Aaaaarrgghhhh!!

Szum fal, krzyki mew. Przekleństwa, wykrzyczane przez (obowiązkową na każdym statku) papugę. Opaska na oko i hak zamiast ręki, nierzadko również drewniana proteza nogi. Gromkie „ahoooooj” wykrzyczane do każdego napotkanego statku. Niesamowite pojedynki, zdobywanie obcych statków, czasem nawet fortów, piękne kobiety u boku i oczywiście skrzynia pełna złota zakopana w miejscu, do którego prowadzi sekretna mapa oraz szkielety tych, którzy znali sekret…

Życie pirata pełne było przygód. Oczywiście według książek, bo proza życia pisała raczej odmienne scenariusze – bieda, szkorbut, mordercza praca na pokładzie, zarobaczone mięso i szubienica, wisząca nad złoczyńcami i śniąca im się niewątpliwie po nocach.

Skupiając się jednak na tym barwnym, książkowym wizerunku pirata bez problemu można dojść do wniosku, iż to wręcz gotowy scenariusz filmowy. Czegóż bowiem potrzeba więcej w dobrym, pirackim filmie? Tu mamy wszystko – piękne dziewczyny, efektowne pojedynki sam na sam oraz statek vs statek i skarby. No nic, tylko brać i kręcić film. I nawet scenariusza nie trzeba wymyślać, bo na takie filmy myśląca publika raczej nie chodzi.

No więc…

Gdzie ten zalew pirackich filmów?

Co takiego się stało, że dobre, wciągające filmy o tej tematyce można policzyć na palcach jednej ręki? A biorąc pod uwagę dzisiejszych widzów, to nawet tylko na kciuku? Bo i jaki tytuł wymieni młody współczesny widz poza „Piratami z Karaibów”?

„Kapitan Blood” – wolne żarty, kino lat dwudziestych i trzydziestych nieubłaganie i całkowicie niezasłużenie odchodzi w niepamięć. „Karmazynowy pirat”? – dzisiejszych widzów nie przyciągnie nawet Burt Lancaster. „Piraci” Polańskiego? Ale nawet tak wybitny reżyser jak Polański nie potrafił poradzić sobie z tym tematem.

I na tym zbiór filmów godnych uwagi (no, film Polańskiego godny uwagi nie jest, tylko reżyser zacny) się wyczerpał. Owszem, jest jeszcze „Wyspa skarbów”, ale naprawdę lepiej przeczytać książkę – przynajmniej wzbudza emocje. I to znacznie większe niż wszelakie ekranizacje.

„Piraci z Karaibów” doskonale wkomponowali się w filmową pustkę. Choć lwią część sukcesu film zawdzięcza niesamowitej, jedynej w swoim rodzaju kreacji Johny’ego Deepa, to jednak warto podkreślić efekty specjalne,  niebanalny humor i całkiem fajnie zaplątaną intrygę. Niestety, można odnieść wrażenie, że siły i pomysłów starczyło jedynie na dwie części. Trzecia jest już wyraźnie „dosztukowana”, natomiast czwarta nakręcona siłą rozpędu już tylko dla kasy. oczywiście, swoje zarobi, bo wielu fanów ruszy do kin choćby tylko dla fenomenalnego Deepa, ale czy jest sens kręcenia dalszych części? Dopóki brak pomysłów, budżetu (część czwarta została solidnie okrojona finansowo) i Verbinsky’ego chyba należy stwierdzić, iż kontynuacja mija się z celem. „Na nieznanych wodach” zamiast filmem o piratach stało się „one man show”, co niestety – na dłuższa metę – męczy.

Powracamy więc do pustki, bo producentów, zamierzających zawiesić Jolly Rogera na maszcie i ruszyć na podbój świata ni widu, ni słychu. Jednocześnie bez problemu mnożą się różnoracy „obcy”, przybywający z otchłani kosmosu, zombie, nieustraszeni i niezwyciężeni twardziele, seryjni mordercy… Każdy z gatunków ma przynajmniej kilka kultowych tytułów, któremu fani literatury okołopirackiej mogą co najwyżej pozazdrościć. Tymczasem na morzu – pustka. Wyspy pełnej skarbów nie widać.

Jestem ciekaw, czy któryś z reżyserów podejmie się wreszcie misji wypełnienia niszy i spróbuje zabrać nas na oceany, byśmy mogli, ośmieleni rumem i z kordelasem w dłoni dokonać abordażu i zakrzyknąć:

„Aaaaarrgghhhh!!”

0 thoughts on “Aaaaarrgghhhh!!

  1. Fakt – na dobry film o piratach bym się wybrał… najlepiej taki bliższy klimatów „Pan i władca na krańcu świata”, choć Karmazynowy Pirat” też miodzio

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *