Polowanie

Przed jego oczami roztaczał się fantastyczny las piaskowcowych szczytów, tworzących iglice i kolumny. Szczyty skał porastały pochylone drzewa i krzewy obsypane pożółkłymi liśćmi.

Marszałek Belzebub zatrzymał się na leśnej ścieżce i chwilę bez ruchu podziwiał specyficzny, górzysty krajobraz wyłaniający się znad szczelnego skupiska drzew. Urthońskie skały zwane Skałami Hedery słynęły ze swojej dużej wysokości, ostrych, podłużnych szczytów i przewieszek, w których miejscach utworzyły się szczeliny i jaskinie. To właśnie tam mieszkały olbrzymie, kotowate bestie zwane smilonami, charakteryzujące się cętkowanym, szaroburym futrem. Nocą polowały na najsłynniejsze w tej okolicy zwierzęta kopytne: reny i dostojne synte swobodnie pasące się na leśnych polankach. W dzień zaś smilony ustępowały miejsca zoańskiej arystokracji, która lubowała się w urządzaniu polowań. Była to jedna z ulubionych rozrywek księcia Koryu, ale i król Lucyfer nie gardził tą formą spędzania wolnego czasu. Nie zawsze towarzyszył synowi w jego licznych, niebezpiecznych wyprawach, a gdy już zapuszczał się w dzikie lasy Skał Hedery zabierał ze sobą cały dwór łącznie z damami i służbą.

Dla kruchych arystokratek rozbito prowizoryczny obóz w pobliżu rwącego, górskiego potoku, zewsząd obsypanego leczniczymi ziołami hedera, od których wzięła się nazwa całej doliny. Wywar z małych, błękitnych kwiatuszków hedery leczył przewlekłe bóle głowy, następujące po nadużyciu osobistego zasobu magii, natomiast kompresy z jego stożkowatych liści stosowano na ukąszenia owadów. Lucyfer nakazał damom zebrać zioła i przygotować dla niego kompresy, bo zawsze wracał z puszczy pogryziony. Jedna szczęśliwa pani miała potem nałożyć mu zielarski opatrunek. Bellowi było szczerze żal jej męża. „Wybranka” króla niechybnie skończy w jego namiocie.

Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie drobnej buzi anielskiej żony markiza Azazela. Gdyby był na miejscu Lucyfera, złośliwie wybrałby ją na swoją pielęgniarkę. Przecież królowi się nie odmawia, prawda?

Poklepał rumaka po pysku i lekko pociągnął go za uzdę. Jego kary koń zrównał z nim krok. W przeciwieństwie do prawie całego dworu, Belzebub nie lubił polowań. Lubił za to długie, samotne eskapady do Skał Hedery i rozmyślania, którym się w ich czasie oddawał. Świergot ptaków, malowniczy widok i kojący dotyk skórzanej uzdy w dłoni czasem łagodziły ponurość rozważanych przez niego problemów i spraw państwowych.

Tym razem jego myśli całkowicie zdominował planowany przyjazd aniołów do Beulah. Rozmawiał już o tym z Eblisem, ale przyjaciel niczego konkretnego mu nie poradził. W żaden sposób nie dało się okazać Metatronowi niechęci tak, żeby uniknąć międzynarodowego skandalu i niepotrzebnego konfliktu.

Tak, zamierzał wreszcie zakończyć upokarzające konferencje z aniołami, choć z drugiej strony nie chciał być prowokatorem tego wydarzenia. Metatron sam powinien dojść do wniosku, że chociaż Lucyfer daje mu się wodzić na pasku, w Zoa istnieją jeszcze inne, znaczące siły polityczne, które mają dość tej łzawej farsy – naciąganej przyjaźni ze znienawidzoną Emanacją, i jeśli taka sytuacja się utrzyma, w końcu zagrożą suwerenności anielskiego państwa.
Jednakże hrabia Eblis odradzał mu sabotażowe działania. Obawiał się, że Lucyfer pobudzony obecnością Metatrona, zechce się popisać, udowodnić, że dzierży pełnię władzy w Zoa, a wtedy wszystko może się wydarzyć. Tym stwierdzeniem Eblis jedynie jeszcze bardziej rozdrażnił marszałka. Z ulgą powitał więc jego decyzję o odbyciu polowania razem z innymi dworzanami.

Mógł w samotności spokojnie ułożyć jakiś plan.
Całe Zoa oczekiwało od niego, że ostro zareaguje na przybycie aniołów, co zobowiązywało go do podjęcia odpowiedniego działania. W końcu jego wpływy przewyższają wpływy króla, zatem to on rządzi w tym kraju i nie zamierza się więcej biernie przyglądać jak Metatron zostaje królową Zoa!
W oddali rozległ się przerażony ryk rena i ujadanie psów. Czyjaś strzała dosięgła celu. Pogoń za bezbronnym zwierzęciem wywoływała w nim obrzydzenie. Nabawił się uprzedzeń do polowań w czasach młodości na dworze swojego ojca margrabiego Forella. Ojciec był zaciekłym amatorem polowań i w końcu zaczął urządzać krwawe pościgi za własną służbą. Bell wzdrygnął się na to wspomnienie i nieco przyspieszył, uważnie wsłuchując się w leśne odgłosy. Z mieszaniny stukotu kopyt, własnego, sprężystego kroku, śpiewania ptaków i szumu liści, wydobył jeszcze jeden wyraźny dźwięk: lekkie, nieśmiałe stąpanie kobiety.

A wydawało mu się, że nikt nie zauważy, że zboczył z trasy i odłączył się od konwoju!
Kobieta.
Znowu kobieta!

Westchnął westchnieniem mężczyzny pożądanego, który ma dość okazywanych mu hołdów, ale owszem dla połechtania swojego ego i radości adoratorki nie omieszka ich przyjąć. Ta musiała być wyjątkowo wytrwała skoro znalazła go aż w puszczy!
Ciągle zdarzały mu się niespodziewane nagabywania dam – zawsze bardzo urodziwych. Nie wykorzystywał jednak okazji, gdyż dbał o swoją opinię. Mimo to wciąż piętnowano go mianem uwodziciela. Miał bowiem wręcz nieprzyzwoitą skłonność do flirtów, a swoim przystojnym wyglądem i tajemniczością bez trudu rozkochiwał w sobie kobiety…

Nie. Czasy rozwiązłości i przelotnych romansów już dawno bezpowrotnie się skończyły. Teraz ma Eblisa, odpowiedzialne stanowisko państwowe i polityczną misję do spełnienia!
Co jednakże nie znaczy, że zrezygnuje z droczenia się z piękną niewiastą…
Przystanął, wstrzymując konia.
-Dlaczego mnie pani śledzi? – zapytał.
-Bynajmniej nie z powodu pańskiej urody, margrabio. – odpowiedział mu stanowczy, kobiecy głos.

Bell mógł przysiąc, że nigdy wcześniej go nie słyszał. I jeszcze ten „margrabia”… Nikt na dworze nie nazywa go jego dziedzicznym tytułem; po prostu zwracają się do niego „marszałku”. Z tego wniosek, że albo dama pragnie go zaintrygować, albo nie zna powszechnego zwyczaju. A tylko jedna kobieta na dworze Lucyfera może tego nie wiedzieć: anielica Pistis Sophia, markiza Urthony, obecna żona Azazela.
Odwrócił się i rzeczywiście ujrzał ją na ścieżce. Stała bez ruchu z rękami opuszczonymi wzdłuż tułowia i wpatrywała się w niego z chłodną uwagą. Wcześniej nie poświęcał anielicy zbyt dużego zainteresowania, gdyż już na jej ślubie z Azazelem jej figura filigranowej laleczki nie przypadła mu do gustu. Wolał zupełnie odmienny typ kobiet.

Teraz także odnotował, że Pistis jest niska i drobna, ma kapryśną, okrągłą twarzyczkę i duże, ciemnobłękitne oczy. Długie, brzoskwiniowe włosy uczesała w dwa warkocze. Oplatały je sznury pereł, które pasowały do prostokątnego dekoltu jej rubinowej sukni również obszytego perłami. Suknia była z przodu rozcięta od talii w dół, odsłaniając fragment spodniej szaty w kolorze szmaragdowej zieleni. Jej skraj zdobiły złote hafty, a długi, obcisły rękaw sukni – subtelna koronka.

W myśli pochwalił dobór kolorów i fakt, że Sophia nie popełniła towarzyskiego nietaktu i zrezygnowała z noszenia emanacyjnej mody. Jej rubinowa suknia była całkowicie zoańska.
Bell obrzucił ją uważnym, wszystkowiedzącym spojrzeniem, ale wcale się nim nie zmieszała.
-Nic dziwnego. – odrzekł w końcu, modulując głos – Z tego co wiem nie lubi pani urodziwych mężczyzn. Woli pani upiory.
-Na wierność i oddanie upiorów zawsze można liczyć. Gorzej z owymi „urodziwymi mężczyznami”.
-Mówi to pani z własnego doświadczenia? – zakpił.
Na jej czole pojawiła się podłużna zmarszczka.
-Niech pani nie odpowiada. – dodał błyskawicznie, nim zdążyła się odezwać – Miałem ten wątpliwy zaszczyt poznać pani emanacyjnego męża. Jak mu tam było?
-Zophiel. – przypomniała z kamiennym wyrazem twarzy – Doskonała pamięć, margrabio.
-Marszałku. – poprawił – Prawie nie używam rodowego tytułu.
-Dlaczego? Wstydzi się pan Tharmas?
-Raczej wiążę z Tharmas nieprzyjemne wspomnienia. – pozwolił sobie na cień uśmiechu.
-Jest pan pamiętliwy i sentymentalny.
-Ten sentymentalizm to daleko wysnuty wniosek.
-Ale ja go wyraźnie w panu dostrzegam.
-Źle pani patrzy.
-Kiepsko się pan broni.

Posłał jej kolejne, nieprzeniknione spojrzenie spod przydługiej grzywki, ale wciąż nie pozwalała mu się zawstydzić. Bystra ta anielica. I faktycznie ma niewyparzony język. Nic dziwnego, że Metatron postanowił się jej pozbyć. Nieprzyzwoicie go to rozbawiło. Wyobraził sobie Sophię podczas kłótni z palatynem i ledwo stłumił śmiech. Zakrył usta dłonią, udając kaszel.
-Jeżeli przyznam, że jestem sentymentalny, wyjawi mi pani powody naszego spotkania? – zaproponował szarmancko.

Wzruszyła ramionami.
-Nie zależy mi, żeby się pan przyznał, choć ma pan rację: to nie jest przypadkowe spotkanie.
-Cały zamieniam się w słuch.
-Będę się streszczać, żeby zaoszczędzić naszego cennego czasu. Zbliża się wizyta aniołów w Zoa. W związku z tym chciałabym przyjacielsko poplotkować z panem o naszym wspólnym znajomym: Metatronie…
-O. Jesteśmy przyjaciółmi? Warto wiedzieć. – zdziwił się uprzejmie.
-Wyrażę się tak: jeśli tylko pan zechce, zostaniemy przyjaciółmi. – zripostowała, obdarzając go kpiącym uśmiechem.
-To zależy jaką plotkę mi pani wyjawi. I jaki ma w niej pani interes…
-Żadnego. Powiedzmy, że wyrównuję stare porachunki.
-A więc też jest pani pamiętliwa. I pewnie sentymentalna. Tęskni pani za Emanacją.
-To nie było pytanie.
-Nie było.
-Jeżeli przyznam, że tęsknię, będę mogła wyjawić panu powody naszego spotkania?

Nie powstrzymał śmiechu, czym, o dziwo, wreszcie ją zawstydził. Odwróciła od niego oczy, a jej policzki lekko poróżowiały.
„Może jeszcze istnieje szansa, że żonka Azazela zostanie moją?” – pomyślał i zaśmiał się głośniej.
***
Belzebub naprawdę ją zaskoczył.

Pistis poświęciła cały dzień na jego wnikliwą obserwację. Rzeczywiście, trudno było stwierdzić jaką jest osobą i do czego zmierza prowadząc z kimś rozmowę. Jednakże teraz pod zasłoną jego nieskazitelnych manier i flegmatycznego usposobienia, dostrzegała także przejawy specyficznego poczucia humoru oraz autentyczną błyskotliwość. Co więcej odkryła, że na płaszczyźnie intelektualnej pociąga ją, dokładnie w taki sam sposób, jak jej mąż. Dzięki temu zrozumiała, dlaczego marszałek Belzebub i mer Beulah markiz Azazel są śmiertelnymi wrogami. Chociaż żaden z nich głośno się do tego nie przyzna, widzą w sobie nawzajem godnego przeciwnika. Sophia była nawet skłonna stwierdzić, że znajdują przyjemność w prawieniu sobie złośliwości i niweczeniu misternych planów konkurenta.

-Zgadzam się z panem, że sytuacja, w której się znaleźliśmy jest arcyzabawna. – powiedziała, z powrotem obracając wzrok na marszałka – Sądzę zatem, że im szybciej z niej wybrniemy, tym lepiej dla wszystkich. No, prawie wszystkich…
Marszałek ironicznie się jej przyglądał spod przydługiej grzywki. Jego pełne usta rozciągnęły się w usatysfakcjonowanym uśmiechu.
-Azazel panią przysłał? – zapytał swobodnym tonem, wskazującym na to, że zadaje pytanie tylko dla połechtania własnej próżności, gdyż doskonale zna odpowiedź.
-To nasza wspólna inicjatywa. – odparła, marszcząc brwi na widok coraz szerszego uśmiechu swojego rozmówcy.
-Ach, kolejna kobieta, która wtrąca się do polityki. – skomentował – Jakież to nudne.
-Ma pan coś przeciwko kobietom w polityce?
-Wszystko.
-Może więc zwyczajnie tracę tu z panem czas.
-Może.
-Nie będę więcej panu przeszkadzać.
Znowu roześmiał się w najmniej spodziewanym momencie. Tym razem poczuła się urażona. Bez słowa zwróciła się w przeciwną stronę z zamiarem odejścia.
-Podpuszczam panią. – powiedział wtedy – Pewnie dlatego, że zaczęła mi się pani podobać.

Nie zrobiła kroku do przodu. Bardzo powoli ponownie stanęła z nim twarzą w twarz. Zmierzyła go krytycznym wzrokiem, ale chociaż się starała, nie udało jej się znaleźć ani jednej skazy na jego przystojnej, porcelanowej twarzy. Jej rysy zachwycały regularnością i idealnym osadzeniem, a blada karnacja kontrastowała z rubinową barwą prostych włosów do ramion. Duże, ciemnobrązowe oczy uważnie śledziły każdy jej najmniejszy ruch, wprawiając ją w mimowolne onieśmielenie.

Był wysoki, ale nie aż tak, jak Azazel. Miał za to o wiele bardziej proporcjonalną sylwetkę i smuklejszą budowę ciała. Potrafił także odpowiednio dobrać strój, tak by podkreślał jego urodę. Na polowanie ubrał dopasowany, turkusowy żupan sięgający przed kolana, zapięty tylko na kilka środkowych guziczków. Odsłaniał fragment jego koronkowej, czarnej koszuli z wysoką stójką, pod szyją spiętą turkusem oprawionym w broszę z białego złota. Żupana nie przepasał szarfą. Jego długie, skórzane buty z ostrogami zdobiły pozłacane klamry nabijane małymi turkusami. Na plecy zarzucił zaś zwiewną pelerynę do konnej jazdy w kolorze nasyconego granatu.

Jego kary koń zarżał, ale nie zmienił pozycji. Niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, łypiąc w stronę Sophii gniewnymi, płonącymi oczami. Był osiodłany, jak na zwyczajną przejażdżkę. Marszałek nie zabrał też ze sobą kuszy, ani łuku, co upewniło ją, że od początku nie zamierzał uczestniczyć w szaleńczym pościgu za łowną zwierzyną.
-Azazel był pierwszy. – rzekła w końcu, także przywołując uśmiech, który okazał się bardziej wymuszony, niż zamierzała.
-Nie szkodzi.

Pociągnął konia za uzdę i niespiesznie pokonał dzielącą ich odległość. Zatrzymał się tuż przed nią i wówczas zauważyła figlarne iskierki w jego oczach.
-Dobrze się pan bawi moim kosztem?
-Tak. Zwłaszcza, że panią zdenerwowałem.
-Zdaje pan sobie sprawę ze swojej bezczelności?
-Owszem. Słyszałem to już milion razy, co jednak wcale mnie nie zraża.
Uśmiechnęła się – tym razem szczerze rozbawiona.
-Daje mi to nadzieję na pańskie działanie podczas konferencji z Emanacją. Oraz, że wykorzysta pan informację o bliźniaczym bracie palatyna.
-Podobno jakiegoś ma. – zgodził się marszałek, wzruszając ramionami – I co z tego?
-A słyszał pan o tym, że anioły uważają, iż jest przeklęty z powodu swoich czerwonych oczu?

Belzebub przechylił głowę, jakby chciał ją lepiej słyszeć.
-Powiedzmy, że mnie pani zaciekawiła. Proszę kontynuować.
-Kiedy Metatron został palatynem Emanacji, pozbył się niewygodnego brata i ich matki, wysyłając oboje do Ulro. Dla podtrzymania pozorów ustanowił brata ambasadorem Emanacji. Ma na imię Sandalphon.
Marszałek chwilę milczał, analizując uzyskane informacje. Wyraz jego twarzy nieznacznie się zmienił pod wpływem różnych myśli, które zawładnęły jego umysłem. Pozwoliła trwać ciszy, nie przerywając jego rozważań.
-Dlaczego zadowala pani moją bezczelność? – odezwał się wreszcie, posyłając jej miażdżące spojrzenie.
-Nie tylko panu nie podoba się wpływ Metatrona na Lucyfera. Czy to wystarczająca odpowiedź?
-Czyżby markiz Azazel zamierzał przystąpić do mojego stronnictwa? – zażartował, uspokajająco głaszcząc rumaka po grzywie – O kilkanaście lat za późno.
-Nie docenia pan mojego męża.
-Raczej on nie docenia mnie.

Chwycił uzdę i zgrabnie wskoczył na koński grzbiet. Zwierzę spragnione galopu radośnie cofnęło się do tyłu, a potem z powrotem przesunęło do przodu.
Belzebub wyciągnął rękę w jej stronę.
-Nie mogę zostawić pani samej w lesie. – wyjaśnił na widok jej skonsternowanej miny – Pewnie markiz tu panią podrzucił, bo nie wierzę, że drogę z obozu przebyła pani pieszo. Stąd do wodospadu jest co najmniej dziesięć kilometrów.
-Zostawiłam konia parę metrów stąd w zagajniku iglastych drzew. Wolałam nie zwracać pana uwagi odgłosem kopyt. – wyjaśniła, buńczucznie się uśmiechając – W przeciwieństwie do większości tutejszych kobiet, umiem jeździć konno.
-Mogłem się domyślić. – powiedział z przekąsem – Mimo wszystko upieram się, żeby panią podrzucić.
-Zamierza mnie pan porwać?
Parsknął śmiechem.
-Nie musiałbym tego robić, żeby panią zdobyć… Jak co niektórzy.
-Obrzydliwa pewność siebie! – fuknęła, ale ostatecznie przyjęła jego dłoń.

Mocno ją przytrzymał, pomagając utrzymać równowagę, gdy włożyła nogę do strzemienia. Usadowiła się w siodle bokiem, po kobiecemu i poprawiła skraj sukni. Znalazła się dokładnie w ramionach marszałka. Pomyślała o zoańskich damulkach, które dałyby się zabić, by znaleźć się teraz na jej miejscu i ogarnęło ją rozbawienie.

Zwróciła twarz w stronę Belzebuba, wchłaniając jego zapach złożony z mieszaniny papierosowego swądu i korzennych perfum. Spojrzał jej w oczy, ale nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Biedak. Ze wszystkich obecnych na polowaniu kobiet, trafiła mu się akurat ta, której w żaden sposób nie potrafił doprowadzić do szaleństwa.

-A nie pchnie mnie pan podstępnie sztyletem? – zakpiła.
-Zależy jakim.
-Ostrym.
Docenił jej dowcip, obdarzając zdawkowym uśmiechem.
-Czyżby była pani łowczynią szlacheckich tytułów? Marzy się pani marchia Tharmas?
-Wystarczy mi prowincja Urthona. I tego się trzymajmy, marszałku!
***
Książę galopował na samym przedzie razem ze zgrają myśliwskich psów. Wiatr szarpał jego krótki, ciemnowiśniowy warkocz i poły skórzanego koletu, którego w ferworze zażartej pogoni zapomniał zapiąć. Wcześniej ustrzelił z kuszy rena. Zwierzę miało olbrzymie, poskręcane poroże i dlatego niewielu myśliwych odważało się do niego zbliżyć na małą odległość. On jednak w ogóle na to nie zważał. Brawurowo zajechał renowi drogę, oddając strzał prosto w jego czoło.
Azazel ukłuł wierzchowca ostrogami w brzuch, zmuszając go do szybszego biegu. W myśli dziwił się, że subtelny, elegancki książę Koryu aż tak lubi polować. Właściwie markiz niezbyt dobrze go zna, chociaż syn Lucyfera od najmłodszych lat uczestniczy w życiu dworu. Powodem tego stanu rzeczy jest niezaprzeczalny fakt, że młodzieniec znajduje się w strefie wpływów Belzebuba, który był jego wychowawcą. Koryu przejął część jego poglądów, a nawet styl ubierania i sposób bycia. Tak więc gdyby nie sen z udziałem szczura i księcia, markiz nigdy nie zdecydowałby się na odbycie tej rozmowy. Rozmowy, która nastąpi jeżeli w ogóle uda mu się go dogonić…

Tymczasem kompletował w myśli wiedzę na jego temat. Koryu zawsze okazywał wręcz niesamowitą determinację, by udowodnić całemu światu swoją wartość. Ostatnio popisał się zakupem ciemnoskórej terrorystki podczas corocznego karnawału w Beulah. Owa awanturnicza panienka podstępnie zaatakowała Azazela w tłumie karnawałowych balowiczów i ciężko zraniła. W odwecie upokorzony markiz wystawił ją na sprzedaż ku uciesze zgromadzonej na placu gawiedzi. Skrycie liczył, że to Belzebub zdecyduje się ją od niego kupić. Koryu pokrzyżował mu jednak szyki. Jakby tego było mało, później terrorystka okazała się być córką hrabiego Eblisa, kochanka Belzebuba.

Hrabia wytargował z Azazelem jej wolność, w zamian oferując poparcie starodemońskiej koterii dla azylu Pistis Sophii w Urthonie. Wedle tej umowy markiz cofnął swoją transakcję z Koryu. Spodziewał się jego gorących protestów, ale książę oddał mu brankę bez jednego słowa sprzeciwu. Widać przestała być mu potrzebna.

Ponadto Koryu zasłynął jako całkowite przeciwieństwo swojego ojca. Nie upijał się, nie uwodził kobiet, a nawet okazywał im pogardliwą powściągliwość. Obnosił się także ze swoim zamiłowaniem do zoańskiej kultury. Markiz niechętnie przyznał, że akurat na tym polu Belzebub odniósł spory sukces wychowawczy. Nie rozumiał jedynie skąd u księcia bierze się zamiłowanie do podejmowania tak dalece posuniętego ryzyka. Pędził na złamanie karku, lawirując wśród drzew. Azazelowi wydawało się, że zaraz zderzy się z pniem, albo jego koń się potknie i wyrzuci go z siodła.
Nagle psy zwolniły bieg, by wreszcie zupełnie zawrócić. Zdezorientowane obracały trójkątne łby w stronę swojego szalonego przewodnika, który także wstrzymał konia, ale nie zawrócił ich śladem. Azazel przygryzł wargę, świadomy zbliżającego się zagrożenia. Psy uciekały tylko przed smilonami… Swego czasu polował na te podstępne drapieżniki dla ich podłużnych kłów, przypominających sztylety. Potrzebował dokładnie osiem kłów: po cztery na jedną rękawicę.

Teraz te rękawice stanowiły jego najgroźniejszą, śmiercionośną broń. Nigdy więcej nie próbował jednak zapuszczać się do lasu w poszukiwaniu smilonów. Spotkanie z nimi zawsze było bardzo niebezpieczne, gdyż polowały w grupach, solidarnie broniąc każdego atakowanego członka stada.
Spiął konia i zrównał się z księciem.
-Stój! – krzyknął.

Koryu spojrzał na niego kątem oka. Zaczął wyhamowywać swojego rumaka, ale na odwrót było już stanowczo za późno. Z zacienionych krzewów wyłoniła się podłużna sylwetka drapieżnika. Wszedł w plamę światła prześwitującą przez korony drzew. Jego cętkowane, brązowe futro zalśniło w słońcu. Blask odbił się także od dwóch kłów wystających mu z pyska i wydobył wyraźny odcień zieleni z jego magnetyzujących oczu.

Smilon zatrzymał się dokładnie naprzeciwko Koryu i zmierzył go aroganckim wzrokiem najpotężniejszego stworzenia w okolicy. Azazel obserwował jak książę powoli sięga po kuszę przymocowaną do siodła i wymierza ją w zwierzę. Nie spuszczał przy tym z niego uważnego spojrzenia. Markiz pochwalił w myśli jego opanowanie. Równocześnie sam odbezpieczył kuszę, żeby w razie potrzeby go asekurować.

Koryu strzelił, ale smilon błyskawicznie odskoczył w bok, a na jego miejscu pojawił się następny. Azazel to przewidział, obierając za cel tego, który uniknął strzały. Ręka mu zadrżała. Zamiast w łeb trafił w jego owłosioną szyję. Rozwścieczony kot gardłowo warknął, rzucając się na konia księcia. Na szczęście Koryu zdążył przeładować kuszę i strzelił dokładnie w jego prawe oko.
Azazel okrążył księcia, ściągając na siebie uwagę drugiego smilona, który ruszył w jego kierunku w momencie, gdy z krzewów wyszły jeszcze dwa spragnione krwi drapieżniki.
„Smilony polują czwórkami, albo piątkami. – przypomniał sobie, ponownie naciągając kuszę – Jeśli dopisze nam szczęście, nie trafimy na piątego kociaka…”

Markiz obrócił się w siodle i strzelił. Niestety chybił, bo zmyślny smilon pochylił głowę. Zerwał się do skoku, unosząc przednie łapy do góry. Zanim wczepił pazury w bok konia, Azazel zdążył posłać strzałę w środek jego piersi. Wierzchowiec przeraźliwie zarżał, boleśnie raniony ostrymi pazurami drapieżnika. Markiz przerzucił nogę przez jego grzbiet i zeskoczył prosto w kłujące krzewy dzikich pyrytionów. Poczuł palący ból w lewym łokciu, ale szybko się podniósł, w duchu chwaląc swoje skórzane rękawice, dzięki którym uniknął ciętych ran na dłoniach. Niestety zapas strzał pozostawił przypięty do siodła, a smilon powalił rumaka na ziemię, orając kłami jego skórę. Trysnęła krew. Koń ostatni raz zakwiczał i skonał. To był ulubiony wierzchowiec Azazela – bardzo łagodny i posłuszny. Rozwścieczony odrzucił bezużyteczną kuszę, otwierając ostrza w obu rękawicach. Osłabiony strzałą drapieżnik pozwolił mu do siebie podejść. Precyzyjnie wymierzył ostrza w jego kręgosłup, przecinając mu nerwy. Ryk smilona przeistoczył się w cichy skowyt, kiedy jego ciało znieruchomiało.

Dopiero wtedy markiz cofnął ostrza z powrotem do rękawic i rozejrzał się po placu boju. Koryu uśmiercił jednego kota kilkoma strzałami w szyję, lecz drugi wciąż się z nim drażnił, próbując powalić jego konia. Książę miał coraz mniej strzał. Azazel sięgnął do swojego siodła i wydobył zapasowe strzały. Zawrócił do krzewu pyrytionów, gdzie zostawił kuszę. Drżącymi ze zdenerwowania dłońmi naładował ją i obrócił się akurat, by zobaczyć jak rumak Koryu niespodziewanie wierzga i zrzuca go na ziemię.

Kopyta konia uderzyły smilona w lewy bok, spowalniając jego atak. To wystarczyło, by książę, który nie wypuścił kuszy, wymierzył i strzelił prosto w rozwartą paszczę drapieżnika. Azazel dla pewności posłał w niego jeszcze trzy strzały aż jego ciało przeszyły śmiertelne drgawki. Tymczasem wystraszony rumak pognał przed siebie, unosząc pozostałą broń księcia.

Markiz z przekąsem stwierdził, że nawet dobrze się stało, bo po takich przeżyciach, przyda im się uspakajający spacer po lesie. Głęboko zaczerpnął powietrza, wdychając intensywny zapach krwi i śmierci. Serce nadal biło mu przyspieszonym rytmem. Kiedy nieco uspokoił oddech i obniżył mu się poziom adrenaliny zauważył, że Koryu nie podnosi się z ziemi. Wręcz przeciwnie. Leży zupełnie bez ruchu, ukrywając oczy w zgięciu łokcia, a jego usta wykrzywia grymas bólu.
-Wasza Książęca Mość? – zapytał, nie panując nad swoim głosem – Co się stało?
-Cholernie boli. – odrzekł cicho – Nie mogę wytrzymać!
-Ale co? – już w chwili, gdy pytał odpowiedź nasunęła mu się sama.
Koryu wypowiedział ją głośno.
-Kręgosłup.
***
Markiz siedział na trawie w towarzystwie czterech trupów smilonów, jednego konia oraz jednego księcia z poważnym urazem kręgosłupa. Już dwa razy uważnie obejrzał Koryu, rozważając, czy może go poruszyć. Za każdym razem dochodził do wniosku, że lepiej nie ryzykować.
Las nabrzmiał od przeróżnych dźwięków: szumu liści, pokrzykiwania ptaków i bzyczenia owadów, które gromadziły się wokół martwych smilonów.

Nie mógł nic zrobić. Pozostawało czekać na nadejście pomocy. Na pewno zauważą ich zniknięcie. Zaniepokoją się samotnie powracającymi psami. Poza tym kilka osób dostrzegło, że ruszył w pogoń za Koryu. Między innymi hrabia Eblis. Azazel liczył, że chociaż on powiąże ze sobą fakty. Odkąd dobił z nim pamiętnego targu, nie przestawał darzyć go cieniem sympatii. Całkiem zmyślny ten hrabia. I nie taki upierdliwy, jak Belzebub.
Westchnął, spoglądając na milczącego księcia. Zastygł w jednej pozycji, nadal zasłaniając oczy. Azazel położył dłoń na jego ramieniu, przez osłonę białej, płóciennej koszuli wyczuwając, że jest szczupłe, ale muskularne. Skoncentrował myśli na jego ciele i jednym nagłym szarpnięciem wydobył cały ból na powierzchnię. Był pulsujący, przeraźliwie silny i wszechogarniający. Obawiał się, że nie zdoła utrzymać go ponad ciałem księcia, ale w końcu zapanował nad jego przepływem i unieruchomił go.

Pierś Koryu opadła z głośnym westchnieniem, a potem znowu się uniosła, kiedy zaczerpnął solidny łyk powietrza. Oddychał z prawdziwą ulgą, mięśnie jego twarzy rozluźniły się. Markiz jeszcze raz zmierzył go uważnym spojrzeniem. Na szczęście nie odnalazł żadnych plam krwi na jego ubraniu świadczących o tym, że może być dodatkowo ranny. Miał nadzieję, że czar uśmierzający ból chociaż na pół godziny powstrzyma cierpienie księcia i będzie mógł wyciągnąć z niego potrzebne informacje. Nie zapomniał dlaczego go ścigał. Jego obawy ze snu powróciły. Drewniana klatka ze szczurem, którą zamyka książę. Co to może znaczyć? Teraz nastała odpowiednia chwila, by zapytać samego zainteresowanego.
-Jesteś naprawdę dobrym myśliwym, książę. – zaczął ostrożnie.

Koryu nawet nie drgnął.
-Celnie strzelasz i potrafisz zachować zimną krew…
-Po co mi się podlizujesz, Azazelu? – burknął w końcu – Doskonale wiem, co o mnie myślisz. I ty doskonale wiesz, co ja myślę o tobie.
-Co nie zmienia faktu, że spędzimy tu razem trochę czasu. Ta cisza mnie przygnębia.
-A co ciebie nie przygnębia? – zakpił, odkrywając oczy.
Spojrzał na niego z zadziorną drwiną, ale markiz dostrzegł ślady łez, mącące harmonię agrestowej zieleni jego wzroku. Ból musiał doprowadzić go na skraj wytrzymałości, choć wcale się szczególnie nie skarżył.
-Masz taką twarz, jakbyś niezmiennie rozpaczał, że się urodziłeś.
-Taka już moja uroda.
-Albo jej brak.
-Nie szkodzi. Mojej żonie to nie przeszkadza.

Koryu zamrugał i całkiem zmienił ton. Azazel, przyzwyczajony do wiecznych kpin Belzebuba, nie spodziewał się, że młodzieniec potrafi być także uprzejmy. Widocznie nie jest jednak dokładną kopią swojego opiekuna…
-Nie znam jej. Trudno mi zatem stwierdzić, czy masz rację.
-Hmm. – zdziwił się głośno – Sądziłem, że Jego Książęca Mość zechce mnie jeszcze pognębić…
-Wybacz, że cię rozczarowałem. Zrzuć to na karb mojej fizycznej boleści.
Markiz uśmiechnął się kącikami ust.
-Gdzie cię dokładnie boli? Tudzież bolało?
-Bardziej na dole. Nie wiedziałem, że znasz się na magii…
-Mniej więcej na wysokości brzucha? Tak, znam się na magii.
-Bliżej talii. Ale niezbyt często z niej korzystasz.
-Tylko tam? Nie korzystam, bo jest dla mnie niebezpieczna.
-Tylko, ale to wystarcza… Dziękuję.
Azazel w zamyśleniu pokiwał głową.
-Taa… Może to nie jest nic poważnego. Może po prostu wypadł ci kręg z odcinka lędźwiowego… – zaśmiał się cicho, coraz bardziej rozbawiony ich żywą konwersacją – Drobiazg. Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo.
-Uwierz mi, że nie każdy. – książę wreszcie ją urwał, gładko przechodząc do innego tematu – Opowiedz mi coś o swojej żonie. Dlaczego akurat ona?
-Dlaczego co?
-Dlaczego ona. Przecież jest anielicą z dalekiej Emanacji. Nie byłoby ci łatwiej znaleźć sobie nowej żony w Zoa?

Tok rozumowania Koryu napawał go coraz większym zdumieniem.
-Byłoby. – odparł – Książę się zapewne zdziwi, ale w tym wypadku poza miłością nie ma żadnego innego wytłumaczenia.
-Mhm. Dziwię się. Nie określiłbym cię bowiem typem romantyka.
-Bo nim nie jestem. Zwyczajnie kocham moją żonę. – wzruszył ramionami – A kiedy Jego Książęca Mość zamierza się ożenić?
-Nieprędko. Kobiety mnie drażnią.
-Z jakiegoś szczególnego powodu?
Koryu zmrużył oczy, spoglądając na niego spod rzęs.
-Głupie pytanie. Wystarczy się im chwilę przyjrzeć. Wszystkie są takie same: nudne i przewidywalne. Umieją się ładnie uśmiechać, skromnie spuszczać oczka i robić laski.
Azazel cicho zachichotał.
-Czego chcieć więcej?
-Właśnie. Czego. Ty mi powiedz. Masz żonę z Emanacji.
-To twój mentor twierdzi, że ambitna kobieta jest źródłem wszelkich problemów. Może ma rację. Przypomnij sobie choćby naszą wspólną przyjaciółkę – niejaką Cherry Lee…

Bacznie obserwował jego reakcję. Koryu wymownie prychnął, ale na jego twarzy odmalowało się coś jakby udręka.
-Trafiłem w dziesiątkę? – sprowokował.
-Od kiedy interesujesz się moim życiem uczuciowym, markizie?
-Od kiedy ty interesujesz się moim, książę.
-Jasne. – na chwilę zamilkł – Nie mam nic do powiedzenia na temat Lee. Ojciec zamknął ją w łaźni Ethinthus. Pewnie się jej tam podoba…
-Obaj wiemy, że nie.
-To już nie moja sprawa, a tym bardziej twoja, Azazelu. Chyba, że składasz jej sekretne wizyty bez wiedzy swojej żony…
-Oczywiście. Bardzo mnie podniecił ten jej puginał, którym mnie prawie zadźgała na głównym placu Beulah. – prychnął.
-To wszystko tłumaczy.
-Prawda?

Książę słabo się uśmiechnął. Jego policzki nabrały kolorów, rozpraszając dotychczasową bladość. Oblicze Koryu nosiło ślady typowo anielskiej urody, nasuwając przypuszczenie, że jego matka może być anielicą. Również intensywna, agrestowa barwa jego oczu była niespotykana wśród pełnokrwistych demonów. Za to włosy miał proste i sztywne, rude o odcieniu ciemnej wiśni, jak każdy, szanujący się demon.

„Specyficzna mieszanka.” – pomyślał markiz.
-Co zrobisz ze swoim zdobycznym futrem? – zapytał książę, znowu obdarzając go spojrzeniem spod rzęs.
Był to bardzo uwodzicielski gest, ale Azazel zauważył, że nie robi tego świadomie. Po prostu zmrużone oczy są wręcz prawie nieodłączną częścią jego mimiki.
-W takiej chwili myślisz o futrze?
-Oczywiście! Tylko dla futra smilonów warto jest leżeć unieruchomionym na chłodnej ziemi w otoczeniu śmierdzących trupów zwierząt…
-I bez wątpienia na nie zasłużyłeś. – zgodził się, w charakterystyczny dla siebie sposób wzruszając ramionami – Chętnie oddam ci moje futra, jeśli ty oddasz mi kły.
Koryu z niedowierzaniem pokręcił głową.
-Namawiasz mnie na wymianę handlową? – zakpił – Kiedyś już raz próbowaliśmy dokonać transakcji, ale wtedy nie dotrzymałeś swojej umowy… Jaką mam pewność, że tym razem nie zainteresuje cię korzystniejsza oferta?
Markiz uciekł wzrokiem od drażniącego wyzwania w jego agrestowych oczach.
-Nawet ty w końcu wszedłeś w układy z marszałkiem. – ciągnął więc, niezrażony jego wymownym milczeniem – To dość zaskakujące.
-A co ty chciałeś ugrać, kupując Cherry? – Azazel wysoko uniósł lewą brew – Łaskawszy uśmiech Belzebuba?
-Lepszy jego, niż twój.
-Doskonale cię rozumiem. Chociaż Belzebub też ma paskudny uśmiech, to jednak gładsze oblicze. – parsknął niskim, gardłowym śmiechem.

Książę zmarszczył brwi. Najwyraźniej wcale nie podzielał jego rozbawienia. Wtedy nagle markiz uświadomił sobie, że nigdy nie widział, żeby Koryu kiedykolwiek się śmiał… Ciekawe, czy to objaw braku poczucia humoru, czy też powodów do śmiechu? Ta refleksja skłoniła go to zadania pytania:
-Co sądzisz o szczurach?
Żywił szczerą nadzieję, że książę wreszcie energiczniej zareaguje i potraktuje jego słowa jako zaproszenie do żartów, ale rozczarował się. Koryu obdarzył go poważnym wzrokiem, a kąciki jego ust nawet z lekka się nie uniosły. Nie okazał też żadnego zdziwienia.
-Są obrzydliwe. Nie znoszę ich.
-A co sądzisz o palatynie Emanacji?
-To samo, co o szczurach.
-A co sądzisz o jego bracie?
-Bracie kogo?
-Palatyna.
-To on ma brata? – dopiero teraz oczy księcia rozszerzyły się ze zdumienia – Żartujesz?
-Chciałbym. – odparł z przekąsem – Miałem nawet taki zamiar, ale nie udało mi się.

Uśmiechnął się cierpko. Z jednej strony był zawiedziony, bo nie dowiedział się niczego konkretnego, a z drugiej zwyczajnie zachowywał niezłomny spokój, gdyż tego w sumie oczekiwał. Tak było zawsze z jego wizjami. Nie potrafił się przygotować na ich nadejście. Spełniały się zupełnie niespodziewanie i to w najmniej odpowiednim momencie.
-No cóż. – powiedział, kiedy milczenie zaczęło się niezręcznie przedłużać – Lepiej zapomnij o bajdurzeniu starego demona!
Książę zwrócił na niego agrestowe oczy. Płonęły ciekawością.
***
Markiz Azazel i ta jego impertynencka nonszalancja! Do tej pory Koryu nie darzył go sympatią i to nie tylko dlatego, że jest naturalnym wrogiem Belzebuba. Markiz nie wahał się bowiem okazywać mu swojej wyższości. Wyraźnie wskazywał, gdzie jest jego miejsce na dworze, a dwudziestotrzyletni książę Zoa nienawidzi, gdy traktuje się go, jak dziecko! Pewnie dlatego tak bardzo uwielbia polowania. Świetnie radzi sobie z konną jazdą i strzelaniem z kuszy, co daje mu znaczną przewagę nad pozostałymi dworzanami, kiedy ruszają w pościg za zwierzyną.

Dzisiejsza zdobycz przeszła jednak jego najśmielsze oczekiwania! Nigdy wcześniej nie udało mu się ustrzelić smilona. A tu proszę. Całe cztery sztuki! Co prawda zapłacił za nie olbrzymim, fizycznym cierpieniem, nie dałby też rady bez pomocy Azazela, lecz i tak czuł dumę i głębokie zadowolenie. Tak głębokie, że zdobył się na kurtuazyjną rozmowę z tym cholernym upiorem, któremu właściwie winien jest wdzięczność, a może nawet przyjaźń. Pozostał przy nim mimo, że mógł po prostu odejść, choćby po to, by wezwać pomoc. No i to zaklęcie uśmierzające ból…
Koryu do końca nie wiedział, co teraz myśli na temat markiza Urthony, ale jednego był pewien: nie wytrzymałby nerwowo w gęstym lesie jedynie w towarzystwie snującej się śmierci. Przepełniała go mimowolna ulga, że Azazel siedzi obok niego, zabawia błyskotliwą konwersacją i w końcu pomaga zapanować nad bólem.

Jednakże te jego dziwne pytania wzbudziły jego podejrzliwość… O co mu chodziło ze szczurami? I jakim cudem Metatron – palatyn Emanacji ma brata? Zamierzał zapytać o to wprost, lecz stanowcza mina Azazela oznajmiła mu, że niczego więcej od niego nie wydobędzie. Jej ostre, kanciaste rysy ułożyły się w wyraz chłodnego opanowania, zmieszanego z cynicznym rozbawieniem. Tylko ametystowe, skośne oczy pozostały czujne, nawet lekko skonsternowane. Książę przyglądał się jego czarnej koszuli i ciemnofioletowej kamizelce z naszytymi kieszeniami. Dłonie ukrywał w skórzanych rękawicach z wysuwanymi ostrzami, zaś przy pasie ze srebrną sprzączką dodatkowo nosił przypięty futerał na nóż. Podobne futerały zauważył także przy cholewach jego długich butów.
-Rozumiem, że nie zamierzasz więcej tłumaczyć wzmianki o szczurach. – powiedział, przywołując swój słodki, uroczy uśmiech – Skoro tak się ich obawiasz, prześlę ci na nie trutki. Razem z kłami „moich” smilonów. Jestem ci winien dozgonną wdzięczność! Nie możesz odmówić przyjęcia tych podarków…

Azazel zaśmiał się gardłowo.
-Dziękuję ci za wspaniałomyślność, książę. – rzekł, jak zwykle niskim, chropowatym głosem, który zdaniem Koryu najbardziej upodobniał go do upiora.
W tym momencie rozległo się dalekie szczekanie psów, zmieszane z tętnem nadjeżdżających koni. Markiz wyprostował szyję, nasłuchując odgłosów zbliżającej się odsieczy.
-Mamy szczęście. – oznajmił – Zaraz zabierzemy cię do obozu, a tam będziesz miał okazję poznać moją żonę. Jest lekarką…
-Nie mogę się doczekać. – przymknął oczy, nie przestając się uśmiechać.

Nie otworzył ich nawet, gdy usłyszał zaniepokojone głosy, w tym czysty baryton hrabiego Eblisa. Azazel opowiadał mu o walce ze smilonami i jego niefortunnym upadku. Dopiero gdy poczuł dotyk czyjejś dłoni na swoim czole, uniósł powieki.
-Jak się czujesz, książę? – Eblis pochylał się nad nim, szacując go zmartwionym wzrokiem.
-Teraz naprawdę źle. Zabieraj rękę! – nawet nie zdobył się na uprzejmość.
„Niech on nie udaje, że aż tak się mną przejął! Raczej czuje satysfakcję, że przez nieuwagę i niepotrzebną brawurę niesforny wychowanek jego Bella wreszcie spadł z konia. Pewnie żałuje, że nie skręciłem sobie przy tym karku!” – pomyślał mściwie.

Koryu po prostu nie cierpiał tego dobrodusznego nieudacznika, hrabiego Eblisa, zagrzebanego w swoim śmiesznym malarstwie w prowincji Urizen. Nie jest ani przesadnie urodziwy, ani wpływowy, ani nawet ekscentryczny… Zwyczajny, nudny facet, do tego irytująco pogodny i zadowolony z życia. Co, u licha, Bell w nim widzi? Książę nadal nie potrafił tego rozgryźć.
-Zaraz poczujesz się lepiej. – uprzejmie odparł hrabia, ignorując jego arogancję – Rzuciłem na ciebie czar uzdrawiający…
„No nie! Jemu też mam być wdzięczny? Jak na jeden dzień to stanowczo za dużo!”
-Niepotrzebnie. Markiz obiecał mi darmową wizytę u swojej żony. Jest profesjonalną lekarką.
-Ale nie zaszkodzi, jeśli twój kręg już powoli zacznie nachodzić na swoje miejsce, nie sądzisz? Markiza Pistis będzie miała ułatwione zadanie.
„Czemu ten idiota się uśmiecha? Taki jest z siebie ukontentowany?”
-Bardzo to szlachetne z twojej strony! – prychnął – Pochwal się tym marszałkowi!
-Nie omieszkam, książę. Wiesz jak…
Koryu posłał mu mordercze spojrzenie. Niestety nie starło uśmiechu z twarzy Eblisa, ani nie polepszyło jego nastroju. Zdecydowanie wolał już kompanię Azazela!
-Zachowaj dla siebie intymne szczegóły, hrabio, i zechciej wreszcie zejść mi z oczu! Wystarczająco dużo przytrafiło mi się dzisiaj złych rzeczy, a twój widok jest jedną z nich.
***
Długo potem ocknął się w namiocie, sparaliżowany przejmującym chłodem. Kilkakrotnie zamrugał, odzyskując ostrość widzenia. Wokół panowała ciemność rozjaśniona jedynie łagodnym światłem oliwnej lampki. Powędrował do niej wzrokiem i zauważył, że stoi na niewielkim blacie, całkowicie zaścielonym papierami i teczkami. Stół usytuowano dokładnie naprzeciwko niego, tak by mógł go widzieć, albo raczej, by mężczyzna pochylony nad blatem mógł widzieć jego.

Z tej odległości Koryu dostrzegał jego blade dłonie częściowo zakryte koronką długich rękawów koszuli i zarys pełnych, dużych ust zaciśniętych w grymasie zniecierpliwienia. Resztę jego twarzy zasłaniał cień oraz prosta grzywka. Jej rubinowa barwa wyglądała teraz na znacznie ciemniejszą, prawie kasztanową. Przez chwilę książę rozkoszował się tym znajomym widokiem, wspominając czasy swojego dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy codziennie widywał się z Bellem. Prawie z nim mieszkał w jego apartamentach w willi naprzeciwko ratusza… A więc Belzebub niezmiennie bałagani podczas przeglądania państwowych papierów i skubie rękawy koszuli, kiedy się nad czymś poważnie zastanawia. Tak, jak teraz…

Koryu uśmiechnął się do siebie z nieskrywaną czułością. Uświadomił sobie, jak bardzo tęsknił za kojącą obecnością Bella, która zawsze wywoływała w nim poczucie bezpieczeństwa i przynależności. W tej chwili był skłonny wszystko mu wybaczyć, nawet poprosić, żeby go przytulił i spokojnie zasnąć w jego ramionach. Kiedyś pewnie nie zawahałby się tego zrobić. Ale nie ma już piętnastu lat. Dawno pozbył się też wszelkich złudzeń dotyczących Belzebuba. Z jednej strony chciałby o nim zapomnieć, wykreślić go ze swojego życia, a z drugiej dostawał szału na samą myśl, że mógłby to zrobić. Zawdzięczał mu absolutnie wszystko: nauczanie, wychowanie, otrzymanie komnat w pałacu Rintrah, oraz pozycję na dworze, która choć była bardzo niepewna to jednak jakąś pozycją była…

Mimo to dotąd nie wiedział, kim dla niego jest Bell. Dawniej traktował go bardziej jak przykład do naśladowania, niż jak przybranego ojca. Z biegiem czasu wraz z budzącym się w nim zainteresowaniem fizycznością, jego niedościgniony ideał zaczął budzić w nim pożądanie. Wydawało mu się, że na pewno uzyska jego wzajemność. W końcu Belzebub zawsze powtarzał, że jest najprzystojniejszym chłopcem na świecie, a w przypływie dobrego nastroju mówił, że bardzo go kocha i zawsze będzie go wspierał i chronił.

Niestety uparte próby księcia, by zmusić go do przeistoczenia ich relacji w coś o wiele bardziej wyrafinowanego, zakończyły się całkowitą klęską. Bell był nimi szczerze skonsternowany, nawet wystraszony i zniesmaczony. Ograniczył też ich spotkania aż w końcu widywali się tylko na dworze, albo podczas wizyt w łaźni Ethinthus.
Koryu bardzo przeżył tę separację szczególnie dlatego, że uświadomiła mu, iż poza Bellem nie ma żadnych przyjaciół, jest absolutnie samotny i zdany na siebie. To skłoniło go do podjęcia jakiegoś działania, by raz na zawsze uwolnić się spod wpływu marszałka. Najpierw rozejrzał się za sposobami zdobycia własnych pieniędzy. Jego prawdziwy ojciec – król Lucyfer, w ogóle nie przejmował się jego losem. Nie przekazał mu ani jednej złamanej stelli z królewskiego skarbca, a Koryu wolałby żebrać na ulicy, niż poprosić go o pożyczkę.

Wtedy przypadkiem nawiązał znajomość z ambasadorem Zoa w Ulro – nieokiełznanym Belfagorem, który choć przez wszystkich uznawany jest za rozpustnego alkoholika, w rzeczywistości całkiem nieźle radzi sobie w roli przemysłowca. Znalazł sposoby, by pożytecznie wykorzystać ziemie nadane ambasadzie. Zajął się uprawą słynnego urthońskiego solanum – rośliny kwitnącej na czerwono, z której cierpkich owoców wytwarzano powszechnie pijane piwo, ale co istotniejsze, także szeroko pojętym przemytem towarów zoańskich do Emanacji. Wszedł bowiem w korzystny układ ze stroną anielską, reprezentowaną przez niejakiego Konstanta i sukcesywnie się bogacił.
Na początku Koryu odmówił udziału w interesie stwierdzając, że księciu Zoa nie wypada uczestniczyć w takim niecnym procederze. Zmienił jednak zdanie, gdy znowu zabrakło mu pieniędzy na osobiste wydatki, a Belfagor zaproponował pracę, mocno wiążącą się z jego zainteresowaniami. Mianowicie ambasador poprosił go o porady przy wyborze modnych, eleganckich strojów, na czym sam kompletnie się nie zna, oraz pomoc przy organizowaniu polowań. Czasem po to, by żywcem schwytać jakieś zwierzę, a czasem dla mięsa, lub cennego futra. Oczywiście, potem wszystkie te „towary” szły na przemyt.

Belfagor zawsze płacił mu gotówką i to takie sumy, że księciu spokojnie wystarczało na utrzymanie komnat w pałacu Rintrah, poszerzanie bogatej garderoby i zakup innych atrakcyjnych drobiazgów. Osobiście nie zamawiał niczego z Emanacji mimo, że Belfa, posiadający specjalny rabat, wiele razy proponował mu luksusowe towary po promocyjnej cenie. Koryu tylko raz uległ jego namowom, oczarowany zestawem kryształowych naczyń prosto z północnego rejonu Emanacji – Enitharmon. Zachwyciła go staranna praca rzeźbiarza i ozdobne ornamenty na kielichach. Okazało się także, że jedzenie o wiele bardziej smakuje mu podane w krysztale, zamiast na porcelanie, czy złocie.
Odkąd książę znalazł własny sposób finansowania, nabrał pewności siebie i zrezygnował z comiesięcznej pensji, którą dostawał od Belzebuba. Odgrodził się też od niego barierą pogardliwego milczenia, czym jak się przekonał, sprawia mu ogromną przykrość. Marszałek nadal nie potrafi uwierzyć, że jego nieokrzesany wychowanek tak łatwo o nim zapomniał, a co gorsza, że radzi sobie bez niego.

„Co jednak nie tłumaczy, dlaczego do tej pory nie odważył się porozmawiać ze mną o Cherry. Czy aż tak boi się urazić delikatne uczucia poczciwego Eblisa?” – Koryu zacisnął dłoń w pięść, coraz bardziej rozdrażniony tokiem swoich rozmyślań.
-Co ty tutaj robisz? – odezwał się pierwszy, żeby dalej nie pogrążać się w rozgoryczeniu.
Bell drgnął, jakby przyłapany na niecnym uczynku i podniósł wzrok znad rozłożonej kartki. Książę dojrzał uradowany błysk w jego ciemnobrązowych oczach i szeroki uśmiech, który przywołał na jego oblicze rzadki wyraz pogodnego zadowolenia.

-Wreszcie się ocknąłeś. – powiedział – Naprawdę mnie dzisiaj wystraszyłeś.
Koryu chwilę rozważał, czy jego troska jest szczera, by w końcu stwierdzić, że obdarzy go niewielkim kredytem zaufania.
-Koń wyrzucił mnie z siodła. – odparł, mrużąc oczy – Sam jestem sobie winien, że nie udało mi się nad nim zapanować.
-Wiem. Markiz Azazel ze szczegółami opowiedział wszystkim waszą walkę ze smilonami. – wciąż się uśmiechał, zupełnie nie przejęty faktem, że „pies Lucyfera” udzielił pomocy jego wychowankowi – Właściwie z jego wersji wynika, że dużo mu zawdzięczasz… To prawda?
-Tak.
-Mam nadzieję, że podziękowałeś?
To pytanie go zirytowało.
-Nie jestem dzieckiem, Bell. Doskonale wiem jak powinien zachowywać się książę!
Marszałek wstał, zabierając oliwną lampkę. Przeszedł od stolika do jego posłania i postawił ją na taborecie usytuowanym tuż obok. Sam przysiadł na skraju kilku rozłożonych skór i derek, które stanowiły prowizoryczne łóżko księcia.

Uniósł dłoń i odgarnął niesforny kosmyk z jego czoła.
-Przypuszczam, że tak. – skinął głową – W końcu ja cię tego uczyłem. Czy wszystko w porządku? – dodał opiekuńczym tonem, który doszczętnie roztopił resztki lodowatego uporu Koryu.
-Zimno mi. – poskarżył się.
Bell poprawił mu koc, nakrywając go aż po szyję.
-Teraz lepiej?
-Tak.
-Chce ci się pić?
Książę zastanowił się nad tym i dopiero wtedy poczuł, że ma spieczone wargi i pali go niemożliwe pragnienie.
-Tak.
Marszałek sięgnął po dzban ustawiony na taborecie i nalał czegoś do pucharu.
-Co to jest?
-Napar z ziół, w tym z hedery. Dostałeś go od Astarotte. Ma zmniejszyć powracający ból i rozluźnić mięśnie, co wzmocni czar uzdrawiający Sophii…

Umilknął na widok jego ironicznego uśmiechu.
-O co ci chodzi, Koryu?
-Od Astarotte. To ciekawe. Jak go zdobyłeś? I od kiedy jesteś na „ty” z żoną Azazela?
-Wiem do czego zmierzasz, ale cokolwiek sobie myślisz, jesteś w błędzie. Po prostu chciały ci pomóc wyzdrowieć.
-Jasne. – wymownie prychnął – Ach, kochany! Ty się nigdy nie zmienisz!
Uśmiech zniknął z twarzy Belzebuba. Bez słowa podał mu puchar.
-Mam cię napoić, czy dasz sobie radę sam?
Książę oswobodził ręce spod koca.
-A mogę ruszać rękami?
-Możesz. Nie wolno ci za to ruszać nogami. Wypadły ci dwa dyski w odcinku lędźwiowym.
Ostrożnie przyjął puchar z dłoni Bella przez jeden krótki moment, dotykając jego palców. Przeszedł go dreszcz, a serce mimowolnie przyspieszyło.

Skierował puchar do ust, ale gdy pokręcił szyją, nagle wszystko go zabolało i rozlał nieco naparu na koc. Bell ujął jego dłoń, w której trzymał puchar, a drugą ręką delikatnie przytrzymał jego kark.
Koryu łapczywie wypił całą miksturę, pomimo jej gorzkawego smaku. Całe jego ciało ogarnęło przyjazne ciepło. Ból powoli ustępował miejsca kojącemu rozrzewnieniu. Belzebub wyjął puchar z jego dłoni i odstawił go na taboret. Nie wypuścił jednak jego ręki ze swojego uścisku. Koryu bezskutecznie próbował ją wyrwać. W końcu poddał się, spoglądając na grzbiet dłoni Bella. W kompletnej ciszy kontemplował ułożenie małych żyłek pod jego skórą i wykończenia bogatych pierścieni, zdobiących mu palce.

-Jak się czujesz? – zapytał Belzebub, szukając jego wzroku.
-Tak sobie. Zwłaszcza, że muszę obserwować przypływ twoich wyrzutów sumienia. – rzekł, nadal uciekając od jego uważnego spojrzenia – Zresztą masz je zupełnie niepotrzebnie…
-Martwię się o ciebie. To nie są wyrzuty sumienia.
-Aha. Powiedz jeszcze, że mnie kochasz i wrócimy do punktu wyjścia.
-Ale dobrze wiesz, że tak jest.
-Że niby mnie kochasz?
-Tak.
-Raczej samego siebie.

Dopiero teraz zdobył się na odwzajemnienie jego wzroku. Oczy Bella niezmiennie wyrażały spokój, lecz tym razem wyczytał z nich także wielkie uczucie i oddanie. Odebrało mu mowę, a wraz z nią chęć do jego dalszego dręczenia.
-Możesz twierdzić co tylko chcesz, ale to niczego nie zmieni. – mruknął Belzebub miękkim, rozmarzonym głosem, nieznacznym uśmiechem kwitując jego rumieniec, idealnie widoczny w świetle oliwnej lampki.
-Jesteś naprawdę niesprawiedliwy. – wykrztusił.
-Ty też, Koryu. Czy możemy na chwilę zapomnieć o naszych wzajemnych pretensjach i zwyczajnie porozmawiać? Choć raz?
-Zależy o czym. Stanowczo odmawiam choćby najmniejszych wspominek o kanclerzu Eblisie.
Belzebub cicho się zaśmiał.
-Dobrze. Nie będziemy rozmawiać o Eblisie.
***
Wiatr niósł odgłosy hucznego przyjęcia, ale również ciche porykiwanie nocnych zwierząt. Bellowi wydawało się, że wśród nich odróżnia leniwy pomruk smilonów. Szybko odrzucał jednak to przypuszczenie, kładąc je na karb swojego niepokoju. Dzisiaj po raz kolejny zdał sobie sprawę jak bardzo kocha księcia. Wpadł w prawdziwą panikę, kiedy do obozu przyjechało czterech służących, niosąc wieści o wypadku Koryu. Azazel wysłał ich po wóz, którym można by przewieść rannego, ale i po markizę Sophię. Belzebub wybrał się razem z nią do lasu. W połowie drogi dogoniła ich Astarotte, także proponując pomoc. Wzięła ze sobą lecznicze zioła, by w razie potrzeby asekurować lekarkę.
Belzebub miał rzadką okazję przyjrzeć się pracy zawodowego uzdrowiciela. Lecznicze umiejętności oraz chęć do podejmowania współpracy Pistis wywarły na nim duże wrażenie. Podejrzewał, że nie przepada za Astarotte, lecz nie protestowała, gdy wiedźma podpowiadała jej jakieś rozwiązania. Przy leczeniu Koryu skorzystała też z podanych przez nią ziół.

W całym tym zamieszaniu zdążył zamienić tylko kilka słów z Eblisem, który nie miał nic przeciwko jego zaangażowaniu w opiekę nad księciem. Dodał nawet, że wcale się nie pogniewa, jeśli zdecyduje czuwać nad nim przez całą noc.
Tak więc odkąd przywieziono Koryu do obozu, Bell nie odstępował go na krok. Książę zamroczony naparem Astarotte był prawie cały czas nieprzytomny. Na razie lekarka zabroniła przewozić go na dalszy dystans, dlatego marszałek postanowił, że rozbije namiot i przenocuje razem z nim przy wodospadzie. Niestety kiedy król powrócił z polowania oznajmił, że on też zostaje na noc, a żeby się nie nudzić organizuje przyjęcie na polanie obok wodospadu. Na wieść o wypadku syna, jedynie wzruszył ramionami Wściekły Bell musiał poszukać dogodniejszego miejsca na ulokowanie rannego. Ani jednym słowem nie skomentował postępowania Lucyfera, w duchu zaś jeszcze bardziej utwierdził się w przekonaniu, że anioły będą odlatywać z Zoa na rozłożonych skrzydłach, głośno szlochając!

Wreszcie znalazł małą polankę za skałą, która odgradzała ją od wodospadu i tam kazał rozbić namiot. Obawiał się ataku dzikich zwierząt, więc poprosił Eblisa o rozpostarcie magicznej ochrony. Zresztą hrabia ulokował się zaraz obok namiotu Koryu, w razie gdyby Bell potrzebował jego pomocy. Powiedział, że pójdzie się pokazać na przyjęcie Lucyfera, ale raczej zbyt długo tam nie zabawi. Belzebub w ogóle nie zamierzał uświęcić tej wątpliwej uroczystości swoją obecnością. Skrycie liczył, że smilony pożrą chociaż połowę pijanych myśliwych, albo przynajmniej jednego Lucyfera.

Wtedy z przyjemnością własnoręcznie koronuje szczęsnego drapieżnika na nowego króla Zoa. Ten smilon przysłuży się państwu bardziej, niż niejeden polityk. Ba! Bardziej, niż sam Belzebub!
Tymczasem uważniej przyjrzał się Koryu. Jego pociągła, urodziwa twarz nosiła ślady ogromnego zmęczenia mimo, że parę godzin przeleżał nieprzytomny. Oddychał miarowo i spokojnie, a jego agrestowe oczy błyszczały od gorączki, albo z podekscytowania. Belzebub stawiał, że z obu tych powodów równocześnie. Wcześniej rozplątał mu warkocz i obmył twarz z kurzu. Mycie reszty jego ciała pozostawił służącym, surowo przykazując im ostrożność. Trudno było go przebrać, gdyż pod żadnym pozorem nie powinien być ruszany, ale Bell wiedział jak bardzo pedantyczny w sprawach stroju i wyglądu Koryu nie znosi spać w brudnym, znoszonym ubraniu. Nadzorował więc jego przebieranie, mimowolnie oglądając jego nagie ciało. Znacznie zmieniło się od czasu, gdy Koryu miał jedenaście lat, a wtedy właśnie widział go po raz ostatni bez ubrania. Przyznał, że jest na czym oko zawiesić i od razu skarcił się za tę myśl.

Lekkomyślne podsycanie łączącej ich erotycznej więzi na pewno nie pomoże w jej zdławieniu. Belzebub usilnie do tego dążył, ale jak dotąd przegrywał ze swoją przekorną naturą i uporem księcia. Dlatego odsunął go od siebie na tyle, na ile się dało i choć napawało go to smutkiem i tęsknotą, ograniczał ich spotkania i rozmowy.
Teraz też nie powinien trzymać go za rękę, ale tłumaczył się przed sobą, że to tylko objaw jego troski.
-Nie podobasz mi się w turkusie. – powiedział Koryu, posyłając mu długie spojrzenie spod rzęs – To nie twój kolor. I nie twój kamień.

-Masz ci los. Nowiutki żupan!
-Nie wątpię. Ale mi się nie podoba.
-Wezmę to pod uwagę przy naszym następnym spotkaniu…
-Które jak cię znam, nastąpi za sto lat! – zakpił – Zdążysz zapomnieć.
-Nie zapomnę.

Koryu uśmiechnął się słodko, dając do zrozumienia, że wcale mu nie wierzy.
-Co sądzisz o koszuli, w którą kazałem cię przebrać? Jest moja, ale idealnie na ciebie pasuje. Urosłeś…
Książę uniósł rękę do góry, by przyjrzeć się wzorowi koronki, wykańczającej rękaw. Zwijała się w zaostrzone liście lutei – krzewu z Tharmas, z którego wytwarzano gorący, kwaskowaty napój. Taka sama koronka zdobiła jej kołnierz i całą długość zapięć zrobionych z perłowych guziczków.
-Bardzo w twoim stylu. Mniej w moim. – osądził w końcu.
-Mam nadzieję, że mimo to będzie ci dobrze służyć.
-Oddajesz mi ją?
-Dawno nie dawałem ci żadnego prezentu… – uśmiechnął się niepewny jego reakcji.

Koryu jednak wyraźnie się ucieszył. W jego agrestowych oczach najpierw pojawiło się niedowierzanie, a potem promienna radość. Szybko się zreflektował, ukrywając emocje pod zwykłą maską uprzejmej drwiny.
-Rzeczywiście, dawno. – jedynie skinął głową, nadal wpatrzony w ozdobny rękaw – To bardzo miłe z twojej strony, marszałku…
Bell z trudem stłumił śmiech. Książę zwracał się do niego używając jego tytuły tylko, gdy próbował zmniejszyć widoczne oznaki swojego zmieszania, albo nawet zadowolenia…
-Co właściwie u ciebie słychać? – zapytał, odczekując znaczącą chwilę ciszy.
-Nic ciekawego. – wzruszył ramionami – Nadal zarabiam dzięki Belfagorowi, no może częściej odwiedzam łaźnię, żeby spotkać się z Lee… Łączy nas coś jakby romans.

Belzebub skamieniał, w mgnieniu oka zapominając o rozbawieniu. Czuł się tak, jakby ktoś przyłożył mu rykoszetem między oczy. Koryu z perfidną złośliwością obserwował jego reakcję.
-Naprawdę ma na imię Cherry. Pewnie ją znasz. To ta sama panna, która zaatakowała Azazela podczas karnawału…
-Tak, znam ją.
-Często o tobie rozmawiamy. Zdaje mi się, że bardzo się z nią przyjaźniłeś, kiedy była małą dziewczynką… Pewnie jest ci przykro, że masz taki zły wpływ na swoich wychowanków.
-Denerwujesz mnie, Koryu.
-Wiem. Ale pytałeś co u mnie słychać, więc ci szczerze odpowiedziałem.
-Co to znaczy, że masz romans z Lee?
-Jak to? Ty nie wiesz co to znaczy mieć z kimś romans? – książę był bardzo z siebie zadowolony – Sypiamy ze sobą.

Wyzywająco spoglądał mu w oczy. Bell chciał mieć nadzieję, że kłamie, by się z nim trochę podroczyć, ale niestety jego satysfakcja była autentyczna. Właśnie mówił mu bez użycia słów, że sypia z Cherry, by zrobić mu na złość, a właściwie nie jemu, tylko Eblisowi. Koryu nigdy nie krył swojej niechęci do hrabiego, niekiedy przyjmującej rozmiary szczerej nienawiści. Eblis natomiast zawsze reagował na niego uprzejmością i niezmąconym spokojem, boleśnie uświadamiając księciu, że nie uważa go za żadnego przeciwnika.

-Możesz mieć do mnie pretensje o wiele rzeczy, ale proszę cię nie wykorzystuj Cherry, żeby wyrównać nasze rachunki!
Teraz to on spróbował wyrwać rękę, lecz książę go nie puścił.
-Nie wykorzystuję jej. Ona sama chce się ze mną spotykać. To naprawdę czysty układ.
-Ale jej nie kochasz.
Koryu uniósł oczy do góry, zastanawiając się nad odpowiedzią.
-Nie kocham.
-A ona ciebie?
-Nie wiem.

Belzebub przygryzł wargę.
-Zastanów się nad tym co robisz. Zważ na to, że możesz się jej podobać…
-Och, o tym wiem doskonale. – uśmiechnął się znacząco – Ona też mi się podoba. Lubimy się ze sobą kochać. Co w tym złego?
-To, że Cherry może inaczej odbierać twoje zaangażowanie. – tłumaczył cierpliwie, wyobrażając sobie wściekłość Eblisa na wieść o erotycznym wyborze jego córki.
-Nie rozumiem do czego zmierzasz. Jesteś zazdrosny? – zakpił.
-Zmierzam do tego, że Cherry mogła się w tobie zakochać. Nie, nie jestem zazdrosny.
-Zatem kłamałeś twierdząc, że mnie kochasz.
-Kocham cię, ale nie jak kochanka. Opiekowałem się tobą, odkąd tylko twoja matka odniosła cię na dwór Lucyfera.

Chociaż on jest twoim biologicznym ojcem, to ja jestem tym prawdziwym.
Koryu sam cofnął dłoń i splótł palce na brzuchu. Odwrócił od niego wzrok, przymykając oczy.
-Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz. Boisz się przyznać, że nie darzysz mnie tylko ojcowskim uczuciem, bo to komplikuje twoje życie i czyni cię bardziej złym, niż sam pragniesz siebie widzieć. Bardziej złym, niż możesz to znieś.
-Piękna przemowa, Koryu. Ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak bardzo chcesz mnie zmusić do tego wyznania. Myślisz, że cokolwiek zmieni? A poza tym… co miałoby zmienić? Mam cię także uczyć tajników seksu?
Książę nie odpowiedział. Miał zamknięte oczy, a jego twarz nie przybrała żadnego wyrazu.
-Masz rację. Zostawmy to. – odezwał się wreszcie – Jestem potwornie zmęczony.
Bell zmarszczył brwi. Nie pojmował, czemu Koryu się wycofuje, skoro tak otwarcie dał mu do zrozumienia, że już od dawna pragnie z nim o tym porozmawiać! Postanowił jednak uszanować jego wolę.
-Jak chcesz. – zgodził się i szybko zmienił temat – Pistis zabroniła cię przenosić przynajmniej przez dwa dni. Dlatego zostaliśmy na noc w lesie.
Książę skinął głową.
-Dziwne uczucie. Wcześniej podczas polowań zdarzało mi się nocować na świeżym powietrzu, ale nigdy nie w taki sposób…

-To znaczy jaki?
-Wiesz… W taki wygodny sposób.
-W twoim stanie nie położyłbym cię na twardej ziemi, ani tym bardziej pod gołym niebem.
Koryu otworzył oczy i uśmiechnął się całkiem szczerze, bez zwykłego fałszywego uroku, co paradoksalnie wykrzesało z jego oblicza więcej uwodzicielskiego piękna. Bell złapał się na tym, że z zachwytu wstrzymuje oddech.
-Zdaje się, że jestem także twoim dłużnikiem. – powiedział, ponownie ujmując jego dłoń – Sophia i Astarotte ochoczo wzięły się za moje leczenie, Azazel wsparł mnie w walce ze smilonami, nawet Eblis rzucił jakieś zaklęcie uzdrawiające, a ty postarałeś się otoczyć mnie troskliwą opieką… – w jego głosie zabrzmiała subtelna nutka ironii, ale Belzebub ją zignorował.

-Która polegała również na tym, by odprawiać Belfagora, z częstotliwością piętnastu minut proponującego ci towarzystwo paru dwórek i trzy butelki tharmasiańskiej wódki…
Koryu cicho zachichotał, najwidoczniej wyobrażając sobie pijacki upór swojego przyjaciela. Potem nagle spoważniał, wbijając wzrok w ciemność.
-Czy mój ojciec wie o moim wypadku?
Belzebub nie spodziewał się tego pytania. Sądził, że reakcja Lucyfera będzie dla księcia oczywista. Mocniej zacisnął palce na jego szczupłej dłoni. Ręce zawsze bardzo mu marzły, jakby krew wolniej w nich krążyła. I tym razem Bell zapragnął je ogrzać, tak by już nigdy nie kostniały z zimna.
-Tak. On również został na noc w lesie. Jeśli się dobrze wsłuchasz w wycie wiatru, usłyszysz odgłosy imprezy…
-Rzeczywiście. Pewnie świetnie się bawi.
-Pewnie tak. Ale już niedługo. – dodał bardziej do siebie, niż do księcia.
-Masz jakieś plany. – stwierdził Koryu, nie odrywając od niego badawczego wzroku.

Bell przywołał na usta zagadkowy uśmiech, lecz nic nie odpowiedział. Książę bezbłędnie odczytał jednak jego bezdźwięczne słowa.
-Powodzenia. – zażyczył z głębi serca.

Koniec

Ilustracje: Julita Mastalerz

Kontynuacja tekstu: Opowieści z Zoa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *