Więc chodź, pomaluj mój świat…

Jedną z rzeczy, które niezmiernie mnie dziwią, jest pęd nowo- albo i starobogackich do przyozdabiania swych domów w dzieła, które ze sztuką mają raczej niewiele wspólnego. Oglądam niektóre „dzieła” i zastanawiam się, co powoduje ludźmi kupującymi za grube miliony (albo i dziesiątki milionów) obrazy, co do których mamy wątpliwość, czy namalowała je słonica, ambitny szympans, utalentowana ośmiornica czy może jednak, o dziwo, istota ponoć inteligentna z gatunku homo sapiens?

Taki na przykład obraz „False start” Jaspera Johnsa. Owszem, na obrazie są litery, więc można przypuszczać, że to jednak nie ośmiornica ani słoń. Co do szympansa mam już wątpliwości, ponieważ ponoć da się te zwierzęta nauczyć podstaw języka migowego. Ale już układ słów na bohomazie wskazuje jednak na działanie inteligentne, choć w przypadku tegoż obrazu bardziej odpowiednie wydaje się słowo – „świadome”.

W przypadku najdroższego obrazu świata słowa „świadomie” nie można raczej użyć. Tu skłaniam się raczej ku teorii, iż jest to dzieło naćpanego szympansa albo nadmiernie pobudzonej ośmiornicy. Człowieka raczej wykluczam. Nie wiem tylko, komu gratulować za największy chyba przekręt w sztuce, czyli opchnięcie niewiadomoczego, pomalowanego musztardą i keczupem, za 140 milionów dolarów.

Obraz to coś, co powinno wzbudzać emocje w odbiorcy. Jakiekolwiek. Pytanie – jak wspaniały „Pejzaż z upadkiem Ikara” Bruegla, zagadkę, jak dzieła mistrza Leonarda a także klimat, niczym późne dzieła Goi czy schizofreniczny „Krzyk” Muncha. Albo wszystko w jednym, jak twórczość Salvadora Dali.

Nie cierpię malowania po milion razy różnych  „martwych natur”. Jest mi doskonale obojętne, w jaki sposób artysta w przedstawieniu dzbanka czy miski z owocami używa światłocienia czy rysuje kontury. Takie rzeczy powinny być treningiem dla początkujących, a nie świadczyć o talencie. Dzbanek z owocami czy kwiatami, choćby najdoskonalej namalowany, to jednak dzbanek z owocami (czy kwiatami). A obraz powinien wzbudzać w odbiorcy uczucia.

Pamiętam, jak w krakowskich Sukiennicach widziałem przecudownie klimatyczny obraz Henryka Siemiradzkiego zatytułowany „Pochodnie Nerona lub świeczniki chrześcijaństwa”. Obraz, zbliżony w odbiorze do wspomnianego „Upadku Ikara” Bruegla. U Siemiradzkiego cała scena główna lśni przepychem, zaciekawioną i rozbawioną widownią z Neronem na czele. Motyw tytułowy, czyli pochodnie Nerona, a w zasadzie chrześcijanie w kokonach, przygotowanych do spalenia, zdają się być ukryci wstydliwie gdzieś w ciemnościach. A jednak to oni są głównymi postaciami obrazu. Niesamowity, naprawdę wstrząsający obraz.

Nie jestem przesadnym wielbicielem realizmu. Jednym z dzieł, które naprawdę mnie zaszokowały, jest „Guernica” Picassa. Jak nie cierpię kubizmu, ten obraz jest naprawdę wstrząsający. Pod warunkiem, oczywiście, że spojrzy się na niego odpowiednio i pozwoli popracować mózgowi. Wtedy pozornie karykaturalne postacie zaczynają krzyczeć z bólu a obraz wręcz ocieka cierpieniem.
Największym jednak jak dla mnie geniuszem pędzla jest Tomasz Beksiński. Każdy jego obraz to jednocześnie zagadka, gra z odbiorcą, nieme pytanie. Światy, które tworzył, są niepokojąco bliskie chyba każdemu. Beksiński ewidentnie kojarzy mi się z Philipsem K. Dickiem, również „boskim szaleńcem”, tworzącym światy, które wciągały ale i przerażały. Niepokój, który towarzyszył każdemu z obrazów (Beksińskiego) czy opowiadań i książek (Dicka) był zaraźliwy, powodował, że nawet w pozornie stabilnym świecie odczuwaliśmy istnienie tej niezauważalnej linii, stanowiącej granicę między normalnością a szaleństwem.

I to jest dla mnie sztuka. Spoglądająca odbiorcy w oczy z wyzwaniem, biorąca umysł w dłonie, ściskająca go aż do bólu i zabierająca go w podróż do krain, niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi.

A bohomazy zostawiam dyletantom. Nawet najbogatszym.

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *