Mr Nice – wesołe życie handlarza narkotyków

Howard Marks urodził się w biednym, walijskim miasteczku. Dzięki swojej wybitnej inteligencji mimo niekorzystnego pochodzenia udało mu się ukończyć Uniwersytet Oksfordzki. W czasach studenckich trafił do imprezującego towarzystwa, które nie stroniło od narkotyków. Tak zaczęła się jego miłość do marihuany. Wprawdzie zaraz po studiach próbował ułożyć sobie życie jako nauczyciel i narzucił sobie abstynencję od trawki, to jednak nie trwało to długo. Jego znajomy sprowadzał haszysz z Pakistanu do Anglii i wkręcił Howarda w swój interes.

Film dosyć dokładnie trzyma się faktów opisanych w autobiografii Marksa, który najwyraźniej teraz utrzymuje się z pisania książek i odczytów. W latach 70tych i 80tych dwudziestego wieku był jednym z największych handlarzy haszyszem na świecie, i właśnie o tej części jego życia najwięcej dowiadujemy się z filmu. Jego historii towarzyszy spora doza niesamowitości, bardzo wiele zależy od szczęśliwych splotów okoliczności i dużej dozy nonszalancji, z którą Marks podchodzi do wszystkiego, co go spotyka w życiu. Dlatego wikła się nie tylko w handel narkotykami, ale również zaczyna mieć kontakty z Irlandzką Armią Republikańską (IRA) i wywiadem brytyjskim. Jego lekceważąca postawa pogłębia się wraz z każdym kolejnym zwycięstwem nad służbami celnymi różnych krajów.

Rhys Ifans jest świetnie dobrany do roli Marksa. Bardzo dobrze sobie radzi z pokazaniem stoickiego spokoju i absurdalnego poczucia humoru, które cechują jego bohatera. W moim prywatnym odczuciu może nawet zbyt dobrze. Nie wiem jaką w rzeczywistości osobą jest Howard Marks, ale facet pokazany w tym filmie nie wzbudził mojej sympatii. Według tej opowieści zajęcie handlarza narkotyków to jakiś splot anegdotycznych sytuacji, a sam handlarz to wesoły facet, który w dodatku nie nosi broni. Nawet przy założeniu, że mówimy o przeszłości (40-30 lat temu) i handlu marihuaną, a nie na przykład heroiną, to i tak trudno mi w to uwierzyć.

Wprawdzie spodobała mi się obsada, oraz warstwa estetyczna filmu – stylizacja obrazu, by wydawał się kręcony w drugiej połowie dwudziestego wieku, to jednak podsumowując wszystko mam mieszane uczucia wobec tej produkcji. Nie wierzę w ostrą politykę antynarkotykową, bo trudno się kłócić z faktami, które przeczą jej skuteczności. Jednak gloryfikacja dilerów mnie drażni. Film zapewne spodoba się osobom popierającym ruch „Wolne Konopie”. Fani Rhysa Ifansa i Davida Thewlisa też mogą chcieć zobaczyć ten film. Ja poszłam ze względu na tych aktorów i ich kreacje bardzo mi się podobały.

Katarzyna Krawczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *