Drzewo życia

Trudne stosunki w rodzinie, śmierć dziecka i co na to Bóg, a właściwie jak dopasować wiarę w Boga chrześcijańskiego do takiej jawnej życiowej niesprawiedliwości? Mamy, na pozór oczywiście, przykładną rodzinę z przedmieścia: ojca, matkę i trzech synów w różnym wieku. Tylko jeden z nich – najstarszy ma imię wymienione w filmie, pozostali dwaj właściwie przewijają się w tle. Nie dowiadujemy się z filmu, który z nich umiera w wieku 19 lat. Nie dowiadujemy się też, którego w dorosłej wersji w kilku scenach gra Sean Penn, chociaż drogą eliminacji można się tego domyślić. Film przeskakuje pomiędzy dzieciństwem chłopców, bohaterem Penna snującym się na tle atrakcyjnej architektury, i pięknymi zdjęciami przyrody, o których zaraz opowiem  coś więcej.

Rodzina teoretycznie jest głęboko wierząca, co sugerują słowa matki, stanowiące komentarz do przerywników artystycznych, oraz wypowiedzi ojca – w tej roli fenomenalny Brad Pitt. W praktyce przestrzeganie przykazań jest ograniczone przez pragmatyzm, a hipokryzja wręcz charakteryzuje ojca rodziny. Jest wojskowym i próbuje musztrować swoją rodzinę, dowodzić nią jak oddziałem żołnierzy. W jego domu obowiązują ścisłe zasady, których on sam nie przestrzega, ale bardzo pilnuje by inni się do nich stosowali. Wylewa też na nich swoje frustracje wynikające z braku sukcesów w pracy. Powoli narasta konflikt pomiędzy nim, a jego synami. Szczególnie najstarszym, który coraz bardziej otwarcie wypowiada swoją niechęć wobec ojca.

Linearnie prowadzona historia rodziny urywa się, gdy chłopcy mają nie więcej niż 15 lat – to stanowi najdłuższą część filmu. Dalej mamy do czynienia jedynie z wyrwanymi z kontekstu urywkami. Z chronologicznego punktu widzenia następny moment z ich życia, o którym dowiaduje się widz, to śmierć jednego z synów w wieku 19 lat. Później pojawi się Sean Penn jako dorosły syn. Jednak te sceny są przemieszane miedzy sobą, co nadaje strukturze obrazu charakter artystycznego chaosu, ale nie mam tu na myśli figlarnego, malowniczego nieładu, tylko raczej męczący bałagan. Trudno powiedzieć jakie panowały stosunki w tej rodzinie, w momencie śmierci jednego z chłopców, dlatego żal i ból po stracie, o których teoretycznie ten film opowiada, wydają się zupełnie oderwane od historii tej konkretnej rodziny, stają się abstrakcyjnymi hasłami.

Dużo czasu poświęcono zdjęciom kosmosu i przyrody, które są tłem dla bolesno-religijnych wynurzeń matki. Jej słowa są sztampowymi frazesami. Wprawdzie banalizacja własnych uczuć jest jedną z form radzenia sobie z obezwładniającym cierpieniem, to zestawienie takich wypowiedzi z ciężką, kościelną muzyką chóralną i przytłaczającym ogromem kosmosu daje efekt karykaturalny. Gdy zaczęły się pojawiać galaktyki, gwiazdy i mgławice, a w tle narastało muzyczne napięcie tylko czekałam, aż na ekranie pojawi się tak zwane „Oko Boże”, czyli Mgławica Ślimak. I oczywiście, gdy chóralny śpiew osiągnął swoje apogeum powtarzając słowo „lacrimosa” (boleść), oto ono w pełnej krasie: kosmiczne „Oko Boże”. Wybuchłam wtedy śmiechem, i nie mogłam się uspokoić aż pojawiły się meduzy. Ten film ma wielkie zadęcie artystyczne. Wszystko odbywa się z pompą, co sprawia, że prymitywne metafory są tym bardziej kuriozalne i zniechęcające. Ogrom wszechświata zestawiony z boskością? Wymarcie dinozaurów jako metafora okrutnej woli, która unicestwia wszystko? Ewolucja świata porównana do rozwoju człowieka? Przecież to są najprostsze skojarzenia, których można by się spodziewać po wypracowaniu dziecka z podstawówki. Zero w nich finezji, czy wysublimowania. Dzieło aspiruje do wielkiej sztuki, ale cały czas ślizga się po powierzchni nigdy nie zagłębiając się ani w emocje bohaterów, ani mniej dziecinną metafizykę. W filmie mamy jedynie prostackie efekciarstwo łączenia monumentalnych dźwięków i obrazów. Tak, piękne to wszystko, ale bezcelowe i pociągnięte do absurdu.

Ten film spokojnie można by podzielić na dwie osobne produkcje, które by się o wiele lepiej sprawdziły właśnie jako odrębne całości. Przepięknie sfilmowana historia trudnych relacji rodzinnych stworzyłaby zapewne rewelacyjny film obyczajowy, wystarczyłoby zakończyć go, gdy jeszcze wszystkie dzieci żyją. W sekwencjach rodzinnych kamera jakby podąża za aktorami, filmuje ich, ale czasami nie nadąża, oni wysuwają się z kadru, odkręcają się bokiem lub tyłem. Powstaje intymny klimat domowego wideo, kręconego przez jednego z członów rodziny, na ich wewnętrzne potrzeby upamiętnienia danych wydarzeń. Natomiast piękne zdjęcia przyrody i kosmosu powinny trafić do filmów dokumentalnych z kanałów przyrodniczo-naukowych, chociaż przydałby się im mniej nawiedzony komentarz. Połączone ze sobą tworzą mieszankę niestrawną i groteskową. Dawno się tak nie wynudziłam na filmie.

Katarzyna Krawczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *