zakładaniem Małgorzacie kajdan. Było dla mnie oczywiste, iż ucieknie z klasztoru kiedy tylko zechce.

Zacząłem rozmyślać o całej tej sprawie. Wiedźma, której nie sposób zranić dobrowolnie poddająca się torturom, Wielebny, który coś ukrywa, wieszczka, z wysokim ilorazem zgodności, ktoś, kto pozostawia mi ślady. No i ten, który zorganizował schwytanie Małgorzaty. To było jak jakaś gigantyczna partia szachów, w której nieoczekiwanie dla siebie znalazłem się pośrodku szachownicy. Nawet nie odróżniałem sprzymierzeńców od wrogów.
Strzeż się idów marcowych, na Boga, przecież piętnasty marca wypadał dziś!
Juliusza Cezara zabili spiskowcy wśród których był jego ukochany Brutus. Czy na mnie też już ogłoszono marcowe idy?
Wielebny na początku chciał jedynie, na zlecenie innego alfonsa, zamknąć zamtuz czarownicy. Gdy znalazła się w celi, a jej panienki trafiły do nowego opiekuna, wtedy podjęła swoją grę.

Zatem moim kolejnym rozmówcą powinien być kupiec, którego zeznania obciążały Małgorzatę, właściciel konkurencyjnego burdelu.

Dotarłem pod niewielką kamienicę, jak doskonale wiedziałem w całości przerobioną na dom uciech. Poczekalnia wyglądała znacznie gorzej niż ta, którą swoim bywalcom udostępniała Małgorzata. Gdy wszedłem, w moim kierunku ruszyło dwóch osiłków. Kazałem im wołać właściciela. Na sam dźwięk słów „Święte Oficjum” stali się jakby mniejsi.

Jedną z ulubionych zabaw moich kolegów po fachu jest nawiedzanie od czasu do czasu Bogu ducha winnych mieszczan, kupców czy szlachciców. Sprawdzamy, jak reagują na odwiedziny inkwizytora. Już niejeden całkiem cenny ptaszek wpadł w nasze ręce, jedynie dlatego, że zaczął uciekać przy takiej nieomal towarzyskiej wizycie. Zazwyczaj odwiedzamy wtedy delikwenta, witamy się z nim jak z dawno niewidzianym przyjacielem i zaczynami z nim rozmawiać swobodnym tonem. Wierzcie lub nie, działa często lepiej niż tortury.

Miałem zamiar zrobić dokładnie tak samo, jednak gdy osiłek pełniący funkcję odźwiernego z dziwną miną wrócił z gabinetu swego szefa, już wiedziałem, że sprawy nie potoczą się tak łatwo.
-Wasza świętobliwość. – zwrócił się do mnie. – Pan Jasper nie żyje, zamordowano go.
Ruszyłem do komnaty właściciela zamtuza i z rozmachem otworzyłem drzwi jego gabinetu. Leżał na wznak z szeroko otwartymi oczyma, na których zastygł wyraz niebotycznego zdziwienia. Nie widziałem żadnej rany, niczego, co mogłoby spowodować zgon.
-Nowa panienka, Angelika – warknąłem chwytając odźwiernego za wszarz. – Gdzie jest?
-Nie ma jej od dwóch dni. Trafił jej się klient, który zapłacił za tydzień z góry. – odpowiedział odźwierny.
-Gdzie jest?! – wrzasnąłem.

Miałem dość tej zabawy w kotka i myszkę. Właściciel zamtuza zginął, bo Angelika wywieszczyła swojemu nowemu panu, że do niego dotrę. To straszne, że ktoś zna moje ruchy nim ja sam je wykonam, czy też nawet zaplanuję.
Odźwierny podał mi adres i wybiegłem z zamtuza.
I wtedy po przeciwnej stronie ulicy dostrzegłem mężczyznę, którego już dziś widziałem. Była to postać z wizji, która zaklęta byłą w pentagramie w domu Małgorzaty, postać mężczyzny któremu Wielebny przekazywał pakunek. Oczywiście mój wzrok spoczął na nim najwyżej przez ułamek sekundy. Potem ruszyłem w swoją stronę, dbając o to, by zapamiętał jak odchodzę.

Potem zacząłem go śledzić, bez użycia magii, jeśli to był mój czarnoksiężnik zakładałem, że włada nią lepiej niż ja.
Doprowadził mnie ulicą żeglarską do samej nieomal bramy miejskiej, dopiero tam skręcił w niewielkie podwórze. Zdołałem jeszcze dostrzec jak kluczem otwiera jedne z drzwi w suterenie. Z bliska dom silnie emanował magią.
Właściwie więcej nie potrzebowałem wiedzieć. Czarownica Małgorzata słusznie zauważyła, że nam inkwizytorom wystarcza wiedza. Zbieranie dowodów zostawiamy katom. Mogłem wezwać Dominikanów i otoczyć budynek tak, że nikt by się nie wyśliznął.

Ale nie mogłem ufać Wielebnemu.

To był pracowity dzień, ale dla mnie oznaczał jeszcze bardziej pracowitą noc mogłem tam wejść sam, wyposażony we wszystkie moje amulety ochronne. Miałem jednak lepszy pomysł.
-Mam dla ciebie propozycję. – stałem w drzwiach celi Małgorzaty.
Zmierzchało już gdy do niej wchodziłem. Droga powrotna zajęła mi więcej czasu niż się spodziewałem. Wszystko dlatego, że musiałem kupić odzienie dla dwojga. Toruń to doprawdy prowincje, w Gdańsku dostałbym każde ubranie jakie by mi się zamarzyło i to w dowolnym kolorze. Tutaj musiałem się nieźle nachodzić, by kupić cokolwiek niebieskiego.

-Do twych usług Inkwizytorze – odpowiedziała, zrzucając z siebie mnisi habit i zakładając niebieską suknię.
Obejrzałem ją sobie dość dokładnie, a wierzcie mi było na co popatrzeć.
-Wiem gdzie ukrył się nasz wróg, wiem też, że od dwóch dni ma na swoje usługi Angelikę. Spróbujemy przeciw niemu tego samego fortelu, którym posłużył się przeciwko tobie. Nawet jeśli Angelika przewidziała mu w wizjach nasze najście potraktuje to jako fałszywe proroctwo. – przynajmniej taką miałem nadzieję.
Nim ruszyliśmy odwiedziłem jeszcze swoją celę, gdzie zamieniłem krucyfiks na cały pęk innych amuletów. Fakt, krzyż był bardziej uniwersalny, ale moja kolekcja zabezpieczała dużo lepiej.
-Po tym wszystkim, ja zachowam Angelikę, a ty zatrzymasz sobie naszego przeciwnika, zgoda? – zapytała Małgorzata, niby czarownica, a tak naiwna.
-Zgoda. – skłamałem, ale obiecałem sobie, że nie pozwolę, by  stała jej się krzywda, w imię że tak powiem sprawiedliwości i uznania zasług.

Gdy szliśmy ulicą Żeglarską uświadomiłem sobie jak bardzo pracowity dzień miałem za sobą, nagle poczułem niepokój, przecież wszystko to będę musiał spisać w raporcie.

Rozprawy z czarownikiem nie obawiałem się zanadto. Liczyłem, iż uda mi się go zaskoczyć. Zresztą nie był to pierwszy czarownik z jakim miałem do czynienia. Może będzie trochę dymu i błysków, ale nie sądzę by był naprawdę niebezpieczny. Zresztą miałem wsparcie jakiego zwykle nie miewałem na tego typu imprezach. Czarownica Małgorzata, musze przyznać, zaskoczyła mnie pozytywnie. Bez problemu nawiązałem z nią więź telepatyczną i teraz sprawnie i szybko wypełniała moje polecenia. Przewidziałem jej rolę przynęty.
Najlepsze są proste akcje, zatem Małgorzata stanęła przed drzwiami i po prostu w nie zapukała. Ja czekałem w ukryciu gotów przechwycić czarnoksiężnika.

Jednak drzwi otworzyła, nierządnica o zdolnościach wieszczki, Angelika. Małgorzata uśmiechnęła się na jej widok i weszła do środka, kobiety ruszyły wąskim korytarzem, a ja po kryjomu wśliznąłem się za nimi przez drzwi.
O brak dowodów nie musiałem się obawiać, kabalistyczne znaki wymalowano nawet w przedpokoju, dalej była wielka komnata rozświetlona ogniem tysiąca świec, pośrodku komnaty w wielkim drewnianym fotelu siedział On. Człowiek z mojej wizji. Czarnoksiężnik.
-Witam bracie w czarnej magii. – zwróciła się do niego Małgorzata. – Masz coś, co należy do mnie.
Angelika jakby nieświadoma tego, że to o nią tu idzie, usiadła w tym czasie na wielkim łożu, jedynym oprócz fotela meblu, jaki dostrzegłem w tym pomieszczeniu.

-Panna Małgorzata, czyżby Dominikańskie psy nie dość uważnie cię pilnowały? A mówiłem im, nie możecie je niedoceniać tylko z powodu koloru włosów. Bo wiesz droga Małgorzato, ja cię szanuję… – dostrzegłem, że czarnoksiężnik przesuwa dłoń w kierunku kulistego ornamentu na swoim tronie. Wysłałem telepatyczny impuls do Małgorzaty, a ta skoczyła na czarnoksiężnika, jak ryś. W samą porę, bowiem w miejscu, a którym przed chwilą stała otworzyła się zapadnia.
Zwarli się w bójce czarnoksiężnik z czarownicą, rażąc się z bliska czarami i urokami. Miałem wielką ochotę popatrzeć jak sprawa się rozwinie, ale byłem na służbie. Podszedłem do kłębiących się na podłodze i uderzyłem czarnoksiężnika pod żebra, dwa razy, ręką uzbrojoną w poświęcony przez papieża kastet. Zwinął się z bólu.

Małgorzata założyła mu kajdany, mi natomiast posłała w podzięce buziaka.
Piękne podsumowanie sprawy: aresztowany naprawdę potężny czarnoksiężnik, oraz…
– Angelika musi zostać poddana badaniom przez kolegium kardynalskie. Jej zdolności, jeśli rzeczywiście są tak wielkie jak opowiadasz, należą teraz do kościoła. – powiedziałem.
-Ale przecież obiecałeś… – czarownica Małgorzata wyglądała na zaskoczoną. – Przecież obiecałeś mi ją po udanej akcji! Do ciebie należy czarnoksiężnik!
– Czarnoksiężnik też moja droga. Tobie pozostaje się radować inkwizytorską łaską, zostaniesz oczyszczona z zarzutów i będziesz sobie mogła dalej swobodnie warzyć te swoje lekarstewka. Doceń moją wspaniałomyślność, są metody by każdego spalić na stosie.
Cóż było czynić, nawet lokowane blond piękności musza ustąpić miejsca, tam gdzie w grę wchodzi interes kościoła.
– Angeliko, podejdź do mnie, już nic ci nie grozi dziecko.
Ladacznica podeszła i przytuliła się. Objąłem ja lewą ręką, z prawej nie wypuszczając jednak miecza.
Czarnoksiężnik zaczął się śmiać. Śmiech miał doprawdy upiorny, jakby z głębi samych otchłani piekielnych.
– Przegrałaś czarownico, przegrałaś. – śmiał się, jak najęty.
– Zamilcz łotrze, zastanów się raczej nad swoim losem, to ty jesteś prawdziwym przegranym.
– On mówi o zakładzie – wyszeptała mi do ucha Angelika i mocno, bardzo mocno objęła mnie ramionami.

I wtedy kajdany na plecach czarnoksiężnika spadły na ziemie. On sam wycelował we mnie dłonie. Nie stop, nie sam. Podobny gest wykonała czarownica Małgorzata. Oboje wykrzyczeli tą samą inkantacje, a ja nie mogłem zasłonić się obronnymi znakami, Angelika mnie trzymała, z siłą jakiej pozazdrościć mógłby jej niejeden rycerz.

Dwie błyskawice wystrzeliły z palców czarownicy i czarodzieja, trafiając wprost w moja czaszkę. Padłem na ziemie półprzytomny czując swąd swoich spalonych włosów. Angelika kopnęła mnie silnie w brzuch, wylądowałem pod nogami Małgorzaty, a ta odkopała mnie pod nogi czarnoksiężnika, ten nożykiem odciął z szyi moje amulety.

-Przegrałaś Małgorzato, płać – powiedział czarnoksiężnik tonem jakim zwracamy się do najserdeczniejszego przyjaciela, gdy wygramy niewielki zakładzik.
-Oj Messer, byłam pewna, że go uwiodłam, musiałbyś widzieć jakim pożądliwym wzrokiem patrzył na mnie w celi. – Małgorzata stanęła nade mną stawiając mi na szyi trzewik, mówiła dalej:
-Doprawdy myślałeś drogi Janie, że możesz jednego dnia zatwierdzić wyrok skazujący mnie na śmierć i otrzymać ode mnie wsparcie? Nie jesteś tak bystry, jak ci się wydaje.
-Podążałeś dokładnie za moimi wskazówkami – odezwała się Angelika – Z takimi jak ty nawet nie trzeba być wróżbą, żeby przewidywać kolejne ruchy. A byłam dowcipna jaśnie panie inkwizytorze. Wbrew ich radom, bowiem oni uważali cię za groźnego przeciwnika zostawiałam ci ostrzeżenia. Owszem trochę cię zwodziłam, abyś przestał ufać Wielebnemu i pojawił się tutaj sam, jednak przecież ostrzegałam cię przed Idami Marcowymi. To chyba najbardziej czytelna przepowiednia zdrady.
-Oj nie znęcajcie się już nad nim, drogie dziewczyny – odezwał się ten, którego Małgorzata tytułowała Messer. – Wszak jako sługa boży z samej swej definicji jest ograniczony.

-Łatwo ci powiedzieć. – odezwała się Małgorzata, – To ja spędziłam kilka dni w sali tortur, powiem ci, że bałam się strasznie, że ochronna magia nie wytrzyma. Twoi przyjaciele Dominikanie – kontynuowała Małgorzata – to sadyści i zboczeńcy, tak tak, zboczeńcy, myślisz, że nie pofolgowali sobie moim ciałem? To było nawet bardziej przykre, od roboty kata. Tam przyjemnie było patrzeć na jego baranią minę gdy kolejne hiszpańskie trzewiki psuły się na moich stopach.
-A ja… – wtrąciła się na to Angelika. – …zawsze czułam się w obowiązku zemścić się za te wszystkie niewinne, torturowane kobiety.
-I dlatego cię tu przywiedliśmy, zastawiliśmy pułapki, pokazaliśmy przynęty. – odezwał się czarnoksiężnik. – Cel był prosty, odpowiednim zachowaniem pozwoliliśmy dominikańskim psom wskazać najbardziej obiecującego agenta inkwizycji, tak byśmy mogli go zabić.

– Co z nim zrobimy – zapytała Małgorzata.

– To samo,  co z poprzednim. – odparł czarnoksiężnik.

Ostatnią moją myślą było, że nie będę musiał przynajmniej wypełniać raportu. Nienawidzę piórokracji.

Koniec

0 thoughts on “II miejsce w konkursie „Gdy demonem jest kobieta” – Czarownica

  1. Niestety, Młodemu nie udało się wywinąć od raportu. Święte Oficjum nigdy nie ufało do końca swoim agentom, szczególnie tak cennym jak Jan Koropirston. Dlatego każdy jego krok wypełniały moje, może już nie tak energiczne jak dawniej, ale za to dużo cichsze kroki. I tak oto znowu musiałem wyjść z cienia, gdyż szykowała mi się kolejna rzeźnicka robota.
    -W tym wieku to już lekka przesada… – pomyślałem. Nigdy w takich sytuacjach nie bywałem przesadnie subtelny, odpiąłem więc Świstaka zza pasa, mój wierny topór nigdy nie zawodził w takich momentach. – Czas rozłupać kilka pogańskich czaszek – uśmiechnąłem się do siebie. – Jak znowu upieprze sobie włosy resztkami mózgu to Młody będzie miał przesrane – drugiej kąpieli w tym miesiącu nie zniosę…
    Wieszczka padła pierwsza, chyba nawet nie wiedziała co ją trafiło, a miny na twarzach wiedźmy i jej czarusia były po prostu bezcenne.
    – Jak ja lubię tę robotę.

  2. 🙂 Michał H. dzięki za alternatywne zakończenie, aczkolwiek zmuszanie biednego Jana do Napisania po tym wszystkim raportu należy traktować jako wyrafinowaną formę kary za dumę, pychę i młodzieńczą skłonność do ryzyka. Podobno musiał zapisać krętym gotyckim pismem sto razy. „Nie będę nigdy niczego pomijał w raporcie”, pod każdym zdaniem składając wymyślny zawinięty podpis własną krwią.
    A wszyscy wiemy, że on nienawidzi piórokracji.

    🙂
    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *